HORST ASPERNICUS: Der Yólkermord. I. Die Endlósung als Erlosung. II. Fremdkorper Tod, Getynga 1980
Jak ktoś powiedział, dobrze się stało, że tę historię ludobójstwa napisał Niemiec, bo inny autor ściągnąłby na siebie zarzut germanofobii. Nie sądzę, żeby tak było. Ten antropolog ma niemieckość “ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” w III Rzeszy za drugorzędną część procesu, który nie ogranicza się ani do niemieckich morderców, ani do żydowskich ofiar. Paskudne rzeczy pisano o człowieku współczesnym już nieraz. Nasz autor postanowił jednak zrobić z tym człowiekiem porządek raz na zawsze, przygważdżając go tak, żeby się już więcej nie pozbierał. Aspernicus, którego nazwisko kojarzy się z Kopernikiem, zamierzał jak jego wielki poprzednik w astronomii dokonać przewrotu w antropologii zła. Czytelnik sam osądzi wedle streszczenia obu tomów tej pracy, czy mu się powiodło.
Tom pierwszy otwiera, jak przystało na rozległy zamiar, rozpatrzenie stosunków panujących wśród zwierząt. Autor zajmuje się drapieżnikami, które zabijają z instynktu, aby żyć. Podkreśla, że drapieżnik, zwłaszcza wielki, nie zabija nad potrzeby własne i świty swych komensali, jak bowiem wiadomo, każdy drapieżny gatunek ma taką świtę, złożoną ze słabszych zwierząt, które korzystają z jego niedożartych łupów. Niedrapieżne zwierzęta stają się agresywne tylko w okresie rui. Do wyjątków należą jednak wypadki, w których walka samców konkurujących o samicę kończy się śmiercią rywala. Bezinteresowne zabijanie to zjawisko wśród zwierząt bardzo rzadkie. Jeszcze najczęściej można je spotkać wśród zwierząt zdomestykowanych.
Inaczej u człowieka. Jak notują kroniki, starcia wojenne od najdawniejszych czasów przerastały w masowy mord pokonanych. Pobudki były na ogół praktyczne: likwidując także potomstwo zwyciężonych, zwycięzca zabezpieczał się przed przyszłym odwetem. Takie rzezie były w starożytnych kulturach zupełnie jawne, wręcz ostentacyjne, skoro kosze odciętych członków i genitaliów uczestniczyły w triumfalnym pochodzie zwycięzców jako eksponaty sukcesu. Nikt też w starożytności nie kwestionował tego prawa zwycięzców. Zabijali pokonanych lub brali ich w niewolę podług rachuby czysto rzeczowych korzyści.
Aspernicus pokazuje na obfitym materiale, jak doszło do stopniowego obwarowania reguł wojennych ograniczeniami, widomymi w kodeksach rycerskich, choć ograniczeń tych nie przestrzegano w wojnach domowych, gdyż nie dobity przeciwnik wewnętrzny był groźniejszy od zewnętrznego wroga, co tłumaczy, dlaczego katolicy srożej tępili katarów od saracenów.
Powolny wzrost ograniczeń doprowadził wreszcie do porozumień w rodzaju konwencji haskiej. Ich istota w tym, że wojenny sukces i mord pokonanych mają być trwale rozłączone. Pierwszy w żadnym wypadku nie może pociągnąć za sobą drugiego. W rozłączności tej, upatrywano postęp, zachodzący w etyce konfliktów wojennych. Akty ludobójcze zdarzały się i w nowożytności, lecz obca im była zarówno archaiczna ostentacja, jak dobitna interesowność sprawców. Tu przechodzi Aspernicus do badania racjonalizacji, wysuwanych w różnych wiekach jako uzasadnienie ludobójstwa.
W świecie schrystianizowanym stały się te racjonalizacje zjawiskiem powszechnym. Dodać trzeba zresztą, że ani wyprawom kolonizacyjnym, ani poborom afrykańskiego niewolnika, ani wcześniej wyzwalaniu Ziemi Świętej czy rozbiciu państw Indian południowoamerykańskich nie patronowała wprost intencja ludobójcza, jako że szło o siłę roboczą, o nawracanie pogan, o zabór ziem zamorskich i rzezie aborygenów oznaczały pokonywanie przeszkód na drodze do celu. Można jednak wykryć w chronologii genocydów spadek interesowności jako składowej motywacyjnej względem składowej uzasadnień, czyli rosnącą przewagę pożytku duchowego nad pożytkiem materialnym sprawców. Prekursorstwo ludobójstwa hitlerowskiego widzi Aspernicus w rzezi Ormian przez Turków podczas pierwszej wojny światowej, gdyż zdobyła już pełnię cech nowożytnego ludobójstwa: nie przyniosła Turkom żadnych korzyści istotnych, a zarazem rzeź ta została w pobudkach zakłamana, a przed światem jak się dało ukryta. Albowiem według autora nie ludobójstwo tout court stanowi znamię XX wieku, lecz mord o totalnie sfałszowanym uzasadnieniu, maskowany w przebiegu i skutkach tak dobrze, jak to jest możliwe. Materialne korzyści, idące z grabieży ofiar, były na ogół nikłe, albo wręcz było tak, jak w przypadku Żydów i Niemców: judeocyd jest w bilansie państwowym Niemiec materialno - kulturową stratą, co na wielkim materiale faktograficznym udowodnione zostało po wojnie przez niemieckich autorów. Na przestrzeni dziejów nastąpiło tedy dokładne odwrócenie sytuacji wyjściowej: czy to militarna, czy gospodarcza korzyść z praktyki ludobójczej z rzeczywistej stała się urojoną i to właśnie wywołało potrzebę zupełnie nowych uzasadnień mordu. Jeśliby te uzasadnienia zdobyły moc argumentów zniewalających, to wykonywanych podług nich masowych wyroków śmierci nie trzeba by ukrywać przed światem. Lecz skoro wszędzie je ukrywano, nie były widać przekonywające dostatecznie nawet dla aktywistów genocydu. Aspernicus uważa, że jest to diagnoza frapująca, a zarazem podług faktów nie do zbicia. Jak wskazują na to zachowane dokumenty, hitleryzm przestrzegał w ludobójstwie następującej gradacji: narodom dziesiątkowanym wśród podbitych, jak słowiańskim, część egzekucji obwieszczano publicznie, natomiast grupom likwidowanym totalnie, jak Żydzi i Cyganie, nie podawano analogicznie do wiadomości straceń w ich toku. Im bardziej totalny był .mord, tym większa osłaniała go tajność.
Aspernicus bada zespół tych zjawisk metodą kolejnych penetracji, które mają docierać do coraz głębszych motywów ludobójstwa. Najpierw pokazuje na mapie Europy gradient skierowany z Zachodu na Wschód, idący od bieguna tajności po biegun jawności, lub, w kategoriach moralnych, od mordu wstydliwego do bezwstydnego. To, co Niemcy robili w Europie Zachodniej lokalnie, sekretnie, niemasowo i z wolna, podejmowali na Wschodzie w rosnącej skali, gwałtownie, coraz bezwzględniej i jawniej, poczynając od granic zaboru polskiego, czyli General Gouvernement, przy czym im dalej na wschód, tym jawniej stawał się genocyd normą do niezwłocznego stosowania: często mordowali Żydów na miejscu ich zamieszkania, nie odosobniając ich w gettach ani nie przewożąc do obozów straceń. Autor sądzi, że to zróżnicowanie świadczyło o hipokryzji ludobójców, którzy krępowali się robić na zachodzie to, co robili na Wschodzie, gdzie już nie dbali o zachowanie pozorów.
Program “ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” krył w swym zalążku rozmaite warianty o nie tożsamym nasileniu okrucieństwa, lecz o identycznym finale. Aspernicus słusznie powiada, że był do urzeczywistnienia wariant niekrwawy, a zarazem militarnie i gospodarczo bardziej korzystny dla III Rzeszy, poprzez rozdzielenie płci i odosobnienie ich w gettach bądź obozach. Skoro Niemcy nie uwzględniali w wyborze postępowania czynników etycznych, winni byli uwzględnić przynajmniej czynnik własnej korzyści, niewątpliwej w tym wariancie, zwalniającym znaczną ilość taboru kolejowego (jakim Żydów z gett przewożono do obozów straceń) dla potrzeb wojennych, redukującym liczebność oddziałów, skierowanych do eksterminacji (bo dozór gett wymagałby sił daleko szczuplejszych), zmniejszającym też obciążenie przemysłu, który musiał produkować krematoria, młyny kości ludzkich, cyklon i inne ludobójcze utensylia. Rozdzieleni Żydzi wymarliby do 40 lat najwyżej, gdy zważyć w jakim tempie ludność gett topniała od głodu, chorób i wycieńczenia pracą przymusową. Tempo takiego upośrednionego ludobójstwa było sztabowi “Endlosung” znane na początku 1942 roku i gdy zapadły decyzje ostateczne, sztab ten mógł w pełni jeszcze liczyć na niemieckie zwycięstwo, toteż żadne czynniki nie przemawiały za rozwiązaniem we krwi prócz woli mordu.
