RUDYARD KIPLING
Księga Dżungli
(przekład autoryzowany Józefa Birkenmajera)
Hasło dał Chil ścierwnik - i już z mrocznych wądołów
Mang nietoperz wyfrunął bez tremy.
Pospędzano już trzody do zamkniętej zagrody -
teraz do dnia my hasać będziemy!
Hejże, nadszedł czas luby naszej siły i chluby!
Górą kły i pazury, i szpony!
Hej, słuchajcie wezwania! - Dobrych łowów każdemu,
kto przestrzega Praw Dżungli zielonej!
BRACIA MOWGLIEGO
Pewnego bardzo ciepłego wieczoru o godzinie siódmej zbudził się Ojciec Wilk, zażywający całodziennego wypoczynku wśród wzgórz Seeonee. Podrapał się, ziewnął i zaczął wyciągać jedną łapę po drugiej, chcąc pozbyć się sennego odrętwienia, jakie wyczuwał jeszcze w koniuszkach pazurów. Matka Wilczyca leżała na ziemi, zwiesiwszy wielki, szary nochal ponad czwórką szamoczących się z sobą i popiskujących wilczątek, a blask księżyca zaglądał w otwór jaskini, która była mieszkaniem całej tej gromadki.
- Wrr! - odezwał się Ojciec Wilk. - Czas wziąć się znów do polowania!
I już miał wyskoczyć na zbocze wzgórza, gdy jakiś mały cień z puszystym ogonem przeszedł przez próg i zajęczał:
- Niech ci sprzyja szczęście, Wodzu Wilków; niech szczęście i mocne białe kły sprzyjają twojej szlachetnej dziatwie, by nigdy nie zapomniała o głodnych na tym świecie!
Był to szakal Tabaqui, pieczeniarz i lizus. Wilki, żyjące w Indiach, czują do Tabaquiego odrazę za to, że ten włóczy się wszędzie, płatając psoty, znosząc plotki i zjadając łachmany oraz strzępy skóry ze śmietników wiejskich. Poza tym jednak boją się go, gdyż Tabaqui w większym stopniu niż ktokolwiek w dżungli jest skłonny do ulegania szaleństwu; wówczas zapomina, że bał się kogoś kiedykolwiek, i biegnie przez las, kąsając każdego, kogo napotka. Nawet tygrys ucieka i kryje się, ilekroć Tabaqui oszaleje, gdyż szaleństwo jest największym nieszczęściem, jakie spaść może na dzikie stworzenie. My chorobę tę zwiemy wścieklizną, ale zwierzęta dżungli nadają jej nazwę dewanee - szaleństwo - i uciekają przed nią.
- Wejdźże więc i rozejrzyj się wokoło - odrzekł Ojciec Wilk - ale jedzenia tu nie znajdziesz.
- Jużci, dla wilka go nie starczy - rzekł Tabaqui - ale dla takiego chudziny jak ja nawet sucha kość będzie wspaniałą ucztą. Kimże jesteśmy - my gidur-log (szakale) - byśmy mogli grymasić i wybredzać w jedzeniu?
Powlókł się w głąb jaskini. Znalazł tam kość antylopy z odrobiną mięsa. Usiadł i jął z radością chrupać niedogryzek.
- Wielkie dzięki za tak smaczny posiłek - odezwał się, oblizując wargi. - Jakże piękne są twe szlachetne szczenięta! Jakże piękne mają ślepia! A przy tym jakie jeszcze młode! Zaprawdę, powinienem mieć w pamięci, że dzieci królów są od samego urodzenia dorosłe.
Tabaqui, równie jak ktokolwiek inny, wiedział dobrze, że nie ma gorszego nieszczęścia, jak mówić pochlebstwa w oczy dzieciom - więc miło mu było patrzeć na zmartwioną minę Matki Wilczycy i Ojca Wilka.
Siedział spokojnie, radując się wyrządzoną przez siebie przykrością, po czym rzekł złośliwie:
- Shere Khan, który jest Olbrzymi, zmienił łowisko. W ciągu najbliższego miesiąca będzie polował pośród naszych gór. Sam mi o tym opowiadał.
Shere Khan był to tygrys, który przemieszkiwał o dwadzieścia mil opodal nad brzegami rzeki Wajngangi.
- Wara! - szczeknął gniewnie Ojciec Wilk. - Według Praw Dżungli nie wolno mu bez stosownego ostrzeżenia zmieniać siedziby. On tu nam wypłoszy wszelką zwierzynę w okręgu mil dziesięciu, a ja... ja muszę teraz polować za dwoje.
- Jego matka nie bez powodu nazwała go Lungri (Kuternogą) - odezwała się spokojnie Matka Wilczyca. - Od urodzenia kulał na jedną nogę. Z tego powodu zabijał jedynie bydło. Teraz wieśniacy znad Wajngangi są źli na niego, więc on tu nadciągnął, żeby rozeźlić n a s z y c h wieśniaków. Będą przeszukiwali dżunglę, by go wytropić, gdy jego już dawno w niej nie będzie, a my i nasze dzieci musimy uciekać, gdy trawy staną w ogniu. Doprawdy, żywimy dla Shere Khana wielką wdzięczność!
- Czy mam mu donieść o waszej wdzięczności? - zapytał Tabaqui.
- Fora ze dwora! - warknął Ojciec Wilk. - Wynoś się i poluj wraz ze swym panem. Jak na jedną noc, wyrządziłeś aż nazbyt wiele szkody!
- Odchodzę - odpowiedział spokojnie Tabaqui. - Możecie usłyszeć głos Shere Khana... tam poniżej... w zaroślach. Ja wolałbym uwolnić się od tego posłowania.
Ojciec Wilk jął nadsłuchiwać. Hen w dolinie zbiegającej ku małej rzeczułce posłyszał oschłe, gniewne, chrapliwe, przeciągłe miaukoty tygrysa, który nic nie złowił i nie zważa na to, iż cała dżungla wie już o tym.
- Głupiec! - odezwał się Ojciec Wilk. - Od takiego hałasu rozpoczyna nocną pracę! Czyżby sądził, że nasze antylopy są podobne do opasłych bawołów znad Wajngangi, z którymi dotąd miewał do czynienia?
- Pst! Nie na bawołu ani antylopę poluje on dzisiejszej noc - odpowiedziała Matka Wilczyca. - On poluje na Człowieka.
Miauczenie przeszło w huczący pomruk, który zdawał się nadchodzić ze wszystkich naraz stron świata. Jest to ten hałas, który do dzikiej trwogi doprowadza drwali i włóczęgów śpiących pod gołym niebem i nieraz sprawia, iż wpadają w samą paszczękę tygrysa.
- Człowieka - odezwał się Ojciec Wilk ukazując wszystkie lśniące białe zęby. - Fe! Czyż tak mało chrząszczy i żab w zbiornikach wody, iż on musi zjadać ludzi... i to jeszcze na naszych łowiskach?
Prawo Dżungli, które niczego nie nakazuje bez powodu, zabrania wszelkim zwierzętom zjadać Człowieka, wyjąwszy ten wypadek, gdy ktoś zabija, by pokazać swym dzieciom, jak się zabija, a wtedy musi polować poza terenem łowieckim swej gromady lub plemienia. Istotna przyczyna leży w tym, że zabijanie ludzi pociąga za sobą prędzej czy później nadejście białych ludzi, siedzących na słoniach i zbrojnych w strzelby, oraz setek brunatnych ludzi z gongami, rakietami i pochodniami. Cierpi na tym wszystko, co żyje w dżungli. Ale zwierzęta w rozmowach z sobą podają inną przyczynę: oto Człowiek jest najsłabszym i najbardziej bezbronnym ze wszystkich istot żyjących, więc czynienie mu krzywdy nie licowałoby z honorem myśliwca. Powiadają też - a to już jest prawdą - że zjadacze ludzi nabawiają się świerzbu i tracą zęby.
Pomruk stawał się głośniejszy i zakończył się wydartym z pełnego gardła krzykiem: “Aaarh!”. Było to hasło tygrysiego natarcia. Następnie rozległo się wycie - wprost nietygrysie wycie - Shere Khana.
- Chybił! - ozwała się Matka Wilczyca. - Jak to się stało?
Ojciec Wilk wybiegł na kilka kroków i posłyszał, jak Shere Khan mruczał i mamrotał gniewnie, tarzając się w zaroślach.
- Dureń! Nie zdobył się na nic innego, jak na to, by skoczyć na ognisko obozujących drwali i poparzyć sobie stopy! - rzekł Ojciec Wilk pochrząkując. - Tabaqui jest przy nim.
- Coś wdziera się na wzgórze - odezwała się Matka Wilczyca nadstawiając ucha. - Bądźcie gotowi!
Krzaki w gęstwinie zaszeleściły z cicha. Ojciec Wilk przypadł plackiem do ziemi, gotów poderwać się każdej chwili. Gdybyście wówczas byli świadkami tej sceny, zobaczylibyście najdziwniejszą rzecz pod słońcem: wilk zatrzymał się w pół skoku! Zanim rozpoznał to, na co miał się rzucić, już dał susa, a następnie usiłował się cofnąć. W rezultacie zrobił szczupaka na jakie cztery do pięciu stóp w górę i spadł niemal w tym samym miejscu, gdzie był odbił się od ziemi.
- Człowiek! - warknął. - Szczenię ludzkie. Patrzcie no!
Wprost przed nim stał, trzymając się niskiej gałęzi, naguśki, o brunatnej cerze bobas, który dopiero co nauczył się chodzić - miła kruszyna, z dołkami na pulchnej buzi, jakiej jeszcze nigdy dotąd nocną porą nie widziano w wilczej jaskini. Spojrzał prosto w twarz wilkowi i roześmiał się.
- Więc to jest ludzkie szczenię? - zapytała Matka Wilczyca. - Nigdy nie zdarzyło mi się widzieć małego człowieka. Dawać go tu!
Wilk, przyzwyczajony do przenoszenia swych małych, potrafi w razie potrzeby trzymać w pysku jajko, nie naruszając skorupy. Choć więc szczęki Ojca Wilczura zwarły się tuż przy plecach chłopaka, jednakże dziecko, gdy je złożył pomiędzy wilczętami, nie miało nigdzie nawet skóry zadrapanej od jego zębów.
- Jaki mały! Jaki naguśki, jaki odważny i śmiały! - przemówiła tkliwie Matka Wilczyca. Tymczasem bobas przepychał się między wilczętami, by dostać się jak najbliżej do ciepłej, kosmatej piersi wilczycy. - Oho! On już wraz z innymi zabrał się do jedzenia. A więc to tak wygląda szczenię ludzkie! No, no! Byłże kiedy taki wilk, który by się mógł tym poszczycić, że wśród swej dziatwy miał szczenię ludzkie?
- Słyszałem nieraz o podobnych wypadkach... nie zdarzyło się to jednak nigdy w naszych czasach ani w naszym stadzie - odpowiedział Ojciec Wilk. - On jest zupełnie nieowłosiony, a ja mógłbym go zabić jednym ruchem łapy. Ale spójrz no, on patrzy prosto w oczy i wcale się nie boi.
W tej chwili blask księżyca, oświecający przednią część jaskini, uległ zaćmieniu, gdyż u wnijścia pojawił się olbrzymi, kanciasty łeb i szerokie barki Shere Khana. Poza nim zaś rozległ się piskliwy głos Tabaquiego:
- Wszedł tutaj, tu wszedł, łaskawy panie!
- Shere Khan czyni nam wielki zaszczyt swą obecnością - przemówił Ojciec Wilk, ale z oczu bił mu wielki gniew. - W jakimże celu Shere Khan do nas zawitał?
- Po moją zdobycz - odpowiedział Shere Khan. - Tędy przechodziło szczenię ludzkie. Jego rodzice zbiegli przede mną. Oddajcie mi je!
Prawdziwe były słowa Ojca Wilka! Shere Khan skoczył był na ognisko drwala i poparzył sobie stopy, a ból stąd powstały przywiódł go do wściekłości. Atoli Ojciec Wilk wiedział, że wylot jaskini był nazbyt wąski, by tygrys mógł się przezeń przedostać. Nawet w tym miejscu, gdzie Shere Khan w danej chwili się znajdował, było tak ciasno, iż cztery łapska i tułów zwierzęcia nie miały najmniejszej swobody działania... W podobnym położeniu byłby człowiek, który by chciał walczyć wlazłszy do beczki.
- Wilki są Wolnym Plemieniem - odrzekł Ojciec Wilk - przeto podlegają rozkazom Naczelnika Gromady, a nie pierwszego lepszego pręgatego bydłobójcy. Ludzkie szczenię do nas należy... i możemy je zabić, jeśli taka nasza wola.
- Wasza wola i nie wasza wola! Co tu gadać o czyjejś woli? Na Byka, któregom zabił! Czyż mam tu stać z nosem wetkniętym w waszą psią norę, by wypraszać to, co mi się prawnie należy?! To ja, Shere Khan, do was mówię!
Ryczenie tygrysa napełniło grzmotem całą jaskinię. Matka Wilczyca oderwała się od swych małych i skoczyła w przód, a jej oczy mignęły zielonawym blaskiem w ciemności, niby dwa księżyce, mierząc się z rozjarzonymi oczyma Shere Khana.
- A ja, Raksha (Diablica), odpowiem ci na to! Szczenię ludzkie do mnie należy... wiedz o tym, Lungri! Jest moje i do mnie należy! My go nie zabijemy! Będzie żyło, by mogło biegać i polować wraz z naszą Gromadą... aż w końcu... wiedz no o tym, ty łowco małych, nieowłosionych szczeniąt, zjadaczu żab, morderco ryb!... Ono zapoluje i na c i e b i e! A teraz zabieraj się stąd, bo na Sambhura,[1] któregom zabiła (ja nie żywię się zdychającym bydłem!), powleczesz się do swej mamy, bardziej jeszcze utykając na nogę niż kiedykolwiek w życiu, ty bestio napiętnowana ogniem na pośmiewisko całej dżungli! Kysz-sz!
Ojciec Wilk patrzył w zdumieniu... Już niemal zatarły mu się w pamięci owe dni, gdy w chlubnej walce z pięcioma wilczurami zdobył Matkę Wilczycę i gdy ona biegała ze stadem, niebezpodstawnie nosząc przydomek Diablicy. Wpierw Shere Khan nie wahał się patrzeć w oczy Ojcu Wilkowi, teraz jednak nie śmiał zadzierać z Matką Wilczycą, gdyż wiedział, że w obecnej sytuacji miała nad nim, ze względu na swe stanowisko, stanowczą przewagę i gotowa była walczyć na śmierć i życie. Warcząc wycofał się z wylotu jaskini, a znalazłszy się na swobodzie, krzyknął:
- Szczekaj, burku, na swoim podwórku! Zobaczymy, co o tym przyhołubianiu ludzkich szczeniąt powie wasza Gromada! Szczenię do mnie należy i wiedzcie o tym, kitoogoniaści złodzieje, iż kiedyś dostanę je w swoje zęby!
Matka Wilczyca sapiąc legła znów pośród wilczątek, a Ojciec Wilk odezwał się do niej z powagą:
- W słowach Shere Khana było sporo prawdy. Musimy pokazać to szczenię Gromadzie. Czy jeszcze masz ochotę chować je, Matko?
- Chować je! - żachnęła się wilczyca. - Przyszło to-to w nocy, goluteńkie, przez wszystkich opuszczone i głodniuśkie... a nie bało się nic a nic! Patrz, już jednego z mych smyków odtrąciło na bok! Ten kulawy rzeźnik byłby zabił to maleństwo i uciekłby nad Wajngangę, a tutejsi wieśniacy, powodowani zemstą, urządziliby obławę na nasze leżyska! Czy mam go chować? Oczywiście, że będę go chowała! Leż spokojnie, żabuchno. O mój Mowgli - bo będę cię odtąd nazywała Mowglim, czyli Żabą - nadejdzie czas, kiedy zapolujesz na Shere Khana, jak on dziś polował na ciebie!
- Ale co na to powie Gromada? - zagadnął Ojciec Wilk.
Prawo Dżungli całkiem wyraźnie głosi, że wilkowi mającemu rodzinę wolno mieszkać z dala od Gromady, do której należy, ale gdy jego wilczęta na tyle już podrosną, iż mogą stać o własnej sile, winien przyprowadzić je na Wiec Gromadzki, odbywający się zazwyczaj raz na miesiąc przy pełni księżyca, by wilki mogły się z nimi zapoznać. Po tych oględzinach wilczęta mogą sobie hasać, gdzie im się podoba - a póki nie upolują pierwszego kozła, byłoby zbrodnią nie do przebaczenia, gdyby który z dorosłych wilków, należących do Gromady, ważył się choćby jedno z nich zabić. Zabójcę - o ile dowiedzie mu się winy - czeka kara śmierci. Zastanowiwszy się nieco, sami dojdziecie do wniosku, że inaczej być nie może.
Ojciec Wilk czekał do czasu, póki jego małe nie nauczyły się jako tako biegać, po czym w noc Wiecu Gromadzkiego powiódł je wraz z Mowglim i Matką Wilczycą na Skałę Narady. Tę nazwę nosił wierzchołek wzgórza zasypany rumowiskiem kamiennych brył i głazów, gdzie mogło się przyczaić choćby sto wilków. Akela, wielki, szary Wilk Samotnik, który dzięki swej sile przewodził całej gromadzie, rozciągnął się jak długi na głazie stanowiącym zwykłe jego siedlisko, poniżej zaś zasiadło czterdzieści - a może i więcej - wilków wszelakiej maści i wielkości: począwszy od weteranów o borsukowatej sierści, którzy w pojedynkę dawali sobie radę z kozłem antylopy, a skończywszy na młodych, czarnych trzylatkach, które mniemały, iż potrafią dokonać tegoż czynu.
Wilk Samotnik już od roku przewodził Gromadzie. W latach młodszych dwukrotnie złapano go w pastkę, a raz otłuczono go kijami i porzucono, mniemając, że już puścił z siebie ostatnią parę. Miał więc sposobność poznać zwyczaje i nałogi ludzkie.
Na Skale Narady nie marnowano nigdy słów bez potrzeby. Wilczęta harcowały i borykały się z sobą pośrodku koła, w którym zasiadały ich matki i ojcowie, od czasu do czasu zaś ten lub ów starszy wilk spokojnie podchodził ku któremuś z wilcząt, przyglądał mu się bacznie i powracał na swoje miejsce, nie czyniąc przy tym najmniejszego szelestu. Czasami któraś z matek wyprowadzała swoje wilczątko na przestrzeń lepiej oświetloną księżycem, chcąc się upewnić, że nie przeoczono jej pociechy. Akela ze swego siedziska wołał ustawicznie:
- Znacie Prawo... znacie Prawo! Przypatrzcie się im dobrze, o Wilcy!
A trwożne matki podchwytywały okrzyk:
- Przypatrzcie się... przypatrzcie się dobrze, o Wilcy!
Aż przyszedł czas, gdy Matce Wilczycy zjeżyła się szczecina na szyi, bo oto Ojciec Wilk wprowadził Mowgliego, czyli Żabę (jak oboje nazywali chłopca), w sam środek koła. Chłopak usiadł śmiejąc się wesoło i zaczął bawić się okrągłymi kamykami, połyskującymi w świetle księżyca.
Akela ani razu nie podniósł łba wtulonego pomiędzy przednie łapy, ale wciąż jednostajnym głosem powtarzał nawoływanie:
- Przypatrzcie się dobrze-e-e!
Naraz spoza skał ozwał się ryk stłumiony - i głos Shere Khana za wrzasnął:
- To szczenię do mnie należy! Oddajcie mi je! Cóż może obchodzić Wolne Plemię dola ludzkiego szczenięcia!
Akela nawet nie nadstawił słuchów baczniej. Odezwał się tylko:
- Przypatrzcie się dobrze, o Wilcy! Cóż mogą obchodzić Wolne Plemię czyjekolwiek rozkazy, prócz rozkazów Wolnego Plemienia? Przypatrzcie się dobrze-e-e!
Tymczasem rozległ się chór głuchych pomruków i jeden z czterolatków rzucił Akeli pytanie postawione przez Shere Khana:
- Co może obchodzić Wolne Plemię dola ludzkiego szczenięcia?
Prawa Dżungli głoszą, że jeżeli zachodzi spór, czy młode szczenię ma być przyjęte do Gromady, tedy musi za nim głosować przynajmniej dwoje członków Gromady, którzy nie są ani jego ojcem, ani matką.
- Kto głosuje za tym szczenięciem? - zapytał Akela. - Kto z Wolnego Plemienia głosuje za nim?
Nikt nie odpowiedział na to wezwanie, a Matka stała w pogotowiu, by w razie czego wystąpić do walki, która - wedle jej mniemania - byłaby już ostatnią walką w jej życiu.
Ale nagle zerwał się z miejsca jedyny obcy zwierz, dopuszczony do udziału w Wiecu Gromady. Był nim Baloo, opasły niedźwiedź brunatny, wykładający wilczętom Prawo Dżungli - stary Baloo, któremu wolna chadzać, gdzie mu się tylko podoba, jako że żywi się jedynie korzonkami, miodem i orzechami. Stanął na tylnych łapach i chrząknął głośno.
- Chodzi o ludzkie szczenię... o ludzkie szczenię? - odezwał się. - Ja głosuję za ludzkim szczenięciem! Ludzkie szczenię nie może nam zrobić nic złego. Nie mam ci ja daru wymowy, ale mówię świętą prawdę. Pozwólcie mu biegać z Gromadą i zaliczcie go w jej poczet. Ja biorę na siebie jego naukę.
- Jeszcze jednego nam potrzeba - ozwał się Akela. - Baloo, który jest nauczycielem naszych dzieci, dał głos za ludzkim szczenięciem. Kto dołączy się do głosu Baloo?
Jakiś czarny cień spadł nagle w sam środek koła. Była to Czarna Pantera, Bagheera. Miała na całym ciele skórę czarną jak atrament - jednakże w pewnym oświetleniu można było dostrzec na niej cętki podobne do wzorców na adamaszku. Każdy znał Bagheerę i nikt nie miał ochoty włazić jej w drogę: była bowiem przebiegła jak Tabaqui, odważna jak dziki bawół, a bezwzględna jak słoń zraniony. Głos jednak miała słodki jak miód dzikich pszczół sączący się z dziupli, a skórę miększą od puchu.
- Cny Akelo i ty, Wolne Plemię! - zamruczała. - Nie jestem, upoważniona do udziału w waszym zgromadzeniu... atoli Prawo Dżungli powiada, że w wypadkach spornych wolno za pomocą okupu ocalić życie nowego szczenięcia. Prawo to jednakże nie określa, komu wolno czy nie wolno składać ten okup.
Czy nie mam racji?
- Słusznie mówi! Słusznie! - ozwały się młode, głodne wilczęta. - Słuchajcie Bagheery. Można złożyć okup za szczenię.
Tak głosi Prawo,
- Ponieważ wiem, że nie jestem upoważniona do przemawiania na tym miejscu, proszę was o udzielenie mi głosu.
- Mów! Mów! - zawołało ze dwadzieścia głosów.
- Byłoby hańbą zabijać nieowłosione szczenię. Czyż nie lepiej zapolować na nie, gdy podrośnie? Baloo przed chwilą wziął je w obronę. Otóż ja do słów Baloo dodam byka, i to tłustego - świeżo zabitego o pół mili stąd - jeżeli zgodnie z Prawem przyjmiecie ludzkie szczenię do swego grona. Czy macie jakie skrupuły?
Na to zerwała się wrzawa kilkudziesięciu głosów:
- Czym tu się przejmować? Szczenię i tak zemrze w czasie deszczów zimowych... lub wypali się od słonecznego skwaru. Cóż złego może nam wyrządzić ta goła żaba? Niech sobie biega z naszą Gromadą! Gdzież ten byk, Bagheero?... Przyjmijmy to szczenię do naszego grona!
A potem rozległo się głuche naszczekiwanie Akeli:
- Przypatrzcie się dobrze... przypatrzcie się dobrze, o Wilcy!
Mowgli wciąż zabawiał się kamyczkami i nie zwracał uwagi na to, że wilki - jeden po drugim - podchodziły ku niemu i przyglądały mu się ze wszystkich stron. W końcu wszystkie zeszły ze wzgórza, by zabrać zabitego byka; pozostali jedynie Akela, Bagheera, Baloo i pobratymcy Mowgliego. Shere Khan ryczał jeszcze przez noc całą, gdyż gniewało go to niepomiernie, że Mowgli nie dostał się w jego ręce.
- Rycz sobie zdrowo! - mruknęła Bagheera pod wąsem. - Nadejdzie czas, kiedy to gołe stworzonko każe ci ryczeć na inną nutę... chyba że nie znam się na ludziach.
- Dobrze postąpiłaś - odezwał się Akela. - Ludzie, jako też ich szczenięta, są niesłychanie mądrzy. Ten malec może się kiedyś przydać...
- Tak jest, może się przydać W potrzebie... bo nikt nie może żywić nadziei, byś miał po wieczne czasy przewodzić Gromadzie! - dodała Bagheera.
Akela nic nie odpowiedział. Zamyślił się o tej chwili, która przyjść musi na prowodyra wszelkiej gromady - o chwili, gdy opuszczać go zaczynają siły, aż do cna osłabiony ginie pod kłami podwładnych mu wilków, a jego miejsce obejmuje nowy naczelnik, by w swoim czasie zginąć też w sposób podobny.
- Zabierz go stąd! - odezwał się Baloo do Ojca Wilka. - Wychowuj go, jak przystało na członka Wolnego Plemienia.
W ten sposób - dzięki poczciwemu słowu niedźwiedzia Baloo oraz za cenę byka - Mowgli stał się obywatelem Gromady Wilków Seeoneeńskich.
...
Sabaidee