Grochola Katarzyna - Upoważnienie do szczęścia.rtf

(402 KB) Pobierz
KATARZYNA GROCHOLA

KATARZYNA GROCHOLA

UPOWAŻNIENIE DO SZCZĘŚCIA

1993

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Moim przyjaciołom

Spis opowiadań

Upoważnienie do szczęścia              3

Nigdy się nie poddam              18

Niespodzianka              25

Ostatnie walentynki              28

Kelner              45

Zdążyć przed pierwszą gwiazdką              59

Wahanie wokół zera              76

Nie lubię kobiet              116

Upoważnienie do szczęścia

Ze wspomnień, które docierały do niej poprzez lata dorosłości, Ala zapamiętała jedno: sen o bestii pod łóżkiem. Bestia miała tysiące ostrych zębów jak pirania i była zielona. Trzymała ją w objęciu zielonkawych sił. Nie mogła ani krzyknąć, ani się ruszyć. Nikt nie wiedział. A jej groziło. Podłoga była jasna, wypastowane dębowe klepki odbijały w dzień światło słoneczne, w nocy lampę.

Teraz lampa. I nogi kobiety. Czarne szpilki, wąskie kostki obleczone w pończochy. Na pończochach szew. Prościutki jak strzała aż do. Ale do nie było widać, tylko do kolan. Bestia dusiła ją mocniej i mocniej.

A kobieta szła, jak gdyby nigdy nic. Szła, a srebrna taca błyszczała. Na pewno. Bo była srebrna. Bo dźwięczało w górze. I weszła na plamę. Srebro musiało odbijać lampę. Wszystko miało barwę, głos, oddech.

Tylko ona nie.

Bestia zaraz zrobi coś. Coś, po czym przestanie istnieć. Choć już nie istnieje. Już zaparło dech. Już oczy otwarte raz na zawsze. I bezruch. Może to ją uratuje. A kroki idą. Taca dźwięczy. Łyżeczka upada. I odbija się wolno od świetlistego odbicia lampy, i jeszcze raz, i jeszcze raz, i zamiera. Koło szpilek. Kroki stoją. Cisza. I nagle pojawia się ręka, coraz niżej i niżej do tej łyżeczki i niech jeszcze niżej, bo przecież ona pod tym łóżkiem uwięziona, więc w tej łyżeczce jest ocalenie, niech jeszcze niżej, niech zobaczy…

Otwiera usta, ale żaden krzyk, a bestia jest. I łyżeczka w ręku, i znowu stuk stuk, i brzęk brzdęk, i szwy oddalają się, i już nikogo…

O czym to był sen?

Oczywiście - strach, strach i jeszcze raz strach. Przed czym? Nie ma pojęcia.

Czyje to były pończochy? Czyje nogi?

Mamy na pewno nie, nie pamięta, niestety, jak mama wyglądała. Bo zdjęcie rodziców nie oddaje ani tonu ich głosu, ani ruchu, stoją sobie zupełnie obcy ludzie, którzy byli całym jej światem, a może nawet ona była całym ich światem, ale świat się skończył pewnego zimowego poranka, odeszli na zawsze tylko dlatego, że samochód, który jechał z naprzeciwka, wpadł w poślizg, jechał za szybko i było za ślisko.

Może to nogi którejś z pań. Którejś z pań z domu dziecka. Nieważne.

Może dlatego zawsze się bała. Czego najbardziej?

Tego, że nie ma nikogo, kto by ją ocalił.

Bo pan z tamtego samochodu jadącego naprzeciwko samochodu rodziców przeżył. A jej rodzice nie. Ale nie pamięta, bo była mała.

I tak miała lepiej niż inne dzieci, bo miała dziadków. Mogła do nich jeździć na wakacje, a potem - jak już wszystkie formalności zostały załatwione - mogła u nich mieszkać. Oni pamiętali, jaki ton głosu mieli jej rodzice, jak się ruszali, jak zabawnie mama podwijała pod siebie nogi na krześle - mówili czasami: Masz ruchy zupełnie jak twoja mama. Albo: Tak samo mówił twój tata.

Zanim się u nich znalazła, mieszkała w domu dziecka. A jeszcze przedtem u cioci Maryli, siostry taty. Siostra taty chciała dobrze, chciała, żeby Ala miała dom i była jej córką. Tylko że siostra taty chciała mieć dziewczynkę grzeczną i dobrą, a Ala budziła się co noc i płakała. I jeszcze czasem budziła się rano i łóżko było mokre.

- Jesteś dużą dziewczynką! Nie możesz moczyć się w nocy! - mówiła ciocia, najpierw spokojnie, a potem mniej spokojnie.

I ciocia powiedziała, że nie, że nie da sobie rady.

Ala jeszcze nie mogła być wzięta przez dziadków, tylko poszła do domu dziecka - na czas załatwiania formalności. Jacyś urzędnicy bardzo dbali o to, żeby dziadków sprawdzać, żeby nie było takiej sytuacji, że dziadkowie też się rozmyślą. Chociaż oni nie rozmyśliliby się nigdy.

I wtedy, w tym domu dziecka, zaczęła śnić o potworach.

Ale sny nie były najgorsze. Najgorsze było to, że inne dzieci śmiały się z niej, ilekroć jej łóżko było mokre. I ten śmiech był gorszy niż strach. I nie było nikogo, kto by krzyknął na te dzieci: „Uspokójcie się! Tak nie wolno! Nie śmiejcie się!”.

Chciała schować się gdziekolwiek, choćby pod łóżko, żeby nikt jej nie widział, chciała się zrobić taka mała jak główka od szpilki i potoczyć się gdzieś, wpaść w mysią dziurę, żeby tylko nie słyszeć tego śmiechu… Ale była duża, stała w mokrej piżamie, a pani odsłaniała pościel i mówiła:

- Nieładnie, taka duża dziewczynka, zanieś to prześcieradło do pralni i poproś o nowe, bardzo nieładnie.

Dzieci chichotały za jej plecami, a kiedy szła do pralni, szturchały się znacząco.

Przesiadka na Dworcu Zachodnim w autobus, stamtąd do domu dziadków tylko półtora kilometra. Teraz, kiedy dziadek zachorował, nagle wróciły wspomnienia. To przecież wszystko nie tak dawno było… parę lat… jeszcze parę lat temu… Ale przeszłość była nieistotna…

Zawsze marzyła o kimś, kto by ją ocalił. Wtedy była malutka. Malusieńka. Miała może trzy lata, może mniej. A potem była starsza. Potwór powracał raz na jakiś czas pod ten tapczan. Kiedyś zniknął i już myślała, że po wszystkim, że skończyło się. Ale wrócił niespodzianie którejś nocy i znowu ją trzymał, a następnego dnia była klasówka z historii. Już była duża. Babcia z dziadkiem przenieśli się do mieszkania po rodzicach - chodziła do szkoły w mieście - chcieli, żeby nie była wiejskim dzieckiem, żeby chodziła do dobrej szkoły, żeby zdała na studia.

Ale sen był ten sam.

I nikogo.

Przebudzona leżała w nocy na wznak i wpatrywała się w ruchy świateł za firanką. W przerwie między karniszem a oknem pojawiały się wyrazistsze smugi i przesuwały z prawej do lewej lub z lewej do prawej, wolno lub szybko - tak jak jechały samochody na dole. Patrzyła na te smugi i starała się nie zasypiać. Jak najpóźniej zasypiać. Żeby nie śnić. Już była duża. Już piersi urosły. Ale żeby nie zasypiać.

A jeśli już potwór, to niech pojawi się też On. Zabije potwora.

Podniesie tapczan i zobaczy małą, przestraszoną dziewczynkę.

Weźmie ją na ręce i powie: Nie bój się. Zawsze cię obronię. Jestem przy tobie.

Anioła stróża wtedy nie było.

Aniele Boży, stróżu mój, ty zawsze przy mnie stój, rano, wieczór, we dnie, w nocy, bądź mi zawsze ku pomocy…

To dziadek nauczył ją tej modlitwy. Ona uchroni cię przed niedobrymi snami - mówił. Twój anioł stróż czuwa.

Przestała mówić Aniele Boży, jak się obraziła na świat. Miała osiem lat i na wakacje wracała z dziadkami na wieś. Obrywała młode kolby kukurydzy i robiła z nich lalki. A chłopak sąsiadów, Antek, szukał dla niej najbardziej dorodnych, takich, które już puszczały włosy - delikatne, wilgotne, jak włos anielski na choince. Kukurydza nie nadawała się do jedzenia, ale lalka potrząsała złotymi włosami, zręczne palce Antka plotły warkocze.

- Jak będę duża, to też będziesz mnie kochał? - Już teraz jesteś duża - mówił Antek. - Będę cię kochał zawsze. - Ale ty jesteś głupi! Chłopak, a jak baba! Plecie warkocze! Plecie warkocze! Dzieci zachłystywały się ze śmiechu, a Ala czuła, jak fala śmiechu dosięga i ją, i coraz bardziej i bardziej kochała Antka i coraz bardziej nie lubiła innych dzieci. Tylko że Antek nie przejmował się ich śmiechem.

- Będę chirurgiem, muszę ćwiczyć ręce - mówił. - Niech sobie gadają. Patrzyła na niego z podziwem - był taki niezależny i taki silny, że mógłby radzić sobie z potworami. Kiedy wpadł pod maszynę, która wiązała snopy, i zakrwawionego odwoziła do szpitala karetka, a matka Antka zawodziła na całą wieś, wtedy przestała mówić cowieczorną modlitwę. Nawet jak jego mama wróciła ze szpitala i powiedziała, że uratowali rękę, że może nawet kiedyś Antek będzie mógł nią ruszać, to zdecydowała, że jednak nie.

- Nie będę, dziadziu, tak mówiła, już nie.

A dziadziuś stał przy łóżku, robił znak krzyża na jej czole i uśmiechał się.

- Nie szkodzi. Nie szkodzi. On wie, że jesteś troszkę zagniewana. - Ale ja naprawdę nie będę- obrażała się. Dziadziuś nie traktował jej poważnie. A to była decyzja.

Powinien się przynajmniej obrazić.

Antek wrócił do domu pod koniec wakacji.

- Nie będę chirurgiem - powiedział i pokazał jej poszarpaną dłoń, zwinięte palce, które dotykały siebie nawzajem. Dotykała po kolei jego pokręconych palców, a on mówił:

- Nie czuję, jak mnie dotykasz, bo już prawie nie mam nerwów. Ale będę ćwiczył, zobaczysz, bo będę lekarzem. I Ala kochała go jeszcze bardziej, bo był biedny. Antek spędzał w domu dziadków długie godziny, dziadek go lubił. Powtarzał:

- Możesz mieć wszystko, co chcesz, możesz być kimkolwiek chcesz, bylebyś chciał mądrze. - I kroił na połówki lekarstwa dla babci, pilnował, żeby brała leki o określonej porze, bo babcia bardzo chorowała i niedługo miała umrzeć. - Nie poddawaj się, chłopcze, jak będziesz ćwiczył, to ręka się odnowi. Medycyna nie znała słowa „odnowić”, ale Antek ćwiczył rękę na piłeczce tenisowej, którą dziadziuś przywiózł z miasta, a pewnego dnia dziadziuś podał Antkowi nóż i powiedział:

- Te pastylki mi przekrój na dwie, a te na cztery części. I Antek ułożył tabletki dla babci na starej dębowej desce i mozolnie, równiutko przekroił. - Widzisz? - powiedział dziadek. - Może jeszcze będziesz chirurgiem.

A Antek patrzył na Alę z dumą.

- Będziesz żoną lekarza.

Zgadzała się, bo kochała Antka z całej siły. I nawet czasami miała ochotę mu powiedzieć o domu dziecka, ale musiałaby również powiedzieć o swoim wstydzie, i może Antek przestałby ją kochać. Ale najbardziej wtedy kochała dziadka. Dziadek dorabiał w czasie lata na wsi graniem w kościele. Lubiła stać przy starych organach, troszkę wyżej niż wszyscy. A on wyciągał ze środka białe, porcelanowe, przecięte na pół kulki. Sterczały nad pulpitem, wysunięte o parę centymetrów, zupełnie niepotrzebne dodatki do klawiszy, ale wtedy organy grały inaczej. A potem wciskał je i znowu zmieniały dźwięki. Bo to były czary. Albo wyciągał tylko niektóre. A ona stała tam wyżej niż wszyscy klęczący - albo wstający - ludzie, była ponad nimi, a wyżej był tylko ksiądz na drewnianej ambonie, a wyżej od księdza Chrystus zawieszony między oknami. A wyżej od Chrystusa już tylko drewniane, grube belki sufitu.

Tej niedzieli w kościele, kiedy przyglądała się belkom, zasłuchana w to, co wyprawiał dziadek z białymi kulkami i pedałami, zauważyła dwa ciemne cienie. To były dwa grube czarne robale. Prawie nad nią. Bała się, że spadną. A potem, jak spojrzała, był tylko jeden.

Dziadziuś grał teraz cienko, porcelanowe okrągłe były powyciągane, a duży jak gruby palec czarny robak był tylko jeden.

Drugi musiał być gdzieś tutaj. Spadł gdzieś niedaleko. Może koło jej nóg?

Kręciła się. Patrzyła na deski podłogi. Kawałek po kawałku. Robaka nie było. Potem znowu sufit. Ten drugi siedział prawie nad nią. Mimo że tak wysoko. Wyżej niż Chrystus.

A więc jeśli pierwszy spadł, to mógł nawet na nią.

Ale dziadziuś grał.

I tak bardzo chciała siku.

Musiała stąd natychmiast wyjść.

Ale nie mogła.

Nie widziała ludzi ani księdza, ani Boga.

Widziała sufit i czarnego potwora, który przecież zaraz na nią…

A dziadziuś grał. Ludzie go słuchali.

A siku chciało coraz bardziej wyjść.

Nie mogła się ruszyć.

Starała się patrzeć na ludzi. Ale z ludzi zrobiła się duża plama. Z księdza zrobiła się czarna plama. Taka jak robak. Więc patrzyła na krzyż. Ale krzyż też był w górze.

Więc patrzyła na belki.

Drugiego też już nie było.

I strach wrócił nagle, zobaczyła rząd łóżek w domu dziecka i potwora i wtedy siku poleciało. Ciepłem między nogami i na łydkach, i w sandały. I wyszło koło organów, a stała wyżej, więc ono leciało niżej. Po tych dwóch schodkach. Zostawiało ślad.

Nie mogła się ruszyć.

A dziadziuś grał. A ludzie stali.

Nikt na nią nie patrzył, ale ono leciało i leciało aż na sam dół i tam zrobiło mokrą plamę.

I ten strumień wskazywał na nią.

Nic się nie da ukryć. Więc stała. I nie było nikogo, kto by ją przemienił w niewidzialną dziewczynkę z suchymi nogami w suchych sandałkach. Anioła stróża też nie było, żeby ją wyprowadził z tego wiejskiego kościółka, zanim się stało.

Ale potem dziadziuś przestał grać. Ludzie klęknęli.

Popatrzył na nią.

Wyjął szary papier, w który pakował nuty. Położył na krzesełku za organami.

- Chodź tutaj - powiedział cicho. Ale w kościele też była cisza. Więc dziadziuś powiedział to głośniej niż ta cisza, mimo że szeptem. A wtedy ksiądz podniósł złote do góry i powiedział:

- To jest ciało moje, które za was będzie wydane. Ludzie mieli pochylone głowy. Siadła na krzesełku, a drewniana podłoga skrzypnęła, chociaż starała się frunąć. Nie umiała latać. Ale ludzie mieli pochylone głowy. Widziała to. Antek stał z boku; modliła się, żeby nie zobaczył jej wstydu. Dziadziuś klęknął.

- Oto… - mówił ksiądz, a potem zadzwonił dzwoneczek i dziadziuś, ciągle klęcząc, układał ten szary papier na jej strachu i wstydzie. Nie było jej.

Ale zaraz wstaną ludzie i popatrzą na dziadziusia. I wtedy popatrzą na organy. I wtedy popatrzą na podłogę, bo była wyżej. I wtedy zobaczą rozłożone szare plastry papieru. I wtedy wszystko się wyda.

I kiedy ludzie przeżegnali się i zostali pobłogosławieni do następnej niedzieli, a ona siedziała ze spuszczoną głową i czekała, aż wszyscy wyjdą, podszedł do nich Antek i wyciągnął do niej rękę, jakby się nic nie stało, ale nie dała się nabrać.

Zerwała się i wybiegła, żeby nie słyszeć, jak się z niej wyśmiewa, jak śmieje się głośno w kościele, daleko, do samego Chrystusa zawieszonego między oknami, jak śmieje się z niej i przestaje ją kochać.

Autobus zatrzymał się przed kapliczką. Wysiadła i ruszyła drogą przed siebie.

Mogła oczywiście zawiadomić Antka, że przyjeżdża dzisiaj, tym o czternastej dwadzieścia, na pewno wyjechałby po nią samochodem, ale nie… Lepiej tak, iść sobie, spokojnie, tak jak rok temu. Wtedy, kiedy szła pod kapliczkę na autobus, który ją wywoził stąd na zawsze. A koło niej szedł Antek, dorosły mężczyzna; nie mógł być chirurgiem, lekki przykurcz dłoni pozostał, ale skończył medycynę i pracował w miejskim szpitalu. Antek… jej Antek wtedy i nie jej dzisiaj. Drugi stopień specjalizacji, prace naukowe, prawa ręka ordynatora oddziału wewnętrznego. Antek. Jej miłość. Dlaczego jeszcze rok temu mogli być razem? Dlaczego się rozstali?

„Nie spełniamy swoich oczekiwań…”.

Tak powiedział.

Czego się najbardziej boi? Najbardziej boi się braku miłości. Tego, że nie będzie kochać, czy tego, że nie będzie kochana? A to różnica? Zasadnicza. Co mi z tego, jeśli ja kocham, a nie jestem kochana? Cierpienie, ból, nikt nie spełnia oczekiwań… To chyba nie miłość…

Kiedy zobaczyli się zeszłego lata, wziął ją za rękę, jakby tych lat między nimi nie było, lat mierzonych kolbami kukurydzy, lat nieobecności, rękę miał lekko zniekształconą, choć sprawną, czerwonawe blizny przez środek dłoni, serdeczny palec krótszy, miał operację w Niemczech, a jego dłoń, choć inna niż ta druga, szersza, o pogiętych trzech palcach, była znajoma.

- Wyglądasz tak samo… - No nie… - Roześmiała się. - Od tego czasu na pewno urosły mi piersi… - Zauważyłem… - powiedział i wtedy się speszyła. Tak się nie rozmawia z człowiekiem, którego się znało tylko z plecenia warkoczyków na kukurydzianych lalkach, osiemnaście lat to kawał czasu, to osiemnaście zim i wiosen, osobnego dojrzewania, uczenia się, zawodu i kochliwości, to cała pełnoletność, tak się nie rozmawia z człowiekiem, o którym się nic nie wie…

Antek zmienił się; gdyby nie ta dłoń i to światło w oczach, nie poznałaby go. Słuchała z podziwem jego opowieści o szpitalu.

- Robisz to, co chciałeś… - A ty? - Rozwiodłam się dwa lata temu… - Nie poczekałaś na mnie i oto skutki. - Patrzył na nią, a jakby przez nią, jakby była przezroczysta; żartował? - Nie wiedziałam, że mówisz poważnie - obróciła jego słowa w żart. - Myślałam, że to dowcip, że mnie będziesz zawsze kochał. Mój mąż, były mąż - poprawiła się szybko - mój były mąż też tak żartował. Roześmiał się głośno i objął ją ramieniem. Drgnęła, ciepło jego ciała było tak naturalne, że przestraszyła się, to przecież tylko żarty, to znajomy z przeszłości, kiedy byliśmy dziećmi, to po prostu przyjaciel z dzieciństwa.

Trzeciego wieczoru na łące, tam gdzie we wrześniu miała dojrzewać kukurydza, kochali się na wilgotnej ziemi. Wieczór był chłodny, siedzieli na dużym kamieniu, to ona pierwsza wzięła go za rękę, tak naturalnie, jakby ta ręka zawsze do niej należała, a on odchylił do tyłu jej twarz i mocno pocałował, jakby całowali się zawsze i jakby nikt inny nigdy tego nie robił. A potem decyzja przyszła tak nagle, że nie było odwrotu ani zastanawiania się, ani wyboru, ani zgody, ani niezgody, wszystko działo się tak, jakby od zawsze byli razem i od zawsze znali swoje ciała i dusze.

Kiedy ściągał jej przez głowę sukienkę, przemknęła jej myśl, że powinna się wstydzić, że dorośli ludzie nie robią tego na polu, że pewno widział ładniejsze dziewczyny, że lewą pierś ma większą niż prawą i on na pewno to zauważy, że jest lekarzem i może to ma znaczenie, bo przecież tyle kobiet widział rozebranych…

A potem, kiedy leżeli w wydeptanym kręgu kukurydzy, miała pod sobą jego koszulę i jego ramię na piersiach, wydało jej się to śmieszne, to myślenie o tym, jak mogła wyglądać, tak to bardzo było nieważne. Brzuch w środku uśmiechał się z radości, przez dwa lata małżeństwa nie zaznała tego, co pod rodzącymi się kolbami kukurydzy.

- OK. Teraz wiem, że wtedy mówiłem poważnie. - Poważnie mówiłeś co? - Nie pamiętasz? - Powtórz - prosiła, a on przesuwał podkurczonymi palcami po jej piersiach. - Zimno ci, taka jest moja diagnoza. Chodźmy. Czy można nagle zacząć kochać kogoś, kogo się nie zna? Kogo znało się jako małego chłopca lub kogoś, kogo znało się jako małą dziewczynkę? Skąd wiadomo, że to miłość, a nie pożądanie, ciekawość, potrzeba bliskości, lęk przed samotnością? Dlaczego była pewna, że dwadzieścia sześć lat czekała na tę chwilę? Nie, nie na seks z nim na polu kukurydzianym, nie na wilgoć chłodniejącej po upalnym dniu ziemi - czekała na niego.

Czy często chciała być uratowana? O tak. Zawsze. Pamięta, że w nocy wyobrażała sobie, że jest w niewoli. Że złapali ją zbójcy i już, już mają zabić, ale najpierw będą męczyć. Jest przebrana za mężczyznę, nie wiadomo dlaczego, więc jako mężczyzna została złapana i osądzona. Przywiązują ją do drzewa, mocno krępują ręce - żeby to bardziej czuć, wkładała dłonie pod krzyż i tak leżała, wpatrując się w sufit, a one martwiały i już nic nie czuła. Wtedy mogła zamknąć oczy i poddać się wyrokowi. I wtedy oni mieli strzelać, już ją mieli zabić, kiedy nagle ktoś przecinał więzy - wyjmowała ręce i kładła wzdłuż ciała, i zaczynały wędrować mrówki pod skórą; wtedy wiedziała i czuła, że jest uwolniona…

Ta fotografia, którą pieczołowicie przechowuje, pokazuje jakiegoś obcego mężczyznę, dość wysokiego, o ciemnych włosach. Stoi obok uśmiechniętej młodej mamy.

Fotografia jest czarno-biała i nic więcej nie da się powiedzieć.

Czy za nim tęskni?

Jak można tęsknić za kimś, kogo się nie zna i nie pamięta? Kogo się nigdy nie widziało i nie trzymało za rękę? Kto nigdy nie podniósł dziecka do góry i nigdy nie wziął na kolana? Jak można kochać kogoś, kogo nie całowało się na dobranoc ani wyjeżdżając na wakacje, na obóz, na kolonie, do dziadków na wieś? Kogoś, kto nie czekał i na kogo się nie czekało? Kogoś, kto sobie po prostu zginął, nie pamiętając o tym, że jest gdzieś jakieś małe dziecko?

Może jest na niego obrażona?

Piaszczysta droga skręcała w kierunku zabudowań. Ten mały domek to domek dziadków. Kuchnia, w której stoi stół i tapczan, ogień pod fajerkami, zapach krupniku, zawsze gotowy wrzątek na herbatę. Babci już nie ma, od dawna. Ale dziadek jest przecież wieczny, był zawsze i zawsze będzie. Jedyny mężczyzna, który ją kochał, a w pustej kuchni nikogo, klucz u państwa Kuźmów, jak zwykle, jak od lat, u rodziców Antka, do których przecież nie pójdzie, nie stanie na progu i nie powie: Dzień dobry, ja tylko po klucz.

- Dzień dobry, ja tylko po klucz. - Wejdź, kochanie, takie nieszczęście, takie nieszczęście, pewno zmęczona po podróży, jechałaś autobusem? Zupy ci naleję, Antek w szpitalu, dzwonił do ciebie, prawda? Nie masz co w pustym domu siedzieć, zaczekaj tutaj, dobra zupa na pomidorach, nie z puszki, wejdź, Alusiu. Życzliwa, zaczerwieniona twarz matki Antka. Zachowuje się tak, jakby nie wiedziała, jakby nie miała pretensji, a przecież wszyscy wiedzieli, byli po słowie. W zeszłym roku w sierpniu wyściskała ją serdecznie:

- Najgorzej się martwiłam, że ty kościelny brałaś, że Antkowi organy nie zagrają, ale jak cywilny, to jaki to ślub, to przecież nie ślub. No cóż, dziecinko moja, każdy ma jakąś przeszłość, teraz takie czasy, że ludzie się późno spotykają, napsocić muszą, żeby do siebie dojść, proste drogi zarzucają, krętymi idą, ale lepiej późno niż wcale.

A teraz zupa pomidorowa na stole przed nią. Weszła na sztywnych nogach, nie wiedziała, co ma robić, jakoś wydawało jej się, że będzie łatwiej, że przyjedzie tu, a potem pojedzie z Antkiem do szpitala, powinien już być.

- Gdyby Antoś- wiedział, że przyjedziesz tym o drugiej, to by po ciebie wyjechał. Ale on się naszykował na ten o czwartej. Zaraz do niego zadzwonimy. Pojedziesz do szpitala, przecież przy chorym posiedzieć trzeba, powiedzieć co. Ja wiem, że dziadzio nieprzytomny jest, ale nie wiadomo, czy człowiek nie słyszy, to może się wydawać, że nie słyszy, a może słyszy, tylko powiedzieć nie może? Przecież mózg to takie niezbadane urządzenie. A serce w człowieku bije i póki bije, trzeba opieką otoczyć. Ciężki czas dla ciebie, Aluś, ciężki, niech Bóg ci pomoże. Żadnych pretensji, żadnego wyrzutu, miękkie ręce kroją chleb, przytulając bochenek do piersi, ostry nóż zatrzymuje się tuż przy chrupiącej skórce.

- Jedz, dziecko, jedz, sił będziesz potrzebować. Nie mów nie, człowiek co inne myśli, co inne robi, niepotrzebnie. Kiedy usłyszała szum silnika, wyszła z domu Antka, a Antek spojrzał na nią i powiedział:

- Dobrze, że jesteś, ale twój dziadek nie odzyskał przytomności. Siedziała przy łóżku - wydawało jej się, że może zasnął. Do sali zajrzała pielęgniarka.

- Jest nieprzytomny - powiedziała i spojrzała na nią ze współczuciem. - Naprawdę może pani jechać do domu. Nie chciała jechać do domu. Wolała być tutaj. A jeśli przebudzi się na jeden krótki moment? I wtedy nikogo nie będzie? Nie mogła do tego dopuścić. Pielęgniarka sprawdziła kroplówkę i wyszła. Ala odłożyła trzymaną w ręku gazetę i spojrzała na sąsiednie łóżko. Suchutki, drobniutki staruszek. Rzuciła okiem na kartę. Tylko sześćdziesiąt siedem lat? Też po wylewie. I odzyskał przytomność, choć paraliż prawej strony ciała nie cofnął się.

Starszy pan leżał nieruchomo z zamkniętymi oczyma. Ożywiał się tylko wtedy, kiedy przychodziła żona. Dużo młodsza, drobna, zawsze porządnie wymakijażowana. Ala obserwowała ją ukradkiem, jak pokrzykiwała na korytarzu: Siostro, siostro, proszę wodę, siostro, gdzie jest parawan, dlaczego mąż nieumyty, siostro, mąż prosi o czystą kaczkę! Miała nieprzyjemny, piskliwy głos. A potem Ala spróbowała tej piskliwości nie słyszeć.

Widziała parę dni temu tę kobietę po raz pierwszy. Widziała, jak siada na okrągłym metalowym krzesełku i podnosi jego rękę. Mężczyzna odwracał od niej twarz, a ona delikatnym ruchem brała go pod brodę i odwracała w swoją stronę. Ala nie słyszała, co do niego mówiła, jej głos obniżał się. Szmer rozmowy umykał obcym uszom.

Kobieta nachylała się w jego stronę. Wycierała chusteczką ślinę, która spływała mu z kącika ust. Szeptała do niego dobre słowa otuchy, które tylko on odbierał. Kiedy zamykał oczy, opierała głowę na dłoniach i patrzyła na niego. Nie wychodziła ze szpitala aż do momentu, kiedy zniecierpliwiona siostra wyrzucała wszystkich spóźnionych odwiedzających.

Ala zastanawiała się, dlaczego pielęgniarki nie lubiły tej kobiety - to było widać. Myślała, czy też by przestały słyszeć piskliwość w j...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin