Grochola Katarzyna - Podanie o Miłość.rtf

(373 KB) Pobierz
KATARZYNA GROCHOLA

KATARZYNA GROCHOLA

PODANIE O MIŁOŚĆ

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dorotce i Pawłowi

raz tym, którzy chcą kochać

Spis treści

Kot mi schudł              8

Powrót do domu              13

Podanie o miłość...              20

Kiedyś              27

Księżyc ci upadł              33

Drugi Brzeg              40

Wieczne pióro              47

Miłość i morderstwo              56

I. MILIONER JOHN WATHE              56

II. INSPEKTOR DAVID              58

III. PANNA PILAR, PIELĘGNIARKA MILIONERA JOHNA WATHE’A              60

IV. KRIS CHILDHOOD, ZIĘĆ MILIONERA JOHNA WATHE’A              62

V. PETER CHILDHOOD, WNUK MILIONERA JOHNA WATHE’A              64

VI. GIOWANI, SŁUŻĄCY MILIONERA JOHNA WATHE’A              66

VII. INSPEKTOR DAVID I DIANA, WNUCZKA MILIONERA JOHNA WATHE’A, SIOSTRA PETERA              68

VIII. NOTARIUSZ MILIONERA JOHNA WATHE’A              70

Pozwól mi odejść              73

WIECZÓR              73

NOC              81

ŚWIT              83

RANEK              86

POŁUDNIE              88

POPOŁUDNIE              92

WIECZÓR              94

PÓŹNE POPOŁUDNIE              96

WIECZÓR              108

WIECZÓR              111

RANEK              112

POŁUDNIE              113

POPOŁUDNIE              116

NOC              124

Niedziela

Poniedziałek przypominał miejsce przy potoku, wtorek miał wygląd starej szopy, w której przechowywali narzędzia, środa była ciężka, czwartek szary, a piątek mglisty. Sobota wyglądała jak gotycka wieża kościelna. Niedziela zaś była niebieska. W niedzielę niebo było bezchmurne. Nawet jeśli padało, niedziela była dniem, kiedy można było poza te chmury na chwilę wyskoczyć. A jak tam było pięknie!

W niedzielę pamiętało się, że ponad chmurami jest słońce. Księżyc. Gwiazdy. Niedziela była święta. Niedziela nie dzieliła ich na pół. Niedziela z dwóch kalekich ciał tworzyła jedno. Kochał niedziele. Poranny sobotni autobus tak naprawdę wiózł go od poniedziałku do niedzieli.

Dla niego cały tydzień był podróżą. Od wczesnych godzin rannych, w poniedziałek, kiedy się budził na ostry dźwięk syreny i zimną wodą spryskiwał twarz. Zgnieciony kawałek chleba do torby - i do roboty.

W kamieniołomach zdejmował koszulę, starannie układał w skostniały kwadrat, i chował do torby, ale przedtem wyjmował kawał chleba i butelkę wody, odstawiał to pod ulubiony duży kamień, gdzie zawsze był cień, wieczny cień i zielony wilgotny mech, woda tu schowana była dłużej chłodna.

Lubił kamienie.

Były jak żywe. Nie znał ich nazw, ale wyczuwał pod kilofem łagodną miękkość jednych, niezdecydowaną kruchość innych, oporną moc tych ciemnych, od których jego kilof pękał i trzeba się było natrudzić, żeby taki głaz obłaskawić. Przecięte czerwonymi żyłkami marmury wzruszały go. Prawie płakał, kiedy jego ostre narzędzie próbowało wedrzeć się do ich wnętrza. Z niepokojem patrzył na pękające głazy. Z lękiem, jakby w granicie ukryło się mięsiste, prawdziwe serce. Był przekonany, że w końcu spod jego kilofa spłyną krople krwi, i cieszył się, że dotychczas to się jeszcze nie zdarzyło. Nie było na świecie takiego kamienia, którego nie mógłby obrobić. Był najlepszy. Pręgi, nitki, żyły, cienkie linie i grube wstęgi, plamy i mieszanki kolorów, przezroczyste i matowe, kruche i mocne, miękkie i twarde - wszystko kruszyło się pod jego mocnymi uderzeniami. Kamienie trzeba kochać, żeby móc je ranić jak najmniej. Trzeba wiedzieć, gdzie przebiega ta granica, w którą należy nieraz sto, tysiąc razy lekko uderzyć, żeby nagle, jak olbrzymie wrota, kamień się otworzył. Otwierał kamienie. Taka była jego praca. Te mniejsze kawałki, które wzruszały go bezbronnością, bo tak łatwo mógłby je zmiażdżyć, poruszały w nim tęsknotę i chęć ocalenia. Zbierał je delikatnie, poranione, ostre odpryski i przynosił do siebie, do baraku. Stały przy nim w nocy, jarząc się w ciemności. Omalże czuł, jak oddychają, gdy tylko ciężki sen podcinał mu mięśnie. Tylko dlatego, że już nie miał siły się ruszyć, że ciężar zmęczenia tak bardzo przytrzymywał powieki, nie zobaczył nigdy ich pulsującej zbroi. Ale wiedział, że one są mu wdzięczne za to, że je uchronił od przemiału. Uchronił? Czy aby na pewno?

Ostry kilof ranił. Zagłębiał się w nie. W niektóre miękko i powoli, jak w ukochaną kobietę, niespiesznymi ruchami, ale ze zdecydowaną siłą, jeszcze raz i jeszcze raz, i jeszcze. Do samego końca. Kilof błyskał w górze złotym odbiciem słońca i opuszczał się dziesiąty, setny raz. Pot spływał mu po piersiach słonymi strużkami, żłobiąc opalone ciało. Podnieść, uderzyć, wedrzeć się, zwyciężyć. Kiedy kamień pękał, odczuwał czysto zmysłową przyjemność, napięcie ustępowało miejsca odprężeniu. Odkładał kilof i zgrubiałymi rękami dotykał kamienia jak mężczyzna dotyka kobietę po spełnieniu. Delikatnie gładził równe krawędzie, zamykał oczy i chłonął ich zimny dotyk. Czasem pchnięcia musiały być ostre i gwałtowne, każde wydawało się ostatnie, niecierpliwie łupał brzegi, jak pies targający brudną szmatę. Lecz wtedy nie był zadowolony. Otwarty kamień irytował go, że oto już jest po wszystkim. Ale to stawało się przez niego. A pękający kamień jęczał echem metalu, póki głucho nie odetchnął po raz ostatni, otwierając bezbronny środek.

Dni upływały mu na otwieraniu kamieni. Taka praca. Cały tydzień uderzał, rozbijał, niszczył, obnażał. Okruchy były wywożone gdzieś w niewiadomym kierunku, ale to już go nie obchodziło nic a nic.

Podnosił kilof setki razy w poniedziałek, wtorek, środę, w czwartek wokół zaciśniętych ust pojawiała się zapowiedź radości, od czwartku było już parę godzin do piątku, a w piątek można było powiedzieć: jutro jadę. Jutro jadę do domu. Będę w niedzielę w domu.

Rozklekotany autobus przyjeżdżał w sobotę, przedzierał się przez góry, jęcząc i dysząc. Charczał silnik, tłumik pluł. Najmilsze dźwięki na świecie w sobotę będą go wieźć do domu. Tym razem na pewno. Tam na niego czekała miłość.

Odłupany blok granitowy domagał się obróbki. Napluł w dłonie i podniósł swój kawałek słońca wyżej. Mignęła stal, głucho uderzyła w kamień. Mężczyzna uśmiechnął się. Lubił wyzwania. Kamień musiał się poddać.

***

Słodkawy smak jego potu obejmował jej piersi, rozpuszczał się i przenikał przez skórę aż do środka, aż pod.

Ciało dało pierwszy znak. Znak, że już nadchodzi. Że pierwotne rozpoznanie następuje przed świadomością czy decyzją. To ono wydaje zgodę. Zaczęło od lekkiego niepokoju, tam, niżej niż... I skóra zrobiła się na lewą stronę. Chroniona zwykle wiecznym zakazem, teraz nagle obnażona jednym mocnym zerwaniem wierzchniej warstwy, kiedy jego ręce przyciągnęły jej łopatki. A między nimi był zamek błyskawiczny i on właśnie pękł, rozerwał się i wypłynęło, uwolniło. No więc, skóra najpierw.

I uszy.

Robią się za duże, o wiele za duże. Robisz się słuchem. Poskręcana muszla ucha prostuje zwoje, a każde pół słowa przedostaje się przez ciemne korytarze bezpośrednio do błony, i każdy ruch powietrza jest powielany i zwielokrotniany, każde niedopowiedzenie i brak tchu nawet odbija się echem. Bicie serca wraca podwójnie, oba bicia nakładają się, i ucho zaczyna żyć niezależnie od reszty.

A smak też już nie ten.

Pomarańcze są pomarańczowe w ustach i ten kolor spływa do miejsca, skąd się wszystko zaczęło, skąd przyszła zapowiedź i zgoda. Język smakuje i odróżnia drobne kawałki miąższu, oddziela mniejsze drobiny, przerywa przezroczystą błonę między nimi, odkrywa kroplową pomarańczowość, która pęka pod jego dotknięciem i niezmierną słodyczą obmywa wnętrze ust.

Pachniesz pomarańczową namiętnością.

Uda rozsuwają się bez twojego rozkazu, idą naprzeciw pragnieniu. Twój początek miłości, nienasycony dotykiem innego ciała, jest falą. Fala delikatnie obmywa narastające pragnienie, już, już, już. Ale jeszcze nie. Obnaża ukrytą tajemniczość, oddaje w niewolę, tęskni coraz bardziej, a serce ukrytym rytmem pomaga nie umrzeć teraz jeszcze, spieszy ci na pomoc coraz szybciej.

Drżysz, bo oto anioł wilgotnym skrzydłem pieści twoje uda, przygotowując cię na rozkosz, której nie zatrzymasz, która stanie się poza twoją decyzją. Już nie obronisz swojego pragnienia, już umknęło twojej kontroli, już widać je jak na dłoni, to pragnienie, co je chciałaś ukryć, ale on przyjmuje ten dar jak naturalne piękno stworzone przez jego namiętność, nie musisz bronić niczego, bo danina raz złożona wraca do ciebie dziesięciokroć w pulsującym rytmie rozkoszy. I ta fala coraz jest większa i wynosi cię coraz wyżej, ale nie wiesz, gdzie cię zostawi. I kiedy już nie możesz o tym myśleć, bo ty jesteś tą wodą i on jest jej brzegiem, staje się światłość.

I już wiesz, że to, co się dzieje, jest jak otwarcie drzwi, do których kołatałaś latami na próżno, a były cały czas otwarte, wystarczyło po prostu wejść, i wiesz, że to nie obce drzwi, ale drzwi do twojego domu.

To już wiedziała. I czekała na niego cierpliwie przez te miesiące, które on rozbijał na kamienne dni, na dni odmierzane kamieniami do obrobienia.

Samotnymi nocami tęsknota robiła z nią, co chciała. Jaśniejące nad ranem niebo wchodziło do sypialni, a ona, przewracając się na drugi bok, dotykała ręką swoich piersi, a skóra parzyła ją jak obca. Podnosiła się z łóżka i zimną wodą przemywała twarz. Świt zaskakiwał ją w kuchni, pochylona nad dębowymi deskami stołu, szorowanego parę razy na tydzień wodą z mydłem.

Do niedzieli tak daleko. Dla niej tydzień miał kolory osobne, poniedziałek, wtorek, środa, czwartek, piątek i sobota były bladym świtem, białym światłem, dopiero niedziela to światło rozszczepiała na wszystkie kolory tęczy.

Każdy niedzielny ranek rodził ją na nowo. Włosy zaczynały żyć swoim życiem. Spleciony przez tydzień warkocz oddychał nareszcie swobodnie i wypuszczony na wolność mienił się na plecach jak arkusz srebrnej blachy. Oczy powiększały się, i w środku pojawiały się krople rtęci. Ramiona unosiły ciężar rąk z takim wdziękiem, że ptaki zatrzymywały się nad nią w locie, dziwiąc się, co też taka kobieta robi na ziemi. Jak lekko niosły ją ciężkie w tygodniu nogi na spotkanie mężczyzny jej życia! Powietrze, chłodne rankiem, wchodziło w jej płuca ożywczym tchnieniem. Przepełniała ją miłość. Miłość do siebie, do niego, do autobusu, który zepsutym tłumikiem zapowiadał mocny uścisk jego ramion. Tak musiało być. Ich życie składało się z niedzieli. Tak było zawsze. Nie mogło być inaczej. Pogodziła się z tym tak dawno temu, że nie próbowała nawet mieć pretensji do losu. On pracował, a ona czekała na jego powroty.

***

W sobotę obudził się wcześniej. Dużo wcześniej. Granitowy blok był twardy i nie poddał się wczoraj tak lekko. Ale przecież kamień nie może czekać. Dlatego wstał wcześniej i ruszył do kamieniołomów.

Na wszelki wypadek, gdyby coś się stało - oczywiście ani przez moment w to nie wierzył - zostawił kartkę. Z prośbą o przekazanie żonie, gdyby. „Gdyby” nie mogło się stać, tym razem na pewno nie - granit podda się przed upływem dwóch godzin najdalej. Pisał kartkę szybko, parę słów. Kocham Cię, miła, to tylko tydzień, wybacz.

Na pewno zdąży wrócić przed odjazdem autobusu. To jedynie parę uderzeń. Wierzył w to. Wczoraj po południu granit już się zarysowywał. Może zresztą to tylko zachodzące słońce... Ale był pewien, że to nie potrwa długo. Autobus przyjedzie dopiero po południu. A on nie może zostawić tego bloku do poniedziałku. Poradzi sobie z nim.

***

Patrzyła na zegarek. Wskazówki wolno przedzierały się przez okrąg tarczy. Za wolno.

Słońce podnosiło swoją twarz na niebie również za wolno.

Aż wreszcie nadszedł czas. Narzuciła na ramiona chustę, tę, którą tak bardzo lubił, i przygotowała się do wyjścia.

Wyszorowana podłoga lśniła, zapach gotowanej kapusty ukradkiem sączył się z dużego garnka, w piekarniku czekał kawał mięsa, pieczony jak zwykle na jego przyjazd. Była gotowa. Zamknęła za sobą drzwi i wyszła na ulicę.

Pilnowała się, żeby nie przyspieszać kroku. Nogi nie chciały jej słuchać, szły szybciej i szybciej, tak jakby jej bieg miał wpływ na autobus, jakby mógł przyspieszyć spotkanie.

Miała przed sobą całą niedzielę. Niedzielę z ukochanym. Wyczekaną niedzielę. Nareszcie. I jej oczy błyszczały rtęcią, a ramiona tęskniły. Skóra różowiała. A sąsiedzi spotkani na ulicy uśmiechali się.

Autobus zjeżdżał z gór. Dzień był pogodny i widać było z daleka, jak jedzie, jak jedzie za wolno na jej czekanie. Stała cierpliwie, co rusz podnosząc oczy tam, w górę. Za chwilę zniknie i pojawi się tuż-tuż, zakręt zasłaniał drogę. Autobus wyłonił się nagle, klekocząc. Serce jej zadrżało. Stała nieporuszona, jedynie jej oczy robiły się większe. Bardziej uważne.

