Jacek Janczarski Kocham Pana, Panie Su3Ku - Notatnik.pdf

(203 KB) Pobierz
Jacek Janczarski Kocham Pana, Panie Su3Ku - Notatnik
JACEK JANCZARSKI
Jacek Janczarski Kocham Pana, Panie SuĎKu
Kocham pana, panie Suþku
Ɖonie mojej Basi
i dzieciom moim
poŮwiĴcam i dziĴkujĴ
Motto
Niech ryczy z b–lu ranny þoŮ
Zwierz nie przemierza knieje
KtoŮ nie Ůpi, aby spaę m–gþ ktoŮ
To sĥ zwyczajne dzieje ...
Hamlet - Szekspir (Anglia)
Przedmowa
Czytelnik, biorĥc do rĴki ŮwieƊy jeszcze egzemplarz ksiĥƊki, kt–rĥ mu podarowano na
kolejne - powiedzmy - urodziny, nie zaczyna lektury od przedmowy, wstĴpu, posþowia
i tym podobnych. Odrzuca on opakowanie, to caþe opakowanie, kt–re przypomina nam
kawaþek papieru, w kt–ry owiniĴto wĴdzonĥ flĥdrĴ w kt–rejŮ z nadmorskich
miejscowoŮci zeszþego lata. Kt–Ɗ bowiem, jedzĥc ŮwieƊĥ flĥdrĴ, dba o papier, w jaki
zostaþa owiniĴta?... JakieƊ to ma znaczenie?... Zdajĥc sobie z tego doskonale
sprawĴ, piszĴ tĴ oto przedmowĴ w ŮwiadomoŮci, Ɗe nie zostanie ona przecieƊ
przeczytana. Tym Ůmielej sobie zatem pocznĴ, piszĥc to i owo.
Postaram siĴ poza tym, aby w tej przedmowie nic takiego waƊnego nie napisaę, nic
takiego, co miaþoby jakiekolwiek znaczenie podczas czytania caþej reszty tej
ksiĥƊki. Po co wobec tego w og–le pisaę, wiedzĥc, Ɗe nie bĴdzie to przeczytane? -
spyta niejeden czytelnik z dowolnej miejscowoŮci naszego kraju. Oto odpowiedƈ:
zadaniem pisarza jest pisanie, podobnie jak zadaniem murarza jest murowanie, tkacza
- tkanie, malarza - malowanie, muzyka - muzykowanie, plastyka - plastykowanie,
projektanta - projektowanie, drwala - drwalenie, rybaka - rybaczenie, lekarza -
leczenie, a pana Edka z Rucianego-Nidy - reperowanie zepsutych samochod–w. I nawet
jeƊeli ktoŮ powie, Ɗe caþa ta teoria nie bardzo ma sens - przyznam mu racjĴ,
przyklasnĴ i znienacka pocaþujĴ w czoþo. Czþowiek ten bowiem, nie rozumiejĥc nic,
zrozumiaþ wþaŮnie to, o co mi w og–le chodzi.
BiorĴ tutaj w obronĴ: nonsens, nierzeczywistoŮę, bzdurnoŮę, niedosþownoŮę,
niedorzecznoŮę, szczyptĴ szaleřstwa, p–þuŮmiech, niedokořczonoŮę, baþaganiarstwo
myŮlowe, niezdyscyplinowanie humorystyczne, przewijanie siĴ na drugĥ stronĴ
poczucia humoru, balansowanie na krawĴdzi tego, co Ůmieszy, i tego, co raczej
Ůmieszyę nie powinno (i teƊ Ůmieszy)... BroniĴ niezþomnego prawa humorysty do braku
pointy, prawa bþazna do m–wienia serio, prawa moralisty do niemoralnoŮci.
BroniĴ wreszcie prawa czytelnika do nieczytania. Czytanie (wyþĥczajĥc szkolne
lektury obowiĥzkowe) nie jest przecieƊ na razie przymusowe i wolno nam w kaƊdej
chwili przerwaę je, wyrzucajĥc do kosza czytanĥ rzecz. Wolaþbym jednak, m–wiĥc
szczerze, aby taki los nie spotkaþ tej ksiĥƊki. JuƊ choęby ze wzglĴdu na liczne
ilustracje, kt–re moƊna sobie po prostu powycinaę, przyozdabiajĥc nimi biaþe Ůciany
naszego pokoju, nie warto lekkomyŮlnie pozbywaę siĴ Kocham pana, panie Suþku.
Namawiam takƊe do czytania pewnych fragment–w na tak zwane gþosy. Wystarczĥ
przecieƊ do tego dwie osoby, mĴƊczyzna i kobieta, oraz ewentualnie narrator, kt–rĥ
to rolĴ powierzmy bez obaw naszemu dziecku (jeƊeli je mamy) lub dziecku sĥsiad–w,
wyr–Ɗniajĥcemu siĴ trudnĥ umiejĴtnoŮciĥ czytania sþowa pisanego.
IleƊ to radoŮci moƊe byę... ile fajnych nieporozumieř w domu! Jak to bĴdzie
Ůmiesznie, kiedy nasza Ɗona wcieli siĴ w postaę Elizy, a my, jej mĥƊ,
przedzierzgniemy siĴ w pokrĴtnĥ, peþnĥ dwuznacznoŮci postaę pana Suþka... JeƊeli
dacie siĴ nam–wię na ten (niewĥtpliwy) eksperyment, radzĴ nabycie od razu trzech
egzemplarzy ksiĥƊki, Ɗeby potem nie byþo wyrywania sobie, szarpaniny i tak dalej...
W roli gajowego Maruchy obsadƈmy przyjaciela domu (temu egzemplarz niepotrzebny) i
Strona 1
Jacek Janczarski Kocham Pana, Panie SuĎKu
niech nam siĴ on tylko zjawia i znika. Na tym koniec. Zobaczy pan, nieznany
Czytelniku, jak to przyjemnie pobyę sobie przez kilka wieczor–w panem Suþkiem...
Zobaczy Pani, nieznajoma Czytelniczko, jakie uroki kryje postaę Elizy. Zobaczysz
ty, przyjacielu naszego domu, ile to roboty z takim znikaniem i pojawianiem siĴ.
Jak to strasznie mĴczy i wyczerpuje fizycznie i psychicznie... A potem jak
przyjemnie wr–cię do swoich normalnych r–l, jakie powierzyþo nam Ɗycie. Czasem sĥ
to role zupeþnie inne, czasem tylko trochĴ inne, a czasem zbliƊone. ƉyczĴ Pařstwu
miþej zabawy!
Do bra noc
WstĴp
Kocham pana, panie Suþku to literacka wersja minisþuchowisk emitowanych w
Ilustrowanym Magazynie Autor–w w programie III Polskiego Radia. Z panem Suþkiem i z
paniĥ Elizĥ spotykaþ siĴ, kto chciaþ, w kaƊdy piĥtek wieczorem albo teƊ w kaƊdĥ
niedzielĴ rano, jeƊeli ktoŮ miaþ wiecz–r akurat zajĴty lub po prostu chciaþo mu siĴ
po ludzku - spaę. Byli jednak i tacy sþuchacze, kt–rzy kþadli siĴ p–ƈno spaę w
piĥtek i wstawali wczeŮnie w niedzielĴ, aby po raz drugi spotkaę siĴ z panem
Suþkiem, bohaterem niniejszej ksiĥƊki. Spotkania te nie dawaþy sþuchaczowi nic, jak
wiele zresztĥ innych spotkař, poza pewnym przyzwyczajeniem siĴ do postaci, naukĥ
regularnego sþuchania radia wedþug jakiegoŮ tam schematu, naukĥ regularnoŮci w
og–le. Poza tym m–gþ sþuchacz nastawię sobie dobrze zegarek, kt–ry akurat mu siĴ
Ůpieszyþ czy p–ƈniþ, co gorsza.
Spotkania z panem Suþkiem nie dajĥ bowiem wzorca do natychmiastowego naŮladowania w
Ɗadnym wypadku. Sĥ jak gdyby zaprzeczeniem przekonania o wychowawczej roli Ůrodk–w
masowego przekazu. JeƊeli jednak kogoŮ rozŮmieszyþo to lub owo, zasþuga w tym
wykonawc–w radiowych, kt–rzy martwej literze nadali Ɗywy ksztaþt, umiejĴtnie
operujĥc gþosem. Jak kaƊdy aktor utoƊsamiali siĴ oni z kreowanymi przez siebie
postaciami bardzo solidnie, tak Ɗe nierzadko dochodziþo nawet do zabawnych
nieporozumieř na ulicy, w kawiarni czy w lepszych lokalach (do kt–rych codziennie
chadzajĥ aktorzy), kiedy to zapamiĴtaþy pierwszy lepszy sþuchacz, widzĥc Krzysztofa
Kowalewskiego, woþaþ: O, pan Suþek! lub, spostrzegþszy nagle MartĴ Lipiřskĥ,
wrzeszczaþ: O, pani Eliza! I tylko nikt nigdy nie zawoþaþ: O, gajowy Marucha! -
bowiem gajowy Marucha nie chadzaþ tam, gdzie inni, a siedziaþ w swojej gaj–wce i
jadþ chleb, przewaƊnie z masþem. Tyle o antenowych wydarzeniach wok–þ caþej sprawy.
JeƊeli natomiast spytaþby ktoŮ, skĥd ten caþy pan Suþek i ta caþa pani Eliza w
og–le siĴ wziĴli? - musiaþbym opowiedzieę nastĴpujĥcĥ historiĴ:
Eliza WymĴga-Zarawiejska, niemþoda juƊ kobieta, zakochaþa siĴ pierwszĥ, niewinnĥ
miþoŮciĥ w mþodym czþowieku nazwiskiem Suþek. Rodzina WymĴg–w nie ukrywaþa niechĴci
z powodu tego, jej zdaniem, niefortunnego wyboru przedstawicielki swojego rodu.
Robiono pani Elizie wiele nieprzyjemnoŮci, szykanowano jĥ, dokuczano na kaƊdym
kroku. I w tym wypadku miþoŮę jednak nie znaþa granic, skutkiem czego pani Eliza
postanowiþa opuŮcię dom rodzinny i jakoŮ urzĥdzię siĴ z panem Suþkiem, notabene
uczniem szkoþy podstawowej od dþuƊszego juƊ czasu. Kiedy po lekcjach siadywali na
rozmaitych wzg–rkach, wsp–lnie czytajĥc uƊywane gazety, kiedy patrzyli na przyrodĴ
i na wszystko to, co ich przecieƊ otaczaþo, kiedy pani Eliza kþadþa rĴkĴ na dþoni
pana Suþka, a on odsuwaþ tĴ dþoř z niechĴciĥ sztubaka i warczaþ: Cicho! - wtedy
wþaŮnie pani Eliza czuþa, Ɗe dzieje siĴ z niĥ coŮ nieokreŮlonego, coŮ piĴknego.
Czuþa, Ɗe kocha tego czþowieka, kt–ry tu, na tym wzg–rku, siedzi obok niej i czyta
gazetĴ. Czuþa, Ɗe ten wzg–rek to caþe wzg–rze ich miþoŮci, i czuþa, czuþa, Ɗe pal
licho WymĴg–w-Zarawiejskich z ich arystokratycznymi przesĥdami, Ɗe pal licho, pal
licho wszystko, Ɗe pal licho caþy Ůwiat... poza tym wzg–rkiem, poza tym panem
Suþkiem najsþodszym, kt–ry przecieƊ byþ þagodnym zmierzchem ostatnich wakacji jej
Ɗycia!...
AƊ tu nagle, pewnego dnia, kiedy to jak zwykle przeglĥdali pospoþu prasĴ, rzuciþo
im siĴ w oczy nastĴpujĥce ogþoszenie:
Stary, zdezelowany, zmurszaþy, walĥcy siĴ chlew do rozbi–rki sprzedam za jakie sto
zloty.
Marucha (gajowy)
KlasnĴþa w dþonie pani Eliza.
- No, panie Suþku najsþodszy, widzi pan?...
- Co?
Strona 2
Jacek Janczarski Kocham Pana, Panie SuĎKu
- Trafia nam siĴ niezþa okazja. BĴdziemy mieli sw–j wþasny dom! Kocham pana. -
Cicho...
Pan Suþek przeleciaþ wzrokiem ogþoszenie, powĥchaþ papier, oderwaþ czĴŮę gazety z
ogþoszeniem i zaczĥþ jĥ szybko zjadaę. Postĥpiþ tak, poniewaƊ nie chciaþ, aby
ogþoszenie dostaþo siĴ. w niepowoþane rĴce, a trafiajĥcĥ siĴ okazjĴ postanowiþ
chwycię natychmiast, jak chwyta siĴ zawsze byka za rogi.
W kr–tkim czasie pani Eliza i pan Suþek zamieszkali w chlewie gajowego Maruchy,
kt–ry staþ siĴ ich prawdziwym domem. I tak siĴ to wszystko zaczĴþo...
CZijŭĘ I
Spotkania z przyrodĥ
ROZDZIAý I
Lelki kozodoje
Pierwsze promienie wiosennego, nieŮmiaþego sþořca natychmiast skþoniþy pana Suþka i
paniĥ ElizĴ do odbycia pierwszej, nieŮmiaþej, wiosennej przechadzki. Przyroda
budziþa siĴ nieŮmiaþo do Ɗycia. Byþo ciepþo. Bardzo ciepþo. Pani Eliza przyodziana
w futro ze sztucznych szop–w i w sztucznĥ lisiurĴ stĥpaþa wolno, majĥc na uwadze
sw–j podeszþy przecieƊ wiek i swoje ŮwieƊo zakupione walonki. Pan Suþek w
wellingtonach i sportowej wiatr–wce truchtaþ swobodnie, nie zwaƊajĥc na
rozpryskujĥce siĴ dookoþa rzadkie, lepkie, brudnoƊ–þte, pierwsze, nieŮmiaþe,
wiosenne bþoto. Drzewa w Lasku Wolskim szumiaþy przyjemnie, þadnie Ůpiewaþy
wiosenne, nieŮmiaþe ptaki, pachniaþo wok–þ rozmaitymi zapachami...
Dþugo milczeli, posapujĥc ze zmĴczenia i zadowolenia nasi bohaterowie.
- Jest mi bardzo ciepþo - powiedziaþa pani Eliza po namyŮle.
- Spociþa siĴ pani - odpowiedziaþ pan Suþek wyjaŮniajĥco.
- Za ciepþo siĴ ubraþam.
- Aha. Za ciepþo - potwierdziþ chþopak.
- Kocham pana, panie Suþku... - szepnĴþa pani Eliza, wzdychajĥc po swojemu.
- Cicho. Wiem - brzmiaþa bezwzglĴdna odpowiedƈ.
- Aj, opryskaþ pan mnie bþotem! - zauwaƊyþa opryskana kobieta.
- No! Ale tutaj bþocko. Sþowo honoru. Opryskaþem pani caþĥ twarz. Ma pani wĥsy z
bþota, pani Elizo. Jak jakiŮ cesarz.
- NaprawdĴ?
- Sþowo honoru. Jak jakiŮ Franciszek J–zef. A to dobre... baba z wĥsami!...
Tu zaŮmiaþ siĴ pan Suþek ordynarnie, po sztubacku.
- Kocham pana - szepnĴþa pani Eliza, ocierajĥc twarz mantylkĥ.
- Cicho.
Nagle tuƊ obok nich zaŮwiergoliþo coŮ znienacka i wyraƈnie.
- Sþyszy pani?... To lelek kozod–j.
- Jaki kozod–j?
- Lelek.
- Jak to lelek?
- Cholery moƊna dostaę! Lelek kozod–j, taki ptak.
- Kocham... kocham ptaki.
- On tu musi byę.
- Kto?
- Cicho. Lelek kozod–j.
Nadsþuchujĥc zbliƊali siĴ do miejsca, z kt–rego sþychaę byþo Ůwiergolenie coraz to
wyraƈniej. Wyszukawszy pierwszy lepszy patyk, pan Suþek jĥþ nim grzebaę w piachu
bardzo solidnie.
- Chyba tam siĴ schowaþ, Ůwintuch. ZnajdĴ ciĴ i uduszĴ!
- Panie Suþku...
- Co?
- Panie Suþku, dlaczego grzebie pan patykiem w piasku?
- Szukam lelka kozodoja.
- Panie Suþku, dlaczego pan go szuka akurat w piasku?
- Niech mi pani nie przeszkadza.
- Panie Suþku...
- No!
- Kocham pana. Kocham pana, panie Suþku, tu i teraz.
- Cicho! ChwileczkĴ. Zaraz.
Strona 3
Jacek Janczarski Kocham Pana, Panie SuĎKu
Pan Suþek grzebaþ teraz w ziemi, jak to m–wiĥ, peþnĥ parĥ.
- Panie Suþku, dlaczego pan kopie takĥ norĴ?
- O rany, musi pani tyle gadaę? JuƊ go miaþem, Ůmierdziela.
- Lelka?
- A kogo?
- Wiem! Lelka kozodoja, prawda?
- Cicho! Niech pani wsadzi teraz rĴkĴ do tej dziury.
- Do tej?
- Tak.
- Dlaczego, panie Suþku, mam tam niby wsadzaę rĴkĴ, po co to wszystko?
- Ɖeby wymacaę lelka.
- No dobrze, i co potem?
- Kiedy potem?
- No, jak go juƊ wymacam - dociekaþa dociekliwie.
- A wymacaþa pani?
- Na razie nie.
- Musi pani siĴgnĥę gþĴbiej. Znacznie gþĴbiej. Chytre te caþe lelki.
- WþoƊyþam juƊ caþĥ rĴkĴ. Po pachĴ.
- I nic?
- Nic.
- Daþbym sþowo honoru, Ɗe on tam jest.
Wolnĥ rĴkĥ pogþadziþa pani Eliza pana Suþka po rozwichrzonej czuprynie.
- Kocham pana... kocham...
- Cicho. I niech mnie pani nie gþaszcze po gþowie. Nie lubiĴ, jak mnie ktoŮ gþadzi
po gþowie, i to brudnymi rĴkami.
- Mam brudnĥ prawĥ rĴkĥ. Gþadziþam pana czystĥ - lewĥ... Jest pan niesprawiedliwy.
- Cicho! Sþyszy pani?
- Nie.
- To on. Zaryþ siĴ gþĴboko. ŭwinia. DostanĴ ciĴ, ty glisto!
- MyŮli pan, Ɗe jest w tej wþaŮnie dziurze?
- Ja wiem, Ɗe on tam jest. Wsadƈmy tam kij.
Pan Suþek odszedþ parĴ krok–w w poszukiwaniu odpowiedniego kija. Z prawĥ rĴkĥ w
ŮwieƊej, nieŮmiaþej, wiosennej dziurze pani Eliza patrzyþa tĴsknie za swoim
chþopcem.
- Panie Suþku...
- Co?
- Po co panu lelek? Czy ja panu nie wystarczam?
- To co innego. Lelek jest lelek... a pani...
- Co ja?... No, co ja, panie Suþku najdroƊszy?...
- A pani... pani jest... kobietĥ.
- No wþaŮnie, panie Suþku, i dlatego wþaŮnie...
- Cicho! MuszĴ go mieę - upieraþ siĴ pan Suþek.
- Ale po co on panu?
- MuszĴ go zþapaę, udusię i opisaę w zeszycie.
- I po co to wszystko?
- Ona siĴ pyta, po co! Zadane byþo!
- Zadane?
- Tak. Z przyrody.
- Zadano panu to wszystko? BoƊe, jak pan siĴ mĴczy.
- Nie mĴczy mnie to. LubiĴ przyrodĴ. Przepadam za niĥ wprost.
- A za mnĥ, czy za mnĥ teƊ pan przepada wprost?
- Za przyrodĥ przepadam. To chyba wystarczy. Jakbym miaþ za wszystkim tak
przepadaę, tobym chyba zwariowaþ. I tak ledwo siĴ trzymam.
- Ƈle siĴ pan czuje?
Twarz pana Suþka zieleniaþa pierwszĥ, wiosennĥ, nieŮmiaþĥ zieleniĥ.
- Niedobrze mi. Zemdliþo mnie od ŮwieƊego powietrza.
- Bardzo moƊliwe, panie Suþku, bardzo moƊliwe. Powietrze w nadmiarze ƈle robi.
- No, kopmy dalej.
Na twarz pana Suþka wr–ciþy po chwili normalne kolory.
- Kopmy porzĥdnie.
- Tu, w tej dziurze?
- Tak. Kopmy solidnie. Niech pani teƊ kopie. Co pani sobie wyobraƊa?!
- Nic, panie Suþku kochany. Z przyjemnoŮciĥ teƊ siĴ uwalam w tym bþocie. Wszystko
Strona 4
Jacek Janczarski Kocham Pana, Panie SuĎKu
dla pana. Z tej miþoŮci do pana, panie Suþku, najsþodszy m–j.
- Cicho!
ChwilĴ kopali w milczeniu, odrzucajĥc precz pryzmy leŮnej, nieŮmiaþej ziemi. Pan
Suþek badaþ gþĴbokoŮę jamy znalezionym wiosennym kijem.
- JuƊ spora jama. WezmĴ i wsadzĴ tam gþowĴ.
Jak powiedziaþ, tak zrobiþ. Spod ziemi juƊ zakomunikowaþ:
- O, ile tu piachu!...
- Jest lelek? - spytaþa pani Eliza, patrzĥc na wystajĥce z ziemi smukþe nogi
narzeczonego. - Jest lelek? - powt–rzyþa.
- Kozod–j?
- Aha.
- Aha. Lelek kozod–j. Kopmy dalej.
- IdĴ do pana, panie Suþku jedyny.
- Gdzie?!
- WchodzĴ za panem do naszej dziury.
- Hmm. Dobra. BĴdĴ czekaþ.
- JuƊ idĴ, panie Suþku m–j jedyny.
Wsadziwszy gþowĴ w dziurĴ, pani Eliza zapomniaþa zamknĥę usta, kt–re natychmiast
wypeþniþy siĴ po brzegi leŮnym, nieŮmiaþym piaskiem:
- Aha, ile tu piachu... miaþ pan racjĴ... - szepnĴþa, tracĥc powoli ŮwiadomoŮę i
przytomnoŮę.
Jeszcze jakiŮ czas rozmawiali jednak ze sobĥ coraz cichszymi, wiosennymi gþosami.
Na skraju lasu o poranku daþby siĴ widzieę kiedyŮ niewielki wzg–rek. Byþaby to
niewĥtpliwie wsp–lna mogiþa pana Suþka i pani Elizy.
C–Ɗ z tego, kiedy gajowy Marucha, polujĥcy akurat tego wiosennego dnia na tak zwane
lelki kozodoje, ujrzaþ wystajĥce z ziemi dwie pary n–g, z kt–rych jedna obuta byþa
w wellingtony, a druga w ciepþe walonki...
ROZDZIAý II
TĴgosk–r
W szkole, do kt–rej od wielu, wielu lat uczĴszczaþ pan Suþek - ŮwiĴto. Sporym
staraniem zorganizowano atrakcyjnĥ wycieczkĴ do Lasku Wolskiego. Pech chciaþ, Ɗe
jedna z najbliƊszych koleƊanek pana Suþka powaƊnie zachorowaþa na jakĥŮ ciĴƊkĥ
chorobĴ i tylko dlatego udaþo siĴ doþĥczyę do wycieczki osobĴ pani Elizy. Nie byþo
to oczywiŮcie þatwe. Dyrektor szkoþy gorĥco protestowaþ, podkreŮlajĥc, Ɗe wycieczka
ma charakter wybitnie mþodzieƊowy, pani Eliza natomiast do mþodzieƊy raczej siĴ nie
zalicza. W kořcu, na proŮby i groƈby pana Suþka, dyrektor, acz niechĴtnie, ustĥpiþ.
Po przybyciu na miejsce mþodzieƊ rozsypaþa siĴ w nieþadzie po wzg–rkach i dolinach
Lasku Wolskiego, szukajĥc uporczywie tĴgosk–ra pospolitego. Znalezienie bowiem tego
wþaŮnie grzyba r–wnaþo siĴ automatycznie bardzo dobrej ocenie z przyrody.
Pan Suþek natychmiast poszedþ w lewo. Za nim, trop w trop, pani Eliza. Pan Suþek
natychmiast skrĴciþ w prawo. Pani Eliza za nim. Kluczyþ pan Suþek, zacieraþ Ůlady,
jak umiaþ, lecz pani Eliza, wiedziona instynktem wytrawnego, wszechstronnego psa
myŮliwskiego zawsze potrafiþa wytropię swego narzeczonego, nawet w najgĴstszych
zaroŮlach. WþaŮnie, jak to siĴ m–wi, zdybaþa go przykucniĴtego w dziwnej pozie.
- Jest tu jakiŮ grzyb, panie Suþku.
- Eee, to pieprznik. Tak zwana lejk–wka pomarařczowka. Nie, to nie jest tĴgosk–r.
Bynajmniej nie.
- A jak wyglĥda taki tĴgosk–r?
- Jest kulisty. Podobny do kartofla.
- Znajdziemy go, prawda, panie Suþku?
- OczywiŮcie. Jasne, Ɗe tak. MuszĴ mieę piĥtkĴ z przyrody.
- ZnajdĴ dla pana tego grzyba. Kocham pana.
- Cicho! Chþopaki jeszcze usþyszĥ. Sþowo honoru, najem siĴ wstydu przez paniĥ.
- Panie Suþku...
- Co?
Na wyciĥgniĴtej dþoni pani Elizy leƊaþ dziwny przedmiot.
- A to, to nie jest przypadkiem tĴgosk–r?
- Niech pani pokaƊe...
Pan Suþek powĥchaþ dziwny przedmiot, wziĥþ go na tak zwany zĥb, trĥciþ kořcem
jĴzyka i splunĥþ obficie.
Strona 5
Zgłoś jeśli naruszono regulamin