Joanna Chmielewska - Wszyscy Jestesmy Podejrzani.doc

(904 KB) Pobierz

JOANNA CHMIELEWSKA

 

 

 

Wszyscy jesteśmy podejrzani


Uroczyście i obłudnie oświadczam, że wszystkie osoby i sytuacje w niniejszym utworze są fikcją, a jakakolwiek zbieżność z rzeczywistością jest najzupełniej przypadkowa.

 

Jak NIE napisałam powieści

 

Od najmłodszych, najdawniejszych lat pokutowa­ło we mnie gorące pragnienie napisania powieści. Było tak dawne, zastarzałe, tak głęboko zakorzenio­ne, że chyba urodziło się razem ze mną.

Nie marzyłam ani o karierze gwiazdy filmowej, ani o mariażu z księciem z bajki. Nie, nic z tych rzeczy. Marzyłam o napisaniu powieści.

W zamierzchłych czasach wczesnego dzieciństwa miałam zamiar napisać wstrząsającą powieść o miło­ści. W miarę możności nieszczęśliwej, bo w szczęśli­wej nie widziałam nic interesującego. Sama miałam wystąpić w charakterze głównej bohaterki, młodej dziewczyny cudnej urody i nieprzeciętnych zalet, ob­darzonej płomiennym uczuciem przez jakiegoś bliżej mi nie znanego faceta. Facet był ognistym brunetem o czarnych, gorejących oczach i równie czarnych wą­sach. Łączył mnie z nim pierwszy pocałunek w okoli­cznościach nieco niezwykłych: na karych koniach, w nocy, w czasie szalejącej burzy, gradobicia i wyła­dowań atmosferycznych, na skraju mrocznego lasu. Bóg raczy wiedzieć dlaczego to wszystko było takie atramentowoczarne!

Stopniowo, trwając nadal w zamiarze uwiecznie­nia nadnaturalnych uczuć, zmieniłam nieco pewne rekwizyty. Burzliwą noc zamieniłam na pogodny, księżycowy wieczór, zgoliłam facetowi wąsy i zlik­widowałam konie. Potem poczyniłam dalsze zmiany zarówno w powierzchowności, jak i w zachowaniu się dwojga głównych bohaterów, ale, pomimo naj­szczerszych wysiłków, poza ową scenę pierwszego pocałunku nigdy nie udało mi się wyjść.

Z czasem bowiem drobny na pozór fakt wybił mnie z tematu.

Miałam wówczas już pewnie ze dwanaście lat. Póź­nym wieczorem siedziałam w domu, przy stole, pod palącą się lampą, w towarzystwie matki i jej siostry, a mojej ciotki. Czytałam wspaniały, krew w żyłach mrożący kryminał pod tytułem „Straszny garbus”. Kryminał był tak przerażający, że wlazłam z nogami na krzesło, tkwiąc na nim w bardzo niewygodnej pozycji i usiłując zajmować jak najmniej przestrzeni. Bałam się śmiertelnie i wolałam w żadną stronę nie wysuwać kończyn, najbardziej na tajemnicze nie­bezpieczeństwo narażonych. Musiałam mieć zapew­ne błędny i wystraszony wyraz twarzy, bo ciotka, spojrzawszy na mnie raz, oderwała się od układa­nego pasjansa i już nie spuszczała ze mnie wzroku. Potem gestem wskazała mnie matce i powiedziała spokojnym, normalnym głosem, tak jakby mówiła o pogodzie:

— O, stoi za tobą.

Wrzasnęłam okropnie i zleciałam z krzesła. Przez trzy następne doby żadna siła na świecie nie zmu­siłaby mnie do wejścia do ciemnego pokoju.

Oprzytomniawszy nieco i wydobywszy się spod wpływu lektury o garbusie, rozmyślałam czas jakiś, aż doszłam do wniosku, że jednak zbrodnia jest ele­mentem bardziej frapującym niż miłość, nawet nadziemska. Od tego momentu zapragnęłam napisać kryminał.

Płynęły lata, czas leciał, wyszłam za mąż, zakoń­czyłam edukację, ale cokolwiek się działo, ciągle chciałam napisać powieść. Niestety, z upływem lat wyrosła we mnie przeszkoda nie do przezwycięże­nia. Podły los obdarzył mnie nadmierną wyobraź­nią, która utrudniała mi nie tylko ewentualną twór­czość, ale także i życie.

