Csikszentmihalyi Mihaly - Urok codzienności.doc

(16233 KB) Pobierz
Urok codzienności

 

 

Mihaly Csikszentmihalyi

 

Urok codzienności

 

Książka dla tych, którzy chcą więcej z życia wziąć i więcej mu dać

 

 

Spis treści

 

Rozdział 1 Struktury życia codziennego             

Rozdział 2 Składniki doświadczenia             

Rozdział 3  Rola samopoczucia                                    

Rozdział 4  Paradoks pracy               

Rozdział 5 Zagrożenia i pożytki płynące z czasu wolnego             

Rozdział 6 Związki z innymi a jakość żyda 

Rozdział 7  Zmiana stylu żyda  

Rozdział Osobowość autoteliczna    

Rozdział 9  Miłość losu                           

 

 

Struktury życia codziennego

 

 

Jeśli naprawdę chcemy żyć, lepiej spróbujmy natychmiast;

Jeśli nie chcemy, to bez znaczenia, ale lepiej zacznijmy umierać. W. H. Auden.

 

 

 

Przytoczone powyżej słowa Audena oddają istotę tej książki. Wybór jest prosty: pomiędzy chwilą obecną a nieuchronnym kresem naszych dni możemy dokonać wyboru, by żyć lub by umrzeć. Życie biologiczne jest procesem, który, jeśli tylko zatroszczymy się o potrzeby ciała, toczy się automatycznie. Ale żyć w takim znaczeniu, jakie miał na myśli Auden , to nigdy nie jest coś, co dzieje się samo przez się. Właściwie wszystko się przeciwko temu sprzysięga: jeśli sami nie nadamy kierunku naszemu życiu, ulegnie ono wpływom zewnętrznym i służyć będzie jakiejś innej sile. Zaprogramowane biologicznie instynkty posłużą się nim do replikacji materiału genetycznego, którego jesteśmy nośnikami; kultura zmusi nas do tego, abyśmy wykorzystali je do krzewienia jej wartości i umacniania jej instytucji; inni ludzie będą usiłowali, na ile tylko im się uda, wykorzystać naszą energię dla swych własnych celów, zwykle nieoglądając się na skutki, jakie to może mieć dla nas. Nie możemy oczekiwać, że ktoś pomoże nam żyć; sami musimy odkryć, jak to zrobić.

Co zatem w tym kontekście znaczy „żyć"? Nie chodzi tu oczywiście o czysto biologiczne przetrwanie. „Żyć" to żyć w pełni, bez marnotrawstwa czasu i energii, dając wyraz niepowtarzalności jednostki, a jednocześnie będąc w pewien szczególny sposób częścią złożoności kosmosu. W tej książce przyjrzymy się różnym stylom życia z tej właśnie perspektywy, opierając się na zdobyczach współczesnej psychologii i na moich własnych badaniach, a również na mądrości czerpanej z całego dorobku ludzkości.

Do pytania , ,Na czym polega dobre życie?'' podejdę w sposób bardzo skromny. Miast szafować proroctwami i tajemnicami, postaram się jak najściślej trzymać racjonalnych przesłanek, koncentrując uwagę na sprawach przyziemnych, to jest na typowych zdarzeniach, jakie stają się zazwyczaj naszym udziałem każdego zwykłego dnia.

Co rozumiem przez „dobre życie", najlepiej chyba zilustruje konkretny przykład. Przed laty prowadziłem wraz ze studentami badania w zakładzie zajmującym się montażem taboru kolejowego. Głównym pomieszczeniem była ogromna, brudna hala, w której z powodu ciągłego hałasu z trudem można się było porozumieć. Większość pracujących tam spawaczy nienawidziła swej pracy, toteż co chwila wszyscy zerkali na zegar w oczekiwaniu na fajrant. Znalazłszy się za bramą fabryki, spieszyli do pobliskich knajp albo wyjeżdżali poza granicę stanu w poszukiwaniu atrakcyjniejszych rozrywek.

Wszyscy, z jednym tylko wyjątkiem. Był nim Joe, półanalfabeta, mężczyzna po sześćdziesiątce, który sam nauczył się rozumieć i naprawiać każdy element wyposażenia fabryki, od dźwigu po monitor komputerowy. Joe uwielbiał wyszukiwać niesprawny sprzęt, ustalać, co jest nie w porządku, i naprawiać to. W czasie wolnym od pracy Joe wraz ze swoją żoną założyli na dwóch sąsiadujących z ich domem pustych parcelach rozległy ogród skalny, a w nim wybudowali okolone tęczową mgiełką fontanny. Stu z górą spawaczy pracujących w tej samej fabryce darzyło go prawdziwym szacunkiem, choć jego postępowanie nie było dla nich zrozumiałe. Lecz gdy pojawiały się jakieś kłopoty, prosili go o pomoc. Wielu z nich twierdziło, że bez Joego fabryka nie mogłaby istnieć.

Spotkałem w życiu wielu szefów ogromnych przedsiębiorstw, wpływowych polityków, kilkudziesięciu laureatów Nagrody Nobla, słowem: ludzi wybitnych, którzy wiedli wspaniałe pod wieloma względami życie, w żadnym jednak wypadku nie było ono lepsze niż życie Joego. Co zatem czyni życie takie jak jego pogodnym, pożytecznym i wartym przeżycia? Oto właśnie kluczowe pytanie, które stawia ta książka.

U podstaw mojej koncepcji legły trzy główne założenia. Pierwsze, że prorokom, poetom i filozofom udało się na przestrzeni wieków zgromadzić prawdy o doniosłym znaczeniu dla naszego przetrwania. Zostały one jednak wyrażone za pomocą pojęć i słów swoich czasów, by więc się nimi posłużyć, każde pokolenie musi najpierw odkryć je na nowo i ponownie zinterpretować. Święte księgi judaizmu, chrześcijaństwa, islamu, buddyzmu czy też Wedy są najświetniejszymi skarbnicami myśli, a dla naszych przodków miały najistotniejsze znaczenie, zlekceważenie ich zatem byłoby przejawem iście dziecięcego zarozumialstwa. Równie naiwnym byłoby jednak sądzić, że wszystko, co zostało niegdyś zapisane, zawiera prawdę absolutną, która trwa wiecznie.

Drugim filarem, na którym opiera się moja książka, jest przekonanie, że nauka dostarcza obecnie wiedzy najważniejszej dla ludzkości. Lecz również prawda naukowa wyrażana jest językiem swoich czasów, dlatego sama ulega zmianom i w przyszłości może zostać odrzucona. We współczesnej nauce tkwi, być może, tyle samo zabobonów i nieporozumień, ile kryło się w dawnych mitach. Zbyt bliska perspektywa czasowa nie pozwala nam jednak tego ocenić. Kto wie, czy w końcu zdolność do postrzegania pozazmysłowego oraz energia duchowa nie umożliwią nam bezpośredniego kontaktu z prawdą, bez uciekania się do teorii i laboratoriów? Chodzenie na skróty jest jednak niebezpieczne; nie powinniśmy łudzić się, że nauka poczyniła większe postępy, niż jest w istocie, ale na szczęście — czy na nieszczęście - nauka jest w dzisiejszych czasach najrzetelniejszym lustrem rzeczywistości, ryzykownym byłoby więc ją lekceważyć.

Trzecie założenie głosi, że jeśli pragniemy zrozumieć, na czym polega prawdziwe „życie", powinniśmy wsłuchać się w głosy przeszłości i zintegrować ich przesłanie z wiedzą, jaką stopniowo dzięki nauce gromadzimy. Niektóre ideologiczne koncepcje - jak „powrót do natury" Rousseau, prekursorka freudowskiej wiary - to po prostu pustosłowie, jeśli nie ma się pojęcia, czym jest natura ludzka.

Przeszłość nie daje zatem żadnej nadziei, a teraźniejszość rozwiązania. Nie polepszymy też naszej sytuacji, rzucając się na łeb, na szyję, w wyimaginowaną przyszłość. Jedynym sposobem odkrycia, na czym polega życie, jest cierpliwe i mozolne usiłowanie zrozumienia minionych czasów oraz możliwości, jakie niesie przyszłość, przynajmniej w takim stopniu, w jakim możemy oszacować je teraz.             

„Życie" zatem będzie dla nas w dalszych partiach tej książki wszystkim, czego doświadczamy od świtu do zmierzchu, siedem dni w tygodniu, przez -jeśli dopisze nam szczęście -jakieś siedemdziesiąt lat, a nawet dłużej, jeśli szczęście dopisze nam naprawdę. Perspektywa ta może się wydać nieco wąska w porównaniu ze znacznie wznioślejszymi wizjami, z jakimi oswoiły nas mity i religie. Wszelako -by odwrócić zasadę Pascala -najlepszą, jak się zdaje, w przypadku wątpliwości strategią będzie przyjąć, iż owe siedemdziesiąt kilka lat to nasza jedyna okazja, by doświadczyć kosmosu, należy więc z niej w pełni skorzystać. Bo jeśli tego nie uczynimy, możemy utracić wszystko; jeśli zaś się mylimy, a życie pozagrobowe naprawdę istnieje, nie tracimy niczego.

Jakość takiego życia jest częściowo zdeterminowana przez procesy chemiczne zachodzące w naszym ciele, interakcje biochemiczne pomiędzy organami, słabe impulsy elektryczne przeskakujące między synapsami naszego mózgu oraz uporządkowanie informacji narzucone naszej świadomości przez kulturę. W gruncie rzeczy jednak prawdziwa jakość życia -to, co robimy i jak się z tym czujemy - uzależniona jest od naszych myśli i emocji, od interpretacji owych procesów chemicznych, biologicznych i społecznych. Badanie strumienia świadomości, który przepływa przez nasz umysł, jest domeną fenomenologii. Przez ostatnie trzydzieści lat pracowałem nad rozwojem fenomenologii systematycznej, wykorzystującej narzędzia stosowane w naukach społecznych -zwłaszcza w psychologii i socjologii - by odpowiedzieć na pytanie: Czym jest życie? A także na pytanie bardziej praktycznej natury: Jak każdy z nas może stworzyć sobie dobre życie?

Pierwszy krok ku odpowiedzi na tego rodzaju pytania wymaga trafnego określenia sił, które nadają kształt temu, czego możemy doświadczyć. Czy to się nam podoba, czy nie, każdy z nas podlega wyraźnym ograniczeniom w tym, co jest zdolny zrobić i odczuć. Bagatelizowanie ich wiedzie do zaprzeczenia ich istnieniu, a w rezultacie do porażki. By osiągnąć cel i stworzyć sobie dobre życie, musimy najpierw zrozumieć rzeczywistość codzienności, ze wszystkimi koniecznościami i potencjalnymi rozczarowaniami, jakie ze sobą niesie. W wielu starożytnych mitach bohaterowie poszukujący szczęścia, miłości lub nieśmiertelności musieli najpierw odbyć podróż przez podziemne światy. Dante, nim dane mu było cieszyć się wspaniałościami niebios, musiał przemierzyć okropności piekła, by móc zrozumieć, co nie pozwala nam przekroczyć bramy niebieskiej. Tak samo postąpić musimy, wybierając się w naszą bardziej świecką podróż.

 

Pawiany żyjące na afrykańskich równinach przeznaczaj ą mniej więcej trzecią część życia na sen, a gdy się obudzą, dzielą czas pomiędzy przemieszczanie się, wynajdowanie i spożywanie jedzenia oraz odpoczynek, który sprowadza się głównie do kontaktów z innymi osobnikami i iskania sobie wzajemnie filtra w poszukiwaniu wszy. Nie jest to wielce pasjonująca egzystencja, lecz doprawdy niewiele się zmieniło, odkąd istoty ludzkie oddzieliły się od wspólnych z małpami przodków. Wymogi życia nadal decydują o tym, że wykorzystujemy czas w sposób wcale nie tak bardzo odmienny od tego, jaki jest właściwy afrykańskim pawianom. Większość ludzi poświęca na sen około jednej trzeciej doby, pozostałą zaś część spożytkowuje na pracę, przemieszczanie się i odpoczynek - w takich samych mniej więcej proporcjach, co pawiany. A jak wykazał historyk Emanuel Le Roy Ladurie, w trzynastowiecznych francuskich wsiach (które w ówczesnym świecie należały do najbardziej rozwiniętych cywilizacyjnie) najpopularniejszą rozrywką było nadal iskanie się. Dziś oczywiście mamy telewizję.

Cykle odpoczynku, wytwarzania, konsumpcji i kontaktów z innymi w takim samym stopniu jak nasze zmysły -wzrok, słuch i pozostałe -wpływają na to, jak doświadczamy życia. Ponieważ nasz system nerwowy tak jest skonstruowany, iż może przetwarzać w danym momencie tylko niewielkie porcje informacji, więc sporej części tego, czego doświadczamy, z konieczności doświadczamy kolejno -jedno po drugim. Przysłowie mówi, że nawet bogacze mogą nosić naraz tylko jedną koszulę. Możemy zatem w jednej chwili połknąć tylko jeden kęs, słuchać jednej piosenki, czytać tylko jedną gazetę i prowadzić jedną rozmowę. To właśnie te ograniczenia podzielności uwagi, decydujące o ilości energii psychicznej, jaką dysponujemy do percepcji świata, ustanawiają sztywny scenariusz, wedle którego mamy żyć. To, czym ludzie się zajmowali i ile czasu temu poświęcali, jest zresztą w różnych czasach i w rozmaitych kulturach zdumiewająco podobne.

Stwierdziwszy, że pod wieloma istotnymi względami wszystkie biografie wykazują pewne podobieństwa, trzeba jednak dodać, że istnieją także oczywiste różnice. Makler giełdowy z Manhattanu, chiński wieśniak i żyjący na pustyni Kalahari Buszmen odegraj ą ów podstawowy, ludzki scenariusz w sposób, który na pierwszy rzut oka będzie całkowicie odmienny. Historycy, Natalie Zemon Davis i Arlette Farge, pisząc o Europie okresu od szesnastego do osiemnastego wieku, zauważają: Życie codzienne toczyło się w ramach trwałych hierarchii, opartych na przynależności do określonej płci oraz grupy społecznej. Wniosek ten jest prawdziwy dla wszystkich znanych nam społeczności - to, jak ktoś żyje, zależy przede wszystkim od jego płci, wieku i pozycji społecznej.

Okoliczności związane z urodzeniem umieszczają człowieka w czymś na kształt przegródki. One właśnie określają, z jakiego rodzaju doświadczeń składać się będzie jego życie. Sześciu-siedmioletni chłopiec, urodzony dwieście lat temu w ubogiej rodzinie w jednym z przemysłowych regionów Anglii, codziennie, przez sześć dni w tygodniu, budził się najprawdopodobniej około piątej rano, po czym biegł do fabryki, by do zmierzchu obsługiwać szczękające krosna. Często zdarzało się, że umierał z wyczerpania, jeszcze zanim został nastolatkiem. Dwunastoletnia dziewczynka mieszkająca w tym samym czasie w jednym z jedwabniczych regionów Francji przesiadywała całe dnie nad balią, zanurzając we wrzącej wodzie kokony jedwabnika, by rozpuścić kleistą substancję zlepiającą nici. Siedząc w wilgotnym ubraniu od świtu do zmierzchu, miała wszelkie dane po temu, by zapaść na jakąś chorobę układu oddechowego, a od gorącej wody traciła czucie w palcach. Tymczasem dzieci arystokratów uczyły się tańczyć menueta i prowadzić konwersację w obcych językach.

To samo zróżnicowanie perspektyw życiowych istnieje po dziś dzień. Jakich doświadczeń może w dzisiejszych czasach oczekiwać dziecko urodzone w przemysłowych dzielnicach nędzy Los Angeles, Detroit, Kairu czy Meksyku? Jak będą się one różniły od tego, co czeka dziecko z dostatniego amerykańskiego przedmieścia lub z zamożnej szwedzkiej czy szwajcarskiej rodziny? Niestety, o tym, że ktoś rodzi się ubogi, a do tego z jakimś defektem fizycznym, inny zaś wchodzi w życie wyposażony w urodę, dobre zdrowie i pokaźne konto w banku, nie decyduje ani sprawiedliwość, ani żadna podobna jej zasada.

Chociaż więc główne parametry życia są raz na zawsze ustalone i nikt nie może uniknąć odpoczywania, jedzenia, kontaktowania się z innymi i wykonywania choćby minimum pracy, to jednak ludzkość dzieli się na kategorie społeczne, przynależność do których w znacznej mierze decyduje o tym, czego w ciągu życia doświadczamy. Ale, żeby było ciekawiej, istnieje jeszcze j oczywiście kwestia indywidualnych różnic.

Gdy wyjrzymy przez okno zimą, możemy dostrzec miliony wirujących wkoło identycznych płatków śniegu. Jeśli jednak weźmiemy do ręki lupę i przyjrzymy się poszczególnym płatkom, odkryjemy, że wcale nie są one identyczne; prawdę mówiąc, okaże się, że każdy płatek ma niepowtarzalny kształt. Tak samo rzecz się ma z ludźmi. O tym, jakie przeżycia będą udziałem Sophie, sporo można powiedzieć na podstawie samego tylko faktu, że jest ona istotą ludzką. Jeszcze więcej można dodać, jeśli wiemy, że jest młodą Amerykanką, żyjącą w określonym środowisku, a jej rodzice mają taki to a taki zawód. Ale kiedy już wszystko zostanie powiedziane, znajomość owych zewnętrznych parametrów nadal nie pozwoli nam odgadnąć, jakie będzie jej życie. I to nie tylko dlatego, że przypadek może pokrzyżować wszelkie rachuby, ale -co dużo ważniejsze - dlatego, że Sophie ma własny rozum, dzięki któremu może albo zaprzepaścić swe możliwości, albo przeciwnie -przezwyciężyć wrodzone niedostatki.