Jak świadczą o tym zachowane dokumenty, Niemcy badali też ewentualność innych metod, na przykład obezpłodnienia przez naświetlanie promieniami Roentgena, lecz w końcu zdecydowali się na rzeź. Dla historii Niemiec, oświadcza Aspernicus, dla zważenia ich winy, dla światowej polityki w czasie powojennym, konkretny wariant judeocydu nie miał żadnego znaczenia, bo i bez niego obciążały III Rzeszę zbrodnie wojenne kwalifikujące do kary głównej. Nie jest też mniejszym przestępcą ten, kto wyniszcza jakiś naród przymusową sterylizacją lub izolacją płci od tego, kto go morduje. Lecz dla psychosocjologii zbrodni, dla analizy doktryny hitlerowskiej, dla teorii człowieka różnica jest kapitalna. Himmler uzasadniał judeocyd wobec swych współpracowników potrzebą eksterminacji Żydów, by nigdy nie mogli zagrozić państwu niemieckiemu. Lecz gdy wziąć istnienie takiego zagrożenia za dobrą monetę, wariant upośrednionego ludobójstwa okazuje się najoszczędniejszy materialnie, technicznie i organizacyjnie. Himmler kłamał więc swoim ludziom, a bodajże i samemu sobie. Sprawa ta uległa przesłonięciu przez późniejsze zajścia, gdy Niemców jęły nękać klęski, przyszło do wielkich odwrotów i zarazem do prób zacierania śladów masowych egzekucji przez palenie ekshumowanych zwłok. Gdyby dopiero wówczas doszło do krwawego genocydu, można by uwierzyć w autentyzm przekonań Himmlerów i Eichmannów, jakoby ponaglił ich do mordu lęk przed odwetem zwycięzców. Lecz skoro tak nie było, Himmler kłamał także, zrównując Żydów z pasożytami do wyniszczenia, ponieważ pasożytów nie niszczy się z premedytacją zadawania mąk.
Jednym słowem, szło nie tylko o korzyść z dokonanej zbrodni, lecz o satysfakcję płynącą z samego jej wykonywania. Jeszcze w 1943 roku - a bodaj i później - Hitler i jego sztab mogli żywić wiarę w zwycięstwo Niemiec - a “zwycięzców nikt nie sądzi”. Dlatego bardzo trudno jest wyjaśnić, czemu akty ludobójcze nie uzyskały pełnej afirmacji w ich toku, czemu nawet w dokumentach ściśle tajnych były maskowane kryptonimami w rodzaju “Unrsiedlung”, a więc przesiedlenia, oznaczającego stracenie. Aspernicus sądzi, że w tej dwujęzyczności przejawia się wysiłek przywodzenia tego, co nieprzywiedlne. Niemcy mieli być szlachetnymi Ariami, pierwszymi Europejczykami, bohaterskimi zwycięzcami, a zarazem zabójcami bezbronnych. Pierwsze głosili, drugie zaś robili, i stąd poszedł objętościowy słownik przemianowań i fałszerstw w rodzaju “Arbeit macht frei”, “Umsiedlung”, czy właśnie samej “Endlosung” jako eufemizmów zbrodni. Właśnie w tym zakłamaniu objawia się, zdaniem autora, wbrew aspiracjom hitleryzmu - przynależność Niemiec do kultury chrześcijańskiej, gdyż byli zaimpregnowani tak, że mimo najlepszej woli wykroczenia poza Ewangelię, nie ze wszystkim mogli to uczynić. W kręgu tej kultury, powiada autor, gdy już wszystko można zrobić, nie wszystko można jeszcze powiedzieć. Kultura ta jest faktem nieodwracalnym, bo jeśliby tak nie było, to Niemcy nie mieliby żadnych zahamowań w nazywaniu po imieniu swych czynów. Pierwszy tom pracy Horsta Aspernicusa, zatytułowany Die Endlosung als Erlosung, zawiera przegląd podejmowanych w ostatnim czasie prób ogłoszenia prawdy o ludobójstwie III Rzeszy fałszerstwem i kłamstwem, jakim zwycięzcy posłużyli się dla moralnego dobicia pokonanych Niemiec. Byłażby jednak taka działalność - negacji tego, co wezbrało górami dokumentalnych zdjęć, zeznań, pohitlerowskich archiwów, usypiskami włosów zgolonych z kobiecych głów, protez po zabitych kalekach, zabawek wymordowanych dzieci, okularów, palenisk krematoryjnych - byłażby taka próba czymś innym aniżeli przejawem obłędu? Czy dla nieszalonego możliwe jest nazwanie nieusuwalnych dowodów zbrodni - fałszerstwem? Gdyby problem redukował się do psychiatrycznego, gdyby obrońcy hitleryzmu prawdziwie byli wariatami, niepotrzebna byłaby praca Aspernicusa, który sięgnął do amerykańskich badań nad członkami tamtejszej partii hitlerowskiej, by zacytować specjalistów w ich diagnozie, że neohitlerowcom nie można odmówić normalności umysłowej, choć psychopaci trafiają się wśród nich częściej niż w pozostałej populacji. Toteż problem nie daje się przekreślić jako ograniczony do psychiatrycznej profilaktyki, a tym samym zbadanie go staje się obowiązkiem filozofii człowieka. Tu dociera czytelnik do diatryby, jaką autor wymierzył w szanownych filozofów w rodzaju Heideggera. Nasz autor nie ma za złe Heideggerowi przynależności do partii hitlerowskiej, z której filozof ten rychło wystąpił, albowiem podaje za okoliczność łagodzącą, że w latach trzydziestych ludobójcza konsekwencja hitleryzmu nie była łatwa do rozpoznania. Omyłki są wybaczalne, jeśli prowadzą do zmiany błędnego stanowiska i do działań, jakich ta zmiana się domaga. Aspernicus nazywa siebie minimalistą w tym postulacie. Nie utrzymuje, by Heidegger lub ktoś taki jak on był zobowiązany do wystąpień w obronie prześladowanych, i że należy go potępić za niedostatek odwagi po temu: nie każdy rodzi się do aktów heroicznych. Rzecz w tym, że Heidegger był filozofem. Ten, kto zajmuje się naturą bytu człowieka, nie może przejść mimo zbrodni hitlerowskich milcząc. Jeśliby bowiem uznał, że zbrodnia ta była umiejscowiona w porządku bytu “niższym”, więc miała charakter tylko kryminalny, niezwykły jedynie rozmiarami, do jakich rozdęła ją moc państwa i że zajmować mu się nią nie przystoi dla tych samych powodów, dla jakich filozofia nie bada pospolitych przestępstw, bo nie umieszcza na czele swej problematyki tego, co bada kryminologia, jeśli tak właśnie uznał, to albo jest ślepcem, albo kłamcą. Jeśli nie dostrzega pozakryminalnego znaczenia tej zbrodni, to jest umysłowo niewidomym, czyli głupcem, jakiż jednak ź głupca filozof, choćby potrafił dzielić włos na czworo? A jeśli milczy z zakłamania, to też sprzeniewierza się swemu powołaniu. Tak czy owak okazuje się wspólnikiem zbrodni, oczywiście nie w jej planowaniu ani wykonaniu, takie oskarżenie byłoby pieniaczym oszczerstwem. Staje się wspólnikiem zbrodni z zaniechania, ponieważ zdegradował ją, unieważnił, strącił na daleki margines spraw jakoby donioślejszych, przydzielił jej w bytowym porządku miejsce peryferyjne, jeśli w ogóle tam figurujące. A przecież lekarz, który za nieistotne ma objawy śmiertelnej choroby, który przemilcza ją samą, jej symptomy lub skutki, jest albo marnym lekarzem, albo sojusznikiem choroby - i tertium non datur. Kto się zajmuje zdrowiem człowieka, nie może zlekceważyć zabójczej choroby i wyłączyć jej z obszaru studiów, a kto się zajmuje ludzkim bytem, ten nie może wytrącić ludobójstwa z jego porządku. Jeśli to czyni, tym samym unieważnia swoje dzieło. To właśnie, że człowiekowi nazwiskiem Heidegger wytykano wsparcie, jakiego udzielił doktrynie hitlerowskiej osobiście, lecz zarzut ten nie został skierowany do jego dzieł, głuchych w całym tym zakresie, poświadcza zdaniem naszego autora istnienie zmowy współwinnych. Współwinni są wszyscy, którzy godzą się na pomniejszenie rangi tej zbrodni w porządku ludzkiej egzystencji.
Hitleryzm dorobił się wielu wykładni. Autor Ludobójstwa wymienia spośród nich trzy jako obiegowe: gangsterską, socjoekonomiczną i nihilistyczną. Pierwsza zrównuje ten genocyd z morderczą działalnością rabunkową, i ją właśnie w ośrodek publicznej uwagi wprowadziły procesy norymberskie, gdyż trybunałom, wyłonionym przez zwycięzców, najłatwiej było porozumieć się w aktach oskarżenia opartych na tradycyjnej procedurze sądów rozpoznających przestępstwa pospolite, a to ponieważ góry potwornych dowodów rzeczowych kierowały samym swym istnieniem postępowanie na tę drogę. Wykładnia socjoekonomiczna czyni słabość republiki weimarskiej, kryzys gospodarczy, pokusy, jakim uległ wielki kapitał wzięty w kleszcze lewicy i prawicy, zespołem przyczyn, co umożliwiły Hitlerowi przejęcie władzy.
Na koniec socjalizm narodowy jako triumfujący nihilizm osobliwie fascynował wielkich humanistów jak Tomasz Mann, który dopatrywał się w nim “drugiego głosu” w historii Niemiec, motywu diabelskiego kuszenia i w Doktorze Faustusie przeprowadził go ze średniowiecza poprzez apostazję Nietzschego w dwudziesty wiek. Wykładnie te są tylko cząstkowo zasadne. Gangsterska pomija w ruchu jego dogłębne zakłamanie. Gangsterzy nie uciekają się w swych zmowach do eufemizmów ani kłamstw upiększających zbrodnie. Socjoekonomiczna nie dociera do różnicy między faszyzmem włoskim a hitleryzmem, niebagatelnej, skoro Mussolini nie został instygatorem ludobójstwa. Wreszcie koncepcja Mannowska jest nadto ogólnikowa w swej tezie, czyniącej Niemcy - Faustem, a Hitlera - szatanem. Tak więc nazi jako gangster jest zbanalizowaniem problemu nazbyt trywialnym, a jako sługa diabła jest banałem koturnowym. Prawda o hitleryzmie nie jest ani tak płaska, ani tak wyniosła, jak chcą oba te przeciw-obrazy. Rozpoznanie hitleryzmu weszło w labirynt diagnoz częściowo zgodnych ze sobą, a częściowo skłóconych, bo jego zbrodnie są na powierzchni trywialne, lecz ich głęboki sens jest potajemnie perfidny. Ten głęboki sens nie inspirował przywódców ruchu, 'dopóki stanowili
garść politykierów-arywistów, i nie uświadomili go sobie i potem, gdy zawładnęli maszyną wielkiego państwa. Byli niezdolni do samowiedzy jako parweniusze, hipokryci i chciwcy idący za Hitlerem. Jak wiadomo, quos deus perdere vult, dementat prius. Zaborczy plan Hitlera nie był zrazu obłędny - on się taki stał z czasem, bo musiał się taki stać. Jak wiadomo, sztab generalny nie chciał wojny z Rosją, znając stosunek sił, lecz gdyby nawet Hitler zwyciężył na Wschodzie, ostateczna klęska III Rzeszy byłaby jeszcze straszniejsza. Na ogół rozważanie alternatyw rzeczywistości odznacza się Ogromną niepewnością, lecz sytuacja na szachownicy świata miała podówczas w swej dyslokacji taką logikę konieczności, której ulec musieliby wszyscy wojenni gracze. Sukcesy wschodnie Hitlera zdopingowałyby Amerykanów do zadania Japonii ciosów atomowych, by zwyciężyć ją, nim uzyska niemiecką pomoc. Ujawniona tak broń jądrowa wprowadziłaby z kolei kontynentalnych już antagonistów, Niemcy i Amerykę, w nuklearny wyścig, w którym Amerykanie, silnie wysforowani, mieliby wstępną przewagę i po prostu musieliby ją wykorzystać pustosząc radiacyjnie Niemcy w 1946 lub 1947 roku, czyli dopóki jeszcze fizyka teoretyczna, zdziesiątkowana w Niemczech przez Hitlera, nie mogła do jego arsenału wprowadzić środków nuklearnych. Rozejm międzykontynentalny czy podział świata na dwie strefy wpływów nie był możliwy, skoro na scenę .weszła broń atomowa i skoro będąc w stanie wojny z Niemcami, Amerykanie postąpiliby samobójczo, gdyby zwlekali z jej użyciem do czasu powstania niemieckich bomb atomowych. Jeśliby się powiódł zamach z 20 lipca 1944, rozmiary zniszczenia Niemiec okazałyby się mniejsze niż w istocie po kapitulacji w 1945, a gdyby do niej nie doszło wtedy, to w 46 lub w ...
Sabaidee