W życiu powodowała komplikacje małżeńskie. Pewnego dnia doszłam nagle do wniosku, że powin­nam wzbudzić w mężu nieco zazdrości. Na żadne rzeczywiste działania nie miałam czasu, ale wyobra­zić mogłam sobie wszystko, cokolwiek mi tylko strzeliło do głowy. Wyobraźnia zaczęła więc działać i zanim się zdążyłam obejrzeć, już zobaczyłam siebie przy boku szalenie przystojnego blondyna, który, wpatrzony we mnie olśnionym spojrzeniem, czynił wysiłki, żeby mnie poderwać. Oczywiście wszelkie jego starania były już z góry skazane na niepowodze­nie, bo przecież nie o romanse mi chodziło, tylko o demonstrację. Udawałam szalone nim zaintereso­wanie wyłącznie w tym celu, żeby mąż się wreszcie zaniepokoił. Długo to trwało, blondyn się zniecierp­liwił, mąż na nowo tak jakby zapłonął uczuciem, więc w końcu uznałam, że czas przystąpić do sceny puszczenia blondyna kantem i całą rzecz wyjaśnić.

Stałam nad deską i prasowałam dziecinne koszu­le. Oczyma wyobraźni widziałam wnętrze kawiarni „Krokodyl”, na piętrze, sala w głębi, po schodkach. Siedziałam z blondynem przy stoliku pod ścianą i wyjaśniałam mu subtelnie, że służył tylko za na­rzędzie, a moje płomienne uczucia do niego były wy­łącznie przemyślaną fikcją. Równocześnie wyrażałam nadzieję, że mi to wybaczy i że pozostaniemy w przyjaźni. Blondyn okazał się człowiekiem kultural­nym i na poziomie, nie wpadł przeze mnie w przesad­ną rozpacz, wybaczył i toczyliśmy konwersację w dos­konałej zgodzie i znakomitym humorze. Zamierzałam sobie dalej wyobrazić, jak mąż, szalejący z rozpaczy i odrodzonego uczucia, robi mi piekielną awanturę, jak mu padam w ramiona, jak wszystko się wyjaśnia i w idealnej harmonii gramy z blondynem w brydża. Czwartym mógł być byle kto.

Tymczasem w trakcie rozmowy z blondynem pat­rzyłam na wejście i nagle ujrzałam, jak w tym wejś­ciu staje mój mąż w towarzystwie szałowej blon­dynki...

Zdenerwowało mnie to nieco, bo tej sceny nie miałam w programie. Sięgnęłam po następną dzie­cinną koszulę i cofnęłam się do początków wyjaśnień z blondynem. Dojechałam do tego samego momentu konwersacji, spojrzałam na wejście i znów ujrzałam męża z szałową blondynką. Postanowiłam nie wal­czyć z obrazem, tylko patrzeć, co będzie dalej. Mąż z blondynką weszli i usiedli przy stoliku, mąż w lansadach, blondynka godna i królewska. Zaniedbałam mojego blondyna i przyglądałam się im w milczeniu.

Mąż wstał i poszedł do bufetu. Podniosłam się, podeszłam do blondynki, usiadłam obok i spytałam:

— Bardzo panią przepraszam, co panią łączy z tym panem, który pani towarzyszy?

Blondynka spojrzała na mnie z lekkim zdziwie­niem.

— To mój mąż — odpowiedziała spokojnie.

Nie wierzyłam własnym uszom. Niesłychanie zdu­miona obejrzałam się na faceta przy bufecie. Nie, no mój własny mąż, jak byk!

— Przecież ten pan jest żonaty! — zawołałam ze zgrozą.

— Ach, proszę pani — odparła blondynka pobłaż­liwie. — Cóż znaczą papierki wobec uczucia...

To było już zbyt wstrząsające! Nie wiem, co uczy­niłabym za chwilę w „Krokodylu”, gdyby nie to, że pod żelazkiem z sykiem roztopił mi się guzik z masy plastycznej. Gwałtownie oderwana od męża z blon­dynką, wyprowadzona z równowagi, podniosłam że­lazko i przez chwilę nie wiedziałam, co z nim zrobić. Usiłowałam je postawić na maselniczce, potem umie­ściłam je na filiżance z wodą do moczenia koszul, i wreszcie oprzytomniałam, kiedy zleciało z hukiem na podłogę.