Mężczyzna w ciemnej koszuli, którego już znała z widzenia, zbliżał się do niej powoli. Za szybko. Nie odwróciła jednak wzroku od drzwi autobusu, ale wszyscy już wyszli.

Wyciągnął do niej rękę. Bez słowa.

Wzięła od niego małą kartkę papieru i nie patrząc na treść, stuliła w dłoni.

A potem odwróciła się i poszła do domu. Kocie łby pod nogami śledziły ją aż do samych drzwi. Sięgnęła po klucz i otworzyła je. Podłogi lśniły. Garnki stały na kuchni.

Otworzyła drzwi do sypialni. Wykrochmalona pościel pachniała. Podeszła do komody i otworzyła szufladę. Dopiero wtedy rozprostowała pieczołowicie mały kawałek papieru. Tarła go dłonią i uklepywała, żeby się wyprostował. A potem włożyła go do szuflady, z prawej strony, na kupkę takich samych karteczek, i zamknęła szufladę.

Kolorową narzutą nakryła łóżko.

Weszła znowu do kuchni i siadła przy stole.

Do następnej niedzieli przecież tak niedaleko. Jeszcze tylko sześć dni.

Kot mi schudł

Bo, panie doktorze, kot mi schudł. On już jakiś czas tak wygląda, ale ja się zbytnio tym nie przejmowałam. W życiu jest tyle ważniejszych rzeczy niż kot. Kot. No i cóż, że kot? Myślałam, że mu nic nie jest. Mam sąsiadkę, ona strasznie panikuje. Byle co się zdarzy i od razu biega po ludziach, a to się żali, a to rady szuka, a w życiu przecież to sami sobie zawsze musimy radzić. I ja tak patrzyłam, je, to je, nie je, to nie je, a niech nie je, przecież z głodu nie zdechnie. Nie histeryzuję od razu jak Halinka. Jej wystarczyło, żeby pralka wylała, i od razu aż szkoda gadać. Cały pion musieli zamknąć. Dla tylu ludzi, z powodu jednej głupiej pralki. No ile tam wody wchodzi? Dwadzieścia, trzydzieści litrów? Nie więcej. No, może trochę mniej.

Pamiętam dobrze tę wodę, bo Staś (to mój mąż) wrócił z pracy, ani umyć rąk, ani nic. Ja ziemniaków nie zdążyłam zalać, tylko co obrałam i obtoknęłam nad zlewem, a Staś to się wtedy zezłościł. Na mnie, bo najbliżej byłam. Taka złość go chwyciła, że od razu drzwiami rąbnął i dopiero nad ranem wrócił. A czy to moja wina, że ziemniaki niegotowe były, bo wodę zakręcili? Ale człek zmordowany, ani pomyślał, ani nic, tylko od razu drzwiami prasnął. Czy to moja wina? Nie. Choć to dobry człowiek. Tylko że się zdenerwował.

Ale temu kotu to jakby tak smutniej z pyska patrzało. Nalewam do miseczki mleka, a on nic. Co jak co, ale mleko to zawsze w domu musiało być. Staś, znaczy mąż mój, to rano kawę z mlekiem pije. I nie daj Boże, żeby tego mleka zabrakło. Raz zabrakło i się wtedy nauczyłam, że nie wolno, żeby zabrakło. Bo Stach ciężko pracuje i nerwy mu czasami puszczają.

Puściły mu przy tej kawie. Bez mleka. Ale on naprawdę nie jest zły. Więc mleko, to się przyzwyczaiłam, zawsze jest i rano kotu leję. Pił. A teraz ostatnio już zsiadłe wylewam. Z piąty dzień już tak wylewam. A rano patrzę, on chudy taki, jakby schudł ostatnio. Ale ja też głowy nie miałam, żeby się przyglądać wcześniej. Zwierzaki to o siebie dbają najprędzej. Mówię nawet do siostry - patrz, chyba Burasek chudy się zrobił. Stachowi jakbym powiedziała, toby się od razu do krzyków wziął.

Jak Burasek był jeszcze malutki, to tak patrzyłam i mówię do Stacha - patrz, on nieduży taki, a Stach, że na cholerę kota do domu przynosiłam. Że jak kot najważniejszy, to on sobie pójdzie. I poszedł. Ja nie mówię, żeby mężczyzna sobie nie wypił. Grzech to nie jest. Wiadomo, pracuje. I ja tam nie osądzam ani żalu nie mam. Ale przykro mi się zrobiło, bo Burasek rzeczywiście, panie doktorze, malutki był. A Staś wrócił wieczorem, tylko się w przedpokoju rozbijał, to ja się podniosłam, szybko Buraska do kuchni, bo alkohol to z niego innego człowieka robi. Znaczy ze Stacha, nie z kota. Koty to takie spokojne stworzenia. Takie milusie. Puchate. A Stach jak za dużo wypije, to kota kopnąć, za przeproszeniem pana doktora, potrafi. Że niby zarazki roznosi, jak na łóżku leży. Jakie tam zarazki. Ja tobym życzyła sobie, żeby on taki czysty był jak ten Burasek nasz kochany. Nikt nie widział brudnego kota. A Stachu to z buciorami do wyra, aż muszę sobie tapczan drugi rozkładać, tylko po cichutku, żeby go nie urazić, bo krzyczy od razu. Co krzyczy? Ano różnie, brzydkie wyrazy nawet czasami. Ale on z biedy krzyczy, że taki opuszczony, że ja wolę sama spać, że go już nie kocham. To ja mówię, kocham cię Stasiu, kocham, tylko brzuch mnie tak boli, nie chcę ci przeszkadzać. No to on albo się uspokoi, albo i nie. Najważniejsze to go nie zdenerwować. Bo jak on zdenerwowany, to nad sobą nie panuje. I potem mi przykro, że go musiałam zdenerwować, że aż mu nerwy puściły. Jakbym twarzy nie otwierała, toby nic nie było. Nie żeby często. Często to nie. Ale czasem. Stachu mój to dobry jest, panie doktorze, naprawdę, tak mnie jakoś na mówienie wzięło i może jeszcze wyjść, że ja na niego narzekam. A ja nie narzekam, Boże broń. Człowiek to sam sobie życie psuje. A tu trzeba się cieszyć każdą chwilką, bo ona ulotna jest bardzo.

Jak Buraska zobaczyłam w piwnicy, takie to malutkie było, to aż krzykłam. Bo on do szczura, panie doktorze, był bardziej w podobie. Ale zakwilił, myślę sobie, nie szczur. Podchodzę, a to kotek malusi. Jak mały szczur. To go wzięłam najpierw, wiadro z węglem zostawiłam, kotka szybko wzięłam, nawet nie podrapał. Do mieszkania kotka, żeby nie uciekł, a potem dopiero szybko po węgiel. Rozpaliłam pod kuchnią, nagrzałam wody, umyłam go dobrze, taki maluni był, że nawet nie drapał. I chudziutki jak teraz. Mleka nagrzałam, bo mleko to zawsze mam. A on nawet pić nie chciał. Jak Stach przyszedł z roboty, to go schowałam, tak żeby później powiedzieć, że mamy kotka. Ale Burasek miauczeć zaczął, Stach się zdenerwował - żadnych zwierząt w domu, krzyczał. Brud tylko krzyczał, ale ja twardo powiedziałam, kota nie wyrzucę bo sam Pan Bóg mi go dał.

Cicho, cichutko, mały. Pan doktor to cię tylko bada. Pan go tak tu nie naciska, bo on chyba żebra ma zwichnięte. To jak mówiłam, kopnął go. Ale to było na wiosnę. Niechcący mu pod nogi wpadł. Znaczy kotek. A Stachu go niechcący butem tak, o. To leżał potem Burasek, ani się ruszył. Już myślałam, że po kocie. Ale wyzdrowiał. Kot to mocne stworzenie. A Stach mówił, jak go przyniosłam, albo ja, albo kot. I wtedy ja chyba pierwszy raz to powiedziałam - nie, Stachu, dzieci nie mamy, ja całymi dniami na ciebie czekam, nie żebym coś naprzeciw miała, bo ja się cieszę, że czekam na ciebie, ale sama jestem, ludzi nie widzę, ja to stworzenie będę chować. No to on się obraził, obiadu nie zjadł, na piwo poszedł. Z kolegami. To dopiero nieszczęście z takimi kolegami. Ty się z kotem nie równaj, Stachu, powiedziałam jeszcze, bo to niemądre. Żoną twoją jestem tyle lat, zawsze jest tak jak mówisz, bo ty głowa rodziny, ale kotek musi zostać. I wyszedł. Myślałam, że on, znaczy Stachu, się przyzwyczai. Pomalutku, pomalutku, nie na siłę, to się polubią. Bo mój Burasek takiej poczciwości zwierzątko. Burasek to dlatego, że tu, widzi pan, ma takie bure, pod brzuszkiem i na zadku. Dziwne, nie? Takie niespotykane u kotków, no to Burasek taki dobry był. Ani pazurków nie wyciągał na mnie, futerko mu się zrobiło takie mięciusie, a co ja się go nagłaskałam, naprzytulałam, jak Stach do roboty poszedł. A on chodził za mną krok w krok. Ale wieczorem to się koło pieca kładł i jakby go nie było. Tylko w nocy do łóżka przychodził, jak Stacha gdzieś poniosło. I tak tu koło mojej szyi leżał. To przecież nie może być prawda, że taki kot chorobę jakąś da człowiekowi.

Ja to od razu lepiej się czułam. A przecież i na rękę narzekałam, na pogodę to mnie rwie. O tutaj, tak z tej strony, aż do góry. Na deszcz. Upadłam kiedyś i o piec walnęłam. Stachu mnie popchnął, bo jak go zwolnili ze stolarni, tej, co wtedy tam pracował, to wrócił na gazie. To nie wiedział, co robi. Ale miałam kłopotu. Z jedną ręką trudno dom obrobić. Jakie on wyrzuty miał! A potem to krzyczał, ty specjalnie udajesz, że boli, bo skurwysyna, za przeproszeniem pana doktora, chcesz ze mnie robić! Udawałam, że nie boli, bo człowiek jest od przebaczania, a nie od pamiętania. Jak się mężowi nie wybaczy, to komu? Temu kotowi?

No to jak ta ręka mnie rwała, trudniej mi było robić. A Stach wolał, jak się uśmiechałam. No i pewnie. Ale jak Burasek mi się przyłożył, to dobrze mi się robiło na ciele i na duszy też.

Człowiek potrzebuje czasem do przytulenia takiego zwierzaczka. Może jakbym dziecko miała, to inaczej na tego Buraska bym patrzyła. Ale ja zaciążyłam od razu po ślubie, Stachu to się nawet nie cieszył, bo tak od razu mieć babę z pełnym brzuchem może chłopu niewygodnie. I też kłopoty wtedy miał, oj, jaki on był niecierpliwy do wszystkiego. Bo to i z pracą lekko nie było, z zakładu dopiero co wyszedł, ja na niego, panie doktorze, dwa lata czekałam i wierzyłam, że człowiek się zmieni, byle dać mu czas. A Stach to po tym zakładzie taki nerwowy był. No i za kołnierz nie wylewał. Mnie to już ciężko było nosić węgiel, ale gdzie tam chłopa takiego prosić, on na dom pracuje cały dzień, tylko co on głos podniósł, że zmęczony, to ja do tej piwnicy zeszłam, na schodach się omskłam i po dziecku. I już więcej nie zaciążyłam.

Wtedy to dopiero wiedziałam, że Stachowi na dziecku zależało. Pił przez tydzień, sąsiadki mówiły, bo ja w szpitalu leżałam, ledwo co mnie odratowali. A on pił biedak z żalu, bo ja już nigdy miałam dzieci nie mieć, panie doktorze. To co on miał robić? Ale mnie nie zostawił. Chociaż bez dzieci to jaka to rodzina.

Tu go pan tak mocno nie bierze. Bo on się wtedy niespokojny robi. Nie, ja go nie potrzymam, bo ja tych palcy zgnieść dobrze nie mogę. Może by pan dał na znieczulenie, bo to szkoda patrzeć, jak się męczy. Taka to dola sieroca. Ani nic z tego świata nie rozumie, tylko piska. Nie piskaj, nie piskaj, pan doktor pomoże. Żeby tak człowiekowi kto pomógł. W te rękę to ja się zacięłam i palce od tamtej pory jak nie moje. Tylko tak przykurczyć mogę. Dalej nie. To właściwie przez Buraska. Mięsko kroiłam, a kotek mruczył i mruczył. Stacho się rozeźlił, za nóż chwycił i wymachiwać zaczął, najpierw do Buraska, to on aż pod szafę, tycia szczelinka, a wszedł, aż wyjść nie mógł, to mówię, Stachu czyś ty zgłupiał, kot przecież rozumu nie ma. To Stach się na mnie zamierzył. Ja wiem, że krzywdy by mi nie zrobił, tylko tak się droczył, ale chwyciłam ten nóż, ostry był, i po palcach. Stach to jak tylko krew zobaczył, od razu odskoczył, pobielał na twarzy. Krew to trudno mężczyźni znoszą. Prawie mi omdlał. Pojechaliśmy na pogotowie, to mnie zszyli, ale tak już mi zostało. Mówią na to przykurcz.

Co się Stach naprzepraszał, o Boże, jak dobrze w domu było, dobre z niego wylazło. Bo człowiek dobrego, co w nim siedzi, to się wstydzi. Ale potem to już normalnie było. Tylko powiedziałam, Stachu, ty mi więcej ręki na Buraska nie podnoś.

Nie, te łapkę to on od dawna ma taką. Od samego początku. Stachowi kiedyś przez okno wypadł. Mężczyzna wiadomo, nie dopatrzy. Ale kot jak to kot, na cztery łapy spada. Co się z nim nachodziłam! Na Grochowskiej w klinice w nocy byłam. Bo niby wysoko u nas nie jest, ale on taki dziwny był. Nóżka mu się taka zrobiła dziwna, to go wzięłam nocnym. Nastałam się na przystanku, a tam nieprzyjemnie po nocy nawet chodzić. Ale wzięłam Buraska, bo stworzenie cierpi i jak człowiek mu nie pomoże, to nikt mu nie pomoże. I nóżka mu została taka chromawa. Troszkę ciągnie.

Tylko zmizerniał ostatnio. Tak mi coś schudł. Ja już mu nawet jedzenie dobre kupuję, teraz to troszkę oszczędzę i mu płucek naszykuję, nawet wątróbki. A on taki niemrawy. Niech pan coś zrobi, panie doktorze, proszę.

Ten kotek oprócz mnie to nikogo nie ma. A ja nie wiem, czemu on taki chudzieńki.

Jak odeszłam od Stacha, no bo już czas było odejść, jak Buraskowi ogon obciął, to kotek odżył. Jak mu obciął, to ja już wiedziałam, że ja się w życiu pomyliłam. Człowiek musi być dobry dla zwierząt, bo one są słabsze i one potrzebują jego opieki. Zresztą ja powiedziałam, nie podnoś mi więcej na niego ręki. A on, znaczy Stachu, mówi, że drzwi trzasnęły i ogonek przycięły. Jak drzwi tak mo...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin