Sapkowski Andrzej - Trylogia o Reynevanie 02 - Bozy bojownicy.pdf

(2008 KB) Pobierz
Andrzej SAPKOWSKI
ANDRZEJ SAPKOWSKI
BOŻY BOJOWNICY
supernowa
WARSZAWA 2004
Świat, cni panowie, ostatnimi czasy wziął się nam i zwiększył. A i zmalał zarazem. Śmiejecie
się? Że niby bzdury plotę? Że jedno drugiemu przeczy? Wnet wam dowiodę, że bynajmniej.
Wyjrzyjcie, waszmościowie, oknem. Cóż to widzicie z niego, na cóż widok się roztacza? Na
stodółkę, odpowiecie zgodnie z prawdą, i na wychodek za nią. A cóż dalej jest, spytani, tam,
za wychodkiem? Owóż baczcie, że jeśli spytani dziewki, z piwem do nas spieszącej,
odrzecze, że za wychodkiem jest rżysko, za rżyskiem Jachymowa zagroda, za zagrodą
smolarnia, a dalej to już chyba Kozołupa Mała. Zapytam karczmarza naszego, ten, więcej
światłym będąc, doda, że to nie koniec wcale, że jest za Małą Kozołupą także Wielka
Kozołupa, za nimi osada Kocmyrów, za Kocmyrowem wieś Łazy, za Łazami Goszcz, a za
Goszczem to już chyba Twardogóra będzie. Ale baczcie, że im co uczeniejszego spytam
człeka, jako was, dla przykładu, tym dalej od stodółki naszej, wychodka naszego i obydwu
Kozołup odbieżym - boć bardziej światłemu rozumowi wiadomo, że się na Twardogórze
świat również nie kończy, że dalej są Oleśnica, Brzeg, Niemodlin, Nysa, Głubczyce, Opawa,
Nowy Jiczyn, Trenczyn, Nitra, Ostrzyhom, Buda, Belgrad, Raguza, Janina, Korynt, Kreta,
Aleksandria, Kair, Memfis, Ptolemais, Teby.... I co? Nie rośnie świat? Nie coraz większy nam
się stawa? A wżdy i to nie koniec jeszcze. Idąc za Teby, w górę Nilu, który jako rzeka Gichon
ze źródła w ziemskim raju wypływa, dojdziemy wszak do ziem Etiopów, za którymi, jak
wiadomo, jest Nubia pustynna, jest kraj Kusz gorący, Ofir złotodajny i cała niezmierzona
Africae Terra, ubi sunt leones. A dalej ocean, który całą ziemię opływa. Ale i na oceanie
owym są przecie wyspy jako to Cathay, Taprobane, Bragine, Oxidrate, Gynosophe i Cipangu,
kędy klimat cudownie urodzajny, a klejnoty górami leżą, piszą o tym uczony Hugon od
Świętego Wiktora i Piotr d'Ailly, jako i imć pan Jean de Mandeville, któren własnymi oczyma
cuda te oglądał. Tak tedy udowodniliśmy, że w ciągu tych paru minionych stuleci świat
zwiększył się nam istotną miarą. W pewnym sensie, ma się rozumieć. Bo jeśli nawet materii
samej światu nie przybyło, to nowych nazw przybyło mu na pewno. Jakżeż z tym, pytacie,
pogodzić twierdzenie, że świat nam zmalał? Już mówię i wywodzę. Upraszam tylko wprzód,
by nie drwić i nie dogadywać, bo to, co rzeknę, to nie mojej fantazji będą produkta, ale
wiedza z ksiąg zaczerpnięta. A z ksiąg drwić nie godzi się, w końcu, by powstały, ktoś
okrutnie musiał się napracować. Jak wiadomo, nasz świat jest to lądu spłachetek, formy niby
naleśnik krągłej, środek swój w Jeruzalem mający, zewsząd oceanem otoczony. Na
okcydensie kraniec ziemi stanowią Kalpa i Abyla, Słupy Herkulesowe, i cieśnina Gades
między niemi. Na południu, jak to dopiero co wywiodłem, rozpościera się ocean za Afryką.
Na południowym wschodzie kończą ląd stały podległa Księdzu Janowi India inferior, tudzież
ziemie Goga i Magoga. W septentrionalnej świata stronie ostatnim ziemi skrawkiem jest
Ultima Thule, tam zaś, ubi oriens iungitur aquiloni, leży ziemia Mogal, czyli Tartaria. Na
wschodzie natomiast świat kończy się na Kaukazie, kawałek za Kijowem. A teraz
dochodzimy do rzeczy sedna. Znaczy się, do Portugalczyków. A konkretnie do infanta
Henryka, książęcia Viseu, syna króla Jana. Portugalia, skryć się tego nie da, królestwo nie za
wielkie, infant króla synem dopiero trzecim w kolejce, nie dziwota tedy, że ze swej siedziby
w Sagres częściej i z większą nadzieją na morze niż ku Lizbonie spoglądał. Skrzyknął do
Sagres astronomów i kartografów, mądrych Żydów, żeglarzy i kapitanów, majstrów
szkutników. I zaczęło się. W Roku Pańskim 1418 dotarł kapitan Joao Gonzalves Zarco do
wysp znanych jako Insulas Canarias, Kanaryjskie, nazwa stąd, że psów tam mnogość
stwierdzono nadzwyczajną. Wnet potem, w 1420, tenże Gonzalves Zarco wraz z Tristanem
Vaz Teixeirą dopłynęli do wyspy ochrzczonej Maderą. W 1427 dotarły karawele Diega de
Silves do wysp, które nazwano Azorami - skąd nazwa, Diegu jeno i Bogu wiadomo. Kilka lat
zaledwie temu, w 1434, opłynął kolejny Portugalczyk, Gil Eanes, Przylądek Boiador. A wieść
niesie, że następne już szykuje przedsięwzięcia infant Dom Henrique, którego już niektórzy
"Żeglarzem" - El Nauegador - nazywać poczynają. Iście w podziwie mam onych
morzepławców i w estymie trzymam ich wielkiej. Nieustraszeni są to ludzie. Wszak horror to
na ocean się zapuszczać pod żaglami. Toż tam szkwały i sztormy, skały podwodne, góry
magnetyczne, morza wrzące i klejMe, cięgiem jeśli nie wiry, to turbulencje, a jeśli nie
turbulencje, to prądy. Od potworów aż się roi, pełno tam smoków wodnych, serpensów
morskich, trytonów, hippokampów, syrenów, delfinów i płastug. Roją się w morzu
sanguissugae, polypi, octopi, locustae, cancri, pistrioci różne et huic similia. A
najstraszniejsze na końcu - bo tam, gdzie kończy się ocean, za krawędzią, zaczyna się Piekło.
Czemu, myślicie, słońce zachodzące jest takie czerwone? Otóż dlatego, że przegląda się w
piekielnych ogniach. Po całym oceanie rozsiane zaś są dziury; gdy karawelą na taką dziurę
niebacznie napłynąć, wprost do piekła się spada, na łeb na szyję, z korabiem i ze wszystkim.
Takim to widać obrazem zostało stworzone, by nie dać człeku śmiertelnemu po morzach
pływać. Piekło karą dla tych, co zakazy łamią. Ale, jak znam życie, Portugalczyków to nie
powstrzyma.
Albowiem navigare necesse est, a za horyzontem są wyspy i lądy, które trzeba odkryć. Trzeba
nanieść na mapy daleką Taprobane, opisać w roteiros drogę do tajemniczego Cipangu,
oznaczyć na portolanach Insole fortunate, Wyspy Szczęśliwe. Trzeba płynąć dalej, szlakiem
świętego Brendana, szlakiem marzeń, ku Hy Brasil, ku niewiadomemu. Po to, by niewiadome
uczynić wiadomym i znanym. I oto - quod erat demonstrandum - maleje nam i kurczy się
świat, .bo jeszcze trochę, a wszystko już znajdzie się na mapach, na portolanach i w roteiros. I
nagle wszędzie zrobi się blisko. Maleje nam świat i ubożeje jeszcze o jedno - o legendy. Im
dalej żeglują portugalskie karawele, im więcej wysp odkrytych i nazwanych, tym legend robi
się mniej. Co i rusz jakaś rozwiewa się niby dym. Coraz to o kolejne marzenie jesteśmy
ubożsi. A gdy umiera marzenie, ciemność wypełnia miejsce przez nie osierocone. W
ciemności zaś, zwłaszcza gdy do tego jeszcze rozum uśnie, zaraz budzą się potwory. Że co?
Że już ktoś to powiedział? Panie dobry! A czy jest coś takiego, czego już ktoś kiedyś nie
powiedział? Och, ależ mi w gardle zaschło... Czy piwem, pytacie, nie pogardzę? Z pewnością
nie. Co mówicie, pobożny bracie od świętego Dominika? Aha, że czas przestać pleść nie na
temat i do opowieści powrócić? Do Reynevana, Szarleja, Samsona i innych? Prawiście,
bracie. Czas. Powracam tedy. Rok nastał Pański 1427. Pamiętacie, co przyniósł? A jakże. Nie
da się zapomnieć. Ale przypomnę. Wiosną wonczas, w marcu bodajże, na pewno przed
Wielkanocą, ogłosił papież Marcin V bullę Saluatoris omnium, w której konieczność kolejnej
krucjaty przeciw Czechom kacerzom proklamował. W miejsce Jordana Orsiniego, który
leciwy był i haniebnie nieudolny, obwołał papa Marcin kardynałem i legatem a latere
Henryka Beauforta, biskupa Winchestera, brata przyrodniego króla Anglii. Beaufort aktywnie
bardzo sprawy się ujął. Wnet krucjatę postanowiono, która mieczem i ogniem husyckich
apostatów pokarać miała. Wyprawę pieczołowicie przygotowano, pieniądze, rzecz w wojnie
pierwszorzędną, skrzętnie zgromadzono. Tym razem, dziw nad dziwy, nikt grosiwa tego nie
rozkradł. Jedni kronikarze mniemają, że krzyżowcy zrobili się uczciwsi. Inni - że po prostu
pilnowano lepiej. Wodzem głównym krucjaty obwołał sejm frankfurcki Ottona von
Ziegenhaina, arcybiskupa Trewiru. Wezwano, kogo się dało, pod broń i krzyżowe znaki. I
wnet stanęły w gotowości armie. Stawił się z wojskiem Fryderyk Hohenzollern Starszy,
elektor brandenburski. Stanęły pod bronią Bawary pod księciem Henrykiem Bogatym, stanął
falcgraf Jan z Neumarktu i brat jego, falcgraf Otto z Mosbachu. Przybył na punkt zborny
małoletni Fryderyk Wettyn, syn złożonego niemocą Fryderyka Walecznego, elektora
Saksonii. Przybyli - każdy z hufem silnym - Raban von Helmstett, biskup Speyeru, Anzelm
von Nenningen, biskup Augsburga, Fryderyk von Aufsess, biskup Bambergu. Jan von Brun,
biskup Wiirzburga. Depolt de Rougemont, arcybiskup Besan?on. Przybyli zbrojni ze Szwabii,
Hesji, Turyngii, z północnych miast Hanzy. Krucjata ruszyła z początkiem lipca, w tygodniu
po Piotrze i Pawle, przeszła granicę i pociągnęła w głąb Czech, drogę swą trupami i pożarami
znacząc. W środę przed Jakubem krzyżowcy, wzmocnieni siłami katolickiego czeskiego
landfrydu, stanęli pod Strzybrem, na którym siedział husycki pan Przybik de Clenove, i gród
obiegli, z ciężkich bombard bardzo przykro go ostrzeliwując. Pan Przybik trzymał się jednak
dzielnie i poddawać nie myślał. Oblężenie trwało, czas uciekał. Niecierpliwił się kurfirst
brandenburski Fryderyk, toż to krucjata, wołał, radził bez zwłoki iść dalej, atakować Pragę.
Praga, wołał, to caput regni, kto ma Pragę, ten ma Czechy... Gorące, skwarne było lato roku
1427.
A co, pytacie, na to Boży bojownicy? Co Praga, pytacie?
Praga...
Praga śmierdziała krwią.
Rozdział pierwszy
w którym Praga śmierdzi krwią, Reynevan jest śledzony, a potem - kolejno - nudzi rutyną,
wspomina, tęskni, świętuje, walczy o życie i tonie w pierzynie. A w tle historia Europy fika
kozły, wywija hołubce i piszczy na zakrętach.
Praga śmierdziała krwią.
Reynevan obwąchał oba rękawy kubraka. Dopiero co opuścił był szpital, w szpitalu zaś, jak to
w szpitalu, wszystkim bez mała puszczano krew i regularnie cięto wrzody, a i amputacje
odbywały się z częstotliwością godną lepszej sprawy. Odzienie mogło przesiąknąć odorem,
nie byłoby w tym absolutnie żadnej sensacji. Ale kubrak wydzielał tylko woń kubraka. Żadnej
innej. Uniósł głowę, powęszył. Od północy, z lewego brzegu Wełtawy, dolatywał zapach
chwastów i badyli palonych w sadach i winnicach. Od rzeki niosło nadto mułem i padliną -
panowały upały, woda opadła mocno, odsłonięte brzegi i wyschnięte łachy od dłuższego już
czasu dostarczały miastu niezapomnianych wrażeń zapachowych. Ale
tym razem to nie muł śmierdział. Reynevan był tego pewien. Lekki a zmienny wiaterek
zawiewał niekiedy od wschodu, od strony Bramy Porzyczskiej. Od Witkowa. A ziemia pod
Witkowskim Wzgórzem mogła, i owszem, wydzielać zapach krwi. Bo też i niemało w nią
wsiąkło. To chyba jednak niemożliwe. Reynevan poprawił na ramieniu rzemień torby i
raźnym krokiem ruszył w dół uliczki. To niemożliwe, by z Witkowa czuć było krew. Po
pierwsze, to dość daleko. Po drugie, bitwa miała miejsce latem roku 1420. Przed siedmioma
laty. Siedmioma długimi laty. Minął, energicznie maszerując, kościół Świętego Krzyża. A
smród krwi nie rozwiał się. Wręcz przeciwnie. Nasilił. Bo nagle dla odmiany powiało od
zachodu. Ha, pomyślał, patrząc w stronę niedalekiego getta, kamień to nie ziemia, stare cegły
i tynki pamiętają wiele, wiele potrafi w nich przetrwać. Co wchłoną, to śmierdzi długo. A
tam, pod synagogą, w uliczkach i domach, krew lała się jeszcze obficiej niż na Witkowie. I w
czasach nieco mniej odległych. W roku 1422, podczas krwawego pogromu, w czas
zamieszek, jakie wybuchły w Pradze po egzekucji Jana Żeliwskiego. Rozwścieczony
ścięciem swego lubianego trybuna lud Pragi powstał, by mścić, by palić i zabijać.
Najmocniej, jak zwykle, oberwało się przy tym dzielnicy żydowskiej. Żydzi ze zgładzeniem
Żeliwskiego nie mieli absolutnie nic wspólnego i winy za jego los nie ponosili w
najmniejszym nawet stopniu. Ale komu to przeszkadzało? Reynevan za świętokrzyskim
cmentarzem skręcił, przeszedł obok szpitala, wyszedł na Stary Targ Węglowy, przeciął
placyk i zagłębił się w bramy i ciasne zaułki wiodące ku Długiej Trzidzie. Zapach krwi ulotnił
się, zginął w morzu innych zapachów. Bramy i zaułki śmierdziały bowiem wszystkim, co
tylko można było sobie wyobrazić. Długa Trzida powitała go natomiast dominującym i
oszałamiającym wręcz zapachem pieczywa. W piekarskich kramach, na ladach i ławach
złociły się, jak okiem sięgnąć, pyszniły i pachniały słynne praskie wypieki.
Choć w hospicjum śniadał i głodu nie czuł, nie opanował się - w pierwszej z brzegu piekarni
kupił dwie świeżutkie bułki. Bułki, zwane tu caltami, miały kształt tak sugestywnie
erotyczny, że przez dłuższy czas Reynevan wędrował Długą Trzidą jak we śnie, obijając się o
kramy, pogrążony w gorących jak pustynny wicher myślach o Nikoletcie. O Katarzynie
Biberstein. Wśród przechodniów, na których wpadał i których potrącał zamyślony, było kilka
nader atrakcyjnych prażanek w różnym wieku. Nie zauważał. Przepraszał w roztargnieniu i
szedł dalej, na przemian gryząc caltę i wpatrując się w nią jak urzeczony. Rynek Staromiejski
oprzytomnił go smrodem krwi.
Ha, pomyślał Reynevan, kończąc caltę, tutaj to może i nic dziwnego. Dla tych akurat bruków
krew to nie nowina. Jana Żeliwskiego i dziewięciu jego towarzyszy ścięto wszak właśnie tu,
na Staromiejskim Ratuszu, zwabiwszy ich tam w ów marcowy poniedziałek. Gdy po
zdradzieckiej kaźni myto ratuszowe posadzki, czerwona piana lała się spod wrót strugami,
ściekając podobno aż pod stojący pośrodku rynku pręgierz i tworząc tam ogromną kałużę. A
krótko później, gdy wieść o śmierci trybuna wywołała w Pradze wybuch gniewu i żądzę
zemsty, krew popłynęła wszystkimi okolicznymi rynsztokami. W kierunku Matki Bożej Przed
Tynem szli ludzie, tłoczyli się w prowadzącym ku wrotom świątyni podsklepiu. Rokycana
będzie kazał, pomyślał Reynevan. Warto by posłuchać, pomyślał, co Jan Rokycana ma do
powiedzenia. Słuchanie kazań Jana Rokycany zawsze popłacało. Zawsze. Zwłaszcza zaś
teraz, w czasach, gdy tak zwany bieg wydarzeń dostarczał tematów do kazań w
zastraszającym wręcz tempie. Było, oj, było o czym kazać. I warto było słuchać. Nie ma
czasu, uświadomił sobie. Są pilniejsze sprawy, pomyślał. I jest problem. Polegający na tym,
że jestem śledzony.
W tym, że go śledzą, Reynevan połapał się już dawno. Zaraz po wyjściu z hospicjum, przy
Świętym Krzyżu.
Śledzący byli bardzo sprytni, nie rzucali się w oczy, kryli bardzo zręcznie. Ale Reynevan
połapał się. Bo nie był to pierwszy raz. Wiedział - w zasadzie - kim byli śledzący i z czyjego
rozkazu działali. Nie miało to jednak większego znaczenia. Musiał ich zgubić. Miał nawet
plan.
Wszedł na ludny, gwarny i śmierdzący Targ Bydlęcy, wmieszał się w tłum idący w stronę
Wełtawy i Kamiennego Mostu. Chciał zniknąć, a na Moście, w wąskim gardle, ciasnym
przesmyku łączącym Stare Miasto z Małą Straną i Hradczanami, w zgiełku i ciżbie, były duże
szansę na zniknięcie. Reynevan kluczył w ścisku, potrącając przechodniów i zarabiając na
obelgi. - Reinmar! - jeden z potrąconych, miast, jak inni, poczęstować "skurwysynem",
powitał go imieniem od chrztu. - Dla Boga! Ty tutaj? - Ja tutaj. Posłuchaj, Radimie... Chryste,
co to tak cuchnie? - To - Radim Tvrdik, niski i niezbyt młody mężczyzna wskazał na wiadro,
które taszczył. - To glina i szlam. Z brzegu rzeki. Potrzebne mi... Wiesz, do czego. - Wiem -
Reynevan rozejrzał się niespokojnie. - A jakże.
Radim Tvrdik był, jak wiedzieli wszyscy wtajemniczeni, czarnoksiężnikiem. Radim Tvrdik
był też, jak wiedzieli niektórzy wtajemniczeni, opętany ideą stworzenia sztucznego
człowieka, golema. Wszyscy - nawet mało wtajemniczeni - wiedzieli, że jedynego jak do tej
pory golema udało się w bardzo dawnych czasach stworzyć pewnemu praskiemu rabinowi, w
zachowanych dokumentach nazywanego przekręconym zapewne imieniem Bar Halevi.
Dawnemu Żydowinowi, jak chciało podanie, za surowiec do wytworzenia golema posłużyły
glina, szlam i muł pobrane z dna Wełtawy. Tvrdik - jako jedyny - prezentował jednak pogląd,
że rolę czynnika sprawczego odegrały tu nie ceremonie i zaklęcia, znane zresztą, lecz
określona koniunkcja astrologiczna, mająca wpływ na przedmiotowy szlam i daną glinę, na
ich właściwości magiczne. Nie mając wszelakoż pojęcia, o jaki konkretnie układ planet iść by
mogło, Tvrdik działał metodą prób i błędów - pobierał glinę tak często, jak zdołał, w nadziei,
że kiedyś wreszcie trafi na tę właściwą. Pobierał też z różnych miejsc. Dziś jednak przesadził
- wnosząc ze smrodu, pobrał wprost spod jakiegoś sracza. - Nie w pracy, Reinmarze? - spytał,
wycierając czoło wierzchem dłoni. - Nie w szpitalu? - Wziąłem wolne. Nie było nic do
roboty. Spokojny dzień.
Zgłoś jeśli naruszono regulamin