FredericK Forsyth
Czysta robota
Mark Sanderson lubił kobiety. Lubił także krwiste befsztyki z dobrze przyprawioną sałatą. Zarówno pierwsze, jak i drugie konsumował z jednakowym apetytem. Kiedy brała go ochota, telefonował do odpowiedniego dostawcy i zamawiał towar, który przysyłano mu do wytwornego domku, zbudowanego na dachu dużej kamienicy. Mógł sobie pozwolić na wszystko, był bowiem multimilionerem i to w funtach szterlingach, a więc w walucie, której wartość, nawet w dzisiejszych niepewnych czasach, równa się niemal dwóm dolarom.
Jak większość bogatych i możnych ludzi wiódł życie na trzech różnych płaszczyznach. Pierwszą stanowiło jego życie zawodowe i publiczne, był przecież jednym z potentatów londyńskiego City i to powszechnie znanym i podziwianym. Drugą określano jako domenę prywatną, która nie zawsze pokrywała się z plotkami, jakie na jego temat krążyły. Trzecią wreszcie było ściśle prywatne życie, do którego nikt nie miał dostępu.
Pisano o nim regularnie na łamach wszystkich dzienników, interesowały się nim kolumny finansowe i kolumny plotkarskie najrozmaitszych pism, nie mówiąc już o programach telewizyjnych. Mark Sanderson rozpoczął swoją karierę w późnych latach pięćdziesiątych w agencji handlu nieruchomościami w centrum Londynu. Miał niewielkie wykształcenie, które uzupełniał niezwykły instynkt i prawdziwy nos do transakcji inwestycyjnych. W ciągu dwóch lat nauczył się nie tylko wszystkich zasad kupieckiej gry, ale – co ważniejsze – sposobów legalnego ich obchodzenia. W wieku dwudziestu trzech lat załatwił w ciągu jednej doby swoją pierwszą samodzielną transakcję. Było nią kupno posiadłości w dzielnicy St. John's Wood. Zarobił na tym dziesięć tysięcy funtów, po czym założył firmę pod nazwą Hamilton Holdings, która przez następne czternaście lat miała być jego główną bazą wypadową. Nazwał ją tak na pamiątkę owej pierwszej transakcji, albowiem nabyta przezeń wówczas kamienica znajdowała się na Hamilton Terrace. Miał to być ostatni sentymentalny odruch w jego życiu zawodowym.
Z początkiem lat sześćdziesiątych, gdy zarobił pierwszy milion, przerzucił się z handlu nieruchomościami na budownictwo budynków biurowych. W połowie dekady był wart bez mała dziesięć milionów i rozszerzył granice swojej działalności. Jego mistrzowskie operacje z dziedziny finansów, bankowości, przemysłu chemicznego, inwestycje w miejscowościach letniskowych nad Morzem Śródziemnym były równie intratne, jak owa pierwsza transakcja w St. John's Wood. Opisywała je prasa, ludzie je podziwiali, a akcje dziesięciu przedsiębiorstw zgrupowanych w Hamilton Holdings stale zwyżkowały na giełdzie.
Na innych stronicach gazet można było znaleźć plotki z prywatnego życia Marka Sandersona. Pisano o jego wspaniałym apartamencie przy Regent's Park, luksusowej posiadłości w stylu elżbietańskim w hrabstwie Worcestershire, zamku w dolinie Loary, willi w Cap d'Antibes, o jego jachcie, rolls-roysie, lamborghinim, a także o nie kończącym się korowodzie młodych, kształtnych gwiazdek filmowych, w których to towarzystwie nieustannie się fotografował. Plotkarskie kąciki gazet pełne były fascynujących opisów wdzięków dziewczyn wylegujących się w jego czterometrowym, okrągłym łożu. Jeszcze przed dziesięciu laty zostałby zapewne zrujnowany, gdyby jego nazwisko łączono ze sprawą rozwodową pewnej majętnej gwiazdy filmowej lub procesem o ojcostwo wytoczonym mu przez pretendentkę do tytułu miss świata. Ale na przełomie lat siedemdziesiątych skandale te stanowiły raczej świadectwo – tak obecnie pożądane – jego krzepy. Toteż w kołach towarzyskich londyńskiego West Endu budziły sensację i podziw. Mark Sanderson był więc osobistością powszechnie znaną.
Jego tajemne życie było czymś zgoła innym. Można by je określić po prostu jednym słowem: nuda. Cała ta intensywna aktywność nudziła go śmiertelnie. Ukute niegdyś przez niego powiedzonko “czegokolwiek Mark zapragnie – Mark dostanie” przemieniło się w kiepski żart. W wieku trzydziestu siedmiu lat wyglądał nieźle, pozował na Marlona Brando, był w świetnej formie fizycznej i bardzo samotny. Zdawał sobie sprawę, że potrzebuje nie setek dziewczyn, ale jednej jedynej, która dałaby mu dzieci i potrafiła stworzyć domowe ognisko. Rozumiał, że ma małe szansę znalezienia takiej kobiety, ponieważ wiedział dość dokładnie, jaka powinna być, i żadnej takiej nigdy w życiu nie spotkał. Jak większość bogatych playboyów, mógł ulec urokom jedynie takiej kobiety, której nie imponowałyby ani jego pieniądze, ani pozycja społeczna, ani reputacja. W odróżnieniu od większości bogatych playboyów, Mark Sanderson zachował wystarczającą trzeźwość umysłu, by móc patrzeć na samego siebie obiektywnie. Ale tylko po kryjomu. Publiczne przyznanie się do czegoś takiego równałoby się ośmieszeniu.
Był już całkiem pewny, że nigdy owej wymarzonej istoty nie spotka, kiedy tak się właśnie stało. Było to wiosną, na jakimś balu dobroczynnym, takim na którym wszyscy goście nudzą się śmiertelnie, a dochód ze sprzedaży biletów starcza akurat na bańkę mleka dla dzieci w Bangladeszu. Kobieta stała po drugiej stronie salonu, słuchając monologu jakiegoś niskiego grubasa kurzącego długie cygaro. Słuchała go z dyskretnym półuśmiechem, z którego nie można było wnioskować, czy bawi ją anegdotka grubasa, czy też jego błazeńskie wysiłki zajrzenia w głąb jej dekoltu.
Sanderson przedarł się przez tłum i korzystając z pobieżnej znajomości grubego producenta filmowego, pozwolił się przedstawić dziewczynie, która nazywała się Angela Summers. Dłoń o wypielęgnowanych paznokciach, którą mu podała, była wąska i chłodna. Na serdecznym palcu lewej ręki, w której trzymała szklankę ginu z tonikiem, a raczej z samym tonikiem, widniała złota obrączka. Sandersona bynajmniej to nie zrażało. Kobiety zamężne uważał za równie łatwe do zdobycia jak panny. Pozbył się filmowca i zaprowadził ją w kąt pokoju, żeby móc spokojnie porozmawiać. Bliskość kobiety podnieciła go, co było rzeczą normalną, ale wrażenie, jakie na nim zrobiła, raczej było niezwykłe.
Pani Summers, wysoka i smukła, była piękna i promieniowała spokojem. Mimo obowiązującej w latach siedemdziesiątych szczupłości sylwetki miała wydatne piersi, wąską talię i solidne biodra. Błyszczące kasztanowate włosy ściągała klamra, a ich połysk zdawał się świadczyć o zdrowiu właścicielki. Miała na sobie prostą białą suknię, która podkreślała jej złocistą opaleniznę. Nie nosiła żadnej biżuterii. Oczy lekko podkreśliła ołówkiem, poza tym twarz bez makijażu, co wyróżniało ją wśród obecnych w salonie wytwornych pań. Sanderson określił jej wiek na trzydzieści lat. Jak się później dowiedział, miała trzydzieści dwa.
Sanderson obrał sobie jej opaleniznę za temat rozmowy. Czy nabyła jej w czasie wiosennych wakacji w górach, czy może na statku, w drodze na Wyspy Karaibskie? Zakładał, że Summersowie są wystarczająco zamożni, żeby prowadzić taki sam tryb życia, jaki prowadziła większość obecnych na balu gości. Okazało się, że obydwa jego przypuszczenia są błędne. Mieszkała z mężem w domku na wybrzeżu Hiszpanii. Państwo Summers żyli z niewielkich honorariów z książek o ptakach, które pisał jej mąż, oraz z pieniędzy zarabianych przez nią. Udzielała lekcji angielskiego.
Przyglądając się jej ciemnym oczom i włosom oraz złocistej cerze, doszedł do wniosku, że jest Hiszpanką, ale powiedziała mu, że jest Angielką. Przyjechała w odwiedziny do rodziców mieszkających w środkowej Anglii, a szkolna koleżanka zaprosiła ją na tydzień do Londynu. Za kilka dni miała powrócić do Hiszpanii. Rozmawiało się z nią łatwo. Nie schlebiała Sandersonowi, co mu odpowiadało, nie wybuchała przesadnym śmiechem, kiedy mówił coś zabawnego.
– Co pani myśli o londyńskiej socjecie? – zapytał, kiedy stali oparci o ścianę, przyglądając się tańczącym parom.
– Przypuszczalnie nie to, co powinnam – odrzekła poważnie.
– Papugi w szklanej klatce – mruknął złośliwie. Uniosła brwi.
– A mnie się zdawało, że Mark Sanderson jest jednym z filarów tej socjety – powiedziała bez żółci, ale stanowczo.
– Czyżby wieści o mnie docierały aż do Hiszpanii?
– Nawet na Costa Blanca czytamy Daily Express – odpowiedziała spokojnie.
– A w nim dokładne opisy życia i przygód Marka Sandersona.
– Oczywiście – odparła bez wahania.
– Czy robią na pani wrażenie?
– A powinny?
– Nie.
– A więc nie robią. – Jej odpowiedź napełniła go dziwnym zadowoleniem.
– To dobrze. Ale czy mogę zapytać, dlaczego? Zastanawiała się przez chwilę.
– To chyba wszystko fałsz – stwierdziła.
– Czy ja też?
Patrzył, jak pod prostą, białą bawełnianą sukienką łagodnie wznoszą się i opadają jej piersi. Wreszcie spojrzała mu w oczy.
– Nie wiem – odparła z powagą – ale przypuszczam, że gdyby dać panu szansę, mógłby pan zostać raczej porządnym człowiekiem. Jej słowa wytrąciły go z równowagi.
– Myli się pani – mruknął, ale ona uśmiechnęła się pobłażliwie, jak do małego, krnąbrnego chłopca.
Po kilku minutach zjawili się jej przyjaciele, przywitali się z Sandersonem i zabrali ją. W drodze do hallu Mark zaproponował jej szeptem wspólną kolację następnego wieczoru. Od lat nikogo już tak nie zapraszał. Angela Summers nie wysiliła się na żaden dowcip o tym, jak to niebezpiecznie jest pokazywać się w jego towarzystwie ani o tym, że ma nadzieję, iż nie będzie w pobliżu fotografów. Zastanawiała się przez chwilę i odpowiedziała:
– Dobrze, bardzo chętnie.
Mark myślał o niej przez całą noc. Całkowicie zaniedbał wychudzoną i mizdrzącą się modelkę, którą poderwał nad ranem w jakimś nocnym lokalu. Wpatrywał się w sufit i widział oczami wyobraźni połyskujące kasztanowe włosy, wyobrażał sobie, że leżą na jego poduszce. Pod palcami czuł miękką złocistą skórę Angeli. Był pewien, że ich właścicielka śpi spokojnie i cicho, bo wszystko przecież robiła w taki właśnie sposób. Wyciągnął rękę, żeby popieścić pierś modelki, ale trafił na wysuszony woreczek przypominający ucho zagłodzonego szczeniaka. Dziewczyna wydała z siebie cichy jęk, który miał być niby to jękiem rozkoszy. Więc poszedł do kuchni, zaparzył sobie kawę i usiadł w ciemnej bawialni. Popijając z wolna, przesiedział tam do świtu, kiedy to drzewa parku, oświetlone promieniami słońca wschodzącego hen nad wrzosowiskami Wansteadu, zarysowały się przed jego oczami jasno i wyraźnie.
Tydzień to krótki okres na rozwinięcie się romansu, ale bywa wystarczająco długi, by zmienić nie tylko jedno życie, ale nawet dwa lub trzy. Nazajutrz wieczorem podjechał po nią. Zeszła i usiadła przy nim. Włosy miała spiętrzone nad czołem. Ubrana była w białą bluzkę z bufiastymi rękawami, zakończonymi koronką, i długą, czarną, mocno ściągniętą w talii szerokim paskiem spódnicę. Strój ten przydawał jej sylwetce staroświeckiej, wiktoriańskiej elegancji, co tak bardzo odbiegało od jej wczorajszego wyglądu i od obrazu, jaki miał w pamięci, że podnieciło go.
Odzywała się rzadko, ale to, co mówiła, było proste i inteligentne, a kiedy zaczął jej opowiadać o swoich transakcjach handlowych – co rzadko czynił w towarzystwie kobiety – słuchała go uważnie. Pod koniec wieczoru zrozumiał, że to, co zaczyna do niej odczuwać, nie jest przelotnym uczuciem, a już z pewnością nie zwykłym pożądaniem. Podziwiał ją ogromnie. Była w niej wewnętrzna pogoda, wielkie opanowanie, jej obecność przynosiła spokój i ukojenie. Coraz łatwiej i swobodniej rozmawiało mu się z nią o sprawach, jakie na ogół zachowywał dla siebie – w więc o operacjach finansowych, o pogardzie, jaką żywił dla luźnych obyczajów ludzi ze swojej sfery, bezlitośnie wykorzystując je dla własnych celów. A ona to wszystko rozumiała, chociaż nie zawsze była poinformowana, a u kobiet zdolność rozumienia jest ważniejsza niż znajomość rzeczy. Kiedy wybiła północ i zaczęto zamykać restaurację, wciąż siedzieli, pogrążeni w rozmowie.
Uprzejmie, ale stanowczo, odrzuciła propozycję pojechania do niego na ostatniego drinka. Z taką odmową nie spotkał się od lat.
Po kilku dniach czuł, że jest zakochany po uszy, niczym sztubak. Zapytał ją o ulubione perfumy, dowiedział się, że nazywają się Miss Dior i że kupuje je sobie od czasu do czasu w samolocie, gdzie sprzedawane są bez cła. Posłał więc kogoś na Bond Street po największą, jaka była w sprzedaży, butelkę tych perfum. Przyjęła prezent bez minoderii, ale zaprotestowała przeciwko jego rozmiarom.
– To straszna ekstrawagancja – powiedziała. Zawstydził się.
– Chciałem ci ofiarować coś bardzo specjalnego.
– Ale to musiało kosztować fortunę – zauważyła ze zgorszeniem.
– Zapewniam cię, że stać mnie na to.
– Wierzę – odparła – i jestem wdzięczna, ale proszę mi nigdy więcej nie kupować takich rzeczy. Nie lubię ekstrawagancji.
Zatelefonował do Worcestershire, do swojej posiadłości, kazał napełnić basen wodą i podgrzać ją. W sobotę pojechali tam na weekend, mimo że wiał chłodny majowy wiatr. Zarządził więc, by otoczono basen z trzech stron ruchomymi szklanymi parawanami. Wyłoniła się z kabiny w jednoczęściowym białym kostiumie kąpielowym z materiału frotte i była tak piękna, że aż mu dech zaparło. Cóż to za wspaniała kobieta, pomyślał, i to pod każdym względem.
Ostatni wieczór przed jej powrotem do Hiszpanii spędzili oczywiście razem. Przez długi czas całowali się w ciemnym rolls-roysie, zaparkowanym na małej poprzecznej uliczce niedaleko jej domu, ale kiedy spróbował wsunąć rękę za jej dekolt, odsunęła ją łagodnie, ale stanowczo.
Zaproponował, żeby rozeszła się z mężem i wyszła za niego. Ponieważ powiedział to bardzo poważnie, ustosunkowała się równie serio do sprawy i potrząsnęła głową.
– Nie potrafiłabym tego zrobić – odrzekła.
– Kocham cię. I to nie jest przemijające uczucie. Kocham cię bezgranicznie i na zawsze. Zrobiłbym dla ciebie wszystko. Wbiła wzrok w zalegającą za szybą samochodu ciemność.
– Wierzę ci, Mark. Nie powinniśmy byli posunąć się tak daleko. To moja wina, że nie zorientowałam się wcześniej i nie przestałam się z tobą widywać.
– Ale czy ty mnie także kochasz? Chociażby odrobinę?
– Jeszcze nie wiem. Nie jestem taka szybka.
– Może będziesz mogła mnie pokochać? W przyszłości.
I znowu wykazała kobiecą intuicję i odniosła się z powagą do tego pytania.
– Sądzę, że tak. Na pewno tak. Jesteś zupełnie inny niż fama o tobie. Pod grubą warstwą cynizmu tkwi w tobie ciepły i wrażliwy człowiek, a to mi się podoba.
– Więc rzuć go i wyjdź za mnie.
– To niemożliwe. Jestem żoną Archie'ego i nie mogę go porzucić.
– Czy on ma coś, czego ja nie potrafiłbym ci ofiarować?
– Nie, skądże – uśmiechnęła się. – On jest w gruncie rzeczy szalenie słabym człowiekiem i kiepsko sobie radzi...
– Więc czemu nie chcesz się z nim rozejść?
– Ponieważ on mnie potrzebuje – odparła z prostotą.
– Ja cię też potrzebuję.
– Nie, chyba nie – potrząsnęła głową. – Ty mnie pragniesz, to pewne, ale potrafisz sobie doskonale dać radę beze mnie. A on nie. Nie ma na to sił.
– Ja cię nie tylko pragnę, Angelo, ja cię kocham, i to bardziej niż kogokolwiek czy cokolwiek, co w życiu posiadałem. Uwielbiam cię, pożądam cię.
– Ty nic nie rozumiesz – powiedziała po chwili. – Kobiety lubią być kochane, uwielbiają być uwielbiane, pożądane, ale nade wszystko potrzebują tego, żeby ich ktoś potrzebował. A ja jestem Archie'emu potrzebna bardziej niż powietrze, którym oddycha.
Sanderson gwałtownym ruchem zgasił cygaro w popielniczce.
– Więc pozostaniesz z nim, dopóki was śmierć nie rozdzieli... Nie zareagowała na jego ironiczny ton, tylko spojrzała mu prosto w oczy i skinęła głową.
– Tak, chyba właśnie tak. Dopóki nie rozdzieli nas śmierć. Przykro mi, Mark, ale taka już jestem. W innym miejscu, w innym czasie, no i gdybym nie była już żoną Archie'ego, zareagowałabym pewnie inaczej na twoją propozycję, nawet na pewno. Ale jestem już mężatką i nie ma na to żadnej rady.
Nazajutrz wyjechała. Kazał szoferowi zawieźć ją na lotnisko, skąd odleciała do Walencji. Są wprawdzie różnice pomiędzy miłością i potrzebą czyjejś obecności, tęsknotą i pożądaniem, ale każde z tych uczuć potrafi przemienić się w obsesję. W przypadku Marka Sandersona wszystkie te uczucia uległy takiemu przekształceniu. Maj ustąpił miejsca czerwcowi, a on coraz bardziej i bardziej pragnął Angeli. Życie nie odmówiło mu dotąd niczego, od bez mała dziesięciu lat miał wszystko, o czym tylko zamarzył, i – jak zresztą wszyscy ludzie dysponujący nadmiarem władzy – stał się psychicznym kaleką. Logicznie i precyzyjnie kroczył od pożądania do determinacji, od determinacji do koncepcji, od planowania do wykonania planu, czyli do celu. W pierwszych dniach czerwca Sanderson postanowił zdobyć Angelę Summers za wszelką cenę i od tej chwili przez głowę nieustannie przebiegała mu jedna jedyna myśl, zdanie, wyjęte prosto z modlitewnika: “dopóki nas śmierć nie rozłączy”. Gdyby Angela była inna, gdyby była kobietą pragnącą pieniędzy, luksusu, władzy, wysokiej pozycji towarzyskiej, nie byłoby w ogóle problemu. Mógłby ją wówczas olśnić bogactwem, ale wtedy nie byłaby przecież sobą i nie pragnąłby jej z taką namiętnością.
Znalazł się więc w błędnym kole. Krążenie po nim doprowadziłoby go z pewnością do szaleństwa, postanowił więc znaleźć jakieś wyjście, a było w końcu tylko jedno. Wynajął sobie na nazwisko Michael Johnson niewielkie mieszkanko w Londynie. Zrobił to za pośrednictwem agenta i przez telefon. Zapłacił komorne za miesiąc i złożył odpowiedni depozyt – wszystko czekiem i przez pocztę. Poprosił, żeby pozostawiono klucz od mieszkania pod słomianką, gdyż planował przyjazd późnym wieczorem.
Zadzwonił następnie do jednej z owych agencji, które nie stawiają zbyt wielu pytań i nie interesują się zanadto legalną stroną przeprowadzanych transakcji, podał nowy londyński adres i zreferował dokładnie, o jaką usługę mu chodzi. Ponieważ pragnął pozostać anonimowy, zażądano od niego pieniędzy z góry. Wysłał przesyłką poleconą zaliczkę gotówką w wysokości pięciuset funtów szterlingów.
W tydzień później pan Johnson otrzymał list, w którym donoszono mu, że jego zlecenie zostało wykonane i że pozostaje do zapłacenia jeszcze dwieście pięćdziesiąt funtów. Sumę tę wysłał pocztą i w trzy dni później otrzymał odpowiedni materiał. Była tam krótka biografia, którą szybko przekartkował, fotografia wycięta z okładki książki na temat ptactwa rejonu Morza Śródziemnego, której od dawna nie było w sprzedaży, a która rozeszła się w znikomej liczbie egzemplarzy, oraz kilka kiepskich zdjęć wykonanych obiektywem teleskopowym. Widniał na nich drobny, raczej cherlawy mężczyzna o cofniętym podbródku i z małym wąsikiem przypominającym szczoteczkę do zębów. Major Archibald Clarence Summers. Musi się oczywiście nadal posługiwać chlubną rangą majora – zdenerwował się Sanderson – brytyjski eks-oficer, żyjący obecnie w niewielkiej willi kilkaset metrów od wybrzeża, na przedmieściu małego hiszpańskiego miasteczka w prowincji Alicante, w połowie drogi pomiędzy Alicante a Walencją. Sanderson obejrzał sobie zdjęcia willi. Wreszcie przeczytał krótki raport na temat trybu życia jej mieszkańców. Śniadanie państwo S. spożywali na niewielkim patio, przed południem pani S. udawała się do pałacu, by uczyć angielskiego trójkę dzieci contessy, a każdego popołudnia opalała się na plaży i pływała w morzu, dokładnie między trzecią a czwartą, kiedy to jej małżonek pracował nad notatkami do dzieła o ptactwie Costa Blanca.
Nazajutrz Sanderson zawiadomił personel biura, że zamierza pewien czas spędzić w domu, ale że będzie w stałym kontakcie telefonicznym. Następnie zajął się zmianą swojej powierzchowności. Poszedł do małego zakładu fryzjerskiego, który ogłaszał się w jednym z tygodników przeznaczonych dla pederastów. Właściciel zakładu okazał się nadzwyczaj pomocny. Obciął dość długie włosy Sandersona na jeża i ufarbował je na jasny blond. Zabieg ten trwał nieco ponad godzinę. Fryzjer był zachwycony rezultatem, który – jak twierdził – powinien wystarczyć na jakieś dwa tygodnie.
Odtąd Sanderson zawsze wjeżdżał samochodem wprost do podziemnego garażu, gdzie wsiadał do windy tak, żeby uniknąć wzroku portiera. Zadzwonił do jednego ze swoich przyjaciół, dziennikarza, i poprosił go o adres najlepszego londyńskiego archiwum, specjalizującego się w historii czasów najnowszych. Zbiory te składały się z milionów wycinków prasowych i setek tysięcy słowników i dzieł informacyjnych. W trzy dni później Sanderson był posiadaczem karty wstępu na nazwisko Michael Johnson.
Zaczął od słowa “najemnik”. W teczce opatrzonej tym hasłem znalazł takie nazwiska, jak Mikę Hoare, Robert Denard, John Peters i Jacques Schramme, jak również odsyłacze do takich haseł, jak Kenia, Rodezja, Kongo, Katanga, Jemen, Nigeria/Biafra i Angola. Przejrzał je wszystkie. Przeczytał niezliczone ilości informacji gazetowych, artykułów w magazynach, komentarzy, recenzji z książek i wywiadów. Notował nazwiska autorów książek, po czym wybierał książki z półek. Przeczytał Historię najemnictwa Anthony'ego Mocklera, Najemnika w Kongo Mike'a Hoare'a i tom pod tytułem Siła ognia, poświęcony w całości Angoli.
Z plejady nazwisk rewolwerowców, przewijających się przez jego lektury, wyłoniło się w końcu jedno, które go zainteresowało. Należało do człowieka walczącego w trzech wojnach. Nawet najostrzejsi z autorów zdawali się pisać o nim w sposób raczej oględny. Człowiek ten nigdy nie udzielił nikomu wywiadu i nigdy nie pozwolił się fotografować. Był Anglikiem. Sanderson postanowił działać tak, jak gdyby ten człowiek znajdował się obecnie w Londynie.
Przed kilkoma laty, kiedy Sanderson przejmował przedsiębiorstwo, którego akcje stały na giełdzie bardzo wysoko, został przy okazji właścicielem grupy innych firm, między innymi sklepu z cygarami, laboratorium wywołującego filmy i agencji literackiej. Nigdy jakoś nie starał się tych przedsiębiorstw rozwinąć. Teraz agencja literacka znalazła mu prywatny adres autora tomu wspomnień, który go szczególnie zainteresował. Wydawca książki nie miał powodu, aby coś podejrzewać. Podał więc adres autora, dokąd wysyłał od czasu do czasu niewielkie tantiemy.
Kiedy wielki finansista odwiedził najemnika-autora, udając urzędnika wydawnictwa, znalazł się w obliczu człowieka całkowicie wykończonego, rozpitego, żyjącego wyłącznie wspomnieniami. Były najemnik myślał z początku, że wizyta ma jakiś związek z dalszymi nakładami i honorariami, a kiedy okazało się, iż tak nie jest, nie ukrywał rozczarowania. Gdy jednak gość zaproponował mu zaliczkę, oczy mu zabłysły.
Sanderson przedstawił się nazwiskiem Johnson i powiedział, że jego firma otrzymała wiadomość, iż były kolega najemnika nosi się z zamiarem napisania pamiętników. Firma jest nimi zainteresowana i nie chciałaby, żeby ubiegła ją konkurencja. Problem polega na tym, że nikt nie zna adresu owego człowieka.
Kiedy były najemnik usłyszał nazwisko eks-kolegi, skrzywił się.
– Zdecydował się więc wszystko wywalić na wierzch – mruknął. – Wierzyć mi się nie chce.
Był obojętny, ale tylko do chwili, gdy wypił szóstą whisky i poczuł pomiędzy palcami szeleszczące banknoty. Wtedy nagryzmolił coś na kartce papieru i podał ją Sandersonowi.
– Kiedy ten skurwiel przyjeżdża do miasta, zawsze się tam uchlewa – powiedział.
Sanderson jeszcze tegoż wieczora odnalazł ów lokal. Był nim przytulny bar w pobliżu Earl's Court. Nazajutrz wieczorem zjawił się ten, którego oczekiwał. Nigdy nie widział fotografii faceta, ale przeczytał jego opis w jednym z pamiętników. Rozpoznał bliznę na policzku oraz imię, którym barman się do niego zwrócił. Był to barczysty, długonogi, wysportowany mężczyzna. Sanderson obserwował jego twarz odbijającą się w lustrze za kontuarem, głęboko osadzone oczy i usta skrzywione w gorzkim uśmiechu. Człowiek powoli popijał piwo z kufla. Kiedy opuścił klub, Sanderson poszedł za nim i zobaczył, że wchodzi do czynszowej kamienicy, położonej w odległości jakichś czterystu metrów od klubu.
W kilka minut potem zauważył w jednym z okien światło. Zapukał do drzwi mieszkania. Otworzył mu człowiek w ciemnych spodniach i kamizelce. Sanderson zauważył, że zanim otworzył drzwi, zgasił światło w przedpokoju, aby się znaleźć w cieniu. Oświetlała go tylko lampa z hallu.
– Mister Hughes? – odezwał się Sanderson. Mężczyzna uniósł jedną brew.
– Z kim mam przyjemność? – warknął.
– Nazywam się Johnson. Michael Johnson.
– Nakaz rewizji – zażądał Hughes stanowczym tonem.
– Nie jestem gliną – odparł Sanderson – lecz prywatnym obywatelem. Czy mogę wejść?
– Kto panu dał mój adres? – zapytał Hughes, nie reagując na pytanie gościa.
Sanderson podał mu nazwisko swojego informatora.
– Za dwadzieścia cztery godziny zapomni, że ze mną rozmawiał – dodał. – Jest tak napompowany, że nie pamięta własnego nazwiska.
W kącikach ust Hughes'a ukazał się cień uśmiechu, ale oczy pozostały groźne.
– To by się zgadzało – mruknął i ruchem głowy wskazał Sandersonowi wnętrze mieszkania. Weszli do dużego pokoju. Stało w nim kilka odrapanych gratów, jak to zwykle w tak zwanych umeblowanych pokojach, jakich w Londynie są tysiące. Na środku stół. Hughes wskazał na jedno ze stojących przy nim krzeseł. Sanderson usiadł, Hughes ulokował się naprzeciwko niego.
– No więc?
– Chciałbym zamówić pewną robotę. Nazywa się to, zdaje się, skok. Ale skok na człowieka. Hughes patrzył na niego twardo.
– Czy pan lubi muzykę? – zapytał nagle. Sanderson był zaskoczony, ale skinął głową. – No to sobie coś zagramy.
Hughes wstał i podszedł do przenośnego radia, które stało przy łóżku. Jedną ręką przekręcił gałkę, a drugą sięgnął pod poduszkę. Obrócił się i skierował na Sandersona colta 45. Oddychał ciężko i co chwila przełykał ślinę. Podkręcił muzykę tak, że wprost ogłuszała. Sięgnął do szuflady nocnego stolika, wyciągnął notes i pióro, i nie spuszczając swojego gościa z oka, powrócił do stołu. Jedną ręką napisał teraz dwa słowa na kartce i podsunął ją Sandersonowi. “Rozbierać się”, przeczytał Sanderson.
Zakręciło mu się w głowie. Wiedział, że ludzie tego pokroju potrafią być bezlitośni. Ruchem colta Hughes dał Sandersonowi do zrozumienia, żeby się odsunął. Ten posłuchał. Zdjął marynarkę, krawat, koszulę i rzucił je na podłogę. Nie miał na sobie podkoszulka. Pistolet skierował się w dół. Sanderson zrzucił spodnie. Hughes przyglądał mu się z niewzruszoną twarzą, po czym powiedział:
– W porządku. Ubieraj się pan.
Z pistoletem skierowanym teraz w podłogę podszedł do radia, ściszył je i powrócił do stołu.
– Rzuć mi pan marynarkę – zażądał. Sanderson, już w spodniach i koszuli, położył marynarkę na stół. Hughes obmacał ją.
– Włóż ją pan – odezwał się. Sanderson zrobił, co mu kazano, i usiadł. Ulżyło mu trochę. Hughes siedział teraz po drugiej stronie stołu. Colta położył tak, by był w zasięgu prawej ręki, i zapalił francuskiego papierosa.
– Co to było? – zapytał go Sanderson. – Chciał się pan upewnić, czy mam broń?
Hughes powoli...
Sabaidee