Trzynascie Zagadek.pdf

(758 KB) Pobierz
5748206 UNPDF
Agatha Christie
Trzynaście zagadek
e irteen Problems
Tłumaczyła: Maria Weiss
I
Klub wtorkowych spotkań
— Nie rozwiązane zagadki...
Raymond West wydmuchnął kłąb dymu i powtórzył raz jeszcze, z widoczną przy-
jemnością:
— Nie rozwiązane zagadki.
Rozejrzał się wokół z zadowoleniem. Pokój, z szerokimi czarnymi belkami u suitu,
urządzony był starymi, solidnymi meblami, które pasowały do wnętrza.
Raymond jako pisarz lubił atmosferę domu ciotki Jane, który zawsze uważał za
właściwą oprawę dla jej osobowości. Spojrzał na drugą stronę kominka, gdzie w du-
żym fotelu po dziadku siedziała wyprostowana ciotka. Panna Marple ubrana była w gę-
sto marszczoną w talii czarną suknię z brokatu, której przód zdobiły belgijskie koronki
spływające spod szyi. Na suknię miała narzuconą czarną koronkową mantylkę i taki
sam czepek przykrywał jej śnieżnobiałe, upięte do góry włosy.
Robiła na drutach coś białego, miękkiego i puszystego. Jej dobrotliwe, wyblakłe nie-
bieskie oczy spoglądały z łagodną przychylnością na siostrzeńca i jego gości.
Najpierw spoczęły na Raymondzie, nieco zarozumiałym młodym człowieku, potem
na Joyce Lemprière, artystce z krótko przyciętymi czarnymi włosami i piwnymi oczami,
a następnie przeniosły się na sir Henry’ego Clitheringa, światowca o eleganckim i za-
dbanym wyglądzie.
W pokoju były jeszcze dwie osoby: doktor Pender, starszawy pastor z tutejszej pa-
raii, i pan Petherick, adwokat, niski i zasuszony mężczyzna, mający zwyczaj spoglądać
znad okularów.
Panna Marple każdego z nich obrzuciła krótkim spojrzeniem i uśmiechając się ła-
godnie powróciła do swej robótki.
Pan Petherick odkaszlnął sucho, jak zwykle zanim zaczął mówić.
— Co takiego mówisz, Raymondzie? Nie wyjaśnione zagadki? Hm... O co chodzi?
— O nic — rzekła Joyce Lemprière. — Raymond po prostu lubi słuchać swego
głosu.
2
Raymond West posłał jej spojrzenie pełne wyrzutu, na co Joyce roześmiała się od-
rzucając w tył głowę.
— Raymond jak zwykle kocha mącić. Prawda, panno Marple? — powiedziała.
— Zresztą pani z pewnością zna go od tej strony.
Ciotka Jane uśmiechnęła się do niej uprzejmie, ale nic nie odpowiedziała.
— Życie samo w sobie jest nie wyjaśnioną zagadką — sentencjonalnie odezwał się
pastor.
Raymond wyprostował się na krześle i gwałtownym ruchem zgasił papierosa.
— Wcale nie to mam na myśli! Nie uprawiam ilozoii — powiedział. — Myślałem
po prostu o takich sprawach, które się wydarzyły i których nikt nigdy nie wyjaśnił.
— Znam właśnie wypadek tego rodzaju, kochanie — rzekła panna Marple. — Na
przykład wczoraj rano pani Carruthers zdarzyło się coś bardzo dziwnego. Kupiła pół
kilo krewetek u Elliota. Wstąpiła jeszcze do dwóch innych sklepów, a gdy wróciła do
domu, spostrzegła, że nie ma krewetek. Wróciła więc do tych sklepów, ale jej krewetki
zniknęły. Osobiście wydaje mi się to bardzo, zagadkowe.
— Podejrzana historia — z powagą zauważył sir Henry.
— Oczywiście, jest mnóstwo możliwych rozwiązań — ciągnęła panna Marple, a po-
liczki jej zaróżowiły się z przejęcia. — Na przykład ktoś inny...
— Droga ciociu — przerwał Raymond z nutą rozbawienia. — Mnie nie chodzi
o tego typu drobne incydenty. Myślałem o morderstwach lub wypadkach zaginięcia
— o sprawach, o których sir Henry mógłby opowiadać godzinami, jeśli tylko by ze-
chciał.
— Nie mogę zdradzać tajemnic służbowych. Nigdy nie mówię o swej pracy
— stwierdził skromnie sir Henry, który do niedawna jeszcze pracował jako komisarz
w Scotland Yardzie.
— Przypuszczam, że wiele zbrodni i innych spraw nigdy nie zostało wyjaśnionych
przez policję — powiedziała Joyce.
— Tak, to chyba ogólnie znana prawda — odparł pan Petherick.
— Zastanawiam się, jaki umysł radzi sobie najlepiej z rozwikłaniem zagadki
— rzekł Raymond West. — Zawsze mam wrażenie, że działanie policji ograniczone jest
przez brak wyobraźni.
— To punkt widzenia laika — odparował komisarz sucho.
— Ty naprawdę chcesz stać się wyrocznią, Raymondzie? W sprawach psychologii
i wyobraźni należy wysłuchać pisarza... — mówiąc to Joyce uśmiechnęła się ironicznie
i skłoniła w jego stronę, ale ten pozostał poważny.
— Sztuka pisarska pozwala wniknąć w naturę ludzką i dostrzec motywy, które zwy-
kły śmiertelnik mógłby pominąć.
— Wiem, kochanie, że twoje książki są bardzo uczone — wtrąciła panna Marple.
— Ale czy naprawdę uważasz, że ludzie są tak niedobrzy, jak ich przedstawiasz?
3
— Moja droga ciociu, trwaj przy swoich przekonaniach. I niebo niech mi wybaczy,
gdybym w jakiś sposób nimi zachwiał — odparł Raymond wycofując się z dyskusji.
— Wydaje mi się, że wielu ludzi nie jest ani dobrych, ani złych, ale cóż, po prostu
bardzo głupich... — rzekła starsza pani marszcząc czoło podczas liczenia oczek na dru-
tach.
Pan Petherick znowu odkaszlnął.
— Czy nie uważasz, Raymondzie, że zbyt wielką wagę przywiązujesz do wyobraźni?
To bardzo niebezpieczne i my, prawnicy, wiemy o tym najlepiej. Jedyną logiczną me-
todą zgłębienia prawdy jest bezstronne rozpatrzenie faktów i dowodów. I mogę dodać,
że w mojej pracy tylko ta metoda daje właściwe efekty.
— Ha! — wykrzyknęła Joyce odrzucając w tył głowę. — Założę się, że jako detek-
tyw pobiłabym was na głowę! Jestem nie tylko artystką, ale i kobietą — a mówcie, co
chcecie, ale my kobiety mamy intuicję, której brakuje mężczyznom. Dostrzegamy więc
rzeczy, których wy nie możecie zobaczyć. A poza tym jako artystka miałam do czynie-
nia z różnymi ludźmi w rozmaitych warunkach. Znam życie z innej strony, niż może je
znać droga panna Marple.
— Nie wiem, czy jest tak, jak mówisz, kochanie — rzekła starsza pani. — W małych
miasteczkach zdarzają się czasami bardzo ciekawe i niepokojące sprawy.
— Czy mogę coś powiedzieć? — zapytał pastor z uśmiechem. — My, duchow-
ni, obecnie nie mamy wpływu na wiele spraw, ale za to wiemy o różnych rzeczach, bo
znamy tajniki duszy ludzkiej, która jest jak zamknięta księga dla świata zewnętrznego.
— Wydaje mi się — zwróciła się Joyce do zebranych — że stanowimy całkiem
ciekawą grupę. A może byśmy tak założyli klub?... Jaki to dzisiaj dzień? Wtorek?
Moglibyśmy nazwać go... Klubem Wtorkowych Spotkań. Co tydzień będziemy się tu
zbierać i każdy przedstawi jakąś zagadkową sprawę, którą zna osobiście i wie, jakie jest
jej rozwiązanie. A więc, ile mamy osób? Raz, dwa, trzy, cztery, pięć... A powinno prze-
cież być nas sześcioro!...
— Zapomniałaś o mnie, kochanie — uśmiechnęła się panna Marple.
Joyce zawahała się przez moment, po czym wykrzyknęła pospiesznie:
— Wspaniale, panno Marple! Po prostu nie sądziłam, że zechce pani przyłączyć się
do zabawy.
— Uważam, że może być bardzo ciekawa — stwierdziła starsza pani. — Zwłaszcza,
że tak wielu mądrych ludzi weźmie w niej udział. Obawiam się, że nazbyt dobrze znam
się na takich sprawach, ale życie w St. Mary Mead przez tyle lat dało mi możliwość po-
znania natury ludzkiej z różnych stron.
— Jestem przekonany, że pani współpraca okaże się bardzo cenna — dorzucił
z kurtuazją sir Henry.
— Kto zacznie? — zapytała Joyce.
4
— Sądzę, że nie ma co do tego wątpliwości — rzekł doktor Pender. — Jeśli mamy
okazję gościć pośród nas tak znakomitego detektywa, jak sir Henry... — Zawiesił głos
i skłonił się w kierunku komisarza.
Ten milczał przez chwilę, po czym westchnął i prostując się w fotelu powiedział:
— Jest mi nieco trudno wybrać odpowiedni przypadek, sądzę jednak, że znam taką
sprawę, która ściśle odpowiada naszym regułom. Być może sami natknęliście się na
wzmiankę o niej w prasie zeszłego roku. Sprawa ta, nie wyjaśniona, została odłożona
ad acta i jak to nieraz bywa, rozwiązano ją przypadkiem, o czym dowiedziałem się nie-
dawno.
Fakty są bardzo proste. Troje ludzi zasiadło do kolacji, która między innymi skła-
dała się z ostryg z puszki. Tej samej nocy wszyscy zachorowali i wezwano pospiesznie
lekarza. Dwie osoby odratowano, trzecia zmarła.
— Mhm... — mruknął Raymond.
— Jak powiedziałem, fakty są bardzo proste. Stwierdzono, że śmierć nastąpiła na
skutek zatrucia pokarmowego i na tej podstawie wydano świadectwo zgonu. Ale na
tym sprawa się nie skończyła.
Panna Marple pokiwała głową.
— Przypuszczam, że jak zwykle zaczęto plotkować — powiedziała.
— A teraz muszę przedstawić uczestników dramatu — ciągnął komisarz.
— Małżeństwo nazwijmy państwem Jones, a towarzyszkę pani Jones — panną Clark.
Pan Jones pracował jako komiwojażer w irmie chemicznej. Był to mężczyzna przystoj-
ny, lat około pięćdziesięciu, jowialny i bardzo żywotny. Jego żona była kobietą raczej
przeciętną, o pięć lat młodszą od męża. Towarzyszka jej, panna Clark, kobieta sześćdzie-
sięcioletnia to osoba tęga i pogodna, o czerstwej, rumianej twarzy. Jak więc sami widzi-
cie, nic specjalnie ciekawego nie można o nich powiedzieć.
Kłopoty zaczęły się w dość dziwny sposób. Poprzedzającą wypadki noc Jones spę-
dził w małym hotelu, gdzie zwykle zatrzymywał się będąc w Birmingham. Pokojówka
sprzątając jego pokój wymieniała bibułę na biurku. Nie mając wiele roboty, zabawiała
się odczytywaniem w lusterku pisma na zużytym arkuszu bibuły. Było to tuż po tym,
jak pan Jones skończył pisać list. Kilka dni później ukazała się w gazetach notatka
o śmierci pani Jones na skutek zatrucia ostrygami z puszki. Pokojówka zdradziła wtedy
swoim koleżankom, co zdołała odcyfrować. Słowa te brzmiały: „...całkowicie zależny od
mojej żony... jeśli umrze, to ja... setki i tysiące...”
Może pamiętacie, że niedługo przed tym wypadkiem dużo mówiło się o sprawie
otrucia żony przez męża. Tak więc niewiele trzeba było, by rozniecić wyobraźnię dziew-
cząt. Według nich Jones rozprawił się z żoną, by odziedziczyć setki i tysiące funtów!
A w dodatku jedna z pokojówek miała krewnych, którzy mieszkali w tym samym mia-
steczku co Jonesowie. Napisała do nich i z listu dowiedziała się, że Jones interesował
5
Zgłoś jeśli naruszono regulamin