To właśnie ze względu na tę elastyczność ludzkiej świadomości mogą powstawać książki takie jak ta. Jeśli wszystko zdeterminowane byłoby przez właściwości ludzkiej natury, przynależność do określonej grupy społecznej i kulturowej oraz przypadek, bezcelowe byłoby zastanawianie się nad sposobami udoskonalenia czyjegokolwiek życia. Na szczęście jest jeszcze dość miejsca na własną inicjatywę i świadomy wybór, i ma to niebagatelne znaczenie. Ci zaś, którzy w to wierzą, są na najlepszej drodze do uwolnienia się ze szponów losu.

 

Żyć to doświadczać - poprzez działanie, odczuwanie, myślenie. Doświadczanie rozgrywa się w czasie. To czas jest zatem podstawowym, acz rzadkim dobrem, jakim dysponujemy. Z biegiem lat to bagaż doświadczeń jednostki decyduje o jakości jej życia. Dlatego też jedną z najistotniejszych decyzji, jakie każdy z nas podejmuje, jest decyzja, na co przeznaczyć i w co zainwestować dany nam czas. To, jak zagospodarowujemy nasz czas, nie jest naturalnie wyłącznie naszą decyzją. Jak już wcześniej widzieliśmy, pewne surowe ograniczenia dyktują nam, co musimy robić - czy to jako przedstawiciele rodzaju ludzkiego, czy z powodu przynależności do określonej kultury lub społeczności. Niemniej jednak zawsze istnieje przestrzeń dla osobistego wyboru, a kontrola nad czasem spoczywa w pewnej mierze w naszych rękach. Jak zauważył historyk E. P. Thompson, nawet w najtrudniejszych dziesięcioleciach wielkiej rewolucji przemysłowej, kiedy w kopalniach i fabrykach robotnicy harowali po ponad osiemdziesiąt godzin w tygodniu, trafiali się i tacy, którzy po pracy, zamiast ciągnąć za większością do pubów, nieliczne godziny wytchnienia poświęcali literaturze lub działalności politycznej.

Sama terminologia, której używamy, by mówić o czasie -gospodarowanie, inwestowanie, przeznaczanie na coś, marnowanie -zapożyczona została z języka finansów. W efekcie spotykamy się nieraz z zarzutem, że nasz stosunek do czasu zabarwiony jest swoiście kapitalistycznym dziedzictwem. To prawda, że maksyma „Czas to pieniądz" należała do ulubionych powiedzonek wielkiego apologety kapitalizmu, Benjamina Franklina, lecz mimo to stawianie znaku równości pomiędzy tymi dwoma porządkami ma znacznie starszy rodowód, a zakorzenione jest bardziej we wspólnym wszystkim ludziom doświadczeniu niż w samej tylko kulturze. Można by nawet próbować dowieść, że to pieniądze czerpią swą wartość z czasu, a nie odwrotnie. Pieniądze są po prostu najpopularniejszym miernikiem zainwestowanego w coś czasu. Poza tym cenimy pieniądze, bo w pewnym stopniu uwalniają nas od ograniczeń narzuconych przez życie, ofiarowując wolny czas, byśmy mogli robić to, na co mamy chęć.

 

Na co przeznaczamy czas

 

Na podstawie wyników ankiety na temat zajęć codziennych, przeprowadzonej w Stanach Zjednoczonych wśród dorosłych i młodzieży. Wyniki różniły się w zależności od wieku, płci, statusu społecznego i osobistych preferencji badanych - zaznaczono wartości minimalne i maksymalne. Jeden punkt procentowy odpowiada przeciętnie jednej godzinie w tygodniu.

 

 

Cóż zatem robią ludzie ze swym wolnym czasem? Tablica pierwsza daje ogólne wyobrażenie o tym, jak spędzamy około szesnastu godzin dziennie; czas, który przeżywamy świadomie, nie śpiąc. Dane są z konieczności przybliżone, ponieważ wyniki wykazywały znaczne wahania w zależności od tego, czy obrazowały dzień osoby starej czy młodej, mężczyzny czy kobiety, bogatego czy biednego. Z grubsza jednak biorąc, liczby te można uznać za wstęp do opisu, jak wygląda przeciętny dzień w amerykańskim społeczeństwie. Są one zresztą bardzo zbliżone do wyników uzyskanych w innych uprzemysłowionych krajach.

To, czym się zajmujemy na co dzień, można zatem podzielić na trzy główne kategorie. Pierwsza i najszersza zawiera wszystko to, co zmuszeni jesteśmy robić, by wytworzyć energię niezbędną do przetrwania i utrzymania dobrego samopoczucia. W naszych czasach jest to niemal równoznaczne z zarabianiem pieniędzy, jako że za pieniądze można dziś dostać niemal wszystko. W przypadku ludzi młodych, uczących się, do kategorii aktywności twórczej i produkcyjnej zaliczymy też naukę, będącą dla nich odpowiednikiem pracy u osób dorosłych, jedno przecież wiedzie do drugiego.

Na wszelkiego rodzaju aktywność twórczą i produkcyjną wydatkujemy od jednej czwartej do ponad jednej drugiej naszej energii psychicznej, w zależności od rodzaju i wymiaru wykonywanej pracy. Chociaż większość pracowników zatrudnionych w pełnym wymiarze spędza w pracy około czterdziestu godzin tygodniowo, co stanowi 35 procent studwunastogodzinnego okresu czuwania, wielkość ta nie odzwierciedla jednak dokładnie rzeczywistości, bo z owych czterdziestu godzin zaledwie około trzydziestu poświęconych jest faktycznie na pracę, reszta zaś upływa na rozmowach, rozmyślaniach, sporządzaniu notatek oraz innych zajęciach, całkowicie z wykonywaną pracą nie związanych.

Czy to dużo, czy mało? Wszystko zależy od tego, do czego te liczby porównać. Według niektórych antropologów w najsłabiej technologicznie rozwiniętych społecznościach, takich jak na przykład plemiona zamieszkujące brazylijską dżunglę czy afrykańskie pustynie, rzadko się zdarza, by dorośli mężczyźni przeznaczali więcej niż cztery godziny dziennie na zaspokojenie życiowych potrzeb; resztę czasu wypełnia im odpoczynek, pogawędki, śpiew i taniec. Z drugiej strony, w kilkusetletniej historii uprzemysławiania Zachodu, nim związki zawodowe zdołały wywalczyć skrócenie długości dnia pracy, sytuacje, gdy robotnicy spędzali w fabryce po dwanaście i więcej godzin dziennie, nie należały bynajmniej do rzadkości. Ośmiogodzinny dzień pracy, który jest dziś normą, znajduje się zatem w pół drogi pomiędzy tymi dwiema skrajnościami.

Działalność twórcza jest źródłem nowej energii; trzeba jednak dużego wysiłku, by utrzymać w odpowiedniej formie nasze ciało i dobytek. Z tego względu niemal czwarta część dnia upływa na wykonywaniu rozmaitych czynności bytowych. Utrzymujemy ciało w dobrej formie, jedząc, odpoczywając i wykonując zabiegi higieniczne; o dobytek dbamy, sprzątając, gotując, robiąc zakupy oraz wykonując wszelkie prace domowe. Działalnością tą tradycyjnie obarczone są kobiety, podczas gdy mężczyźni z reguły biorą na siebie odpowiedzialność za czynności twórcze i produkcyjne. We współczesnym społeczeństwie amerykańskim różnica ta jest nadal dość wyraźna: choć mężczyźni i kobiety spędzają tyle samo czasu najedzeniu (około pięciu procent), kobiety poświęcają dwukrotnie więcej czasu niż mężczyźni na wszystkie pozostałe czynności bytowe.

Wszędzie indziej, oczywiście, podział ról w obowiązkach domowych jest, praktycznie biorąc, jeszcze wyraźniejszy. W byłym Związku Radzieckim, gdzie równość płci stanowiła kwestię ideologii, zamężne panie doktor czy inżynier musiały, obok pracy zawodo­wej, podołać wszystkim zajęciom domowym. Na ca­łym niemal świecie przyjęło się zresztą uważać, że mężczyzna, który gotuje dla swej rodziny czy zmywa naczynia, traci szacunek dla samego siebie, a także w oczach innych.

Taki podział ról wydaje się równie stary jak sama ludzkość. W przeszłości jednak utrzymanie obejścia wymagało od kobiety o wiele bardziej wytężonej pracy. Oto, jak jeden z historyków opisuje sytuację w Europie przed czterystu laty: W regionach ubogich w wodę ko­biety nosiły ją na strome górskie tarasy. Kopały i suszy­ły torf, zbierały wodorosty, drewno na opał i przydrożne chwasty, by wyżywić króliki. Doiły krowy i kozy, upra­wiały warzywa, zbierały orzechy i zioła. Najpopular­niejszym opałem wśród brytyjskich, irlandzkich i ho­lenderskich rolników był wówczas nawóz zwierzęcy, który kobiety własnoręcznie zbierały i układały w po­bliżu domowego paleniska, gdzie mógł schnąć.

Bieżąca woda i elektronika z pewnością wpłynęły na rozmiary wysiłku fizycznego, niezbędnego do prowa­dzenia domu, podobnie jak postęp technologiczny zre­dukował obciążenie fizyczne towarzyszące pracy. Jed­nak nadal większość Azjatek, Afrykanek oraz mieszka­nek Ameryki Południowej, innymi słowy - większość kobiet na świecie - musi poświęcać lwią część swego życia na podtrzymanie materialnego i emocjonalnego bytu swoich rodzin.

Czas, jaki pozostaje po odliczeniu czynności pro­dukcyjnych i bytowych, jest czasem wolnym, czyli relaksem, który również zajmuje około jednej czwartej doby. Według wielu dawnych myślicieli mężczyźni i kobiety mogli realizować swoje potencjalne możli­wości jedynie wówczas, gdy nie mieli nic innego do ro­boty. To w czasie wolnym stajemy się -wedle filozo­fów greckich - prawdziwie ludzcy, oddając się samo­doskonaleniu: nauce, sztuce, działalności politycznej. Od greckiego przecież słowa na określenie relaksu -scholea - wywodzi się angielskie school czy polskie szkoła, Grecy uważali bowiem, że studiując, najwłaś­ciwiej wykorzystuje się wolny czas.

Rzadko, niestety, myśl owa wcielana bywa w życie. Współcześnie wolny czas wypełniają trzy podstawowe rodzaje zajęć, które niewiele mają wspólnego z tym, o co greckim filozofom -ludziom ceniącym czas wolny -naprawdę chodziło. Pierwszy to korzystanie ze środ­ków masowego przekazu, głównie oglądanie telewizji, przeplatane sporadyczną lekturą prasy codziennej i cza­sopism. Drugi to prowadzenie rozmów. Trzeci rodzaj zajęć cechuje się bardziej aktywnym stosunkiem do wolnego czasu i z tego względu najbliższy jest staremu greckiemu ideałowi, a obejmuje rozmaite hobby, mu­zykowanie, uprawianie sportu i ćwiczeń fizycznych, bywanie w restauracjach i chodzenie do kina. Te trzy formy aktywności zabierają nam od co najmniej czte­rech do aż dwunastu godzin tygodniowo.

Oglądanie telewizji, spośród wszystkich form relak­su pochłaniające statystycznie najwięcej energii psy­chicznej, jest również w naszym ludzkim doświadcze­niu najnowszą formą spędzania czasu. Żadne inne spośród zajęć, którym mężczyźni i kobiety oddawali się na przestrzeni milionów lat ewolucji, nie było równie pasywne i równie uzależniające przez łatwość, z jaką przyciąga uwagę -jeśli, oczywiście, pominiemy wpatrywanie się w gwiazdy, zażywanie sjesty czy wprowadzenie się w trans, które zwykli praktykować mieszkańcy Bali. Apologeci telewizji twierdzą, że dostarcza ona również wszelkiego rodzaju interesujących informacji. To prawda, jednak -ponieważ znacznie łatwiej wyprodukować program, który przyjemnie podnieci widza, niż taki, który go intelektualnie wzbogaci - ludzie skazani są w większości na oglądanie programów, które do ich rozwoju wcale sienie przyczyniają.

Aktywność twórcza i produkcyjna, czynności bytowe i odpoczynek to trzy podstawowe rodzaje czynności, które absorbują naszą energię psychiczną. Są one źródłem wszystkich informacji, przepływających przez naszą świadomość dzień po dniu od chwili narodzin po kres życia. Dlatego to, czym jest nasze życie, zawiera się zasadniczo w doświadczeniach związanych z pracą, z troską o to, co posiadamy, oraz z tym, czym się zajmujemy w wolnych chwilach. Toczy się ono w kręgu tych spraw, to zaś, w jaki sposób dokonujemy wyboru zajęć i jak do nich przystępujemy, decyduje o tym, czy sumą dni naszego życia będzie chaotyczna mgławica, czy coś bliskiego dziełu sztuki.

Życie codzienne określa nie tylko to, co robimy, lecz również to, z kim przebywamy. Nasze czyny i uczucia zawsze podlegają oddziaływaniom innych ludzi -tych obecnych i tych nieobecnych. Już od czasów Arystotelesa wiadomo, że człowiek jest zwierzęciem społecznym - zarówno w kategoriach fizycznych, jak i psychologicznych zależni jesteśmy od towarzystwa innych. Stopień uzależnienia od osób trzecich lub od ich zinternalizowanych opinii jest jednak odmienny w różnych kulturach. Hołdujący tradycji Hindusi na przykład nie widzą w sobie odrębnych jednostek, za jakie my ich uważamy, lecz raczej węzły rozbudowanej sieci społecznej. O tożsamości osobnika decydują dla nich nie tyle jego niepowtarzalne myśli i czyny, ile to, kim są jego rodzice, rodzeństwo, krewni i potomkowie. Również współcześnie dzieci wychowywane w tradycji wschodnioazjatyckiej są, w porównaniu z dziećmi rasy białej, znacznie bardziej świadome oczekiwań i opinii swoich rodziców nawet pod ich nieobecność, czyli -jeśli użyć terminologii psychoanalitycznej mają dużo silniejsze superego. Lecz niezależnie od tego, z jak bardzo indywidualistyczną kulturą mamy do czynienia, i tak inni w znacznym stopniu decydują o jakości naszego życia.

Większość ludzi spędza mniej więcej taką samą ilość czasu w trzech różnych kontekstach społecznych. W skład pierwszego wchodzą obcy, współpracownicy lub - u młodych ludzi - szkolni koledzy. Owa „sfera publiczna" jest miejscem, gdzie oceniane są działania jednostki oraz gdzie współzawodniczy ona o rozmaite dobra i ustanawia stosunki z innymi. Panuje też prze­konanie, że publiczna sfera życia - obszar największe­go ryzyka i najintensywniejszego rozwoju - odgrywa główną rolę w realizacji indywidualnego potencjału jednostki.

Kolejny kontekst społeczny to rodzina; dla dziecka -rodzice i rodzeństwo, dla człowieka dorosłego -partner życiowy lub współmałżonek i dzieci. Chociaż ostatnio samo pojęcie „rodziny" jako rozpoznawalnej jednostki społecznej poddawane jest surowej krytyce i choć prawdą jest, iż żaden znany z historii system pokre­wieństwa nie przylega ściśle do naszej definicji rodzi­ny, nie ulega też kwestii, że zawsze i wszędzie istniała grupa ludzi, z którymi jednostka uważa się za spokrew­nioną, których obecność daje jej poczucie bezpieczeń­stwa i za których czuje się bardziej odpowiedzialna niż za pozostałych. Bez względu na to, jak dziwaczne mogą się nam dzisiaj wydawać niektóre dawne syste­my rodzinne w porównaniu do ideału rodziny nuklear­nej, bliscy krewni są nadal źródłem jedynych w swoim rodzaju przeżyć.

Kolej wreszcie na kontekst społeczny charakteryzują­cy się brakiem obecności innych ludzi - to samotność. W społeczeństwach technologicznie wysoko rozwi­niętych spędzamy samotnie niemal trzecią część do­by, znacznie więcej niż członkowie większości spo­łeczności plemiennych, gdzie przebywanie w samotnoś­ci często uważano za wysoce niebezpieczne. Zresz­tą my także uważamy samotność za coś niepożądanego; ogromna większość z nas stara się jej w miarę możności unikać. Choć można się nauczyć czerpać przyjemność z samotności, tych, którzy tak czynią, charakteryzują ra­czej dość wyrafinowane gusta. Lecz czy się to nam po­doba, czy nie, większość naszych codziennych obo­wiązków wymaga odizolowania od innych: dzieci uczą się i ćwiczą rozmaite umiejętności w pojedynkę, go­spodynie domowe troszczą się o dom zwykle pod nieobe­cność domowników, a większość zawodów jest przynaj­mniej częściowo wykonywana w samotności, więc na­wet jeśli nie robimy tego z ochotą, zmuszeni jesteśmy nauczyć się znosić s...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin