Steel Danielle - Zupełnie obcy człowiek.doc

(1153 KB) Pobierz
DANIELLE STEEL

DANIELLE STEEL

ZUPEŁNIE OBCY CZŁOWIEK

ROZDZIAŁ 1

Drzwi garażu najpierw uchyliły się tajemniczo, a potem rozwarły szeroko jak paszcza ogromnej ropuchy pożerającej nierozważną muchę. Z przeciwnej strony ulicy patrzył na nie oczarowany mały chłopiec. Uwielbiał patrzyć, jak się otwierają, i wiedział, że za chwilę zza rogu wyłoni się pięk­ny sportowy samochód.

Czekał, odliczając: pięć... sześć... siedem.

Mężczyzna naciskający guzik pilota nie wiedział o jego istnieniu i na­wet do głowy mu nie przyszło, że malec bacznie obserwuje jego powroty do domu. Dla chłopca stanowiło to już pewien rytuał i zawsze był niepo­cieszony, gdy mężczyzna w czarnym porsche'u wracał zbyt późno lub nie wracał wcale.

Stał w mroku i cierpliwie odliczał: jedenaście... dwanaście... aż w końcu pojawił się elegancki ciemny kształt wyłonił się zza rogu i z gracją znikał za drzwiami garażu. Niewidoczny dla innych malec odprowadził go pełnym pożądania wzrokiem, a potem wolno odszedł do domu, unosząc w pamięci jego ciemny wizerunek.

Tymczasem w garażu Alexander Hale zgasił silnik i przez chwilę siedział nieruchomo, wpatrzony w znajomy półmrok. Po raz kolejny jego myśli powędrowały do Rachel i po raz kolejny starał się je uciszyć. Z wes­tchnieniem sięgnął po teczkę i wysiadł z samochodu. Po chwili drzwi gara­żu zamknęły się automatycznie.

Wszedł do domu drzwiami od strony ogrodu i na chwilę zatrzymał się w holu, spoglądając w pustkę niegdyś przytulnej kuchni. Dom był niewiel­ki, ale bardzo ładny, zbudowany w wiktoriańskim stylu. Nad kominkiem na misternie kutej żelaznej kracie wisiały miedziane garnki, lecz na pierwszy rzut oka było widać, że od dawna nikt ich nie polerował. Nikt też nie dbał o inne drobiazgi. Kwiaty zwieszające się obfitymi girlandami z frontowych parapetów sprawiały wrażenie martwych. Gdy zapalił światło w kuchni, za­uważył, że niektóre zupełnie uschły. Zawrócił i rzuciwszy przelotne spoj­rzenie na nieduży wyłożony boazerią pokój stołowy, skierował się na górę.

Teraz gdy wracał do domu, korzystał z tylnego wejścia, bo wcho­dzenie przez główne było dlań zbyt przygnębiające. Ilekroć wieczorem wchodził przez frontowe drzwi, miał nadzieję, że ona tu będzie, spodziewał się, że zobaczy jej wspaniałe blond włosy upięte w kok, że przemknie mu przed oczami jej prosta sukienka, którą zazwyczaj ubierała do sądu.

Rachel... Była błyskotliwą prawniczką, wspaniałą przyjaciółką, poci­ągającą kobietą, dopóki... dopóki go nie zraniła, dopóki nie odeszła, do­póki się nie rozwiedli. Dokładnie przed dwoma laty.

Kiedy wracał z pracy, po drodze zastanawiał się, czy ten dzień już na zawsze utkwił mu tak głęboko w pamięci. Czy już nigdy nie potrafi uwolnić się od bolesnego wspomnienia owego październikowego poranka? Czy już na zawsze pozostanie pod jego wrażeniem? Dlaczego obie ich rocznice, ślubu i rozwodu, musiały wypadać dokładnie w tym samym dniu? Rozsąd­na Rachel twierdziła, że to czysty przypadek. On uważał to za ironię losu.

Gdy jego matka zadzwoniła tamtego wieczoru, kiedy otrzymał doku­menty rozwodowe, był kompletnie pijany. Śmiał się, bo wtedy nie potrafił nawet zdobyć się na płacz.

- To okropne - powiedziała.

Rachel... Myśli o niej wciąż nie dawały mu spokoju. Wydawało mu się, że dwa lata wystarczą, aby ukoić ból, ale tak się nie stało. Nie mógł uwolnić się od obrazu jej złotych włosów i ciemnoszarych oczu w kolorze Atlantyku przed burzą.

Po raz pierwszy spotkali się w sądzie była adwokatem przeciwnej strony. Toczyli niezwykle zacięty spór. W porównaniu z nią nawet Joanna d'Arc nie potrafiłaby wykrzesać z siebie tyle mocy i sprytu. Alexander śledził jej poczynania z niekłamanym podziwem, a walka z nią sprawiała mu tak wielką przyjemność jak nigdy dotąd. Zaprosił ją potem na kolację, a ona upierała się, że zapłaci swoją część rachunku. Powiedziała półżar­tem, że nie chce „wkupywać się w służbowe układy”. Zrobiła to tak, że nie wiedział, czy bardziej ma ochotę obrazić się, czy rzucić się na nią i zedrzeć z niej ubranie.

Była niesamowicie piękna i niewiarygodnie inteligentna. Na jej wspo­mnienie zmarszczył brwi i wolnym krokiem wszedł do pustego salonu. Wszystkie meble z tego pokoju zabrała ze sobą do Nowego Jorku, inne zostawiła. Dom, który kupili razem, wydawał się jednak jakby odarty ze swojej istoty, bo niegdyś wspaniały, a teraz pusty salonik był jego duszą. Czasami Alexander się zastanawiał, dlaczego jeszcze nie kupił nowych me­bli. Może dlatego właśnie, aby mógł o niej myśleć, ilekroć przechodził przez pusty pokój do głównego wyjścia.

Znalazłszy się na górze, oderwał się od obecnej pustki a jego myśli powędrowały znów w czasy, kiedy byli razem i dzielili tak wiele. Mieli wspólne cele, wspólne rozrywki i życie zawodowe, wspólne łóżko i dom... i niewiele więcej.

Być może jeszcze więcej ich dzieliło. Alex chciał mieć dzieci, chciał wypełnić puste pokoje na piętrze wrzawą i śmiechem. Rachel chciała zająć się polityką lub dostać pracę w renomowanej firmie prawniczej w Nowym Jorku. O polityce wspomniała mimochodem już przy pierwszym spotkaniu. Uważała to za oczywiste i naturalne, gdyż była córką wpływowego czło­wieka z Waszyngtonu, który wcześniej zasiadał we władzach jej rodzinne­go stanu. Siostra Alexa, Kay, była z kolei członkiem Kongresu, można za­tem powiedzieć, że to również ich łączyło. Rachel w skrytości ducha po­dziwiała Kay i gdy się poznały, szybko zostały przyjaciółkami.

Nie polityka jednak sprawiła, że Rachel odeszła od Alexa decydującą przyczyną była pewna firma prawnicza z Nowego Jorku. Po dwóch latach udało się jej w końcu dopiąć swego i wtedy go zostawiła. Na to wspo­mnienie znowu poczuł narastający ból. Tak, to prawda, wciąż rozdrapywał stare rany. Wprawdzie nie bolały już tak jak kiedyś, ale wciąż jeszcze do­kuczały.

Była piękna, inteligentna, podziwiana, dynamiczna, radosna... ale czegoś jej brakowało, czegoś delikatnego, łagodnego i nieuchwytnego.

Takie określenia w ogóle nie pasowały do Rachel. Ona pragnęła czegoś więcej, niż tylko żyć u boku Alexandra, być adwokatem w San Francisco, żoną...

Kiedy się poznali, miała dwadzieścia dziewięć lat i była wolna, bo do­tąd nie znalazła czasu na małżeństwo. Powiedziała mu, że koncentrowała się przede wszystkim na osiągnięciu własnych celów życiowych. Kończąc studia prawnicze postanowiła, że do trzydziestki musi coś osiągnąć, musi zostać kimś.

Zapytał ją wtedy, co dokładnie ma na myśli.

Sto tysięcy rocznie odpowiedziała bez zastanowienia.

Roześmiał się, ale zauważył wyraz jej oczu. I zrozumiał, że traktuje to poważnie i naprawdę zamierza dopiąć swego. Całe jej życie było pod­porządkowane temu celowi, celowi mierzonemu czekami na ogromne sumy i wielkimi procesami, procesami, w których nie było ważne, kto jest przeciwnikiem.

Zanim przeniosła się do Nowego Jorku, poznała ponad połowę prawniczego światka San Francisco i wszyscy, nawet Alex, nie mieli wątpli­wości, jaka rzeczywiście jest zimna, wyrachowana, widziała tylko swój za­wodowy sukces.

Cztery miesiące po ślubie dowiedziała się, że jedna z najlepszych kancelarii w mieście ma do zaoferowania bardzo atrakcyjną i prestiżową posadę. Alex był naprawdę zdumiony, że jej kandydatura została w ogóle wzięta pod uwagę. Była przecież bardzo młoda i niedoświadczona, ale już wkrótce okazało się, że jest zdolna do wszelkich sztuczek, które pozwoliły­by jej dostać pracę na miarę jej ambicji. I dostała ją, Alex zaś przez na­stępne dwa lata starał się zapomnieć, w jaki sposób dopięła swego wmawiał sobie, że to tylko taktyka powszechnie stosowana w interesach.

W końcu została pełno prawnym wspólnikiem w firmie i otrzymała w Nowym Jorku propozycję znacznie przekraczającą jej wymarzone „sto tysięcy rocznie”. Miała wtedy raptem trzydzieści jeden lat. Z podziwem i przerażeniem patrzył, jak podejmuje decyzję.

Dla niej to było takie oczywiste... Alexander w tym wypadku nic nie znaczył wybór był prosty: albo przeniesie się z nią do Nowego Jorku, albo zostanie sam w San Francisco. Powiedziała, że to zbyt wielka szansa, aby w ogóle się zastanawiać. Ale między nami to niczego nie zmieni oświad­czyła. Będzie przecież mogła przylatywać co tydzień do San Francisco, po­za tym on może zamknąć swoją firmę i wyjechać z nią na Wschodnie Wy­brzeże.

- I co tam będę robił? - zapytał. - Spodziewasz się, że zostanę two­im sekretarzem? - spojrzał na nią z bólem, ale i ze złością. Był zaskoczony jej decyzją. Pragnął usłyszeć, że on znaczy dla niej więcej niż ta praca, lecz to nie było w jej stylu, podobnie jak nie było w stylu Kay.

I w tym momencie uświadomił sobie, że już kiedyś znał taką kobietę jak Rachel, własną siostrę, która też zawsze stawiała na swoim i po tru­pach dążyła do celu. Jedyna różnica polegała na tym, że Kay zajmowała się polityką, a Rachel była prawnikiem.

Łatwiej było mu zawsze zrozumieć i szanować kobiety takie jak jego matka, Charlotta Brandon, która potrafiła zrobić karierę i równocześnie wychować dzieci. Przez dwadzieścia pięć lat należała do najlepiej sprzeda­jących się pisarek, mimo to zawsze miała czas dla Alexa i Kay zawsze była blisko i zawsze okazywała im miłość.

Ojciec umarł, gdy Alex był jeszcze dzieckiem, i wtedy podjęła pracę w redakcji czasopisma. Pisała głównie na konto bardziej znanych autorów, była zwykłym murzynem od czarnej roboty, lecz każdą wolną chwilę poświęcała pracy nad własną książką. Tak zaczęła się historia wypisywana później na wszystkich okładkach jej dziewiętnastu powieści, które sprzedały się w milionowych nakładach. Jej kariera była przypadkiem zrodzonym z konieczności, ale bez względu na to, jak do tego doszło, za­wsze ją traktowała jak dar niebios i coś, czym chciała dzielić się z dziećmi, które znaczyły dla niej nieporównywalnie więcej niż sława.

Charlotta Brandon była bez wątpienia wyjątkową kobietą, córka jed­nak nie poszła w jej ślady. Kay była kłótliwa, zazdrosna, niezrównoważona i nie miała w sobie nic z delikatności, ciepła i dobroci matki.

Z czasem Alex przekonał się, że podobnie było z jego żoną. Rachel wyjechała do Nowego Jorku zostawiając go w San Francisco, lecz upierała się, że absolutnie nie chce rozwodu. Na początku próbowała nawet jakoś się dostosować, niestety, ich absorbująca praca na dwóch krańcach kontynentu sprawiała, że wspólne weekendy stawały się z czasem coraz rzadsze. W końcu Rachel zrozumiała i powiedziała Alexowi, że nie widzi szans, aby to miało się kiedykolwiek zmienić.

Przez dwa tygodnie zastanawiał się nawet, czyby rzeczywiście nie zamknąć firmy w San Francisco i nie przenieść się do Nowego Jorku. Prze­cież firma nie była aż tak ważna, aby przez nią stracić żonę. Pewnego dnia o czwartej nad ranem zdecydował się: zlikwiduje firmę i wyjedzie. Sięgnął po telefon, aby powiedzieć o tym Rachel. W Nowym Jorku była siódma ra­no. W słuchawce nie usłyszał jednak jej głosu.

- Z panią Hale? - rozległ się zdziwiony baryton. - Ach, z panną Pat­terson!...

Rachel Patterson. Alex nie wiedział, że w życie w Nowym Jorku wkroczyła pod nazwiskiem panieńskim. Nie wiedział też, że wraz z pracą rozpoczęła od nowa swoje życie osobiste. Tego ranka nie miała mu już właściwie nic do powiedzenia, toteż słuchał jej ze łzami w oczach. Wkrótce zadzwoniła znowu, tym razem z biura.

- Cóż mogę ci powiedzieć, Alex... Przykro mi...

Przykro! Dlatego, że go opuściła, że ma z kimś romans... Dlaczego właściwie jest jej przykro? Może po prostu lituje się nad nim, nad pate­tycznym głupcem samotnym w czterech ścianach domu w San Francisco?

- Widzisz dla nas jakąś szansę? - zapytał w nadziei, że uda się jesz­cze coś zmienić.

Tym razem była zupełnie szczera.

- Nie, Alex, obawiam się, że nie...

Rozmawiali jeszcze przez chwilę, lecz rozmowa prowadziła donikąd.

Nie mieli już sobie nic do powiedzenia, oboje wiedzieli, że nadeszła pora, aby każde z nich spotkało się z własnym adwokatem. Tydzień później Alex wniósł pozew o rozwód. Wszystko przebiegło bez zakłóceń. „W cywilizowany sposób”, jak zauważyła Rachel, lecz Alex przeżył to nie­zwykle boleśnie.

Przez następny rok czuł się tak, jakby miał wkrótce umrzeć. I na­prawdę bardzo tego pragnął. Jakaś cząstka jego jestestwa chyba rzeczy­wiście umarła, jakby ktoś wyrwał z niego strzępy duszy pozostawiając pustkę, taką samą jak ta, która została po meblach wywiezionych do No­wego Jorku.

Na pozór funkcjonował zupełnie normalnie: jadł, spał, spotykał się z ludźmi, pływał, grał w tenisa, w squasha, chodził na przyjęcia, podróżował i osiągał zawodowe sukcesy. Czegoś mu jednak brakowało, czuł to, cho­ciaż być może nikt inny poza nim tego nie zauważył. Od dwóch lat prócz ciała nie miał nic, co mógłby ofiarować kobiecie.

Wszedł do gabinetu i poczuł, że cisza panująca w domu powoli staje się coraz bardziej nieznośna. Miał ochotę biec przed siebie, uciec stąd, od tej głuchej, zabójczej pustki. Dopiero teraz, po dwóch latach, zaczynał budzić się z otępienia, w którym żył tak długo. Miał wrażenie, że w końcu zdjęto mu bandaże i ujrzał skrywane pod nimi blizny.

Przebrał się w dżinsy, adidasy i starą sportową koszulę. Długimi susami zbiegł po schodach przytrzymując się poręczy, z rozwianymi ciem­nymi włosami i dziwnym blaskiem w oczach, zatrzasnął za sobą drzwi i skierował się ku Divisadero, skąd zaczął truchtać w górę Broadwayu. Po chwili przy stanął, aby nasycić oczy wspaniałym widokiem. W dole zatoka iskrzyła się niczym pokryta błyszczącą satyną, pobliskie wzgórza spowijała wieczorna mgła, a światła po drugiej stronie zatoki błyskały jak drogocen­ne kamienie.

Dotarłszy do majestatycznych budowli przy Broadwayu, skręcił w prawo i wolnym krokiem podążał w kierunku Presidio, podziwiając na przemian wspaniałe budowle i dostojny urok zatoki.

Domy w tej części San Francisco były chyba najpiękniejsze: ze dwie, trzy najdroższe rezydencje w mieście, zachwycające pałace z cegły, elżbietańskie kamienice, baśniowe ogrody, cudowne widoki i smukłe drzewa. Wokoło nie było nikogo i żaden odgłos z pobliskich domów nie za­kłócał spowijającej wszystko ciszy, tak że bez trudu mógł sobie wyobra­zić, jak przy kryształowym dźwięku srebrnych dzwoneczków ulicami wolno suną odświętnie odziani panowie w smokingach i damy w satynowych i je­dwabnych sukniach, za nimi zaś podążają służący w lśniących liberiach.

Alex zawsze w tym miejscu uśmiechał się do swoich marzeń, który­mi ożywiał mijane domy i ulice. Dzięki nim czuł się mniej samotny niż wte­dy, gdy wyobrażał sobie zupełnie inne sceny, mijając małe, skromne dom­ki i mniej reprezentacyjne uliczki. Tam mężczyźni w jego myślach zawsze obejmowali ramionami kobiety, które uśmiechały się do dzieci. Dzieci ba­wiły się w kuchni z psami albo siedziały przy kominku. W dużych domach nie było niczego, co by go pociągało, w nich był zamknięty świat, w którym wcale nie pragnął żyć, choć często zdarzało mu się w nim bywać. Dla siebie pragnął czegoś innego, czegoś, czego nigdy nie miał przy Ra­chel.

Trudno było mu wyobrazić sobie, że znów jest zakochany, że mu na kimś zależy, że patrzy komuś w oczy i płonie z pożądania. Przez ostatnie lata prawie odwykł od tego i czasami nie był nawet pewien, czy kiedykol­wiek chciałby to przeżyć jeszcze raz. Męczyły go kobiety starające się za wszelką cenę zrobić karierę, takie, którym bardziej zależało na atrakcyjnej pensji i awansie niż na założeniu rodziny i urodzeniu dzieci. Marzył o kobiecie staroświeckiej, wyjątkowej, niepospolitej, wartościowej, ale jakoś nigdzie nie mógł jej spotkać. Od dwóch lat jego życie wypełniały tylko kosztowne pozory, tymczasem to, czego pragnął, musiało być prawdziwe, doskonałe, bez skazy jak czysty diament. I chyba nie wierzył już w istnienie czegoś podobnego, był jednak przekonany, że nigdy więcej nie pozwoli się zwieść. Solennie sobie obiecał, że w żadnym razie nie zwiąże się z kobietą podobną do Rachel.

Odpędził od siebie te myśli, starając się skoncentrować na wspaniałym widoku ze schodów przy Baker Street, stromo opadających po zboczu do miejsca, gdzie Broadway łączył się z Yallejo Street. Widok i chłodny powiew wiatru uspokoiły go na tyle, że postanowił zatrzymać się i usiąść na chwilę na najwyższym stopniu. Rozprostował nogi i łagodnie uśmiechnął się do swojego miasta. Może nigdy nie spotka odpowiedniej kobiety, może już nigdy się nie ożeni.

I co z tego? Był człowiekiem dobrze sytuowanym, miał piękny dom, własną kancelarię prawniczą, która oprócz odpowiedniego poziomu życia dawała mu ogromną satysfakcję. Może nie potrzebował już nic więcej, może nie miał prawa więcej oczekiwać?...

Przebiegł wzrokiem po pastelowych domkach w dzielnicy portowej, wiktoriańskich murach Cow Hollow w kolorze piernika, podobnych do jego własnego domu, potem spojrzał na wspaniały klasycystyczny Pałac Sztuki tuż u podnóża, z kopułą wzniesioną przed pół wiekiem przez Maybecka, na dachy domów...

Nagle na niższych stopniach zauważył skuloną, nieruchomą kobiecą postać z pochyloną głową. Wyglądała jak posąg, jak jedna z figur ozda­biających Pałac Sztuki, choć na pewno jej profil widoczny na tle jasnej poświaty był delikatniejszy i łagodniejszy.

Zastygłszy w bezruchu wpatrywał się w nią jak w piękną rzeźbę po­rzuconą przez artystę, wspaniały odłam marmuru, który przybrał kształt kobiety tak perfekcyjny, że niemal realny. Kobieta nie poruszała się, mógł więc spokojnie się jej przyglądać. Po jakichś pięciu minutach westchnęła głęboko i przejmująco, jakby starała się zrzucić z siebie wspomnienie ciężkiego dnia. Na ramiona miała narzucone jasne futro, w półmroku jej twarz wydawała się równie jasna. Było w niej coś niezwykłego, coś, co sprawiało, że Alex nie mógł oderwać od niej wzroku i ruszyć się z miejsca. Tak dziwnego uczucia w życiu nie doświadczył.

Siedział i po prostu zafascynowany gapił się na nią w skąpym świetle ulicznych lamp. Kim mogła być? Co tu robiła?... Jej obecność poruszyła go do głębi, zniewoliła i sprawiła, że zapragnął poznać ją bliżej.

W półmroku jej twarz wydawała się niezwykle jasna. Ciemne lśniące włosy łagodnie opadały jej na kark, spięte w luźny kok. Były chyba bardzo długie, choć sprawiały wrażenie, że trzymają się na jednej lub dwu szpil­kach. Przez chwilę czuł nieodpartą chęć, aby podbiec, dotknąć ją, chwycić w ramiona i rozpuścić jej ciemne włosy.

Nieznajoma, jakby wyczuwszy jego myśli, odwróciła się i spojrzała w stronę Alexa. I wtedy zobaczył najpiękniejszą twarz, jaką kiedykolwiek widział. Twarz, jaką spodziewał się ujrzeć podziwiając piękne proporcje wspaniałego dzieła rzeźbiarza twarz o delikatnych rysach, ogromnych oczach i pięknie wykrojonych ustach. Zwłaszcza oczy przyciągały uwagę nieobecne, choć nadające wyraz całej twarzy, przepełnione niezmiernym smutkiem. W świetle lamp zauważył, że z tych oczu spływają po bladych policzkach strumienie łez.

Na długą chwilę ich oczy się spotkały i Alex poczuł się kompletnie zniewolony przez ciemnowłosą piękność. Sprawiała wrażenie bezbronnej i za gubionej. W pewnej chwili, jakby zawstydzona tym, co miała tak wyra­źnie wypisane na twarzy, pochyliła głowę.

Przez moment Alex nie mógł się poruszyć, a potem znów poczuł w sobie niepohamowaną chęć, aby zbliżyć się do niej. Wpatrywał się w nią nie wiedząc, co robić, ona zaś wstała i wtuliła się w futro. Jeszcze raz spoj­rzała na niego, po czym niby zjawa zniknęła za żywopłotem.

Przez kilka minut Alex wpatrywał się w puste miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą siedziała. Wszystko stało się tak nagle!... Zerwał się z miej­sca i zbiegł na dół. Wśród żywopłotu zauważył wąską ścieżkę wiodącą do masywnych zamkniętych drzwi. Mógł się tylko domyślać, że za nimi znaj­duje się ogród, ale trudno było zgadnąć, do którego domu należy.

Tyle ich tu było... Tak, tutaj mógł znaleźć rozwiązanie tajemnicy. Zapragnął zastukać do drzwi. Może siedzi jeszcze w ogrodzie?... To była tylko krótka chwila desperacji. Wiedział przecież, że już nigdy jej nie zoba­czy. Wmawiał sobie z uporem, że to jakaś obca kobieta, i długo jeszcze wpatrywał się w kuszące go drzwi. W końcu odwrócił się i powoli wspiął z powrotem na górę.

ROZDZIAŁ 2

Gdy przekręcał klucz we frontowych drzwiach, wciąż jeszcze miał przed oczami twarz płaczącej kobiety. Kim była? Dlaczego płakała? Z którego domu tam przyszła?...

Usiadł na krętych schodach w holu i wpatrywał się w księżycowe refleksy na podłodze w pustym salonie. Jeszcze nigdy nie widział tak uroczej kobiety. Miała twarz, którą nietrudno było zapamiętać na całe ży­cie, a jeśli nie na całe, to na pewno na bardzo długo.

Siedział nieruchomo pogrążony w tych myślach i nawet nie usłyszał telefonu, który zadzwonił kilka minut po jego powrocie. Objawienie, które­go doznał przed chwilą, pochłonęło go bez reszty. W końcu zerwał się i po­biegł na górę, aby podnieść słuchawkę. Najbliższy telefon był w gabinecie, gdzie panował taki nieład, że z trudem zdołał wygrzebać aparat spod ster­ty papierów.

- Halo, Alex? - usłyszał głos Kay, po czym nastąpiła krótka, pełna napięcia cisza.

- Co słychać? - zapytał.

Właściwie znaczyło to: „Czego chcesz?”, bo wiedział, że nigdy nie dzwoniła bez powodu.

- Nic takiego. Gdzie byłeś? Próbuję się do ciebie do dzwonić już od pół godziny. Dziewczyna, która odebrała telefon w biurze, mówiła, że po­szedłeś prosto do domu.

Kay zawsze musiała natychmiast spełniać wszystkie swoje zachcian­ki bez względu na to, czy komuś to odpowiadało, czy nie.

- Byłem na spacerze.

- O tej porze? - jej głos zabrzmiał podejrzliwie. - Dlaczego? Czy coś się stało?

Alex westchnął. Siostra zaczynała doprowadzać go do szału. Była obcesowa, nieuprzejma, zimna, oschła i odpychająca. Czasami przy­pominała mu kryształ o ostrych krawędziach, który można położyć na biurku, oglądać i podziwiać, ale na pewno nie można go brać do rąk czy dotykać. Po latach jej mąż miał dokładnie takie same odczucia.

- Nie, nic się nie stało, Kay - powiedział.

Musiał przyznać, że choć była kobietą zupełnie niewrażliwą na uczu­cia innych, zawsze potrafiła bezbłędnie odgadnąć, w ja kim on jest na­stroju.

- Po prostu chciałem się przewietrzyć. Miałem ciężki dzień - wyjaśnił, po czym próbując odwrócić jej uwagę od swojej osoby, zapytał: - Czy ty nigdy nie chodzisz na spacer, Kay?

- W Nowym Jorku? Chyba oszalałeś. Tu można przecież umrzeć od samego oddychania.

- Nie mówiąc już o napadach i gwałtach - uśmiechnął się i wyczuł, że ona też się uśmiecha. A Kay Willard nie na leżała do kobiet, które często się uśmiechają. Była zbyt ważna, zbyt zabiegana, spięta i naprawdę rzad­ko coś ją rozweselało.

- Czemu więc zawdzięczam zaszczyt rozmowy z tobą?

Usiadł i patrząc w okno cierpliwie czekał na odpowiedź. Od pewnego czasu Kay telefonowała zazwyczaj w sprawie Rachel, gdyż z wiadomych powodów utrzymywała stałe kontakty ze szwagierką. Starała się zatrzy­mać w sądzie pewnego starego gubernatora, a wiedziała, że byłby za­chwycony, gdyby udało się jej nam...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin