RÓŻE
PANI CHERINGTON
(Przełożyła: Maria Skibniewska)
Wszystkie postacie występujące w tej powieści, zarówno jak opisane w niej wydarzenia, są fikcyjne i całkowicie zmyślone, nie portretowałam ani nie zamierzałam portretować żadnej autentycznej osoby czy grupy osób. Mimo to pragnę poświęcić tą książkę z najgłębszą wdzięcznością trojgu moim dzieciom. Gdybym ich nie znała, nie wpadłabym na pomysł tej historii, a gdyby tych troje nie wspierało mnie stałą pomocą oraz dorywczą współpracą - nie napisałabym jej. A wreszcie, gdyby Nancy, Iris i David nie upoważnili mnie do tego, nigdy bym jej nie mogła wydać drukiem.
Craig Rice
OSOBY:
ARCHIE CARSTAIRS - lat dziesięć, wypłacalny i odpowiedzialny finansowo członek rodu Carstairsów.
APRIL CARSTAIRS - lat dwanaście, drobna blondynka, pozornie wątła; najsprytniejsza spośród latorośli pani Carstairs.
DINA CARSTAIRS - lat czternaście, “hoże dziewczę”.
MARIAN CARSTAIRS - matka poprzednio wymienionych, autorka poczytnych książek kryminalnych, nie miała “osobistego życia”, ku zmartwieniu swej córki, April.
POLLY WALKER - młoda aktorka i bez wątpienia “szykowna babka”, według słów April.
FLORA SANFORD - najbliższa sąsiadka Carstairsów; zmarła śmiercią zagadkową.
BILL SMITH - porucznik policji, cierpiący z powodu samotności.
SIERŻANT O’HARE - współpracownik i podwładny poprzedniego; człowiek, który wychował dziewięcioro własnych dzieci.
WALLACE (WALLIE) SANFORD - młody małżonek Flory Sanford, który wolał zniknąć z widowni.
LUKE - właściciel sklepiku, gdzie można było znaleźć gazety, słodycze oraz dogodny kredyt.
RUPERT VAN DEUSEN - który wylągł się w bujnej wyobraźni April, ale przeobraził później ku jej zdumieniu w postać bardzo rzeczywistą.
PANI CARLETON CHERINGTON III - która z niedocieczonych powodów interesowała się wnętrzem willi Sanfordów.
HENRYK HOLBROOK - adwokat, doradca prawny Flory Sanford, który interesował się wnętrzem domu swej klientki nie mniej żywo niż pani Cherington.
PIERRE DESGRANGES - człowiek grający różne role i występujący pod różnymi nazwiskami, a malujący wyłącznie wodę.
FRANK RILEY - podziurawiony przez kule rewolwerowe gangster i szantażysta pośledniej kategorii.
BETTY LEMOE - ofiara porwania i morderstwa, za życia gwiazda lekkiej sceny.
WUJ HERBERT - portret rodzinny z wystrzelonym okiem.
MCCAFFERTY - policjant, który się nie znał na psychologii dziecka.
CARLETON CHERINGTON III - dżentelmen, którego fotografia nie zgadzała się z nazwiskiem.
ARMAND VON HOEHNE - artysta obecny jedynie duchem.
SLUKEY i FLASHLIGHT - młodociani członkowie Bandy.
PETER DESMOND - dziwnym zbiegiem okoliczności znany pod kilku innymi nazwiskami.
CLEVE CALLAHAN - który udowodnił, że działał z miłości.
Alfabet tajemnego języka mum-mum
a- a
ą- ą
b- bub
c- cuc
ć- ciuć
d- dud
e- e
ę- ę
f- fuf
g- gug
h- huh
i- i
j- juj
k- kuk
l- lul
m- mum
n- nun
o- o
ó- ó
p- pup
r- rur
s- sus
t- tut
u- u
w- wuw
x- ksuks
y- y
z- zuz
ź- ziuź
ż- żuz
ch- chuch
cz- czucz
dź- dziudź
sz- szusz
rz- rzurz
ROZDZIAŁ l
- Nie opowiadaj takich bredni - rzekł Archie Carstairs. - Mamusia nie mogła przecież zgubić dwudziestofuntowego indyka.
- Nie mogła? - szyderczo spytała starsza siostra, Dina. - A kiedyś zgubiła fortepian!
Archie sceptycznie zmarszczył nos.
- A właśnie że zgubiła! - wmieszała się April. - To było wtedy, kiedy przeprowadzaliśmy się z Eastgate Avenue. Mamusia zapomniała podać nowy adres tym ludziom, którzy mieli przewozić fortepian, a że przyjechali po niego, kiedy nas tam już nie było, wozili fortepian w kółko po całym mieście. Liczyli na to, że mamusia zatelefonuje do firmy przewozowej. Ale mamusia zgubiła karteczkę z nazwą firmy i adresem, więc musiała telefonować do wszystkich przedsiębiorstw przewozowych, jakie figurują w książce telefonicznej, póki nie trafiła wreszcie na właściwe.
Zapadło milczenie.
- Mamusia wcale nie jest z natury roztargniona - powiedziała wreszcie Dina. W głosie jej brzmiała troska. - Ale ma za dużo na głowie.
Troje małych Carstairsów siedziało na balustradzie ganku przed domem, wystawiając gołe opalone nogi na przedwieczorne słońce. Z piętra dużego starego domu dochodził stłumiony pomruk maszyny do pisania, pracującej z rekordową szybkością. Marian Carstairs - czyli Clark Cameron, czyli Andrew Thorpe, czyli J. J. Lane - kończyła swoją kolejną powieść detektywistyczną. Gdy dokona tego dzieła, pozwoli sobie na dzień wypoczynku, pójdzie do fryzjera i kupi prezenty trójce dzieci. Z lekkomyślną rozrzutnością zafunduje im obiad w restauracji i bilety na najciekawszy spektakl w mieście. Nazajutrz zaś siądzie do pisania następnej powieści sensacyjnej.
Taki był zwykły tryb życia, dobrze już znany trojgu dzieciom. Dina twierdziła, że porządek ten ustalił się już wówczas, gdy Archie leżał jeszcze w pieluchach.
Popołudnie było ciepłe, ospałe. Przed domem rozciągała się lesista dolina, zatopiona w miękkiej mgiełce. Tu i ówdzie spomiędzy drzew wybłyskiwały dachy, lecz nie było ich wiele. Marian Carstairs wybrała ten dom właśnie z powodu jego odosobnienia i ciszy. Jedyne bliższe sąsiedztwo stanowiła różowa willa w pseudowłoskim stylu, własność państwa Sanford, oddzielona pustą parcelą, kępą drzew i wysokim żywopłotem.
- Archie - odezwała się nagle April rozmarzonym głosem - zajrzyj do puszki na cukier.
Archie zaprotestował namiętnie. April miała dwanaście lat, a on tylko dziesięć, to jednak nie powód, żeby biegał dla niej na posyłki. Jeżeli chce, może sama zajrzeć do puszki na cukier. Na zakończenie całego wywodu spytał:
- Bo co?
- Bo pstro - odparła April.
- Archie - stanowczo rzekła Dina, rzucając na szalę autorytet swoich czternastu lat. - Już cię nie ma!
Archie jęknął, ale posłuchał. Był mały na swój wiek, miał niesforną ciemnoblond czuprynę i twarz, która jakimś cudem wyrażała jednocześnie niewinność i bezczelność. Z wyjątkiem pięciu minut bezpośrednio po kąpieli, Archie był zawsze trochę brudny. W tej chwili miał na dobitkę rozwiązane sznurowadła u tenisówek i niewielką dziurę na kolanie welwetowych spodni.
Dina w piętnastej wiośnie zasługiwała na złośliwe określenie, które dla niej wymyśliła April: “hoże dziewczę”. Wysoka, dobrze zbudowana, miała bujne i puszyste włosy, ogromne piwne oczy i na ładnej twarzyczce na przemian uśmiech albo powagę starszej siostry. Nosiła z szykiem jaskrawoczerwoną spódniczkę, kraciastą bluzkę, zielone długie skarpety i zakurzone brązowe pantofle.
April była drobna i łudziła pozorami kruchości. Włosy miała gładkie i jasne, oczy równie wielkie jak Dina, ale szaroniebieskie. Wszystko przemawiało za tym, że wyrośnie na piękność, jeszcze więcej za tym, że wyrośnie na osobę bardzo leniwą. April wiedziała o tym. Ubrana w niepokalanie białe spodnie i bluzkę, obuta w czerwone, zawiązane wokół kostek sandały, we włosy miała wpięty szkarłatny kwiat pelargonii.
Tętent niby galopującego źrebaka zwiastował siostrom z daleka, że Archie wraca. Z głośnym okrzykiem młodzieniec wyskoczył z drzwi domu i jednym susem znalazł się znowu na balustradzie.
- Włożyłem indyka do lodówki! - wrzasnął. - Skąd wiedziałaś, że jest w puszce od cukru?
- Metoda dedukcji - odparła April. - Kiedy mamusia dzisiaj rano odłożyła dostarczone prowianty do spiżarni, znalazłam torbę z cukrem w lodówce.
- To się nazywa głowa na karku! - powiedziała Dina. Westchnęła. - Ach, żeby mamusia wpadła znowu! Przydałby się nam w domu mężczyzna.
- Biedne matczysko! - westchnęła April. - Nie ma w ogóle osobistego życia. Sama jak palec na świecie.
- Mamusia ma nas - rzekł Archie.
- To nie to - wyniośle odpowiedziała April. Patrzała w rozmarzeniu na dolinę. - Żeby tak mamusi udało się rozwiązać zagadkę prawdziwego morderstwa! To by jej zrobiło świetną reklamę i nie musiałaby pisać tylu książek.
Archie wierzgnął piętami o mur.
- A ja bym chciał, żeby mamusia strzeliła dubla! - powiedział.
April mówiła później, że z pewnością Opatrzność podsłuchiwała tę ich rozmowę, bo w tym właśnie momencie usłyszeli strzały.
Dwa strzały, jeden po drugim, oba od strony willi Sanfordów. April chwyciła siostrę za ramię i szepnęła bez tchu:
- Słyszysz?
- Pewnie pan Sanford strzela do ptaków - sceptycznie osądziła Dina.
- Pana Sanforda nie ma jeszcze w domu - rzekł Archie.
Drogą przemknął samochód, niewidoczny za ścianą zarośli. Archie zsunął się z balustrady i chciał pobiec w stronę pustej parceli, lecz Dina, łapiąc za kołnierz, powstrzymała go w rozpędzie. Mignął drugi samochód. Potem zapadła cisza, tylko maszyna do pisania terkotała w pokoju na piętrze.
- To było morderstwo! - powiedziała April. - Wołajcie mamusię.
Troje dzieci spojrzało po sobie Maszyna stukała w zawrotnym tempie.
- To ty ją zawołaj - rzekła Dina, - To twój genialny pomysł.
April potrząsnęła przecząco głową.
- Idź ty, Archie.
- Ani mi się śni - stanowczo odparł Archie.
W końcu wszyscy troje weszli po schodach cicho jak myszki. Dina uchyliła drzwi od pokoju matki i trzy głowy wsunęły się przez szparę do wnętrza.
Matka - a właściwie w tej chwili J. J. Lane - nie podniosła wzroku znad maszyny. Zniszczone stare biurko, na którym piętrzyły się stosy papieru, maszynopisy, notatki, podręczne encyklopedie, zużyte kalki i puste pudełka po papierosach, niemal zasłaniało jej postać. Zrzuciwszy buciki oplotła bosymi stopami nogi stolika, który zdawał się tańczyć, tak podskakiwał pod terkocącą maszyną. Ciemne włosy upięte miała byle jak na czubku głowy, na nosie czerniała wielka smuga. Dym papierosów wypełniał gęsto cały pokój.
- Nic z tego, nawet jeżeli rzeczywiście popełniono morderstwo - szepnęła Dina. Bezszelestnie zamknęła z powrotem drzwi. Trójka na palcach zeszła na dół.
- Nic nie szkodzi - oznajmiła nie tracąc pewności siebie April. - Przeprowadzimy tymczasem sami wstępne dochodzenie. Czytałam wszystkie książki mamusi i wiem, co należy zrobić.
- Powinniśmy wezwać policję - rzekła Dina.
April stanowczo zaprotestowała:
- Dopiero po dokładnym zbadaniu sprawy. Tak postępuje zawsze Don Drexler w powieściach J. J. Lane’a. Może znajdziemy jakieś ważne dowody rzeczowe, które przekażemy tylko mamie. - Gdy szli w poprzek gazonu, April dodała: - Tylko ty, Archie, bądź cicho i zachowuj się przyzwoicie.
Archie podskoczył i wrzasnął:
- Właśnie że nie chcę!
- W takim razie zostaniesz w domu - oświadczyła Dina.
Archie uspokoił się natychmiast.
Na granicy posiadłości Sanfordów przystanęli. Za równo ostrzyżonym żywopłotem ciągnęła się obrośnięta winem pergola, dalej zaś rozległy, doskonale utrzymany trawnik, obrzeżony rabatą stokrotek. Rozstawione przed domem ogrodowe meble jaskrawymi barwami kłóciły się trochę - zdaniem April - z różowymi ścianami willi.
- Ale jeżeli nie popełniono tu morderstwa - zauważyła Dina - pani Sanford zrobi nam okropną awanturę. Już raz wypędziła nas ze swojego trawnika
- Słyszeliśmy strzały - odparła April. - Czy chcesz teraz stchórzyć? - Ruszyła na czele trójki przez pergolę, lecz zaraz się zatrzymała. - Przejechały dwa samochody - powiedziała z namysłem. - Oba skręciły na szosę z bocznej drogi już po strzałach. Może ktoś już wie o zabójstwie i ściga wóz mordercy. - April zerknęła spod oka na brata i dodała: - Morderca może tu wrócić Jeżeli uzna, że za dużo wiemy, to pozabija nas wszystkich.
Archie pisnął z cicha. Ale ta imitacja przerażenia nie wypadła zbyt przekonująco. Dina zmarszczyła brwi.
- Nie przypuszczam, żeby morderca naprawdę mógł tak postąpić - rzekła.
- Bo ty wszystko bierzesz zanadto dosłownie - powiedziała April. - Mamusia zawsze to o tobie mówi.
Przez trawnik przeszli na drogę wjazdową. Betonowa nawierzchnia była poznaczona śladami opon.
- To by trzeba sfotografować - stwierdziła April. - Szkoda, że nie mamy aparatu.
Ogród był pusty. Z różowej willi nie dobywał się żaden szmer, żaden znak życia. Chwilę stali pod oszkloną werandą, obmyślając dalszą akcję. Nagle wszyscy troje dali nura za róg domu, bo z szosy skręcił w boczną drogę długi szary kabriolet.
Z kabrioletu wysiadła młoda, smukła, prześliczna pani. Jej włosy, koloru pośredniego między złotem a miedzią, spadały na ramiona obfitymi, luźnymi puklami. Ubrana była w suknię w kwiaty, na głowie miała duży słomkowy kapelusz.
April aż zachłysnęła się z wrażenia.
- Patrzcie! - szepnęła. - To Polly Walker! Artystka! Ależ szykowna babka!
Młoda kobieta przez chwilę jak gdyby się wahała w połowie drogi między samochodem a willą. Potem jednak stanowczym krokiem podeszła do drzwi frontowych i zadzwoniła. Czekała parę minut na próżno, przyciskając guzik dzwonka parę razy, w końcu pchnęła drzwi i weszła.
Troje dzieci dostrzegało niejasno przez szyby werandy wnętrze obszernego salonu. Polly Walker weszła tam drzwiami w głębi, lecz w progu zatrzymała się jak wryta i krzyknęła.
- A co, nie mówiłam? - szepnęła April.
Młoda kobieta zrobiła parę kroków ku środkowi pokoju i schyliła się, znikając na chwilę z pola widzenia Carstairsów. Gdy się wyprostowała, podeszła do telefonu i zdjęła słuchawkę z widełek.
- Wzywa policję - szepnęła Dina.
- Nie szkodzi - odpowiedziała również szeptem April. - Policjanci stwierdzą wszystkie okoliczności, ale dopiero mamusia wyciągnie z nich właściwe wnioski. Tak zawsze pracuje Bill Smith w książkach Clarka Camerona.
- Superman ma inną metodę - odezwał się Archie przenikliwym dyszkantem. - Superman...
Zatykając mu usta ręką, Dina syknęła ze złością:
- Tsss... Będziesz cicho? - Po czym powiedziała: - W książkach J. J. Lane’a detektyw umyślnie myli tropy, żeby policję wyprowadzić w pole.
- Mamusia też to zrobi - oświadczyła April. I proroczym tonem dodała: - A jeśli nie mamusia, to my...
Tymczasem Polly Walker odłożyła słuchawkę, raz jeszcze spojrzała na podłogę, zadrżała i wybiegła z salonu. W minutę później ukazała się przed domem, blada jak ściana i wyraźnie wstrząśnięta. Zbliżyła się do samochodu, zerwała z głowy słomkowy kapelusz, cisnęła go na siedzenie, sama zaś siadła na stopniu wozu i opierając łokcie na kolanach, kilkakrotnie przesunęła dłońmi po twarzy i włosach. Po chwili wyprostowała się, potrząsnęła głową, wyjęła z torebki papierosa, zapaliła, dmuchnęła dwa razy dymem i zdeptała niedopałek. Ukryła twarz w dłoniach.
Z ust Diny wyrwało się głośne: “Och!” - zupełnie tak samo, jak kiedy Archie padał, zdzierając sobie skórę z łokci i kolan albo kiedy April obcięła się na egzaminie z matematyki, albo wreszcie gdy matka w porannej poczcie dostawała zamiast czeku list z żądaniem zwrotu korekt. Niemal odruchowo dziewczyna podbiegła do zrozpaczonej młodej kobiety, siadła obok niej na stopniu samochodu i objęła ją ramieniem.
Archie także zareagował współczuciem, lecz wyraził je zupełnie inaczej. Wielkie szaroniebieskie oczy chłopca wypełniły się łzami, drżące usta szepnęły:
- Błagam, niech pani nie płacze!
Młoda aktorka podniosła twarz, bardzo bladą
- Zabił ją... zabił... Leży martwa. Ach, po co on to zrobił! Nie było wcale potrzebne... Nie powinien był... Zabił ją, zabił...
Powtarzała te słowa bezdźwięcznym głosem, jak płyta gramofonowa obracająca się w zbyt szybkim tempie.
- Niech pani lepiej tyle nie gada - odezwała się April. - Gdyby tak policja usłyszała, co pani mówi! Buzię na kłódkę i sza!
Polly Walker rozejrzała się niespokojnie dokoła i zamrugała nerwowo powiekami pytając:
- Skąd właściwie... i kto wy jesteście?
- Przyjaciele - oznajmiła uroczyście Dina.
W kącikach ust Polly Walker pojawił się cień uśmiechu.
- Wracajcie lepiej zaraz do domu. Tu stało się coś okropnego.
- Wiadomo - odparł Archie. - Morderstwo. Dlatego przyszliśmy. Bo my... - Urwał, wrzasnął i umilkł, ponieważ April kopnęła go z całych sił w kostkę.
- Kogo tu zamordowano? - spytała Dina.
- Florę Sanford - bez tchu szepnęła Polly Walker. Lewą ręką zasłoniła oczy i załkała: - Och, Wallie, Wallie, niemądry, szalony! Jak mogłeś!
- Na litość boską! - wybuchła April. - Lada chwila będzie pani musiała odpowiedzieć na pytania policjantom, nie pora teraz na “jak mogłeś” i tak dalej. Po pierwsze to jest nudne, a po drugie on wcale tego nie zrobił.
Polly Walker podniosła wzrok na April, przyjrzała jej się uważnie i powiedziała: - Ooo! - W oddali już zawyła syrena, a nikły z początku jej głos z każdą sekundą dźwięczał głośniej i bliżej. Aktorka wyprostowała się i odrzuciła z czoła zabłąkane pasmo włosów.
- Niech pani upudruje także nos - surowo poradziła Dina. Popatrzyła w twarz siostry pytając: - Co za “on”?
- Nie mam pojęcia - odpowiedziała April wzruszając ramionami.
Pierwszy samoch...
Sabaidee