Dick Philip K - Wbrew wskazowkom zegara.rtf

(911 KB) Pobierz

 

Philip K. Dick

Wbrew Wskazówkom Zegara

The Counter-Clock World

Przełożył: Maciej Szymański

Wydanie oryginalne: 1967



Wydanie polskie: 2002


1

 

Miejsce nie istnieje; poruszamy się wstecz i w przód, a miejsca nie ma.

święty Augustyn

 

Późną nocą, szybując aerowozem patrolowym opodal wyjątkowo małego, leżącego na uboczu cmentarzyka, funkcjonariusz Joseph Tinbane usłyszał żałosne, znajome dźwięki. Wołanie. Natychmiast skierował pojazd ponad ostrymi, żelaznymi prętami fatalnie utrzymanego ogrodzenia, wylądował po drugiej stronie i zaczął nasłuchiwać.

Stłumiony i słaby głos rozległ się ponownie:

– Nazywam się Tilly M. Benton i chciałabym stąd wyjść. Czy ktoś mnie słyszy?

Funkcjonariusz Tinbane zapalił reflektor. Głos dobiegał spod trawy. Było dokładnie tak, jak się spodziewał: pani Tilly M. Benton znajdowała się w grobie.

Pstryknąwszy włącznikiem mikrofonu pokładowej radiostacji, Tinbane zaczął meldować:

– Jestem na cmentarzu Forest Knolls... tak mi się przynajmniej wydaje... i mam tu 1206. Lepiej przyślijcie ambulans i ekipę techniczną. Sądząc po głosie tej kobiety, sprawa jest raczej pilna.

– Klik – odezwał się w odpowiedzi radiowy głośnik. – Do rana nie mamy kontaktu z kopaczami. Mógłbyś zrobić szyb awaryjny i dostarczyć jej powietrza? Przynajmniej dopóki nie zjawi się nasza ekipa... powiedzmy do dziewiątej, dziesiątej rano.

– Zrobię co się da – odparł Tinbane i westchnął ciężko. Taka odpowiedź z centrali oznaczała dla niego całonocne czuwanie przy grobie. Tymczasem zduszony, dobiegający spod ziemi coraz słabszy starczy głos domagał się pośpiechu. Był błagalny i nieustępliwy.

Tę część swojej pracy lubił najmniej. Krzyki umarłych... nienawidził ich, ale słyszał, słyszał je wyraźnie i coraz częściej. Krzyki mężczyzn i kobiet, w większości starych, choć nie zawsze – czasem także dzieci. I za każdym razem ekipa kopaczy leciała na miejsce całą wieczność.

Funkcjonariusz Tinbane ponownie pstryknął włącznikiem mikrofonu.

– Mam tego dość. Chcę dostać przeniesienie. Mówię poważnie, tym razem to oficjalna prośba.

Znów usłyszał dalekie, niecierpliwe, dobiegające spod ziemi wołanie leciwej damy:

– Proszę mi pomóc... Chcę wyjść. Słyszycie mnie? Wiem, że tu jesteście: słyszę, jak rozmawiacie.

Wystawiwszy głowę przez okno wozu patrolowego, funkcjonariusz Tinbane zawołał:

– Cierpliwości, łaskawa pani! Wkrótce panią wydobędziemy!

– A który mamy teraz rok?! – odkrzyknęła staruszka. – Ile czasu minęło?! Czy wciąż jest tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty czwarty? Muszę to wiedzieć; proszę, niech pan mi powie...

– Jest rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty ósmy – odparł Tinbane.

– Mój Boże – jęknęła rozczarowana. – No cóż, chyba jakoś będę musiała się do tego przyzwyczaić.

– Rzeczywiście – zgodził się Tinbane. – Będzie pani musiała. – Policjant wydobył z chowanej popielniczki niedopałek papierosa, zapalił go i popadł w zadumę. Po chwili po raz trzeci włączył mikrofon. – Proszę o zgodę na kontakt z prywatnym vitarium.

– Odmawiam zgody – odpowiedziało radio. – Zbyt późna pora.

– A może – nie ustępował Tinbane – znajdzie się w okolicy chociaż jedno czynne? Wiem, że co większe na całą noc wypuszczają w trasę ambulanse zwiadowcze. – Tak naprawdę miał na myśli konkretne vitarium, nieduże i pracujące w nieco staroświeckim stylu. W każdym razie uczciwe, jeśli chodzi o metody sprzedaży.

– Jest środek nocy i nie wydaje mi się, żeby...

– Temu człowiekowi przydałby się ruch w interesie. – Tinbane podniósł słuchawkę umocowanego na desce rozdzielczej wideofonu. – Chciałbym rozmawiać z panem Sebastianem Hermesem – odezwał się do operatorki. – Proszę go znaleźć, zaczekam. Najpierw proszę spróbować w firmie, w Vitarium „Flaszka Hermesa”. Podejrzewam jednak, że na noc rozmowy są przełączane do jego rezydencji. – O ile biedaczysko może sobie jeszcze na nią pozwolić, dodał w myślach. – Proszę do mnie oddzwonić, gdy tylko będzie połączenie z panem Hermesem. – Odłożywszy słuchawkę, usiadł wygodniej, by wypalić papierosa.

 

Założycielem i opoką Vitarium „Flaszka Hermesa” był Sebastian Hermes, któremu pomagała skromna grupa pięciorga współpracowników. Nikogo nowego w tej firmie nie zatrudniono i nikt jeszcze nie został z niej wyrzucony. Sebastian uważał swoich podwładnych za członków rodziny zresztą innej nie miał. Był stary, dobrze zbudowany i niespecjalnie przyjacielski. Ludzie z innego vitarium wykopali go zaledwie dziesięć lat wcześniej i wciąż jeszcze czuł, budząc się czasem w środku nocy, przenikliwy chłód grobu. Być może właśnie dlatego potrafił zdobyć się na współczucie wobec niedoli staronarodzonych.

Firma mieściła się w małym, drewnianym, wynajętym budynku, który przetrwał trzecią wojnę światową, a nawet początek czwartej. Teraz jednak, o tak późnej porze, Sebastian spał spokojnie we własnym mieszkaniu, w łóżku i w ramionach swej żony, Lotty. Owe pociągające, zawsze nagie, zawsze młode ramiona obejmowały go mocno. Lotta była znacznie młodsza od męża: miała dwadzieścia dwa lata wedle rachuby sprzed Fazy Hobarta, a tę właśnie rachubę należało stosować wobec osób, które jeszcze nie zmarły i nie zmartwychwstały, jak stary Sebastian.

Gdy zabrzęczał cicho wideofon stojący przy jego łóżku, w zawodowym odruchu sięgnął po słuchawkę.

– Dzwoni funkcjonariusz Tinbane, panie Hermes – odezwała się pogodnie operatorka.

– Tak – odpowiedział, nasłuchując w ciemności i wpatrując się w ledwie widoczny mały szary ekran.

Po chwili ukazała się na nim znajoma twarz młodego, opanowanego człowieka.

– Panie Hermes, mam żywą kobietę w cholernej dziurze zwanej Forest Knolls. Woła, żeby ją wypuścić. Mógłby pan przyjechać natychmiast czy sam mam zacząć wiercić szyb wentylacyjny? Oczywiście, trzymam w wozie cały sprzęt.

– Zbiorę załogę i zaraz będziemy na miejscu – odparł Sebastian. – Daj nam pół godziny. Sądzisz, że ona wytrzyma tak długo? – Hermes włączył lampkę nocną i wyjął przybory do pisania, zastanawiając się usilnie, czy kiedykolwiek słyszał o Forest Knolls. – Nazwisko?

– Pani Tilly M. Benton; tak przynajmniej twierdzi.

– W porządku – zakończył Sebastian i odłożył słuchawkę.

Lotta poruszyła się za jego plecami.

– Sprawy zawodowe? – spytała sennie.

– Tak – odpowiedział, wybierając numer Boba Lindy’ego, inżyniera vitarium.

– Chcesz, żebym przygotowała gorący sogum? – zapytała Lotta. Zdążyła już wygrzebać się z łóżka i teraz toczyła się, na poły śpiąca, w stronę kuchni.

– Chcę – odrzekł. – Dzięki. – Ekran rozjarzył się ponownie i pojawiła się na nim ponura, chuda i wymięta twarz zrzędliwego technika, jedynego w firmie. – Spotkasz się ze mną w miejscu zwanym Forest Knolls – oznajmił Sebastian. – I to tak szybko, jak tylko możesz. Będziesz musiał zajrzeć do warsztatu po sprzęt czy...?

– Mam wszystko ze sobą – wymamrotał zirytowany Lindy. – W wozie. Klik. – Zaspany mężczyzna skinął głową i przerwał połączenie.

Lotta zdążyła już wrócić z kuchni.

– Nastawiłam sogum. Mogę lecieć z wami? – Odnalazłszy szczotkę, poczęła wprawnie czesać grzywę ciężkich ciemnobrązowych włosów. Sięgały jej niemal do pasa, a ich intensywny odcień doskonale pasował do koloru oczu dziewczyny. – Lubię patrzeć, jak wyjmuje się ich z grobów. Prawdziwy cud. To jeden z najwspanialszych widoków, jakie zdarzyło mi się oglądać; całkiem tak, jakby potwierdzały się słowa świętego Pawła: „Gdzież jest, o śmierci, twoje zwycięstwo?”*[1] – Przez moment czekała z nadzieją, po czym dokończyła czesanie i zaczęła szukać w szufladach biało-niebieskiego narciarskiego swetra, który najczęściej nosiła.

– Zobaczymy – odrzekł Sebastian. – Jeśli nie uda mi się skompletować całej ekipy, w ogóle nie weźmiemy tej sprawy. Trzeba będzie zostawić ją w rękach policji albo zaczekać do rana... i mieć nadzieję, że będziemy pierwsi – zakończył, wybierając numer doktora Signa.

– Rezydencja Signów – odezwał się znajomy głos lekko podpitej niewiasty w średnim wieku. – O, pan Hermes. Nowa robota? Tak szybko? Może dałoby się poczekać do inna?

– Stracimy ją, jeśli będziemy czekać – odparł Sebastian. – Przykro mi, że wyciągam go z łóżka, ale naprawdę potrzebujemy tego zlecenia. – Zanim odłożył słuchawkę, podał kobiecie nazwę cmentarza i nazwisko staronarodzonej.

– Przyniosłam ci sogum – powiedziała Lotta, wychodząc z kuchni z ceramicznym naczyniem i ozdobną rurką w dłoni. Bluzę jej piżamy zakrywał wielki narciarski sweter.

Hermes musiał nawiązać kontakt z jeszcze jedną osobą: pastorem firmy, wielebnym Jeramym Faine’em. Przysiadł niepewnie na brzegu łóżka i jedną ręką wybrał numer na klawiaturze wideofonu, drugą starając się utrzymać w należytym położeniu naczynie z sogumem.

– Możesz ze mną polecieć – zwrócił się do Lotty. – Obecność innej kobiety może sprawić, że nasza starsza pani... zakładam, że jest starsza... poczuje się pewniej.

Ekran urządzenia błysnął, a świetlne punkty ułożyły się w portret niemłodego już mężczyzny nikczemnej postury, wielebnego Faine’a, który niczym sowa zamrugał nerwowo powiekami, jakby dał się przyłapać na nocnej rozpuście.

– Tak, Sebastianie?– rzekł, a jego głos jak zwykle był najzupełniej trzeźwy. Spośród pięciorga pracowników vitarium tylko wielebny Faine sprawiał wrażenie zawsze gotowego na wezwanie. – Czy wiemy, jakiego wyznania jest staronarodzona?

– Gliniarz o tym nie wspomniał – odparł Sebastian. Dla niego nie miało to większego znaczenia, firmowy pastor znał się bowiem na wszystkich religiach, nie wyłączając judaizmu i udi, choć powracający do życia uditi nieczęsto podzielali ten pogląd. Jednak bez względu na to, czy im się to podobało, czy nie, „Flaszka Hermesa” oferowała im usługi wielebnego Faine’a.

– Więc to już postanowione? – upewniła się Lotta. – Lecimy?

– Tak. Mamy już wszystkich ludzi, których potrzebujemy. – Mieli Boba Lindy’ego do założenia szybu wentylacyjnego i obsługi maszyn kopiących, doktora Signa do udzielenia natychmiastowej, prawie zawsze koniecznej pomocy medycznej oraz ojca Faine’a do odprawienia Sakramentu Cudownego Odrodzenia... A następnego dnia, w godzinach pracy, mogli powierzyć Cheryl Vale wykonanie skomplikowanej papierkowej roboty, R. C. Buckleyowi zaś – przygotowanie oferty i znalezienie odpowiedniego nabywcy.

Ta część interesu – związana ze sprzedażą – nieszczególnie odpowiada moim poglądom, myślał Hermes, wkładając obszerny garnitur, który nosił zwykle w chłodne noce. Za to R. C. po prostu przepadał za tą robotą. Swoją koncepcję sprzedaży nazywał pozycjonowaniem lokacyjnym – był to elegancki termin oznaczający ni mniej, ni więcej tylko wciśnięcie komuś staronarodzonego osobnika. To właśnie Buckley zajmował się lokowaniem starców w „specjalnie wybranym, ożywczym środowisku o sprawdzonych referencjach”, ale w rzeczywistości sprzedawał ich komu popadło, o ile tylko cena była wystarczająco wygórowana, by zapewnić jego pięcioprocentowej prowizji odpowiednią wysokość.

Lotta podeszła za Sebastianem do szafy, z której wyciągnął płaszcz.

– Czytałeś kiedyś tę część pierwszego listu do Koryntian w wersji NEB? Wiem, że ten przekład się starzeje, ale zawsze go lubiłam.

– Lepiej skończ się ubierać – poprosił łagodnie.

– Dobrze. – Dziewczyna posłusznie kiwnęła głową i ruszyła na poszukiwanie spodni oraz wysokich butów z miękkiej skóry, które uwielbiała. – Właśnie próbuję nauczyć się tego kawałka na pamięć; w końcu jestem twoją żoną, a te słowa odnoszą się bezpośrednio do pracy, którą my... to znaczy ty wykonujesz. Posłuchaj. Tak to się zaczyna... to znaczy... cytuję: „Oto tajemnicę wam objawiam: Nie wszyscy zaśniemy, ale wszyscy będziemy przemienieni. W jednej chwili, w oka mgnieniu, na odgłos trąby ostatecznej; bo trąba zabrzmi i umarli wzbudzeni zostaną jako nie skażeni, a my zostaniemy przemienieni”*[2].

– „Trąba zabrzmiała” – rzekł w zamyśleniu Sebastian, czekając cierpliwie, aż jego żona skompletuje garderobę. – Zabrzmiała pewnego czerwcowego dnia w roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym szóstym. – Ku zaskoczeniu wszystkich, pomyślał, oczywiście z wyjątkiem samego Aleksa Hobarta, który przewidział to zjawisko. To jego nazwiskiem opatrzono dziwny efekt cofania się czasu.

– Jestem gotowa – oświadczyła z dumą Lotta. Miała na sobie buty, ogrodniczki i sweter, a pod tym wszystkim piżamę, o czym Hermes doskonale wiedział. Uśmiechnął się na myśl o tym, że dziewczyna zrobiła wszystko, by nie zmarnować jego czasu.

Razem wyszli z apartamentu i windą ekspresową wjechali na dach budynku, gdzie parkował ich aerowóz.

– Ja wolę stary przekład z Biblii króla Jakuba – odezwał się po chwili, wycierając nocną wilgoć z okien pojazdu.

– Nigdy go nie czytałam – przyznała z dziecinną szczerością, jakby chciała dopowiedzieć: „Ale zrobię to, obiecuję”.

– O ile dobrze pamiętam, ten fragment brzmiał mniej więcej tak: „Spójrzcie! Zdradzę wam tajemnicę. Nie wszyscy zaśniemy; będziemy przemienieni...” I tak dalej. Mniej więcej tak to szło. Pamiętam to „spójrzcie!”, bo zawsze podobało mi się bardziej niż „oto”. – Sebastian uruchomił silnik i wóz uniósł się w powietrze.

– Może masz rację – powiedziała Lotta, jak zawsze zgodna i jak zawsze skłonna uznawać męża, bądź co bądź znacznie starszego, za ostateczny autorytet. Każdy tego przejaw cieszył go niezmiernie, a i ona zdawała się czerpać z tego zadowolenie. Siedząc obok, poklepał ją czule po kolanie, na co odpowiedziała tym samym. Jak zawsze miłość przepływała między nimi w obie strony; bez oporu, bez trudności, bez wysiłku.

 

Młody i oddany swej pracy funkcjonariusz Tinbane czekał na nich za otaczającym cmentarzyk zdewastowanym ogrodzeniem z ostro zakończonych żelaznych prętów.

– Dobranoc panu – powitał Sebastiana, salutując służbiście. Wszystko, co robił, występując w mundurze policjanta, było dlań czynnością oficjalną, a zatem całkowicie pozbawioną osobistych konotacji. – Pański inżynier przyleciał kilka minut temu i już zakłada szyb wentylacyjny. To prawdziwe szczęście, że akurat znalazłem się w pobliżu. – Policjant teraz dopiero dostrzegł Lottę. – Dobranoc, pani Hermes – pozdrowił ją. – Przykro mi, że narażam panią na taki chłód; może zechce pani siąść w moim wozie patrolowym? Włączyłem ogrzewanie.

– Nic mi nie będzie – odpowiedziała Lotta. Wyciągając szyję, próbowała obserwować pracującego Boba Lindy’ego. – Czy ona wciąż coś mówi? – spytała, zwracając się do Tinbane’a.

– Prawie bez przerwy – odrzekł policjant. Błyskając służbową latarką, poprowadził przybyłych w stronę jasno oświetlonej strefy, w której Bob Lindy męczył się ze swoją robotą. – Najpierw do mnie, a teraz do waszego inżyniera.

Na klęczkach, podpierając się dłońmi, Lindy przyglądał się uważnie wskaźnikom wiertarki lufowej i jej osprzętu, choć widać było, że jest świadom obecności szefa i towarzyszących mu osób. W hierarchii Lindy’ego praca stała jednak na pierwszym miejscu, sprawy towarzyskie zaś – na ostatnim.

– Ta kobieta twierdzi, że ma krewnych – odezwał się Tinbane do Sebastiana. – Proszę, zapisałem to, co mówiła. Podała nazwiska i adresy. W Pasadenie. Proszę tylko pamiętać, że pani Benton jest osobą sędziwą i najwyraźniej bardzo zdezorientowaną. – Policjant rozejrzał się po cmentarzu. – Czy lekarz też się zjawi? Moim zdaniem będzie potrzebny. Pani Benton wspominała coś o chorobie Brighta widocznie na nią właśnie umarła. Prawdopodobnie trzeba będzie podłączyć ją do sztucznej nerki.

W pobliżu, mrugając światłami pozycyjnymi, wylądował aerowóz doktora Signa. Lekarz, ubrany w elegancki, plastikowy, zatrzymujący ciepło, modny garnitur, wyskoczył na trawę.

– Podobno mamy tu żywą klientkę – rzucił na powitanie w stronę funkcjonariusza Tinbane’a, po czym przyklęknął nad grobem pani Tilly M. Benton, nadstawił ucha i zawołał: – Pani Benton?! Słyszy mnie pani?! Czy może pani oddychać?!

Gdy Lindy na moment przestał wiercić, spod ziemi dobiegł słaby, niewyraźny i łamiący się głos:

– Tak tu duszno... i tak ciemno... Okropnie się boję. Chciałabym stąd wyjść i wrócić do domu najszybciej jak się da. Czy mogą mnie panowie uratować?

– Już kopiemy, pani Benton! – odkrzyknął doktor Sign, składając dłonie wokół ust. – Proszę wytrzymać jeszcze chwilę i nie martwić się, to potrwa minutę, może trochę dłużej...! Nie chciało ci się nawet do niej odezwać?– spytał, odwracając się w stronę inżyniera.

– Mam swoją robotę – warknął Lindy. – Gadanie to wasz biznes i wielebnego Faine’a – z tymi słowy powrócił do przerwanego wiercenia.

Stwierdziwszy, że szyb jest prawie gotowy, Sebastian odszedł nieco dalej, by wsłuchać się i wczuć w atmosferę cmentarza. Głęboko pod płytami nagrobków leżeli zmarli, owi „zniszczalni”, jak nazywał ich święty Paweł, którzy pewnego dnia – podobnie jak pani Benton – „przyodzieją się w niezniszczalność”. A „to, co śmiertelne”, dumał Hermes, „przyodzieje się w nieśmiertelność”. „Wtedy sprawdzą się słowa, które zostały napisane: Zwycięstwo pochłonęło śmierć. Gdzież jest, o śmierci, twoje zwycięstwo? Gdzież jest, o śmierci, twój oścień?”*[3] I tak dalej... Sebastian spacerował, oświetlając latarką kamienne nagrobki, by się nie potknąć. Szedł wolno, nieustannie wsłuchując się – choć może niezupełnie tak, bo przecież nie polegał na słuchu, lecz na innym, wewnętrznym zmyśle – w nikłe ruchy dokonujące się pod ziemią. To oni, myślał, ci, którzy już wkrótce będą staronarodzonymi. Cząsteczki, z których były złożone ich ciała poczęły migrować, by powrócić na swoje dawne miejsce. Wyczuwał wiecznotrwały proces, nie kończącą się, złożoną aktywność cmentarza, co wzbudziło w nim dreszcz entuzjazmu i wprawiło w wielkie podniecenie. Nie było nic wspanialszego ponad te odtwarzające się ciała, które, jak pisał święty, raz zniszczone, teraz, dzięki wpływowi Fazy Hobarta, „przyodziewały się w niezniszczalność”.

Jedyny błąd świętego Pawła polegał na tym, że spodziewał się tych wydarzeń jeszcze za swojego życia, pomyślał – Sebastian.

Ci, którzy teraz stawali się staronarodzonymi, byli ostatnimi umarłymi przed czerwcem tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego roku. Jednakże zgodnie z przewidywaniami Aleksa Hobarta, odwrócenie czasu miało postępować, zataczać coraz szersze kręgi – do życia mieli powracać coraz dłużej nieżyjący ludzie... I tak oto, po dwóch tysiącach lat, „ze snu”, jak sam napisał, miał się ocknąć sam święty Paweł.

Lecz zanim by to nastąpiło – i to dużo, dużo wcześniej – Sebastian Hermes i wszyscy ludzie żyjący teraz na ziemi zdążyliby już się skurczyć i powrócić do oczekujących ich macic. Potem matki, do których należałyby owe łona, także poczęłyby młodnieć i tak bez końca, zakładając, rzecz jasna, że Hobart miał rację. A jeśli miał, to Faza nie była zjawiskiem przejściowym i krótkotrwałym, lecz jednym z najpotężniejszych procesów zachodzących w galaktyce co kilka miliardów lat.

Ostatni pojazd obniżył lot i zszedł do lądowania. Wysiadł mego filigranowy pastor Faine, dzierżąc walizeczkę z religijnymi księgami. Duchowny skinął przyjaźnie głową funkcjonariuszowi Tinbane’owi.

– Należy się panu pochwała za to, że usłyszał pan tę kobietę – rzekł z powagą. – Mam nadzieję, że nie będzie pan musiał tu dłużej marznąć. – Faine rozejrzał się i zauważył Boba Lindy’ego przy pracy, doktora Signa czekającego opodal z torbą lekarską i oczywiście Sebastiana Hermesa. – Przejmujemy sprawę – poinformował oficjalnie Tinbane’a. – Dziękujemy panu.

– Dobry wieczór, pastorze – pożegnał się policjant. – Dobry wieczór, panie i pani Hermes. Dobry wieczór, doktorze. – Spojrzawszy na kwaśną minę małomównego Boba Lindy’ego, postanowił nie żegnać się z nim. Odwrócił się, ruszył do policyjnego aerowozu i wkrótce odleciał nim, by wrócić do patrolowania swojego rewiru.

Sebastian zbliżył się do wielebnego Faine’a.

– Wiesz co? Słyszę następnego. Ktoś na tym cmentarzu jest bardzo bliski odrodzenia. To kwestia dni, może nawet godzin. – Wyczuwam fantastycznie silną emanację, dodał w myślach. Gdzieś w pobliżu rekonstruuje się niezwykle żywotna osobowość.

– Dostarczyłem jej powietrza – zameldował Lindy. Chwilę wcześniej skończył drążyć szyb i zdemontował przenośną, bardzo wysłużoną wiertarkę, by wprowadzić na miejsce sprzęt kopiący. – Przygotuj się, Sign. – Inżynier postukał palcem w słuchawki, by lepiej słyszeć głos leżącej w grobie kobiety. – Zdaje się, że jest w fatalnym stanie. Ma jakąś chroniczną, ciężką chorobę. – Pstryknięcie włącznika ożywiło automatyczne wybieraki i maszyna natychmiast zaczęła wyrzucać otworem wylotowym bryły ziemi.

Gdy Sebastian, doktor Sign i Bob Lindy wydobywali trumnę z dołu, pastor Faine czytał na głos wersety Biblii. Starał się mówić wyraźnie i dobitnie, by słowa dotarły do osoby spoczywającej jeszcze w trumnie.

– „Wynagrodził mi Pan według sprawiedliwości mojej, oddał mi według czystości rąk moich. Strzegłem bowiem dróg Pana i grzesznie nie odstąpiłem od Boga mego. Bo mam przed sobą wszystkie prawa jego, a przykazań jego nie odrzucam od siebie. Byłem wobec niego nienaganny i wystrzegałem się niegodziwości mojej. Przeto oddał mi Pan według sprawiedliwości mojej. Według czystości rąk moich przed oczyma jego. Z pobożnym obchodzisz się łaskawie...”*[4] – Wielebny Faine czytał i czytał, a praca żwawo posuwała się naprzód. Wszyscy znali ten psalm doskonale, nawet Bob Lindy, był to bowiem ulubiony tekst duchownego. Powtarzany niemal przy każdej takiej okazji, czasem tylko ustępował miejsca psalmowi dziewiątemu, powracał nad kolejnym otwartym grobem.

Bob Lindy szybko odkręcił wieko trumny. Było lekkie, wykonane z taniej, syntetycznej sosny, odskoczyło bez trudu. Doktor Sign natychmiast zbliżył się i pochylił ze stetoskopem nad sędziwą damą. Nasłuchując, przemawiał do niej cichym i spokojnym głosem. Bob Lindy uruchomił termowentylator i skierował strumień gorącego powietrza na panią Tilly M. Benton. Dostarczenie solidnej dawki ciepła miało ogromne znaczenie: staronarodzeni zawsze odczuwali przeraźliwy chłód, który u wszystkich z czasem przeradzał się w fobię na punkcie zimna. W większości przypadków, w tym także u Sebastiana, dolegliwość ta nie ustępowała przez całe lata po odrodzeniu.

Wiedząc, że jego rola chwilowo dobiegła końca, Sebastian znowu skierował kroki ku innym nagrobkom, w głębi cmentarza, i począł nasłuchiwać. Tym razem Lotta poszła za nim i uparcie próbowała bawić go rozmową.

– Czyż to nie mistyczne doświadczenie?– spytała na bezdechu, przejętym głosem małej dziewczynki. – Chciałabym to namalować. Gdyby tylko udało mi się utrwalić ten wyraz twarzy, kiedy zaczynają coś widzieć, kiedy unosi się wieko trumny... To spojrzenie... Nie radość, nie ulga, właściwie nic konkretnego, jakieś głębokie i bardziej...

– Posłuchaj – przerwał jej Sebastian.

– Czego? – Dziewczyna posłusznie nadstawiła uszu, ale niczego nie usłyszała. I nie wyczuła tego, co wyczuwał mąż: czyjejś doskonale wyczuwalnej obecności gdzieś w pobliżu.

– Trzeba będzie bacznie się przyglądać tej dziwnej cmentarnej dziurze – stwierdził Sebastian. – Poza tym, chcę dostać kompletną, ale to absolutnie kompletną, listę osób, które tu pochowano. – Niekiedy, studiując spisy umarłych, potrafił wyczuć, kto ożyje następny. Był to zaiste nadnaturalny dar, dar przewidywania kolejnych odrodzeń. – Przypomnij mi, żebym zadzwonił do zarządcy tego przybytku i dowiedział się, kogo tu mają. – W tym nieskończenie bogatym magazynie życia, dopowiedział w myśli. Oto dawny cmentarz, który stał się rezerwuarem budzących się dusz. Jeden z grobów – i tylko jeden – ozdobiony był szczególnie wymyślnym pomnikiem. Sebastian skierował nań światło latarki i odczytał nazwisko.

 

THOMAS PEAK

1921-1971

Sic igitur magni quoque circum

moenia mundi expugnata dabunt

labem putresque ruinas.

 

Hermes nie był wystarczająco dobry w łacinie, by przetłumaczyć treść epitafium. Mógł jedynie zgadywać, że chodzi o wielkie rzeczy na ziemi, które prędzej czy później zostają dotknięte rozkładem i popadają w ruinę. No cóż, pomyślał, teraz to już nieprawda. Szczególnie jeśli chodzi o wielkie rzeczy związane z ludzkimi duszami. Mam wrażenie, powiedział sobie Sebastian Hermes, że Thomas Peak – a wszystko wskazuje na to, że był to nie byle kto: wystarczy spojrzeć na rozmiary nagrobka i jakość kamienia, z którego go wykonano – jest właśnie tą osobą, której powrót przeczuwam. Osobą, na którą powinniśmy uważać.

– Peak – odezwał się do Lotty.

– Czytałam o nim – odpowiedziała. – Na zajęciach z filozofii orientalnej. Wiesz, kim on jest... to znaczy był?

– Czy to możliwe, żeby był krewnym Anarchy?

– Udi – odrzekła krótko Lotta.

– Mówisz o tym murzyńskim kulcie? O tym, którego wyznawcy rządzą Gminą Wolnych Murzynów? Tym samym, którym trzęsie ten demagog, Raymond Roberts? O uditach? Ten Thomas Peak miałby być tutaj pochowany?

Dziewczyna raz jeszcze spojrzała na daty i skinęła głową.

– Wykładowca mówił nam, że w tamtych czasach to nie było oszustwo. Naprawdę istnieje doświadczenie religijne udi. Przynajmniej taka wersja obowiązywała w San Jose State College: wszyscy się łączą, nie ma mnie i nie ma...

– Wiem, co to jest udi – przerwał jej, mocno już rozdrażniony. – Mój Boże, teraz, kiedy wiem, kto tu leży, nie jestem pewien, czy chcę przyłożyć ręki do jego powrotu.

– Przecież kiedy odrodzi się Anarcha Peak – odparła rezolutnie Lotta – na pewno zechce odzyskać swoją pozycję wśród wyznawców kultu i sprawi, że skończą się wszelkie awantury wokół niego.

Do rozmowy włączył się Bob Lindy, który stanął za ich plecami:

– Podejrzewam, że mógłbyś zbić majątek, nie przywracając go światu, który i tak na niego nie czeka – stwierdził, po czym zmienił temat. – Moja robota skończona. Sign podłącza kobietę do przenośnej elektrycznej nerki, potem przerzuci ją na nosze i do swojego wozu. – Inżynier zapalił niedopałek papierosa i mocno wdmuchiwał weń dym, drżąc z zimna. – Naprawdę sądzisz, że ten cały Peak niedługo wróci?

– Tak. Znasz przecież moje przeczucia. – Dzięki nim nasza firma wychodzi na swoje, dorzucił w duchu. Gdyby nie one, nigdy nie wyprzedzilibyśmy wielkich vitariów, a więc w ogóle nie utrzymalibyśmy się na rynku... Nie znaleźlibyśmy żadnej roboty poza tą, którą od czasu do czasu zleca nam policja.

– Poczekaj, aż dowie się o tym R. C. Buckley – rzekł ponuro Lindy. – Pewnie tym razem naprawdę się przyłoży. Zresztą proponuję, żebyś zadzwonił do niego od razu. Im wcześniej się dowie, tym prędzej przygotuje jedną z tych swoich nachalnych kampanii promocyjnych. – Inżynier zaśmiał się głośno. – Nasz człowiek na cmentarzu – dorzucił po chwili.

– Zamierzam zostawić pluskwę przy grobie Peaka – oświadczył Sebastian po dłuższej chwili zastanowienia. – Taką, która wykryje aktywność serca i nada do nas zakodowany sygnał.

– Aż taki jesteś pewny?– mruknął nerwowo Lindy. – Chodzi mi o to, że to nielegalne. Jeżeli policja z Los Angeles znajdzie pluskwę, może wystąpić nawet o zawieszenie twojej licencji na prowadzenie vitarium. – Do głosu doszła teraz wrodzona, szwedzka ostrożność Lindy’ego, a także jego źle skrywane powątpiewanie w paranormalne zdolności Sebastiana. – Lepiej o tym zapomnij. Robisz się tak samo irracjonalny jak Lotta – rzekł, dobrodusznie klepiąc dziewczynę po plecach. – Zawsze powtarzam, że nie wolno poddawać się atmosferze tych miejsc. Uprawiam czysto techniczny zawód. Moim zadaniem jest precyzyjne lokalizowanie zmarłych, dostarczanie im odpowiedniej ilości powietrza, kopanie dołów w taki sposób, by nie przeciąć trumny na pół, i wreszcie wyciąganie nieboszczyków na powierzchnię, żeby doktor Sign mógł jakoś połatać ich sfatygowane ciała. – Po chwili odwrócił się w stronę Lotty. – Widzisz w tym wszystkim zdecydowanie zbyt wiele metafizyki, mała. Mówię ci, lepiej daj sobie spokój.

– Jestem żoną człowieka, który kiedyś także leżał pod ziemią – odpowiedziała Lotta. – Kiedy przyszłam na świat, Sebastian był martwy i pozostawał w tym stanie do...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin