relacja-leonarda-stankiewicza-z-pacyfikacji-kwk-wujek.pdf

(64 KB) Pobierz
Relacja Leonarda Stankiewicza, oprac
Relacja Leonarda Stankiewicza, oprac. Jarosław Neja (opublikowana: L. Stankiewicz,
„Wujek” – pamiętam, „Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej” 2004, nr 6 -7, s. 34-36)
Mieszkałem wówczas w okolicach KWK „Wujek”. 16 grudnia rano wziąłem aparat i
poszedłem w kierunku kopalni. Od kilku dni sytuacja była napięta, zanosiło się na jakąś
zadymę. W uliczkach osiedlowych wokół kopalni, jak i wzdłuż ogrodzenia zakładu pełno
było Milicji, wojska i ZOMO. Kolumna autobusów i samochodów ciężarowych
przystosowanych do przewozu ludzi ciągnęła się aż do okolic Ronda Mikołowskiego.
Musiałem więc przejść jakieś kilkaset metrów wzdłuż tych pojazdów. Wojskowi, milicjanci i
zomowcy stali grupkami, konferowali, inni rozpraszali zbierających się przed kopalnią ludzi.
Szedłem do przodu nie zatrzymywany przez nikogo. W ten sposób dostałem się pod główną
bramę kopalni. Było tam już sporo osób. Tymczasem Milicja i wojsko zaczęli porządkować
swoje szyki i odganiać tych, którzy kręcili się blisko ich pojazdów. Ludzie zareagowali na to
oburzeniem. Kobiety z tłumu krzyczały coś pod adresem wojskowych. Jeden z młodych
żołnierzy psychicznie chyba nie wytrzymał. Odwrócił się w naszym kierunku i „wygarnął”
serią z „kałasznikowa”. W pierwszej chwili ogarnęło mnie potworne przerażenie, jak
wszystkich zresztą. Zdałem sobie sprawę, że to nie są żarty. Kilka przestraszonych osób
odruchowo padło na ziemię. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że żołnierz strzelał
„ślepymi” nabojami. Służyłem w wojsku, więc zorientowałem się, że na lufę jego broni
założona jest nakładka, taką, jaką używa się do strzelania „ślepakami” Z każdą minutą reakcja
Milicji i wojska była coraz bardziej zdecydowana. Próbowali rozproszyć grupy ludzi
gromadzące się pod kopalnią, chyba chcieli mieć czyste przedpole. Aby nas przepędzić użyli
granatów łzawiących. Ludzie zaczęli uciekać przed gryzącym dymem. Poddałem się zupełnie
tłumowi. Uciekaliśmy przed gazem w kierunku najbliższych budynków mieszkalnych.
Zostałem z kilkudziesięcioosobową grupą wtłoczony na klatkę schodową. Jeden z granatów
łzawiących wpadł w otwarte drzwi wejściowe i tam wybuchł. Efekt był taki, że wszyscy w
panice zaczęliśmy kierować się schodami w górę. Na pierwszym albo drugim piętrze ktoś
zapukał do drzwi jednego z mieszkań. Właścicielka uchyliła je, a my wręcz wdarliśmy się do
środka. Nawet gdybym nie chciał wejść do tego mieszkania, nie miałem na to wpływu. Osoby
biegnące za mną po prostu mnie tam wepchnęły. To były ułamki sekund. Byliśmy wszyscy
pogubieni w sytuacji. Nasza „gospodyni” też. W mieszkaniu oprócz niej i naszej
„nieproszonej” ósemki znajdowała się jeszcze jedna osoba. Była to najprawdopodobniej córka
właścicielki mieszkania, młoda kobieta. Z rozmów wywnioskowałem, że jest pielęgniarką.
Mówiła, że coś się musi dzisiaj zdarzyć, bo szpitale zostały odpowiednio przygotowane,
nakazano ich personelowi opróżnić oddziały i być gotowym na przyjęcie większej liczby
osób. Nie wiem czy miała na myśli szpital w Ochojcu czy na Ligocie? Wtedy nie
zastanawiałem się nad sensem zasłyszanych wiadomości. Przypomniałem sobie o nich
dopiero kilka dni po tragedii i skojarzyłem je z tym co się wydarzyło. Ponieważ miałem przy
sobie aparat, postanowiłem zrobić trochę zdjęć z okna „gościnnego” mieszkania. Było to o
tyle kuszące, że okno wychodziło dokładnie na kopalnię. Początkowo fotografowałem przez
firankę, ponieważ gospodynie były przerażone i prosiły abym jej nie odsłaniał. O ile dobrze
pamiętam mąż którejś z nich znajdował się na terenie „Wujka” i uczestniczył w strajku.
Zacząłem fotografować. Początkowo faktycznie nie odsłaniałem firanki, jednak z czasem
zacząłem fotografować przez samą szybę. W pewnej chwili naprzeciwko naszego domu
podjechał czołg. Wymanewrował przodem do muru kopalni, obracając jednocześnie wieżą w
ten sposób, że jego lufa celowała dokładnie w dom, w którym przebywaliśmy.
Przygotowywał się do taranowania muru. Jego działania mieli zabezpieczać żołnierze. Czołg
ruszył. Widziałem, jak rozwala mur i dewastuje przyklejony do niego barak. Wjechał do
środka budynku wzniecając tumany kurzu. Konstrukcja zawaliła się, a na wieżę pojazdu
opadł jej dach. Czołg cofnął się unosząc go ze sobą, a potem kilkakrotnie wjeżdżał w ruiny
baraku i wycofywał się. Po którymś razie czołgistom udało się zrzucić z pojazdu krępujący go
balast. W ten sposób wykonany został wyłom w murze, przez który na teren kopalni zaczęli
wchodzić zomowcy. Długie pałki, wielkie tarcze, wszystko w milicyjnym kolorze, kaski z
osłonami. Byli dobrze wyekwipowani w bojowy rynsztunek. Widać było, że idą „na ostro”.
Dochodziły do nas krzyki i odgłosy strzałów. Po pewnym czasie zomowcy zaczęli powracać
przez wyłom na zewnątrz kopalni. Najpierw pojawili się najbardziej pokiereszowani, bez
kasków, pał i tarcz. Pogubili cały ekwipunek. Widać było, że mocno musieli oberwać, że
górnicy się bronili. Musieli być wściekli. Ewidentnie uciekali. To nawet śmiesznie wyglądało
i nam, tam w mieszkaniu pokrzepiło serca. Niestety dopiero potem zdałem sobie sprawę z
tego, że kiedy my cieszyliśmy się widokiem zza okna, górnicy już nie żyli, a inni byli ranni.
Zgłoś jeśli naruszono regulamin