Zamek Roogna.rtf

(804 KB) Pobierz
SCAN-dal.prv.pl

 

 

 

 

PIERS ANTHONY

 

 

 

Zamek Roogna


1. OGR

 

Duszyca Millie stała się pięknością. Oczywiście, nie była już duchem, ale niańką. Nie odznaczała się wielką inteligencją i nie była już taka młoda. Miała dwadzieścia dziewięć lat według własnych obliczeń i około osiemset dwadzieścia dziewięć, jak obliczali inni. Obecnie była najstarszym stworzeniem związanym z Zamkiem Roogna. Została zaklęta jako siedemnastoletnia panna osiemset lat temu, kiedy wzniesiono Zamek Roogna i przywrócona do życia w chwili urodzin Dora. W okresie przejściowym była duchem, i ta etykietka nigdy jej na dobre nie opuściła. A właściwie niby dlaczego? Ogólnie rzecz biorąc, była szalenie atrakcyjnym duchem. Miała cudownie połyskujące włosy; czarne i jedwabiste jak płatki maku, spływające falami po... aż do kolan. Niezmierzone fale włosów pokrywały jej ciało - dlaczego Dor wcześniej tego nie zauważył? Przez wszystkie te lata Millie niańczyła go. Zwłaszcza kiedy jego rodzice pracowali.

Och, rozumiał to dość dobrze. Opowiadał innym, że Król zaufał jego rodzicom; Binkowi i Cameleon. A każdy, komu Król ufał, zobowiązany był do nadludzkiej pracowitości, gdyż królewskie misje były zbyt ważne, żeby nie oddać się wyznaczonym przez Króla zadaniom całkowicie. Wszystko to prawda. Ale Dor wiedział, że jego ludzie nie musieli podejmować się tych wszystkich ważnych misji, które prowadziły ich po całej Krainie Xanth i poza jej granice. Oni po prostu lubili podróżować i przebywać poza domem. W tej chwili podróżowali daleko, w Mundanii, a nikt nie wyruszał do Mundanii dla przyjemności. Powodem, który zmuszał człowieka do podróży, był on sam, a właściwie jego talent.

Dor przypomniał sobie, jak kilka lat temu rozmawiał z dwuosobowym łożem, którego używali Bink i Cameleon. Zapytał je o to, co działo się w nocy, właściwie z wielkiej ciekawości, i ono opowiedziało - tak, to było całkiem interesujące, szczególnie, kiedy Cameleon znajdowała się w fazie piękności. Była wtedy głupsza od Millie. Ale matka podsłuchała tę rozmowę i powiedziała o tym ojcu, i potem nie wpuszczano już Dora do sypialni. Nie dlatego, że rodzice go nie kochali, jak cierpliwie wyjaśnił mu Bink, ale dlatego, że poczuli się rozdrażnieni tym, co nazwali “naruszeniem intymności”. Od tej pory młodzi pieścili się poza domem. A Dor nauczył się nie wtykać nosa w cudze sprawy.

Millie opiekowała się Dorem, nie miała przed nim tajemnic. Prawdę mówiąc nie lubiła, gdy rozmawiał z toaletą, chociaż było nią po prostu wiadro, które opróżniano w głębi ogrodu, gdzie żuki gnojaki w magiczny sposób przerabiały zawartość na słodko pachnące róże. Dor nie mógł rozmawiać z różami, gdyż były żywe. Mógłby rozmawiać z martwymi różami - ale wtedy pamiętały tylko to, co działo się po ich ścięciu, a zatem niewiele. A Millie nie lubiła, kiedy stroił żarty z Jonathana. Poza tym była dość rozsądna i lubił ją. Ale nigdy dotąd naprawdę nie dostrzegał jej kształtów.

Millie bardzo przypominała nimfę z jej wszystkimi kobiecymi kaprysami, miękkością i wrażliwością, a jej skóra była tak jasna, jak strąk mleczaja tuż przed spuszczeniem mleka, ubierała się zazwyczaj w jasne, przejrzyste sukienki, które nadawały jej eteryczną zwiewność mocno przypominającą o jej duchowości. Na dodatek nie skrywały podniecających, delikatnie zarysowanych konturów ciała. Głos miała miękki jak wołanie ducha. A jednocześnie była mądrzejsza od nimfy i bardziej cielesna od ducha. Miała...

- Och, co za brednie chodzą mi po głowie - głośno poskarżył się Dor.

- A skąd mam wiedzieć? - odpowiedział zirytowany kuchenny stół. Zrobiony był z sękatego dębowego drewna i miał pokrętne usposobienie.

Millie odwróciła się i uśmiechnęła automatycznie. Myła właśnie talerze w zlewie. Twierdziła, że lepiej było robić to własnoręcznie niż odszukać odpowiednie zaklęcie czyszczące. I prawdopodobnie tak było. Zaklęcie miało formę proszku i pochodziło z pudełka zrobionego przez zaklinacza pałacowego, a proszek zawsze się wysypywał. Niewiele było rzeczy bardziej irytujących od biegania za umykającym proszkiem. Więc Millie nie korzystała z proszku, sama myła naczynia.

- Czy jesteś już głodny, Dor?

- Nie - odpowiedział zawstydzony. Był głodny - ale nie miał ochoty na jedzenie. Jeżeli w ogóle można określić jego pragnienie słowem “głód”.

Wtem usłyszeli niepewne, stłumione pukanie do drzwi. Millie spojrzała w tym kierunku, a włosy spłynęły jej wzdłuż ciała wspaniałą kaskadą.

- To Jonathan - powiedziała rozpromieniona. - Jonathan zombi.

Dor nachmurzył się. Nie, żeby był szczególnie źle nastawiony do zombich, ale nie lubił, kiedy wałęsali się wokół domu. Mieli skłonność do upuszczania zgniłych kawałków własnego ciała, kiedy spacerowali. No i nie wyglądali zbyt ładnie.

- Och, co ty widzisz w tym worze na kości? - dopytywał się Dor, garbiąc i obnażając zęby na sposób zombich.

- Nie.  Dor,  to nie jest  w porządku!  Jonathan jest  starym przyjacielem. Znam go od wieków. Nie przesadzam! Zombi nawiedzają otoczenie Zamku Roogna tak samo długo jak duchy. To naturalne, że te dwa typy potworów znają się dobrze.

Ale Millie była kobietą. Żywą i cielesną. Ekstremalnie cielesną - pomyślał Dor, kiedy obserwował, jak przebiega lekkim krokiem do tylnych drzwi. Dla kontrastu - Jonathan to ożywiony martwy mężczyzna o przerażającym wyglądzie. Żywy trup. Jak mogła zwrócić nań uwagę?

- Piękna i bestia - wymruczał z zawziętością. Sfrustrowany i wściekły, Dor wymaszerował z kuchni do głównego pokoju. Podłoga była tam gładka, twarda jak skorupa sera i wypolerowana aż do połysku, a ściany żółtobiałe. Uderzył pięścią w jedną z nich.

- Hej, przestań! - zaprotestowała ściana. - Złamiesz mnie. Wiesz, że jestem tylko serem.

Dor wiedział. Dom był wielkim, podziurawionym wiejskim serem. Dawno temu stwardniał na kość. Kiedy dojrzewał, był ożywiony, ale jako dom stał się martwy i od tego czasu można z nim gawędzić. Ale przecież ser nie miał nic ciekawego do powiedzenia.

Dor mocno pchnął frontowe drzwi.

- Nie ośmielaj się mną trzaskać! - ostrzegały, ale i tak nimi trzasnął i usłyszał za sobą ich syczące drżenie. Te drzwi były jeszcze bardziej kiepskie niż ser.

Dzień był ponury. Mógł to przewidzieć. Jonathan przekładał składanie wizyt na ponure dni, które chroniły jego chronicznie gnijące ciało przed zbyt szybkim wysuszeniem. Rzeczywiście, zbierało się na deszcz. Chmury zagęszczały się w ciemne kłęby, przygotowując się do oczyszczenia ustroju.

- Nie wylewajcie się na mnie! - wrzasnął Dor w kierunku nieba w podobnym tonie, w jakim zwróciły się doń drzwi. Najbliższa chmura zachichotała zjadliwie, wydając dźwięk podobny do grzmotu.

- Dor! Poczekaj! - zawołał ktoś cienkim głosikiem. Był to golem Grundy, obecnie już nie golem, ale nie sprawiało to wielkiej różnicy.  Był kompanem  Dora  poza domem,  zawsze czujny na wyprawy chłopca do lasu. Rodzice Dora tak to załatwili, żeby chłopak zawsze był pod czyimś nadzorem - na przykład Millie, która nie miała żadnych wstydliwych tajemnic, lub Grundiego, który nie zważał na nic. W rzeczywistości Grundy byłby szczerze dumny, gdyby odczuwał zakłopotanie.

Pchnęło to myśli Dora na inne tory. Właściwie nie dotyczyło to jedynie Binka i Cameleon; nikt w Zamku Roogna nie starał się zbyt blisko zaprzyjaźnić z Dorem, ponieważ o wszystkim, co działo się w otoczeniu mebli, które widziały i słyszały, Dor mógł się od nich dowiedzieć. Dla niego ściany miały uszy, a podłogi oczy. Co starali się ukryć? Czy wstydzili się wszystkiego, co robili? Jedynie Król Trent wydawał się nie odczuwać skrępowania w jego obecności. Ale Król z trudnością mógłby spędzać cały czas na zabawianiu chłopca.

Grundy przerwał te rozmyślania.

- To zły dzień na wycieczkę, Dor! - ostrzegł. - To bardzo pracowita burza.

Dor spojrzał srogo na chmurę.

- No, zamocz ten swój pusty łeb! - wrzasnął na nią. - Nie jesteś gromowym łbem, jesteś zakutym łbem!

Otrzymał odpowiedź w postaci ulewy żółtego gradu. Zmuszony był poruszać się jak zombi. Zakrywał twarz, aż przeszedł grad.

- Bądź chociaż w połowie rozsądny, Dor - powiedział Grundy. - Nie wchodź w zatarg z tą nędzną burzą! Zmoczy nas do suchej nitki!

Dor niechętnie ustąpił na rzecz rozsądku.

- Poszukamy okrycia. Ale nie w domu w którym przebywa zombi.

- Ciekaw jestem, co Millie w nim widzi - powiedział Grundy.

- Sam się nad tym zastanawiałem.

Deszcz rozpadał się. Szybko pobiegli pod parasolowe drzewo, którego wielka, cienka kopuła właśnie rozpościerała się na spotkanie deszczu. Drzewa parasolowe wolały suchą glebę, żeby móc ochraniać ją od deszczu. Kiedy świeciło słońce, zwijały się, żeby nie przeszkadzać jego promieniom. Istniały również drzewa parasolowe, które reagowały odwrotnie - rozpościerając kopułę na słońcu, a zwijając podczas deszczu. Kiedy zdarzało się tym gatunkom wysiać obok siebie, rozpoczynał się naprawdę zaciekły spór.

Pod upatrzonym drzewem znaleźli już schronienie dwaj duzi chłopcy, synowie pałacowych strażników.

- Hej! - krzyknął jeden z nich. - Czy to nie jest ten dureń, który rozmawia z krzesłami?

- Idź, poszukaj sobie własnego drzewa, nieudaczniku - nakazał drugi chłopiec. Miał pochyłe ramiona i wysuniętą szczękę.

- Ty, Końska Szczęko! - warknął Grundy. - To drzewo nie należy do ciebie! Każdy dzieli się parasolami podczas burzy.

- Ale nie z rozmówcami krzeseł, mikrusie.

- On jest magiem! - z oburzeniem stwierdził Grundy. - Rozmawia z nieożywionymi. Nikt inny nie potrafi tego robić. Nikt nie potrafił tego robić w całej historii Xanth i nigdy więcej nie będzie takiego maga!

- Zostaw, Grundy - wymruczał Dor.

Golem miał ostry język, który mógł sprowadzić kłopoty na nich obu.

- Znajdziemy inne drzewo.

- Widzisz? - oświadczył Końska Szczęka triumfalnie. - Mały szerszeń nie dotrzyma placu lepszym od siebie.

I zaśmiał się.

Nagle, tuż za nimi rozległ się odgłos wybuchu. Obydwaj, Dor i Grundy, podskoczyli przestraszeni, zanim przypomnieli sobie, jaki jest talent Końskiej Szczęki - imitowanie odgłosu detonacji. Obydwaj chłopcy zaśmiali się hałaśliwie.

Dor zrobił krok spod parasola - i postawił stopę wprost na wężu. Cofnął się - ale wąż natychmiast rozpłynął się w kłębie dymu. Był to talent drugiego chłopca. Wyczarowywanie małych, nieszkodliwych gadów. Tych dwóch śmiało się z takim zapałem, że upadli na pień drzewa parasolowego.

Dor i Grundy poszli pod inne drzewo ścigani następnym akustycznym wybuchem. Dor zdusił uczucie gniewu. Nie lubił być traktowany w ten sposób, ale był bezsilny wobec przeważającej siły fizycznej starszych chłopców. Jego ojciec, Bink, był muskularnym mężczyzną zdolnym do brutalnej walki, kiedy okazja tego wymagała. Ale Dor odziedziczył więcej po swojej matce, mniejszej i szczuplejszej. Jak bardzo żałował, że nie jest podobny do ojca!

Deszcz zacinał teraz, zlewając Dora i Grundiego do suchej nitki.

- Dlaczego tolerujesz coś takiego? - dopytywał się Grundy. - Jesteś magiem!

- Magiem porozumiewania się - stwierdził Dor. - To niezbyt się liczy wśród chłopców.

- To bardzo się liczy! - krzyczał Grundy, wzbijając fontanny wody małymi nogami w tworzących się kałużach. Dor z roztargnieniem schylił się i podniósł go. Golem miał przecież zaledwie kilka cali wysokości. - Mógłbyś porozmawiać z ich ubraniami i dowiedzieć się ich sekretów, obgadać ich...

- Nie!

- Jesteś cholernie etyczny Dor - skarżył się Grundy. - Siła jest po stronie ludzi bez skrupułów. Gdyby twój ojciec był odpowiednio bezlitosny, zostałby Królem.

- On nie chciał być Królem!

- O tym się nie dyskutuje. Królowanie nie jest sprawą chęci, a talentu. Tylko spełniony mag może być Królem.

- Takim magiem jest Król Trent. Jest dobrym królem. Mój ojciec mówi, że w Krainie Xanth naprawdę wszystko uległo poprawie, odkąd Mag Trent przejął władzę. Kiedyś prawie wszędzie panowały chaos, anarchia i zła magia. Spokojnie było tylko na wsi.

- Twój ojciec rozumie to lepiej niż ktokolwiek inny. On nie jest zbyt dobroduszny. Miej baczenie na niego.

- To nie był komplement.

- Wiem, że nie - dla ciebie. - Grundy przerwał.

- Czasem mam tajemnicze uczucie, że nie jest z ciebie naiwniak, na jakiego wyglądasz. Kto wie, może małe, normalne robaczki gniewu i zazdrości gnieżdżą się w twoim sercu, tak jak w sercach innych.

- Oczywiście, że tak. Dzisiaj, kiedy zombi wpadł w odwiedziny do Millie - przerwał.

Dor odwrócił się - i oczywiście, ponieważ golem był na jego ręce. Grundy odwrócił się również.

- Co chcesz przez to powiedzieć?

- Tylko to, że mężczyźni dostrzegają w kobietach rzeczy, których nie zauważają chłopcy. Wiesz, jaki jest talent Millie?

- Nie. Jaki?

- Seksowność.

- Myślałem, że to jest coś, co posiadają wszystkie kobiety.

- To jest coś, co wszystkie kobiety chciałyby posiadać. U Millie jest to magiczne; każdy mężczyzna blisko niej to odczuwa.

Nie miało to dla Dora większego sensu.

- Mojego ojca to nie dotyczy.

- Twój ojciec trzyma się od niej z daleka. Czy myślałeś, że to przypadek?

Dor myślał, że to jego własny talent sprawia, iż Bink tak często przebywa z dala od domu. Kuszące byłoby pomyśleć, że się mylił.

- A co z Królem?

- On ma żelazną samokontrolę. Ale możesz założyć, że te pokusy błąkają się w jego mózgu, niewidoczne. A przyjrzyj się, jak Królowa bacznie go obserwuje, kiedy Millie jest w pobliżu.

Dor zawsze sądził, że to na niego Królowa spogląda z dezaprobatą, kiedy Millie zabierała go jako dziecko do pałacu. Teraz nie był tego pewien, toteż już dłużej się nie spierał. Golem zawsze dysponował wielką ilością plotkarskich wiadomości, które dorośli uważali za zabawne. Nawet, kiedy były podejrzanej jakości. Czasami dorośli byli tacy głupi.

Podeszli do pawilonu w sadzie Zamku Roogna. Znajdował się tam kamień suszący, ustawiony właśnie na takie okazje. Kiedy się przybliżyli, wyemitował gorące promieniowanie, które w przyjemny sposób osuszało ich ubrania. Niewiele było tak przyjemnych rzeczy jak kamień suszący po przeraźliwym zmoknięciu i zmarznięciu.

- Naprawdę doceniam twoją usługę, suszarko - powiedział Dor.

- Wszystko zależy od zawodu - odparł kamień. - Mój kuzyn, kamień ostrzący, naprawdę ma pracę, która go wyniszcza. Wszystkie te noże do wyostrzenia, rozumiesz. Cha, cha!

- Cha, cha - zgodził się, łagodnie go głaszcząc. Kłopot z rozmawianiem z nieożywionymi przedmiotami polegał na tym, że nie były zbyt mądre, choć myślały, że zjadły wszystkie rozumy.

Jakaś postać wyłoniła się z sadu, trzymając w dłoniach garść wiśni w czekoladzie.

- O, nie! - krzyknęła rozpoznając Dora. - Czy to nie jest Dor, wścibski ptak dodo, bez życia?

- Patrzcie, kto to mówi - odparował Grundy. - Wściekła Iren - pałacowy berbeć.

- Dla ciebie, księżniczka Iren - wysyczała dziewczynka. - Mój ojciec jest Królem, zapomniałeś?

- Tak, ale ty nigdy nie będziesz Królową - powiedział Grundy.

- Ponieważ kobiety nie mogą zasiąść na tronie, golemie! Ale gdybym była mężczyzną...

- Nawet gdybyś była mężczyzną, dalej nie byłabyś Królem, ponieważ nie masz talentu Maga.

- A właśnie, że mam! - wybuchnęła gniewem.

- Lepki palec? - zapytał szyderczo Grundy.

- To jest zielony kciuk! - wykrzyknęła rozwścieczona. - Mogę sprawić, że każda roślina wyrośnie. Szybko. Duża. Zdrowa.

Dor powstrzymał się od chęci sprzeczki, ale uczciwość wymagała jakiejś uwagi.

- To jest zaszczytna magia.

- Trzymaj się od tego z dala, dodo! - wysapała. - Co ty o tym wiesz?

Dor rozłożył ręce. Jak miał przebrnąć przez argumentację, której próbował uniknąć?

- Nic. Nie potrafię niczego wyhodować.

- Potrafisz, kiedy zostaniesz mężczyzną - zamruczał Grundy. Irena nadal się złościła

- Więc jak to jest, że nazywają cię Magiem, podczas gdy ja jestem tylko...

- Zepsutym berbeciem - dokończył za nią Grundy.

Była dziewczynką o zielonych oczach i włosach o zielonkawym połysku, który odzwierciedlał jej talent, ale kciuki miały kolor normalnego ciała. Była dziewczynką o rok młodszą od Dora, więc mogła płakać, ile chciała. Ale poczuł się zakłopotany. Chciałby sobie radzić z nią, ale nie potrafił.

- Nienawidzę cię! - wywrzeszczała w jego kierunku. Całkowicie zbity z tropu Dor mógł jedynie wykrztusić:

- Dlaczego?

- Ponieważ masz zamiar zostać K-Królem. I jeżeli będę chciała zostać K-Królową, będę musiała, musiała...

- Wyjść za niego - powiedział Grandy. - Naprawdę powinnaś nauczyć się kończyć własne zdania.

- Uuuu! - Płakała i brzmiało to tak, jakby naprawdę miała się na niego rzucić. Rozglądała się dziko dookoła, spostrzegła maleńką roślinkę w rogu pawilonu.

- Rośnij! - wrzasnęła do niej wskazując palcem.

Roślina odpowiadając na jej talent rosła, był to cienisty bokser z małymi rękawicami bokserskimi na sprężystych witkach.

Rękawice zaciskały się i uderzały w cienie utworzone przez odległe błyskawice. Wkrótce bokser miał kilka stóp wysokości, a rękawice powiększyły się do rozmiarów ludzkich pięści, uderzały w niewyraźne cienie wewnątrz pawilonu. Dor cofnął się wiedząc, że uderzenia mają swoją siłę. Przyciągnięta jego ruchem i ostrzejszym cieniem, który rzucało jego ciało, roślina pochyliła się w jego kierunku. Rękawice były teraz nawet większe niż ludzkie pięści i przymocowane do pnączy grubszych od ludzkiego przegubu. Było ich wiele, kilka uderzało, a pozostałe rozwijały się do następnego uderzenia utrzymując całą roślinę w równowadze. Iren przypatrywała się mu, a mały żarłoczny uśmiech błąkał się na jej wargach.

- Jak mam sobie z tym poradzić? - zapytał Dor z niezadowoleniem. Nie chciał uciekać z pawilonu; burza przybrała na sile i żółty deszcz bębnił po dachu. Hałaśliwe dudnienie rozdrażniło go, coraz potężniejszy grad zdawał się zapowiadać widmowe tornada.

- Cóż, nie jestem zbyt pewien - odpowiedział pawilon. - Ale kiedyś podsłuchałem, jak Królowa rozmawiała z jakimś duchem, kiedy schowali się przed ulewą, i ona powiedziała, że Bink zawsze był dla niej utrapieniem, a teraz syn Binka jest utrapieniem dla jej córki. Powiedziała, że musi coś z tym zrobić, ale tak, żeby nie dotarło to do Króla.

- Ale ja nigdy nie zrobiłem im nic złego! - zaprotestował Dor.

- A jednak tak - powiedział Grundy. - Urodziłeś się spełnionym Magiem. One nie mogą tego znieść.

Teraz rękawice bokserskie zepchnęły go ź do krawędzi pawilonu.

- Jak mam się stąd wydostać?

- Zrób światło - odpowiedział pawilon. - Cienisty bokser nie może znieść światła.

- Nie mam światła!

Jedna rękawica zadrasnęła go w pierś, kiedy ją odtrącał, a woda zmoczyła mu plecy. Był to żółty deszcz - czy postawiał żółte smugi?

- Więc lepiej uciekaj - powiedział pawilon.

- Tak, dodo! - potwierdziła Iren. Roślina jej nie napastowała, ponieważ to ona ją zaczarowała. - Wystaw głowę na uderzenia tego gradu. Trochę lodu dobrze ci zrobi na mózg.

Dodatkowe trzy rękawice bokserskie natarły na niego. Dor skoczył w deszcz. Natychmiast przemókł do suchej nitki, ale na szczęście kulki gradowe były mniejsze, lżejsze i jakoś gąbczaste. Gonił go szyderczy śmiech Iren.

Podmuchy wiatru szturchały go wściekle, a błyskawice szalały po niebie. Dor wiedział, że nie ma żadnej sprawy do załatwienia w tej burzy, ale nie chciał wracać do domu. Pobiegł w dżunglę.

- Odwróć się - krzyczał mu Grundy do ucha. Golem uczepił się jego palców. - Schowajmy się gdzieś!

Była to doskonała rada, pociski błyskawic mogły wyrządzić wiele szkody, kiedy uderzały zbyt blisko. Po tym jak leżały kilka godzin na ziemi i ochłodziły się tak, że nie były zbyt jasne, potrafiły skupić się razem i mogły uderzyć w ściany i rzeczy. Ale świeża błyskawica potrafiła przebić człowieka. Pomimo tego, Dor biegł dalej. Ogólne zdenerwowanie i zmieszanie, które odczuwał, zmuszały go do biegu.

Ale nie był aż tak rozbity, żeby popełnić błąd i pobiec ku oczywistym niebezpieczeństwom Odludzia.

Bezpośrednie otoczenie Zamku Roogna zostało zaklęte dla bezpieczeństwa ludzi i ich przyjaciół. Ale głęboko w dżungli znów czyhały potwory. Żadne zaklęcie nie potrafiłoby na długo oswoić wikłacza lub ułagodzić smoka. Lecz magia chroniła niektóre ścieżki i mądre osoby trzymały się ich.

Grom trzasnął nad nimi i zagłębił swoje ostrze w pień masywnego dębu. Lśniąca błyskawica drżała na całej długości. Była to mała błyskawica, ale miała trzy ostre szpice i mogłaby rozerwać Dora, gdyby w niego uderzyła. Od jej gorąca pień drzewa pokrył się pęcherzami. Była zbyt blisko, by chybić. Dor pobiegł wprost do najbliższej zaczarowanej ścieżki, tej prowadzącej na południe. Żadne pioruny nie mogły go tam dosięgnąć. Wiedział, że na końcu tej ścieżki leżała wioska Magicznego Pyłu, rządzona przez trolle, ale nigdy nie dotarł tak daleko. Tym razem - cóż, biegł bez zatrzymywania się, chociaż z trudem łapał oddech. Ale wysiłek pozwalał przynajmniej utrzymać mu ciepło.

- Dobrze, że jestem z tobą - szepnął Grundy do jego ucha. - Tym sposobem przynajmniej jeden rozumny umysł znajduje się w tym rejonie.

Dor musiał się uśmiechnąć i poprawił mu się nastrój.

- W każdym razie pół umysłu - powiedział. Burza rozjaśniła się również, jakby współbrzmiąc z jego nastrojem. Ze sposobu, w jaki oddziaływał na nieożywione, było to zupełnie możliwe. Zwolnił do spacerowego kroku, oddychając ciężko, ale podążał dalej na południe. Żałował, że nie posiada silnego, muskularnego ciała, które mogłoby biegać bez zadyszki lub które znokautowałoby rękawice bokserskie cienistego boksera, gdyż był raczej cherlawej budowy. Oczywiście, nie osiągnął jeszcze pełnego wzrostu, ale wiedział, że nigdy nie będzie olbrzymem.

- Pamiętam burzę, jaką przecierpieliśmy na tej drodze, zanim się urodziłeś - zauważył Grundy. - Twój ojciec Bink i centaur Chester, i żołnierz Crombie w przebraniu gryfa - Król przemienił go na czas wyprawy, wiesz - i Dobry Mag...

- Dobry Mag Humfrey? - dopytywał się Dor. - Podróżowałeś z nim? On nigdy nie opuszcza swojego zamku...

- To była wyprawa twojego ojca do źródeł magii. Naturalnie, Humfrey wyruszył z nami. Stary gnom zawsze żądny informacji. To dobra rzecz. On jest tym, który pokazał mi, jak się stać prawdziwym. Ale i jemu się powiodło, spotkał Gorgonę, powinieneś był zobaczyć, jakie zrobiła na nim wrażenie. Był pierwszym mężczyzną, z którym mogła porozmawiać i który nie zamienił się w kamień. W każdym razie, ta burza była tak paskudna, że zmyła trochę gwiazd z nieba i te pływały w kałużach.

- Przestań, Grundy! - krzyknął Dor śmiejąc się. - Wierzę w magię jak każda rozsądna osoba, ale nie jestem głupcem! Gwiazdy nie mogą pływać w wodzie. W parę sekund zgasłyby z sykiem!

- Może i tak. Dosiadałem latającej ryby w tym czasie, więc nie widziałem tego zbyt dobrze. Ależ to była burza!

Zadrżała ziemia, ale nie był to grzmot pioruna. Dor zatrzymał się zaniepokojony:

- Co to jest?

- Dla mnie brzmi to jak kroki olbrzyma - zaryzykował Grundy. Jego talentem było tłumaczenie i mógł przekładać wszystko, co powiedziało jakieś stworzenie, ale odgłos kroków nie był językiem. - Albo jeszcze gorzej. To właściwie mógłby być...

Nagle zamajaczyło coś w mroku.

- Ogr! - dokończył Dor porażony strachem. - Wprost, na ścieżce! Jak zaklęcie mogło tak zawieść? Spodziewałem się, że będzie my bezpieczni na tej...

Ogr maszerował gromko w ich kierunkuj. Ciężki, niezgrabny, więcej niż dwa razy wyższy od Dora i odpowiednio szerszy. Jego wielkie usta o rzadkich zębach otworzyły się przerażająco. Wydały ryk przypominający odgłos wydawany przez głodnego smoka.

- Co powie mały człowieczek - czy da mi rękę na zdrowie? - powiedział Grundy.

- Co? - zapytał Dor prawie unieruchomiony ze strachu.

- To powiedział ten ogr, ja tłumaczę.

- A, oczywiście. Nie! Potrzebuję swoich rąk! On nie może ich pożreć - odrzekł, chociaż nie był pewien, czy może powstrzymać ogra od zjedzenia czegokolwiek, na co tamten miałby ochotę. Ogry doskonale kruszyły kości. Ogr znowu zaryczał:

- Ja nie zjem młodego, potrzebuję pomocy jego - przetłumaczył Grundy.

Wtedy golem wreszcie rozpoznał ogra:

- Crunch! - krzyknął. - Ogr wegetarianin!

- Zatem  dlaczego chce  pożreć  moje  ręce? - domagał  się odpowiedzi Dor.

Potwór uśmiechnął się. Bardziej przypominało to otwór pękniętego wulkanu.

- Ze strachu pokazuje kły, choć ledwie większy od pchły!

- To o mnie! - zgodził się Grundy, odpowiadając na własne tłumaczenie. - Dobrze znowu cię widzieć, Crunch! Jak się czuje ta mała dama z włosami jak pokrzywy i skórą jak papka, której twarz przyprawia każdego zombi o rumieniec?

- Śliczna jest jak zawsze, lecz z tęsknoty płacze - odpowiedział ogr. Dor zaczynał wyławiać słowa z tego bełkotu. Ten stwór mówił jego językiem,  ale z paskudnym akcentem, co prawie zupełnie zaciemniało zrozumienie.

- Mieliśmy dobre grzmotnięcie, zro...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin