Rudyard Kipling
Przełożyli:
Józef Birkenmajer, Marek Marszał
Od redakcji
Rudyard Kipling (1865-1936) to znany angielski nowelista, powieściopisarz i poeta, laureat literackiej nagrody Nobla w 1907 roku. Wychowany w Anglii, w latach 1882-89 pracował jako dziennikarz w Indiach. Owocem tej pracy jest między innymi zbiór opowiadań Plain Tales from the Hills (1887), z którego pochodzi Złowroga Bisara, prezentowana w niniejszym zeszycie. Opowiadania te dowodzą, że Kipling był zwolennikiem brytyjskiej ekspansji kolonialnej, dostrzegał jednak odrębne wartości kulturowe ludów podbitych.
Wiele utworów napisał Kipling z myślą o dzieciach i młodzieży. Do nich zaliczyć należy słynną Księgę dżungli (1894) i Drugą księgę dżungli (1895) - zbiory fantastycznych opowieści opartych głównie na motywach indyjskich, Takie sobie bajeczki (1902) - opowiadania o zwierzętach, czy Puka z Pukowej Górki (1906) - półfantastyczne opowiadania z przeszłości Anglii.
Jako poeta Kipling był mało oryginalny. Dużą popularność osiągnęły jedynie pisane gwarą koszarową ballady żołnierskie.
Wiele utworów tego pisarza odpowiada kryteriom literatury science fiction i fantasy. Do tego gatunku należą właśnie umieszczone tu opowiadania. Jedno z nich, Proste jak D.R.U.T. (1912), przedstawiające wizję światowej sieci komunikacyjnej opartej na centralnym sterowaniu planetą, jest typowym opowiadaniem sf, natomiast pozostałe trzy należą do gatunku fantasy.
Elementy fantastyczne znajdziemy również w wymienionych wcześniej utworach pisanych dla dzieci i młodzieży, a także w niektórych opowiadaniach zamieszczonych w nie publikowanych w Polsce zbiorach The Phantom Rickshaw and Other Eerie Tales (1888), Debits and Credits (1926) oraz The Day's Work (1898).
PROSTE JAK D.R.U.T.
D.R.U.T., na poły wybieralna, na poły samozwańcza grupa kilkudziesięciu osób sprawuje nadzór nad planetą. Naszym hasłem jest: Komunikacja równa się Cywilizacja. Teoretycznie robimy, co nam się żywnie podoba, pod warunkiem, że nie zakłóca to komunikacji i wszystkiego, co się z nią wiąże. W praktyce D.R.U.T. zatwierdza bądź unieważnia wszelkie umowy międzynarodowe, sądząc zaś po ostatnim sprawozdaniu znajduje na naszej wyrozumiałej, zabawnej, gnuśnej, maciupkiej planecie aż za wielu chętnych do zrzucenia całego ciężaru publicznej administracji na jej barki.
Z wieczornej poczty (Akcje i Reakcje)
Czy nie jest już czas najwyższy, aby nasza planeta zainteresowała się nieco działalnością Dyrekcji Ruchu i Usług Transportowych? Wiadomo, że łatwa komunikacja w dzisiejszych czasach i brak życia prywatnego w minionych zabiły w istocie ludzkiej wszelką ciekawość, lecz jako urzędowy sprawozdawca Dyrekcji czuję się w obowiązku opowiedzieć tę historię.
O 9:30 rano 26 sierpnia A.D. 2065 De Forest zawiadomił siedzibę Dyrekcji w Londynie, że Okręg Północny Illinois zbuntował się i odciął od wszystkich systemów łączności i nie zamierza ustąpić dopóty, dopóki Dyrekcja nie przejmie tam zarządzania w swoje ręce. Wszystkie stacje towarowe i pasażerskie - meldował De Forest - są nieczynne, wszystkie główne, lokalne i kierunkowe światła okręgu wygaszone, cała łączność ogólna zamilkła, a ruch tranzytowy wstrzymano. Nie podają żadnego powodu, lecz De Forest wyciągnął nieoficjalnie od burmistrza Chicago, że okręg utyskuje na gromadzenie się tłumów i zamachy na życie prywatne. Ściśle rzecz biorąc, nie miało to żadnego znaczenia, czy Północny Illinois pozostaje w, czy poza systemem planetarnym; biorąc rzecz politycznie, każde oskarżenie o zamach na życie prywatne wymaga bezzwłocznego śledztwa, aby nie stało się coś jeszcze gorszego.
Już o 9:45 De Forest, Dragomiroff (Rosja), Takahira (Japonia) i Pirolo (Włochy) otrzymali pełnomocnictwo do złożenia w Illonois wizyty i “podjęcia takich kroków, jakie mogą okazać się konieczne dla przywrócenia komunikacji i wszystkiego, co się z nią .wiąże".
O 10:00 biuro było puste, a czwórka pełnomocników znajdowała się
na pokładzie tego, co Pirolo uparł się nazywać swoim “maleńkim chrześniakiem", to znaczy na pokładzie nowego “Victora Pirolo".
Nasza planeta woli widzieć w Victorze Pirolo łagodnego, siwowłosego maniaka, który spędza czas pod Foggią na wynajdowaniu czy też tworzeniu nowych odmian drzew oliwnych, a przecież istnieje jeszcze drugie wcielenie Victora Pirolo - konstruktora niezwykłych wynalazków, z których “Victor Pirolo" jest chyba najmniej niezwykłym. Ten i kilka dziesiątków siostrzanych statków tej samej klasy ucieleśniały jego najnowszy pomysł. Komfortowy ten jego “chrześniak" to jednak nie był. Statek D.R.U.T-u nie startuje łagodnie jak prom pasażerski, tylko wzorem rakiety wzbija się w powietrze niczym aeroplan naszych przodków i od razu z maksymalną prędkością nabiera wysokości. Właśnie dlatego znalazłem się znienacka na przestronnych kolanach Eustachego Arnotta, który dowodzi flotą D.R.U.T-u. Każdy z grubsza wie, że gdzieś tam na planecie jest coś takiego jak flota, i że teoretycznie egzystuje ona dla celów, jakie zwykło się kiedyś określać mianem “wojen". Zaledwie tydzień temu bawiąc w sanatorium na lodowcu za Gothaven widziałem parę eskadr fabrykujących sztuczne zorze polarne w trakcie manewrów podbiegunowych, ale rzecz jasna nigdy mi nie przyszło na myśl że można ich użyć na serio. Kiedy balansując, przesiadłem się na kanapę w kabinie nawigacyjnej, Arnott powiedział do De Foresta:
- Jesteśmy niezmiernie wdzięczni tym z Illinois. Nigdy nie mieliśmy okazji przeprowadzenia wspólnych manewrów całej floty. Nadałem sygnał mobilizacji i spodziewam się, że będziemy mieli przynajmniej dwie setki kilów nad głową dziś wieczorem.
- Wysoko nad głową? - spytał De Forest.
- Oczywiście, sir. Poza zasięgiem wzroku, chyba że ich wezwiemy.
Arnott zaśmiał się, niedbale rozparty nad przezroczystą tablicą mapy nawigacyjnej, gdzie pogodny błękit Atlantyku przepływał stopień po stopniu, dokładnie ilustrując naszą drogę. Przyrządy wskazywały już 320 mil/godz. i dwa tysiące stóp ponad najwyższymi korytarzami powietrznymi.
- Zaraz, gdzie jest ten wasz Okręg Illinois? - odezwał się Dragomiroff. -Im więcej podróżujesz, tym mniej widzisz. Och, przypominam sobie! W Ameryce Północnej.
De Forest, którego obowiązkiem było znać najdalsze okręgi, poinformował nas, że Illinois leży nad brzegiem Jeziora Michigan, właściwie nigdzie po drodze, wszystkiego około pół godziny lotu z jednego końca w drugi i wyjąwszy jeden zakątek jest płaskie jak morze. I jak większość równinnych krain w dzisiejszych czasach jest silnie strzeżone przed naruszeniem prywatności przez sztucznie pędzony las świerków i modrzewi
wyrastających na pięćdziesiąt stóp w pięć lat. Ludność do dwóch milionów, przeważnie napływowa z całego obszaru od Florydy po Kalifornię, głównie na małych farmach (farmą w Illinois nazywa się tysiąc akrów), których właściciele zjeżdżają na zimę do Chicago dla rozrywki i towarzystwa. - Są to - mówił De Forest - ludzie wyjątkowo uprzejmi, spokojni, tylko nieco przesadni, jak chyba wszyscy mieszkańcy nizin, w swoich poglądach na życie prywatne. W Illinois, na przykład, od dwudziestu siedmiu lat nie drukuje się gazet. Chicago utrzymuje, że maszyny do drukowania wiadomości prędzej czy później stają się maszynami do zamachów na życie prywatne, co z kolei grozi powrotem do dni terroru tłumów i szantażu. Nie mają więc gazet. - To całe Illinois - podsumował De Forest. - Widzicie, za Dawnych Dni, znajdowało się w awangardzie tego, co oni zwykli byli nazywać “postępem", zaś Chicago...
- Chicago? - powiedział Takahira. - To takie maleńkie miasteczko, w którym stoi posąg Murzyna w Płomieniach dłuta Salatiego?
- Kiedyś to widział? - zapytał żywo De Forest. - Oni odsłaniają go tylko raz w roku.
- Wiem. W Święto Dziękczynienia. To było wtedy - wzdrygnął się Takahira. - I śpiewali również Pieśń Mac Donougha.
- Fiu! - gwizdnął De Forest. - Nie wiedziałem o tym! Szkoda, że nie powiedziałeś mi wcześniej. Pieśń Mac Donougha może i była na miejscu wówczas, gdy ją skomponowano, ale to diabelskie dziedzictwo zasługuje na zapomnienie przez każdego człowieka.
- To instynkt obronny, proszę miłych kolegów - odezwał się Pirolo, obracając w palcach papierosa. - Planecie przejadł się rząd ludowy. Planeta cierpi na dziedziczną agorafobię. Nie ma na niej... hm... miejsca dla tłumów.
Dragomiroff pochylił się i podał mu ogień.
- Bez wątpienia - powiedział siwobrody Rosjanin. - Planeta od stu lat zabezpiecza się na wszelkie sposoby przed tłumami. Ile dzisiaj liczy ludności? Łudzimy się, że sześćset milionów, uważamy, że pięćset, ale... ale jeśli przyszłoroczny spis wykaże więcej niż czterysta pięćdziesiąt, sam osobiście zjem całą nadwyżkę niemowlaków. Obcięliśmy przyrost naturalny... na amen. Przez długi czas mówiliśmy Bogu Wszechmogącemu: Dziękujemy Ci, Sir, ale nie za bardzo podoba nam się Twoja zabawa w życie, więc nie będziemy się bawić.
- Co by nie mówić - zaoponował Arnott - ludzie żyją teraz przeciętnie po sto lat każdy.
- O tak, to bardzo dobrze! Jestem bogaty... ty jesteś bogaty... my wszyscy jesteśmy bogaci i szczęśliwi, bo jest nas tak mało i żyjemy tak długo. Tylko tak sobie myślę, że Bóg Wszechmogący, że On przypomni sobie, jak wyglądała ta planeta w czasach Tłumów i Plag. Może ześle nam trochę ognia. Co, Pirolo?
Włoch zapatrzył się w przestrzeń.
- Może - powiedział - już zesłał. Tak czy owak, nie można wojować z planetą. Ona nie zapomina Dawnych Dni, a my... co my możemy zrobić?
- Na pewno nie możemy zmienić świata. - De Forest zerknął na mapę jednostajnie przepływającą z zachodu na wschód ekranu. - Powinniśmy być nad naszym terenem o dziewiątej wieczorem. Wtedy nie zostanie nam dużo czasu na sen.
Po której to uwadze rozeszliśmy się i spałem, dopóki Takahira nie obudził mnie na obiad. Nasi przodkowie byli zdania, że dziewięć godzin snu to aż nadto w ich króciutkich żywotach. My, żyjąc o trzydzieści lat dłużej, bez jedenastu godzin na dobę czuliśmy się jak ograbieni.
O godzinie dziesiątej przelatywaliśmy nad Jeziorem Michigan. Na zachodnim brzegu nie było żadnych świateł, oprócz nikłej jasności gruntu Chicago i wskazującej na północ wiązki prowadzącej latarni kierowania ruchem w Waukegan, po naszej prawej burcie. Żadna z wiosek przybrzeżnych nie dawała najmniejszego znaku życia, zaś na zachód, w głąb lądu, powierzchnię ziemi jak okiem sięgnąć kryła zwarta ciemność.
Zeszliśmy lotem nurkowym i szybując nisko przez ciemność wywoływaliśmy prowincję po prowincji. Co jakiś czas można było złowić słaby odblask świateł domowych, albo zgrzytanie i turkot kultywatora sunącego po polach, ale jako całość Północne Illinois było atramentowo czarną, najwyraźniej bezludną głuszą wysokich, sztucznie pędzonych drzew. Jedynie iluminowana mapa z maleńkim ruchomym wskaźnikiem skaczącym z prowincji do prowincji zgodnie z meandrami statku dawała nam jakieś pojęcie o położeniu. Nasze natarczywe, to błagalne i przymilne, to znów rozkazujące wezwania przez główny komunikator pozostawały bez żadnej odpowiedzi. Illionis surowo strzegło swego prywatnego życia pośród drzew, które w tym celu wyhodowało.
- No nie, toż to absurd! - powiedział De Forest. - Wygłupiamy się jak sowa, która usiłuje obrobić pole pszenicy. Czy to Bureau Creek? Lądujemy, Arnott, i łapiemy kogoś.
Przemknęliśmy nad pasem sztucznie pędzonych piętnastoletnich klonów, na sześćdziesiąt stóp wysokich, siedliśmy na prywatnym szczawiu łąkowym, niezbyt wybujałym, kotwicząc w nim na własnych drapaczach i pośpiesznie ruszyliśmy przez ciepły mrok w kierunku światła na werandzie. Zbliżywszy się do furtki ogrodowej przysiągłbym, że wpadliśmy po kolana w kurzawkę, bowiem ledwo mogliśmy wlec nogi pod naporem mrowiącego, pętającego je prądu. Po pięciu krokach przystanęliśmy, ocierając czoła, utknąwszy na suchej, gładkiej darni niczym stado krów w błocie.
- Zaraza! - wykrzyknął ze złością Pirolo. - Jesteśmy w obwodzie uziemiającym. I to jest mój własny system obwodów uziemiających na dodatek! Poznaję ten opór.
- Dobry wieczór. - dobiegł z werandy dziewczęcy głos. - Och, przepraszam! Zamknięte. Zaczekajcie chwilkę.
Usłyszeliśmy trzask wyłącznika i o mało nie padliśmy plackiem, kiedy ustąpiły prądy wokół naszych kolan. Dziewczyna roześmiała się, odkładając na bok druty z robótką. Pod ręką miała staroświecki sterownik, który przełączała od czasu do czasu, a spoza stojących na straży drzew dolatywał nas warkot i szczęk posłusznego kultywatora o pół mili od domu.
- Wejdźcie i rozgośćcie się - powiedziała. - Ja tylko prowadzę pług. Tatuś wyjechał do Chicago na... Ach! Więc to wasze wezwanie słyszałam przed chwilą!
Spostrzegła Arnotta w mundurze Dyrekcji i doskoczywszy do wyłącznika, odkręciła go do oporu. Ugrzęźliśmy dysząc ciężko, tym razem po pas w prądzie, trzy jardy od werandy.
- My chcemy się tylko dowiedzie co jest z Illinois - odezwał się pojednawczo De Forest.
- No to chyba powinniście polecieć do Chicago i dowiedzieć się - odparła. - Tu nic się nie stało. My jesteśmy wolni.
- Jak możemy polecieć dokądkolwiek jeśli nas tu więzisz - De Forest podtrzymywał rozmowę, podczas gdy Ainott spoglądał spode łba. Admirałowie floty nadal są całkiem normalnymi ludźmi, kiedy urazi się ich godność osobistą.
- Postójcie chwilkę... nie macie pojęcia jak komicznie wyglądacie! -Podparła się dłońmi w biodrach i zaśmiała bezlitośnie.
- Niech cię o to głowa nie boli - mruknął Arnott i zagwizdał. Odpowiedział mu czyjś głos z ,,Victora Pirolo" na łące.
- Tylko jednobezpiecznikowy obwód uziemiający! - zawołał Arnott. - Wyłuskajcie go delikatnie, proszę.
Rozległ się trzask pękającej żarówki i gdzieś pod dachem werandy poszedł bezpiecznik, wypłaszając wszystkie ptaki z gniazda. Obwód uziemiający był otwarty. Schyliwszy się rozmasowaliśmy sobie zdrętwiałe w kostkach nogi.
- Jakie to chamstwo... Jakie to straszne chamstwo z waszej strony! -krzyknęła panna.
- Przepraszam, ale nie mamy czasu wyglądać komicznie - rzekł Arnott. - Musimy lecieć do Chicago, a na twoim miejscu, młoda damo, poleciałbym na najbliższe dwie godziny do piwnicy, zabierając ze sobą mamusię.
Deptaliśmy mu po piętach, kiedy odmaszerował wielkimi krokami, pomrukując coś przy tym z oburzenia, aż uderzony komizmem sytuacji skręcił się ze śmiechu u stóp trapu burtowego.
- Dyrekcja nie zabłysła tu niczym, co można by nazwać szczyptą galanterii - rzekł De Forest trąc oczy. - Mam nadzieję, że ja nie wyglądałem na takiego wielkiego durnia jak ty, Arnott. Ejże! Co to jest, u licha? Tatuś wraca z Chicago do domu?
Zagrzechotało i zaszumiało, i pięciopługowy kultywator z lemieszami w powietrzu jakby miał tyleż zębów, wytoczył, się nas zza skraju lasu, iskrząc i dymiąc wściekle.
- W górę! - rzucił Arnott, kiedy stłoczyliśmy się w bynajmniej nie za szerokim wejściu. - Nie martwcie się o nie zamknięte drzwi. Start!
,,Victor Pirolo" wzniósł się jak balonik i śmiercionośna maszyna przeleciała tuż pod nami, po drodze orząc wysoko powietrze.
- Oto pazurki naszego ślicznego kociaka! - rzekł Arnott, otrzepując kolana. - Zadajemy jej grzeczne pytanie. Najpierw nas uziemia, a potem wysyła przeciwko nam kultywator!
- A potem my odlatujemy - powiedział Dragomiroff. - Gdybym był czterdzieści lat młodszy, zawróciłbym i dał jej całusa. Ha! Ha!
- Ja - odezwał sięPirolo - dałbym jej klapsa! Mój ukochany statek ścigany przez zafajdany pług, przez - jak to się mówi - przez sprzęt rolniczy.
- To jest właśnie całe Illinois, jak mówiłem - powiedział De Forest. - Oni nie zadowalają się gadaniem o prywatnym życiu. Robią tak, żeby je mieć. No a teraz, gdzie jest ta twoja domniemana flota, Arnott? Musimy się odegrać na tej dziewoi.
Arnott wskazał na czarne niebo.
- Czeka na rozkazy... tam w górze - rzekł. - Mam ich rzucić do ataku na całą instalację, sir?
- Och, wydaje mi się, że ta młoda dama wcale sobie na to nie zasłużyła - powiedział De Forest. - Wal nad Chicago, to może coś zobaczymy.
Po paru minutach wisieliśmy dwa tysiące stóp nad długim prostokątem inkandescencji pośrodku małego miasteczka.
- To mi wygląda na dawny ratusz miejski. Tak, przed nim stoi ta rzeźba Salatiego - zauważył Takahira. - Lecz co, u Boga Ojca, oni wyprawiają z tym miejscem? Zdawało mi się, że wykorzystują je obecnie na targowisko! Zejdźmy niżej.
Słychać było terkot i szczęk maszyn do układania nawierzchni drogowej - prymitywnych modeli zachodnich, które stapiają kamień i gruz w lawopodobne szkło żeberkowe dla tutejszych wyboistych polnych dróg. Trzy lub cztery nawierzchniarki pracowały z każdej strony stosu gruzów. Rumowisko cegieł i kamieni kruszyło się, kurczyło i niebawem rozlewało w rozpalone do białości kałuże ciekłego żużlu, po czym za pomocą wałów niwelacyjnych wygładzano je z grubsza na płask. Już jedna trzecia wielkiego zwałowiska została tak przerobiona i stygła na wiśniowo przed naszymi zdumionymi oczami.
- To jest Stary Rynek - powiedział De Forest. - No cóż, nic nie zabrania Illinois przeprowadzić drogę środkiem rynku. Nikt mi nie wmówi, że to koliduje z ruchem.
- Pst! - syknął Arnott, chwytając mnie za ramię. - Posłuchajcie! Oni śpiewają. Dlaczego na miły Bóg oni śpiewają?
Zeszliśmy jeszcze niżej, aż dał się zauważyć czarny pierścień ludzi na obrzeżach tego żarzącego się placu. Początkowo słyszeliśmy jedynie ich ryk na tle ryku zgarniarek i nawierzchniarek. Po czym dobiegły wyraźnie słowa - słowa Zakazanej Pieśni, znane wszystkim ludziom, a nie goszczące na niczyich ustach - Pieśni nieszczęsnego Pata Mac Donougha ułożonej w czasach Tłumów i Plag, której każde słowo było naładowane po punkt zapalny dziedzicznymi wspomnieniami planety o grozie, trwodze, strachu i okrucieństwie. I Chicago - niewinne, zadowolone, maleńkie Chicago - śpiewało je na całe gardło do szatańskiej melodii szerzącej rozruchy, zarazę i obłęd po całej naszej Planecie kilka pokoleń temu!
Dawniej żył tu Lud - Strach mu życie dał,
Dawniej żył tu Lud i świat się piekłem stał!
(Tu przerwa na przytupywanie)
Ziemia Lud zabiła. Prochy, słyszcie nas!
Dawniej żył lud tutaj - nie będzie żył drugi raz!
Zgarniarki zajadle wgryzały się w ruiny, podczas gdy pieśń powtórzyła się jeszcze raz i rozbrzmiewała raz za razem, głośniej od huku topniejących murów. De Forest zmarszczył czoło.
- Nie podoba mi się to - powiedział. - przypomnieli sobie Dawne Dni! Wkrótce wezmą się do zabijania. Myślę, Arnott, że powinniśmy chyba ich od tego oderwać.
- Tak jest, sir - Arnott zasalutował i usłyszeliśmy jak kadłub ,,Victora Pirolo" odbija echem rozkaz:
- Światła! Uwaga obie wachty! Światła! Światła! Światła!
- Nie ruszaj się! - szepnął mi Takahira. - Sternik, proszę okulary.
- Tak jest... Rozkaz! - odezwał się z tyłu Pirolo i ku mojemu przerażeniu nasunął mi na głowę coś w rodzaju gumowego hełmu, który przylgnął z plaśnięciem. Poczułem grube, koloidowe nakładki przed oczami, ale znajdowałem się w absolutnej ciemności.
- Dla ochrony wzroku - wyjaśnił i usadził mnie na kanapie w kabinie nawigacyjnej. - Za chwilę będziesz widział.
Mówił jeszcze, jak zacząłem dostrzegać cieniutki promień trudnego do zniesienia światła, padający z bezmiernej głębi niebios - pojedynczą nić pajęczą zastygłej błyskawicy.
- To są nasze flankujące statki - odezwał się tuż koło mnie Arnott. - Ten jest nad Galeną. Spójrzcie .na południe - drugi znajduje się nad Keithburgiem, ten za nami nad Vincennes, a tam hen, na północy nad Winthrop Woods. Flota na stanowiskach, sir - to ostatnie było do De Foresta. - Wystarczy jedno pańskie słowo.
- Och, nie! Nie! - krzyknął Dragomiroff u mego boku. Czułem, że stary człowiek dygoce. - Nie znam wszystkich waszych możliwości, ale miejcie litość! Błagam was o odrobinę litości dla tych w dole! To straszne... straszne!
- Kiedy baba kurczę sprawia królowie puszczają pawia - Wyrecytował Takahira. - Za późno już na rękawiczki.
- To zdejmijcie mi ten hełm! Zdejmijcie mi hełm! - Dragomiroffa ogarniała histeria.
Pirolo musiał go objąć ramieniem.
- Spokojnie, Iwan - rzekł. - Ja tu jestem. Wszystko będzie dobrze, chłopie.
- Wyślę tylko ostrzeżenie naszej dziewczynce z B...
Sabaidee