Eco Umberto - Wyspa dnia poprzedniego.pdf

(1533 KB) Pobierz
4403335 UNPDF
Umberto Eco
Wyspa dnia poprzedniego
Przełożył Adam Szymanowski
1
Jestże mym celem Pacyfik?
(Jon Donne, Hymn do Boga, mego Boga…;
przeł. Stanisław Barańczak)
Głupiec! Do kogo mówię? Nieszczęsny! Co czynię?
Cierpienie swe powierzam
Brzegowi nieczułemu,
Skale niemej, głuchemu wiatrowi…
Jedną odpowiedzią
Ach, szum fal rozszemranych!
(Giovan Battista Marino, Echo; Lira, XIX)
2
1
Dafne
A przecież pysznię się swym upokorzeniem i skoro na taki przywilej
zostałem skazany, prawie raduję się, że nie przyszedł ratunek; wydaje mi
się, że jak daleko sięga ludzka pamięć, jestem jedyną istotą naszego
rodzaju, która została rozbitkiem na opuszczonym okręcie.
Tak napisał zatwardziały w swej przesadzie Robert de la Grive,
przypuszczalnie między lipcem a sierpniem 1643 roku.
Od iluż dni unosił się na falach, przywiązany w ciągu dnia twarzą w dół do
deski, by nie oślepiło go słońce, z szyją nienaturalnie napiętą, by nie napić
się słonej wody, z gardłem spalonym, z pewnością trawiony przez
gorączkę? Listy tego nie mówią i podsuwają myśl o wieczności, aczkolwiek
chodzi zapewne o co najwyżej dwa dni, inaczej bowiem nie przeżyłby pod
biczem Feba (jak żalił się pewnie w duchu) - on, tak ułomny, jak to opisał,
on, z przyrodzonej słabości zwierzę nocne.
Nie zdawał sobie sprawy z upływu czasu, sądzę jednak, że morze
uspokoiło się zaraz po tym, jak huragan zrzucił go z pokładu „Amary-lis", i
na owej tratwie, obmyślonej dla niego przez majtka na miarę, niesionej
pasatami po jasnej toni, w porze roku, kiedy na południe od równika panuje
nader łagodna zima - dryfował przez nie za wiele mil, nim prądy pchnęły go
do zatoki.
Była noc, zapadł w sen i nie wiedział, że zbliża się do okrętu, dopóki deska
nie uderzyła o dziób „Dafne".
Kiedy zaś ujrzał w świetle księżyca w pełni, że unosi się na falach pod
bukszprytem, a nad nim wznosi się kasztel dziobowy, z którego, nie opodal
kotwicznego łańcucha, zwiesza się drabinka sznurowa (drabina Jakubowa
- powiedziałby ojciec Kacper!), w jednej chwili wrócił do zmysłów. Sił
dodała mu pewnie rozpacz: obliczał, czy starczy mu sił, by zakrzyknąć (ale
w gardle czuł suchy ogień), czy raczej by uwolnić się od sznurów, które
3
pozostawiły na ciele sine bruzdy, i spróbować wspinaczki. Myślę, że w
takich momentach umierający staje się Herkulesem, który dusi w kolebce
węże. Robert opisuje to zdarzenie niezbyt jasno, skoro jednak w końcu
znalazł się w kasztelu dziobowym, trzeba nam przyjąć, że w ten czy inny
sposób uczepił się drabinki. Możliwe, iż odpoczywał co chwila, a potem
przetoczył się przez reling, przegramolił przez takielunek, zobaczył otwarte
drzwi kasztelu... Instynkt kazał mu pewnie podpełznąć w mroku do beczki,
przy niej dźwignął się jakoś i znalazł na wieku kubek na łańcuszku. Wypił,
ile zdołał, a później zwalił się nasycony, być może w pełni świadom, że
koniec jest bliski, albowiem w tej wodzie utopiło się tyle insektów, iż była
naraz pokarmem i napitkiem.
Musiał spać okrągłą dobę, i ten rachunek jest trafny, obudził się bowiem
nocą, ale jak nowo narodzony. Była więc znowu, nie zaś jeszcze, noc.
On jednak pomyślał, że jest jeszcze noc, bo przecież w ciągu dnia ktoś
musiałby go znaleźć. Księżycowe światło, padając z pokładu, oświetlało to
miejsce, które jawiło się jako kambuz, gdyż nad piecem kuchennym
zwieszał się kociołek.
Pomieszczenie miało dwoje drzwi, jedne wychodzące na bukszpryt, drugie
na pokład. A stanąwszy w tych drugich dojrzał, jakby to był dzień, uładzony
takielunek, windę kotwiczną, maszty ze zwiniętymi żaglami, parę dział
wystających ze strzelnic w burcie i zarys kasztelu rufowego. Narobił
hałasu, ale wszędzie panowała głucha cisza. Oparł się o burtę i prosto
przed sobą, w odległości jakiejś mili, zobaczył kontur Wyspy i palmy
poruszane bryzą.
Linia brzegowa tworzyła jakby zakole obramowane wstążką piasku, który
jaśniał w bladym półmroku, ale, jak to bywa z rozbitkami, Robert nie potrafił
powiedzieć, czy ma przed oczyma wyspę, czy ląd stały.
Zataczając się podszedł do drugiej burty i zobaczył - lecz tym razem w
oddali, prawie na linii horyzontu - górskie szczyty innego lądu, także
4
ograniczonego dwoma cyplami. Wszędzie poza tym - morze; miało się
wrażenie, że okręt stoi na redzie po przepłynięciu szerokiego kanału
oddzielającego dwa lądy. Robert doszedł do wniosku, że jeśli nie są to
dwie wyspy, ma przed sobą wyspę położoną niedaleko stałego lądu. Nie
sądzę, aby rozważał inne hipotezy, jako że nigdy nie słyszał o zatokach tak
wielkich, iż znalazłszy się w środku, miało się uczucie, jakby chodziło o
dwa bliźniacze lądy. Tak to, nie znając niezmierzonych kontynentów, trafił
w sedno.
Wspaniała sytuacja dla rozbitka: pokład pod stopami i stały ląd w
najbliższym zasięgu. Ale Robert nie umiał pływać, już wkrótce miał odkryć,
że na okręcie nie ma ani jednej szalupy, a prąd zdążył tymczasem porwać
tratwę, na której on tu przybył. Dlatego też uldze spowodowanej tym, że
uniknął śmierci, towarzyszył lęk, jaki wywoływała potrójna samotność:
morza, pobliskiej Wyspy i okrętu. „Hej tam, na pokładzie!" - próbował
pewnie krzyczeć we wszystkich znanych sobie językach, zyskując przy tej
sposobności świadomość, jak bardzo jest osłabiony. Cisza. Jakby na
pokładzie nie pozostał nikt żywy. I nigdy jeszcze - on, tak rozrzutny, jeśli
chodzi o analogie - nie wyraził się równie dosłownie. Lub prawie dosłownie
- lecz o tym właśnie chciałbym opowiedzieć, nie wiem tylko, od czego
zacząć.
Dlatego już zacząłem. Człowiek płynie po oceanie i życzliwa toń rzuca go
na okręt, który robi wrażenie opuszczonego. Na okręt pusty, jakby dopiero
co porzucony przez załogę - gdyż Robert z trudem wrócił do kambuza i
znalazł lampę oraz krzesiwo, tam gdzie kucharz odłożyłby je przed
udaniem się na spoczynek. Ale obok komina były dwa puste łóżka, jedno
nad drugim. Robert zapalił lampę, rozejrzał się dokoła i wypatrzył mnóstwo
jedzenia: suszoną rybę, ledwie pobielony wilgocią suchar, który
wystarczyło trochę oskrobać nożem. Ryba była bardzo słona, ale wody
przecież nie brakowało.
5
Zgłoś jeśli naruszono regulamin