rozdział 6.pdf

(83 KB) Pobierz
rozdział 6
Sz–sty
Lucjusz splótł swoje długie palce, próbując opanować chaotyczne myśli niepozwalające mu
racjonalnie ocenić sytuacji. Nie chcąc przedłużać pełnego napięcia milczenia, opowiedział
Marco o śmierci rodziców. O tym jak zostali zamordowani przez wysłanniczkę rodu Volturi,
jak szybko i prawie bezboleśnie odeszli z tego świata. Starał się unikać jakichkolwiek
wzmianek o łączących ich więzach krwi oraz czarnej przeszłości Cosimo. Wątek ten był w tym
momencie mało istotny. Kiedyś nadejdzie odpowiednia chwila, gdy wyjawi mu całą prawdę o
wydarzeniach z przeszłości, ale na razie musi przygotować chłopaka do stanięcia twarzą w
twarz z prawdą, kim się stał.
Marco był wstrząśnięty. Jego poukładany świat runął w gruzach, a on sam nie wiedział, jak
odnaleźć się w nowej sytuacji. Z całą siłą dotarła do niego świadomość, iż przypuszczenia,
których tak długo nie chciał dopuścić do siebie, są jednak całkowicie prawdziwe. Gdzieś tam,
głęboko w nim, ciągle tliła się iskierka nadziei, jednak powoli gasła wraz z każdym
wypowiadanym przez Lucjusza zdaniem.
Przez cały ten czas milczał, nie wypowiadając żadnego słowa, martwym wzrokiem wpatrując
się w przeciwległą ścianę. Lucjusz zamilkł z trwogą spoglądając na twarz chłopaka, gdy Marco
przemówił po raz pierwszy od dłuższego czasu:
- Co ja mam teraz zrobić? – powiedział drżącym z emocji głosem. Oczy przesłoniła mu
wilgotna mgła utrudniająca widzenie. Wierzchem dłoni wytarł zdradziecką łzę.
Lucjusz nie mógł wysiedzieć spokojnie na krześle. Miał ochotę wziąć chłopaka w ramiona,
przytulić do swojej piersi. Chciał wyznać mu, że na świecie nie mają teraz nikogo bliższego,
niż siebie nawzajem. Hamował go strach. Bał się, że takie wyznanie jeszcze bardziej przerazi
chłopca. Jak przyjąłby wiadomość o tym, że przez tyle lat nie wiedział o istnieniu dawno
zapomnianego wuja? Wuja, który tak bardzo skrzywdził jego ojca i matkę…
- Marco, to jeszcze nie wszystko – Lucjusz przełknął głośno ślinę. – Musisz wiedzieć, że już
nic nie będzie takie samo jak kiedyś, że i ty się zmieniłeś…
Młodzieniec spojrzał na niego pytającym wzrokiem. Jego twarz zastygła w grymasie
przerażenia.
- Wszystko, co usłyszałeś w podziemiach kościoła od ojca Novelliego, jest prawdą. Nasz świat
jest polem walki, na którym ciągle ścierają się ze sobą moce dobra i zła. Ten dualizm sprawia,
że… ofiarami rozgrywki padają często niewinni ludzie. Wampirzyca, którą spotkałeś tamtego
makabrycznego poranka, została wysłana do waszego domu z pewną misją, która, wbrew
oczekiwaniom Volturi, nie powiodła się wedle planu.
Lucjusz nie mogą dłużej znieść pytającego spojrzenia Marco, spuścił wzrok. Rozmowa
przychodziła mu dużo trudniej, niż się tego spodziewał.
- Nie mogąc znaleźć ciebie, zapolowała, w dosłownym tego słowa znaczeniu, na pozostałych
domowników. Wpierw zginęła służba, później życie oddała twoja matka - Lucjusz gwałtownie
przerwał. Otępiały Marco wyraźnie mógł wyczuć drżenie w głosie mężczyzny. – Cosimo od
dawna wiedział o zagrażającym wam niebezpieczeństwie, ale śmiertelny cios zadała nie ta
ręka, której się spodziewał.
- To niemożliwe… - wtrącił wzburzony Marco, lecz Lucjusz przerwał mu ruchem dłoni.
- Pozwól, że dokończę. Na pytania przyjdzie odpowiednia pora. Im szybciej wyjawię Ci…
prawdę o tobie samym, tym mam nadzieję, szybciej będziesz mógł się z nią uporać.
- Ja nic nie rozumiem… - wyszeptał Marco. Gwałtowny szloch wstrząsną jego ciałem.
Lucjuszowi wcale nie było lżej.
- Wampirzyca miała za zadanie przemienić ciebie w jednego z nich. Byłby to największy cios
zadany twemu ojcu i mnie samemu… - Marco zdawał się nie zauważać sensu wypowiadanych
słów. – Nie znałem jej, ale coś musiało pójść źle, skoro nie rzuciła ci się od razu do gardła. W
każdym razie przybyliśmy w ostatniej chwili, nim zdążyła dokonać pełnej przemiany.
Lucjusz położył dłonie na ramionach chłopaka.
- Marco, już się pewnie domyślasz, co chcę ci powiedzieć?
Chłopak przez dłuższą chwilę wpatrywał się w krzyż wiszący na ścianie. Miał wrażenie jakby
coś w nim umarło, odeszło bezpowrotnie. Czuł się bezradny w mrocznym świecie
koszmarów, który okazał się jednak rzeczywistością.
- Marco, słyszysz mnie?
- Czy ja… jestem taki jak ona? – wyszeptał białymi ze strachu wargami.
- Nie jesteś, a w każdym wypadku nie w pełni.
- Ja chyba śnię… – Łzy strachu i goryczy popłynęły strumieniem po śniadej twarzy
młodzieńca. Lucjusz spojrzał w stronę stojącego przy drzwiach Joachima, lecz ten nie patrzył
w ich kierunku. Mężczyzna zdawał sobie sprawę z chaosu wspomnień trawiącego duszę syna
jego najbliższego przyjaciela. Liczył na to, że Joachim pomoże Marco przebrnąć przez tę
trudną drogę, jaką sam przeszedł blisko pięć lat temu, ale widocznie nie uporał się do końca z
własnymi demonami.
Lucjusz zacisnął palce na drżących ramionach Marco.
- Nikt nie wie, co zdążył zmutować jad. Jedno jest pewne…
Marco odepchnął dłonie mężczyzny, zatykając sobie uszy w dziecięcym, obronnym geście.
- Nie chcę tego słuchać! – wykrzyczał.
- Uspokój się! Jedno jest pewne. Nie jesteś wampirem. Słyszysz? Nie jesteś tacy jak oni.
Marco skulił się na łóżku, ciągle przyciskając wnętrze dłoni do uszu.
Serce Lucjusza krwawiło. Nigdy nie wiedział jak ma postępować w takich sytuacjach. Jakiś
wewnętrzny głos mówił mu natomiast jedno. Musiał pomóc chłopcu przejść przez ten
koszmar. W odruchu czułości przygarnął go do siebie.
- Marco, bądź dzielny. Błędem było utrzymywanie ciebie i Lidii w niewiedzy, ale tylko w ten
sposób mogliśmy was chronić przed błędami waszego ojca – zwilżył spierzchnięte wargi nim
zdecydował się kontynuować. – Jestem twoim wujem, Marco. I Bóg mi świadkiem pomszczę
śmierć naszych najbliższych.
Chłopak zaczął pojękiwać cicho, nie odrywając dłoni od twarzy. Duszę Lucjusza przejęła
trwoga na myśl, że Marco mógł popadać w obłęd.
- Joachimie, każ przygotować jakiś wywar nasenny. Obawiam się, że mogłem…
Jasnowłosy chłopak spojrzał ze współczuciem na rozdzierający serce obraz. Doskonale
rozumiał, co mógł czuć w tym momencie Marco, jednak nie miał najmniejszej ochoty
pozostawać z nim w jednym pomieszczeniu ani chwili dłużej. Poczuł ulgę, słysząc prośbę
Lucjusza, chociaż z drugiej strony nie chciał zostawiać swego mentora samego w tym stanie.
Już dawno nie widział go tak roztrzęsionym i przybitym.
- Mistrzu, chciałbym … – nie dokończywszy zdania, opuścił cicho pokój.
Po kilku minutach na korytarzu dał się słyszeć tupot damskich obcasów odbijających się
echem od kamiennych ścian.
- Wybacz mi i swojemu ojcu zło, które wam wyrządziliśmy… - szeptał wzruszony Lucjusz.
*
Delikatna mgła niczym całun przysłaniała błonia wokół klasztoru. Słońce leniwie wychylało
pomarańczowe promienie zza konarów drzew, budząc świat do życia. Wstawał świt, a wraz z
nim nowy dzień.
Lucjusz nie mógł spać tej nocy. Po raz pierwszy od wielu lat wspomnienia z młodości
powróciły do niego, aby na nowo przynieść ból, rozgoryczenie i wyrzuty sumienia. Jeszcze
kilka miesięcy temu nie przypuszczał nawet, że dane mu będzie trzymać w ramionach jej
ukochanego syna. Czuł jednak, że byłby w stanie oddać własne życie, aby tylko móc cofnąć
czas i nie dopuścić do śmierci żadnego z nich.
Nie mogąc dłużej bezradnie przewracać w łożu, postanowił odgonić czarne myśli, pracując
nad ciałem.
Nadchodził lipiec, lecz pomimo tego poranek był dość chłodny. Siostry zakonne niczym
mrówki, już od świtu, pracowały w przyklasztornych zabudowaniach. Nie chcąc przeszkadzać
im w codziennych obowiązkach postanowił wejść na jedną z wież strażniczych, znajdujących
się w rogach monasteru. Kilkadziesiąt lat temu, gdy przeoryszą została jedna z nich, łowcy
mogli znaleźć bezpieczne schronienie w murach Zakonu Miłosierdzia Bożego. W odległych
czasach, gdy okolice Mediolanu trawione były przez wojenną pożogę, znajdował się tutaj
obronny zamek. Jednak, kiedy w połowie piętnastego wieku miasto znalazło się pod
bezpiecznym panowaniem władców Francji, bezużyteczna strategicznie twierdza została
oddana w ręce zakonnic.
Gdy wszedł na kamienną wieżę, jego oczom ukazał się zapierający dech w piersiach obraz. Po
jego prawej stronie w oddali majaczyły zabudowania wspaniałego Mediolanu, lecz cały
widok zdominowany był, aż po sam horyzont, przez zieleń drzew kontrastującą z błękitem
bezchmurnego nieba.
Lucjusz odetchnął, wciągając rześkie powietrze głęboko do płuc. Z cholewy skórzanego buta
wyciągnął parę idealnie wyważonych sztyletów. Na każdym z nich misternie wyrzeźbiony był
symbol gildii – kolczasta róża wśród płomieni. Promienie słońca tańczyły, iskrząc, po gładkiej,
srebrzystej powierzchni broni.
Szybkimi pchnięciami ciął powietrze, rozrywając wyimaginowanego przeciwnika na strzępy.
Choć dobiegał już pięćdziesiątki, jego ciało było niezwykle sprawne, a zmysły wyostrzone.
Lucjusz przeliczył się, mając nadzieję, że wysiłek fizyczny odgoni dręczące go myśli. Ciągle
przed oczyma miał roztrzęsionego, odchodzącego od zmysłów Marco. Matka Guliana podała
mu silny środek nasenny, aby jego ciało mogło choć na chwilę odpocząć od udręczonej
duszy.
Gdy późno w nocy odchodził od łoża chłopca, w słabym świetle świec dało się dostrzec
zmiany, jakie jad zaczął wywoływać w jego ciele.
Marco miał wyjątkowo wiele szczęścia. Zdążyli w ostatnim momencie, nim wampirza
trucizna dotarła do celu. Gdyby tak się stało, nie byłoby odwrotu.
Wampirem można stać się tylko poprzez ukąszenie, gdy jad dostanie się do serca,
zamieniając je w marmurową skałę. Zwykli śmiertelnicy nie mają szans na odwrócenie
procesu przemiany, lecz dzieci pradawnych łowców nocy posiadają moc, dzięki której można
zatrzymać działanie trucizny. Ich organizm został wyposażony przez matkę naturę w
Zgłoś jeśli naruszono regulamin