Obraz blondynki był tak natrętny, że nie mogłam się go pozbyć i przez kilka dni odnosiłam się do męża podejrzliwie i nieufnie, co w połączeniu z na­prawą żelazka spowodowało przejściowe niesnaski.

Miałam przyjaciółkę, a przyjaciółka miała brata. Brat z kolei miał motocykl, żonę i antytalent mecha­niczny. Żona była czarującą kobietą, przy której nasi panowie wyraźnie nabierali wigoru. Jeszcze mój mąż się jako tako trzymał, bo, acz piękna, była nie w jego typie, ale mąż przyjaciółki na sam widok rzeczonej Danusi ogniem z nozdrzy parskał i iskry krzesał, a możliwe, że zdarzało mu się nawet zarżeć, kiedy nikt nie słyszał.

Wszystkie trzy pary miały motory i snuliśmy plany wspólnego spędzenia wędrownego urlopu. Zważyw­szy istotnie wyjątkowy antytalent mechaniczny brata przyjaciółki i jego doskonałe w tej dziedzinie nieróbs­two, obaj nasi mężowie już z góry zaprzysięgli się, że w razie awarii nie będą mu pomagać. Zaprzysięgali się tak już wielokrotnie w różnych okolicznościach i zawsze łamali przysięgę, robiąc za niego i warcząc, ale tym razem to miało być co innego.

— Ty sobie to wyobrażasz? — mówił marząco mąż przyjaciółki do mojego. — Tadeusz robi dętkę, a my nic! Tadeusz koło odkręca, oponę zdejmuje, a my sobie na trawce, w rowie... Masz pojęcie?

— Pompuje... — dodawał mój mąż równie ma­rząco. — A my nic!...

Jadąc trolejbusem i patrząc przez okno na zalaną słońcem ulicę, ujrzałam nagle doskonale mi znany widok: długa, szara szosa, drzewa po obu stronach, z boku szosy stoją trzy motory... Przy jednym z nich opływający potem nieszczęsny Tadeusz szarpie się z opornym kołem. Na zboczu zielonego, trawiaste­go rowu dwaj nasi mężowie promienni, tryskający humorem, szarmancko obskakują roześmianą Da­nusię. Istna sielanka! A my obie z przyjaciółką na uboczu, opuszczone, zapomniane, samotne...

Sugestywny obraz zasłonił mi cały świat. Wesz­łam w rolę!

Z niesmakiem przyjrzałam się rozflirtowanej gru­pie w rowie, a potem rzuciłam okiem na przyjaciółkę. Patrzyła również na nich, a na obliczu jej widniała ponura wściekłość. Uznałam, że przepełniają nas jednakowe uczucia, wobec czego mogę oczekiwać od niej pełnego zrozumienia. Trąciłam ją w łokieć i ges­tem wskazałam nasz motor, stojący z kluczykiem w stacyjce. Przyjaciółka bez słowa kiwnęła głową, w oczach jej zapłonął mściwy blask. Podeszłyśmy do motoru, zepchnęłam go z podnóżka i kopnęłam roz­rusznik. Zapalił natychmiast, co mogło się zdarzyć tylko w mojej fantazji, bo w rzeczywistości był wyjąt­kowo oporny w zapalaniu, ale nie miałam teraz czasu uwzględniać głupich fanaberii pojazdu mechaniczne­go. Zanim promienne towarzystwo w rowie zdążyło zwrócić na nas uwagę i zareagować, już silnik ryknął, już przyjaciółka siedziała za mną i wspaniałym zrywem ruszyłyśmy w siną dal. Ze złości leciałam stówą i nie było mowy o tym, żeby nas mogli dogonić, zresztą istotnie nasz motor ciągnął najwięcej ze wszystkich,

Po pewnym czasie dojechałyśmy do PTTK-u, w którym już uprzednio mieliśmy zamiar się zatrzy­mać. Ilości przejechanych kilometrów bliżej nie spre­cyzowałam, jak również czasu jazdy, zważywszy, że i tak nie wiadomo było, kiedy Tadeusz skończy robić koło. Zadowolone z przedsięwzięcia, usatysfakcjono­wane, zostawiłyśmy motor, zjadłyśmy obiad i czeka­łyśmy na pognębionych panów i władców, siedząc na schodkach budynku i obserwując widoczną w dali szosę.

Wyraźnie widziałam przed sobą sznur rosnących wzdłuż szosy drzew, bliżej krzewy, które zasłaniały zakręt, i jeszcze bliżej znów szosę. Usłyszałam war­kot motorów. Zbliżał się, narastał i nagle zza krze­wów, zza zakrętu, wypadły dwa znajome motocykle. Na jednym jechał mąż przyjaciółki z jej bratem, a na drugim... mój mąż z Danusią!!!

No nie, tego widzieć nie miałam zamiaru. Oni powinni byli przyjechać we właściwym zestawie, skru­szeni, zaniepokojeni, zażenowani swoim poprzednim, najzupełniej idiotycznym zachowaniem... A nie tak!

Wróciłam do punktu wyjścia. Znów siedziałyśmy w oczekiwaniu, znów usłyszałam w dali warkot. Zza zakrętu wyleciały dwa motory i znów to samo: mój mąż z Danusią!

Szlag mnie trafił. Opanowana sugestywnym ob­razem, zerwałam się z miejsca i popędziłam do mo­toru.

— Jedziesz?! — krzyknęłam z furią do przyjaciółki. Przyjaciółka solidarnie popędziła za mną. Nie­przytomna z wściekłości ruszyłam w dalszą drogę.

Dalej nastąpiły przedziwne komplikacje. Ponie­waż od początku nie przewidziałam zabrania ze sobą plecaka, już go nie zdołałam umieścić w polu widze­nia i byłyśmy pozbawione podstawowych rzeczy. Na dobitek nie sposób było ustalić miejsca ponownego spotkania, bo zbyt głęboko tkwiło we mnie przeko­nanie, że nasi mężowie są pozbawieni zdrowego rozsądku i nie potrafią nas znaleźć. Miałyśmy ich szukać? Wykluczone, ostatnia hańba! Nie, nie mogę pozwolić na takie zamieszanie tylko dlatego, że te­mu bałwanowi spodobało się jechać z Danusią, mu­szę temu wreszcie przeszkodzić!

Z uporem wróciłam po raz trzeci do tej samej sceny. Bezskutecznie! Po raz czwarty, piąty, szósty... Za każdym razem zza krzewów wypadała na motorze Danusia za moim mężem!

Ile się namęczyłam, żeby ją z tego motoru zrzucić, to przechodzi ludzkie pojęcie! Niestety, wyobraźnia była silniejsza ode mnie. Wysiadłam z trolejbusu nieprzy­tomna z wściekłości o dwa przystanki za daleko i tego samego dnia wieczorem zrobiłam mężowi bez żadne­go powodu okropną awanturę. Moje szczęście małżeń­skie było wyraźnie zagrożone.

Ta sama historia powtarzała się w powieściach. O moich bohaterach nie myślałam, widziałam ich. Widziałam, jak chodzą, siedzą, robią różne rzeczy, całkowicie niezależnie ode mnie. Żyli własnym ży­ciem, a ja mogłam im się tylko przyglądać.

Pół biedy było, kiedy ich poczynania miały jakiś sens. Niestety, to byli ludzie nieobliczalni i pełni głupich pomysłów!...

We wspaniałym kryminale, którego akcja zaczęła się toczyć przed moimi oczami, następowała kluczo­wa scena, w której bohaterowie w liczbie czterech siedzą w pokoju i toczą rozmowę, wyjaśniającą zasad­nicze zagadnienia powieści. Najważniejszy osobnik, młody, przystojny blondyn (znów blondyn! Co jest, swoją drogą, z tymi blondynami!) ma się włączyć w dyskusję w dramatycznym momencie, kiedy wszyst­ko się gmatwa i nikt nic nie rozumie, powodując przez to wystrzałowe rozwiązanie.

Z zainteresowaniem patrzyłam, jak siedzą i roz­mawiają, zdenerwowani, przejęci, pełni niepokoju. Wreszcie milkną, zdezorientowani, i spoglądają na blondyna. Ja też spojrzałam na blondyna.

Blondyn podniósł głowę, uśmiechnął się i zamiast zabrać głos, wstał z krzesła i wyszedł. Najzwyczajniej w świecie podszedł do drzwi, otworzył je i wyszedł.

Nie, no, idiota! Gdzie go diabli niosą? Miał mówić rewelacyjne rzeczy, a tymczasem wychodzi! Co za kretyńskie pomysły!

Zmęczyłam się okropnie, wracając w nieskończo­ność do tego samego momentu bez wpływu na po­czynania blondyna. Za każdym razem zamiast udzie­lać wyjaśnień podnosił się i wychodził. Wreszcie machnęłam ręką na zaplanowaną akcję i postanowi­łam patrzeć, co zrobi dalej. Może ma na myśli coś, co mnie do głowy nie przyszło?

Blondyn szedł korytarzem. Zbliżył się do drzwi, zaopatrzonych napisem: „WC męski", i wszedł do środka. No nie! Tego już za wiele! Istotnie, to mi nie przyszło do głowy!...

Zniechęcona i rozgoryczona zmieniłam nieco temat. Przestawiłam się na nielegalny i zakonspirowany ro­mans. Wyobraźnia miała największe pole do działania przy bezmyślnych zajęciach gospodarskich, więc tym razem trafiło mnie przy praniu. Zamiast mydlin kłę­biących się w pralce ujrzałam miejsce akcji, a mianowi­cie piękny, piętrowy budynek, były pałac, obecnie zamieniony na siedzibę jakiejś państwowej instytucji. Dookoła budynku stary, zapuszczony park, wysokie drzewa, alejki, częściowo porosłe trawą, zrujnowane ogrodzenie, za nim pola, łąki i lasy. W budynku mieszkała grupa ludzi, wydelegowana w te okolice przez macierzystą instytucję w celu spełnienia jakie­goś bardzo ważnego zadania. Rodzaj pracy tych państ­wa na razie mnie nie interesował.

Pośród innych osób była tam pewna pani i pewien pan, płonący ku sobie nawzajem niedwuznacznymi uczuciami. Pani miała męża, a pan żonę, przy czym obie te drugie połowy również były na miejscu obec­ne. Chwilowo dodawało to obrazowi miłej pikan­terii, ale gdybym wiedziała, jakie komplikacje przy­niesie mi później stan cywilny tych państwa, bez wątpienia starałbym się usilnie jakoś go zmienić.

Za lasem, na samym skraju, ujrzałam starą stodołę, spróchniałą, nie używaną i chylącą się ku upadkowi. W stodole leżało nieco siana, a na środku, między sąsiekami, stała bardzo stara, połamana, zardzewiała sprężynówka. Ta właśnie stodoła miała być miejscem spotkania nielegalnie romansujących.

Przez spotkanie przebrnęłam szczęśliwie, z powo­dzeniem przełamując takie trudności, jak niezbędne usunięcie z pola widzenia dwojga kantowanych mał­żonków oraz przedostanie się do stodoły zaintereso­wanych bohaterów bez świadków. Komplikacje za­częły się po powrocie z czarującej randki.

Otóż razem z powracającą panią na werandzie pa­łacu z niepokojem ujrzałam mundury milicji obywa­telskiej. Od razu mi się to nie podobało, ale zaryzyko­wałam i przez chwilę pozwoliłam działać władzy lu­dowej, a potem było już za późno. Morderstwo, po­pełnione w czasie nieobecności tych państwa, stało się faktem nieodwracalnym.

Oczywiście dwoje głównych bohaterów nie miało alibi, bo przecież usilnie się starali, żeby ich nikt nie widział, nie dość na tym, nie mogli się nawet przyz­nać do przebywania w swoim towarzystwie, bo mał­żonkowie słuchali. A ci państwo wcale nie zamierzali się ujawniać i powodować jakichś potężnych zabu­rzeń matrymonialnych, bo obie pary miały dzieci, małżeństwa były bardzo zgodne i świetnie dobrane i tylko chcieli sobie trochę spokojnie poromansować.

Wbrew trudnościom akcja toczyła mi się nadspo­dziewanie dobrze, nawet wizyta pani w stodole miała się przyczynić do wykrycia przestępcy i nagle nastąpi­ła katastrofa. Pani weszła do pokoju, zajmowanego wraz z mężem, i spojrzenie jej padło na stół. Na stole leżał list. Zwyczajny list w niebieskiej kopercie ze znaczkiem za 15 groszy. Pani się tym nie przejęła, ale mnie włosy stanęły dęba na głowie, bo znałam treść listu. To był anonim, który całą moją akcję rozsypał w gruzy.

Do końca prania usiłowałam ten anonim zlikwi­dować. Chciałam go wrzucić do ognia, dać myszom na pożarcie, wszelkimi siłami starałam się sprowa­dzić burzę i ulewę, która by go dokładnie rozmoczyła, wszystko na próżno. List leżał niewzruszenie jak sfinks na pustyni.

Przez ten przeklęty list wszystko się pomieszało. Pani już nie mogła współdziałać w wykrywaniu mor­dercy, znalezione na starej sprężynowce odciski pal­ców świadczyły na niekorzyść głównych bohaterów pod każdym względem, zakochana para przestała być zakochana i zaczęła się kłócić, aż wreszcie w tym całym zamieszaniu zginął mi gdzieś nieboszczyk. W takiej sytuacji byłam zmuszona zaniechać konty­nuowania tej niesłychanie skomplikowanej powieści.

Po pewnym czasie podjęłam jeszcze jedną próbę. Tym razem miało to być dzieło sensacyjno-obyczajowe. Na samym początku główny bohater, młody lekarz, obarczony żoną i potomkiem płci męskiej zamierzał wyjechać na urlop nad morze, gdzie właś­nie miała się toczyć wspomniana sensacyjna akcja. Oczywiście, z uwagi na rodzinę, był zmuszony je­chać slipingiem i to mnie zgubiło.

Kupowanie biletów sypialnych w okresie letnim jest czynnością trudną i skomplikowaną. Młody le­karz udał się pod Orbis w celu zajęcia miejsca w ogon­ku już poprzedniego dnia wieczorem i tym razem nawaliło mi całe oporne społeczeństwo. Pod Orbisem nie było nikogo, co w równym stopniu zaskoczyło mnie, jak i młodego lekarza. Po godzinie denerwowa­nia się nietypową sytuacją z ulgą ujrzeliśmy, on i ja, zbliżającego się starszego pana z parasolem. Pan z pa­rasolem robił wrażenie człowieka, dla którego stanie w ogonku po bilety sypialne jest chlebem powszed­nim. Zbliżył się do młodego lekarza, który na jego widok pełen nadziei zerwał się z parapetu orbisowskiego okna.

Obaj panowie zamienili ze sobą kilka zdań, przy czym pan z parasolem, wyraziwszy zdziwienie i obu­rzenie, że młody lekarz przebywa tu sam i nie dyspo­nuje uprzednio sporządzoną listą amatorów na bile­ty, zastygł w zamyśleniu. Młody lekarz, z wyrazem nadziei i ożywienia na twarzy, również zastygł w oczekiwaniu na inicjatywę starszego pana.

Tak mi obaj zastygli, stojąc naprzeciwko siebie w piękny, letni wieczór, przed wejściem do Orbisu na ulicy Brackiej, i chyba do dziś tam stoją. Ilekroć o tej scenie pomyślę, zawsze ich tak widzę. Stoją i ani drgną, nie zmieniając wyrazu twarzy.

I jak ja mogłam w tych warunkach napisać po­wieść?!

 

***

Postawiłam ostatni znak zapytania. Posiedziałam jeszcze chwilę nad maszyną, smutnie rozmyślając o swoich literackich niepowodzeniach, a potem zga­siłam papierosa, wstałam i poszłam do łazienki.

Puściłam wodę do wanny i odwróciłam się. Na wieszaku wisiał mój pasek od służbowego fartucha. Niebieski, świeżo uprany i uprasowany. I nagle, bez żadnego mojego udziału, wbrew wszelkim życze­niom, ujrzałam ten pasek okręcony wokół szyi nie­żyjącego, uduszonego człowieka...

Jezus, Mario, znów to samo! Natrętny obraz przed oczami, którego nie mogę się w żaden sposób poz­być! Nauczona latami smutnych doświadczeń, nie usiłowałam nawet walczyć z wyobraźnią. Poddałam się od razu i przyglądając się uważnie makabrycznej scenie, starałam się dojrzeć ofiarę. Kto to jest? Ach, już widzę! Jeden z moich współpracowników, insta­lator sanitarny, Tadeusz Stolarek!

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin