Norton Andre - Świat Czarownic 17 - Tkaczka pieśni.doc

(1123 KB) Pobierz
Andre Norton

 

 

Andre Norton

A. C. Crispin

 

 

Tkaczka pieśni

 

Przełożyła EWA WITECKA

Tytuł oryginału SONGSMITH

 

 


Nanoszony latami przez wichury pył wodny od morza pokrył skorupą soli mury, strzegące stromej alei prowadzącej z nabrzeża do miasta, malując brudnobiałe plamy na pociemniałych ze starości kamieniach. W ostatnich blaskach zachodu Droga-Rybaka-Powracającego-z-Pustymi-Sieciami była pusta, znaczyły ją tylko gęsto kładące się cienie.

Szczupła postać w ciemnej opończy słaniała się na nogach po dwumiesięcznej morskiej podróży. Pod nagłym, gwałtownym uderzeniem zawieruchy zachwiała się i poślizgnęła na kocich łbach zaśmieconej, śmierdzącej uliczki. Przed upadkiem ocaliła nieszczęsnego wędrowca długa, zwieńczona głową gryfa pałka, która służyła mu za laskę i w razie potrzeby jako broń. Podróżny wcisnął się do starożytnej bramy, żeby schronić się przed nadciągającą burzą. W smukłych dłoniach o długich palcach ściskał zniszczony futerał ręcznej harfy i połataną sakwę.

W głębi ulicy migotało słabe światełko obiecując schronienie przed wichurą i nadciągającą śnieżną burzą. Kiedy harfiarz podszedł bliżej do .migotliwego blasku, przekonał się, iż była to latarnia ze statku, wystarczająco osłonięta, żeby jej płomyk nie zgasł. Wisiała na zewnątrz niezgrabnego budynku z ciemnych bali. Nawet przez świst wichury dobiegały tu odgłosy pijackiej hulanki.

Podróżny uważnie przyjrzał się zajazdowi i zdał sobie sprawę, że żaden człowiek ze względnie pełną sakiewką nie będzie szukał tutaj posiłku, a tym bardziej noclegu. Pod wyblakłymi literami na kołyszącym się szyldzie jakiś nieprawdopodobny kształt baraszkował wśród rozkołysanych fal. Bard skrzywił się, ale wspomniał prawie pusty mieszek ukryty przezornie za pazuchą poplamionego morską wodą skórzanego kaftana.

Walcząc z wichurą zdołał otworzyć drzwi i potykając się wszedł do środka. Ogłuszyła go wrzawa, ochrypłe śmiechy i pijacka kłótnia. Nie odrywając wzroku od pleców karczmarza ostrożnie przemierzył podłogę szynku, równie zdradliwą jak ciemna uliczka na zewnątrz, pozalewaną winem i pokrytą walającymi się poobgryzanymi kośćmi.

Karczmarz, chudy, łysiejący mężczyzna (tylko nad uszami sterczały mu kępki włosów) o czerwonym nosie odwrócił się, gdy nowo przybyły pociągnął go za rękaw.

- Proszę o wybaczenie, panie - wymamrotał obcy. - Czy będziesz miał coś przeciwko kilku pieśniom przy ognisku dla swoich gości?

Szynkarz dorównywał wzrostem bardowi, tak że ich oczy były na tym samym poziomie, gdy mierzył go spojrzeniem. Później nagle skinął głową.

- Nie będę, jeżeli zapłacisz za posłanie i posiłek tak jak wszyscy inni, minstrelu.

- To się rozumie. - Przybysz potrząsnął głową i zrzucił kaptur, odsłaniając masę ciemnych, krótko

obciętych kędzierzawych włosów. Małe kolczyki zalśniły w blasku ogniska.

- Zaraz zacznę...

- Dziewka! I to urodna! Mylt, na Kły Psów z Alizo-nu, skąd ją wytrzasnąłeś? - Ciężka dłoń opadła na ramię podróżnej, odwracając ją twarzą do barczystego rybaka o zaczerwienionym od wina i wiatrów obliczu.

Ten gwałtowny ruch rozsunął fałdy opończy, odsłaniając srebrny wisior spoczywający na piersiach dziewczyny. Na widok symbolu mężczyzna cofnął się i opuścił rękę.

- Ja nie wiedziałem... Nie zauważyłem... -Niezdarnie dotknął palcami czoła w przepraszającym geście. - Proszę o wybaczenie...

Tkaczka pieśni z wdziękiem pochyliła głowę i zacisnęła dłoń na oznace swego zawodu, trzech przeplatających się kołach o spłaszczonych, ostro zakończonych brzegach.

- Zacznę teraz - powiedziała do karczmarza, jak gdyby nic się nie stało.

Podeszła do ustawionej przy ogniu ławki, otworzyła futerał i wyjęła z niego podniszczony już instrument o starodawnym kształcie, sporządzony z wiekowego drzewa wiśni. Zdobiące go zawijasy i wypukłe prostokąty, pokryte srebrzystoniebieskim metalem, połyskiwały słabo w migotliwym blasku. Oparłszy harfę na kolanach wydobyła trzy prztyki z wewnętrznej kieszeni czerwonej tuniki, po czym nasunęła je na kciuk, palec wskazujący i środkowy.

Zaczęła stroić instrument. Usłyszawszy miękkie dźwięki, obecnych w izbie dwunastu rybaków, sulkar-skich żeglarzy oraz dwóch siwych Sokolników służących jako żołnierze na statkach władców morza, przestało rozmawiać i w pełnym szacunku milczeniu zgromadziło się wokół ogniska.

- Podejdźcie bliżej, panowie! - ponaglił ich głośno Mylt karczmarz. - Posłuchajcie wędrownej minstrelki, która łaskawie zechciała dostarczyć nam rozrywki w ten sztormowy wieczór. Posłuchajcie pani... - Zawahał się, uświadomiwszy sobie własne niedopatrzenie. Dziewczyna dokończyła z wymuszonym uśmiechem:

- Eydryth z Kar Garudwyn.

- ...pani Eydryth z Kar Garudwyn! - dokończył szumnie. Zapadła głęboka cisza.

Eydryth zaczęła grać wesołą, zachęcającą do przytupywania melodię, ćwicząc zgrabiałe palce, a jednocześnie oceniając audytorium. Sami mężczyźni i większość z nich to żeglarze lub rybacy. Morskie pieśni powinny im się spodobać, podobnie jak opowieści o szlachetnych czynach, zaginionych kochankach i syrenach o słodkim głosie. Może jakaś sprośna piosenka na koniec, żeby pobudzić ich do śmiechu, gdy będą wrzucali monety do futerału.

- Łaskawi panowie, posłuchajcie pieśni, której nauczyłam się na sulkarskim statku "Rybołów" - powiedziała z cichą nadzieją, że nie zachrypła podczas tego zimnego, słotnego dnia. - Opowiada o żołnierzach, którymi dowodził jeden z waszych legendarnych bohaterów Wojny Kolderskiej, Simon Tregarth. Zaśpiewam wam Krwawiącą granicę.

Eydryth zaczęła śpiewać, najpierw cicho, a potem coraz głośniej, aż jej kontralt napełnił zadymioną izbę dźwiękami czystymi jak srebro.

My, Tregarthowy stawny huf, Estcarpu strzeżem granic, Za krzywdę sierot i Izy wdów Dziś pomstę przysięgamy.

Z krwi Sokolników wiedziem ród - Przed nami jedna droga; Jeden nas czeka krwawy trud: Z ojczyzny wygnać wroga.

Kiedy skończyła drugą zwrotkę i zaczęła trzecią, szybko omiotła spojrzeniem twarze słuchaczy. Mężczyźni pochylili się do przodu, zupełnie zapomniawszy o rozmowach. Eydryth odprężyła się. Ludzie z portu Eslee byli równie wrażliwi na "czary" rzucone przez zręczne palce i wyćwiczony głos, jak mieszkańcy zamorskiego High Hallacku czy przesłoniętego czarodziejską mgłą jej ojczystego Arvonu. Miała nadzieję, iż tak samo szczodrze zapłacą jej za występ, gdyż długa podróż na pokładzie "Rybołowa" pochłonęła prawie wszystko, co zarobiła podczas wędrówki przez Krainę Dolin.

Czwarta i piąta zwrotka poszły jej jeszcze lepiej. Wówczas już wszyscy kołysali się w rytm pieśni. Eydryth zakończyła balladę ostatnią triumfalną nutą i mężczyźni z uznaniem stuknęli kubkami w stół.

- Jeszcze jedną, tkaczko pieśni! Jeszcze jedną! Jakiś Sulkarczyk, barczysty i jasnowłosy jak wszyscy

z jego rasy, ryknął zagłuszając pozostałych:

- Sulkarską melodię, tkaczko! Zaśpiewaj pieśń dla Synów Sula!

Na szczęście nasłuchała się wielu pieśni od żeglarzy z "Rybołowa", którzy bez przerwy śpiewali przy pracy, a ich melodia łatwo wpadała w ucho. Eydryth zamknęła oczy. Przygrywając sobie cicho, szukała właściwego klucza... Tak, znalazła go.

- Dobrze, łaskawi panowie. Posłuchajcie ballady Zagłada Sulkaru, która opowiada o tym, jak wielki bohater Magnis Osberik wolał raczej zniszczyć swoją twierdzę niż dopuścić, żeby wpadła w ręce Kolderczyków.

Tym razem melodia była smutna i przygnębiająca, jak przystało na tragiczną opowieść. Eydryth zaczęła:

Ogień i woda, i niebo blade - Sprzęgly żywioły się wraże Na twoją klęskę, twoją zagładę, Sulkarze, dumny Sulkarze.

Gdy nawałnica grom śle za gromem, Osberik podwaja straże: "Ty jesteś miasto niezwyciężone, Sulkarze, mężny Sulkarze!"

Śpiewając zagubiła się w muzyce. Nie widziała już brzydoty otoczenia, pieśń przeniosła ją do starożytnej twierdzy i owej tragicznej nocy. Głos Eydryth nabrał jękliwego brzmienia, gdy opiewała desperacki opór oblężonej fortecy:

Mgła nadciągnęła, zakryła niebo, Gród zniknął w białym oparze. Z Kolderu przyszła - ginąć ci trzeba, To twoja zguba, Sulkarze!

Już śmierć po ciebie szponami sięga, Wnet twarz swą srogą ukaże. W gruzy obróci się twa potęga, Grodzie nieszczęsny, Sulkarze.

Twarz marynarza posmutniała, a Eydryth zastanowiła się przez moment, czy tamtej strasznej nocy nie stracił on ojca albo stryja. Prawie widziała mocarną postać Magnisa Osberika w hełmie w kształcie niedźwiedziego łba i jego wielki miecz ociekający krwią, która plamiła posiekane na strzępy sztandary owej starożytnej fortecy. Śpiewając ostatnie smutne, ale zarazem tryumfalne strofy, podniosła głos:

Rąbią topory, błyskają miecze, Dokoła w dzikim rozgwarze Horda szalona morduje, siecze. Ty wciąż się bronisz, Sulkarze.

Już się wrogowie wdarli na zamek, Pobici słudzy i straże, Nowe watahy walą przez bramę - Daremny opór, Sulkarze!

Choć sprzymierzeńcy przyszli z odsieczą, Osberik odejść im każe. "Sam walczyć będę - w te słowa rzecze - Grodzie zgubiony, Sulkarze!

Uchodźcie z zamku, wierni obrońcy, Na cóż wam ginąć w pożarze? My zostaniemy tutaj do końca W Sulkarze, drogim Sulkarze."

W morzu huczącym ognia, kamieni Za sprawą Magnisa czarów Miasto zniknęlo z powierzchni ziemi. Nie ma już, nie ma Sulkaru.

Kiedy zamarła ostatnia słabnąca nuta, w izbie przez długą chwilę panowało milczenie. Później słuchacze poruszyli się, jakby budząc się ze snu. Sulkarczyk odchrząknął i rzekł:

- Dobrze się spisałaś, tkaczko pieśni. Nigdy nie słyszałem, by ktoś zaśpiewał to lepiej od ciebie. - Srebrna moneta błysnęła w powietrzu i wylądowała w futerale harfy. Po nim, jakby ten gest marynarza otworzył wrota śluzy, posypały się następne.

Eydryth w podzięce skinęła głową, a później zaśpiewała im Pakt z Mchową Niewiastą. Lżejszy nastrój zapanował w izbie, gdy uraczyła słuchaczy skoczną, piskliwą melodią Czarodzieja jednego czaru. Orzeźwiwszy się łykiem piwa postawionego przez Sulkarczyka (choć dokuczało jej pragnienie, nie odważyła się wypić

więcej - burczało jej w brzuchu z głodu i musiała zachować jasność myśli, żeby uzyskać potrzebne jej informacje, o które nie śmiała pytać otwarcie), zaśpiewała Nie wzywaj mego imienia w boju. Tej pieśni przed laty nauczył ją ojciec...

Tylko nie myśleć o nim, powiedziała sobie w duchu, czując ucisk w gardle grożący popsuciem ostatniego wiersza ballady. Kiedy skończę śpiewać, kiedy już będę miała pieniądze na dalszą podróż, dopiero wtedy będzie mi wolno przypomnieć sobie twarz Jervona. Dopiero wtedy pomyślę o moich przybranych rodzicach, o pani Joisan i o panu Kerovanie. Wrócę w myśli do Obreda, do mojej kasztanki Yyary, do Hyany, Firduna i do samego Kar Garudwyn, oby Naeve chroniła jego mieszkańców! Ale przedtem muszę śpiewać i nawet słowem się nie zdradzić, czego szukam i dlaczego zawędrowałam tak daleko od domu...

Starając się zapanować nad smutkiem, zagrała pierwsze akordy Gniewu Keylora. Czuła, że zmęczenie oplata ją jak rzucony w bitwie płaszcz, knebluje, oślepia. Jeszcze tylko dwie pieśni, przyrzekła sobie. Jeszcze tylko dwie, a potem będę mogła skończyć występ i zebrać monety. Wiedziała, że dała z siebie wszystko i zasłużyła na zapłatę.

- A teraz, łaskawi panowie - powiedziała po kilku minutach, tłumiąc rozwartą dłonią ostatnie dźwięki Gniewu Keylora - zaśpiewam wam nową pieśń, którą ułożyłam o przeklętym kolderskim grodzie Sipparze na wyspie Gorm. Posłuchajcie więc Ballady o upiornym mieście.

Eydryth ściszyła głos i z gardła wydobyła dziwne, brzękliwe brzmienie. Pomyślała, że przecież ów Sippar - albo to, co z niego pozostało - leżał po przeciwnej stronie zatoki, w odległości zaledwie jednego dnia podróży statkiem.

Żadnych dzieci dziś nie ma w Sipparze, W porcie cicho, nie widać człowieka, W pustce ulic jedynie wiatr gwarzy - Martwe ciała usnęły na wieki.

Gdy Kolderu runęła nań szarża, Gdy się noc uczyniła o świcie, Śmiercią swoją gród Sippar oskarżał Wroga, który wysysał zeń życie.

Tak, to miasto po dwakroć zginęło. Krew i magia demonów je plami. Kolder, straszne swe wieńcząc dzielo, Gród żywymi zaludnił trupami.

Kiedy Tregarth pojawił się zbrojnie, Kiedy magia się starła z człowiekiem, Drugi raz umarł Sippar spokojnie, Martwe dala usnęły na wieki.

Już umarli zasnęli w mogiłach, Z jarzma ciał swych nareszcie są wolni. Niech nieczysta nie trwoży ich siła, Niech na zawsze zapomną o wojnie.

Nie odwiedzą już kupcy Sipparu - W pustych domach buszują dziś myszy, Na ulicach ni zgiełku, ni gwaru - Mc upiornej nie mąci tu ciszy.

Kiedy umilkły ostatnie słowa pieśni, jej słuchacze zadrżeli, a potem jakby zbyt szybko się wyprostowali. Jegomość, który zaczepił ją, gdy weszła do "Tańczącego Delfina", zerknął przez swoje ramię, jakby spoczęła na nim widmowa dłoń.

Nie można dopuścić, żeby odeszli w nocny mrok, pomyślała. Szczypta rubaszności pobudzi ich do śmiechu i rozwiąże sakiewki. I nie ma obaw, nie zażyczą

sobie jakiejś pieśni z High Hallacku, której i tak by nie zrozumieli... Sprośność wszędzie jest sprośnością...

- A teraz, panowie! - zawołała. - Zaśpiewam wam ostatnią pieśń tego wieczoru. Posłuchajcie wiec Ballady o posagu służącej.

Zagrała pierwsze akordy opowieści o biednej młodej służącej, która spotkała żeglarza czyhającego na jej cnotę i udającego, że zamierza się z nią ożenić. Strofy płynęły wśród śmiechu zgromadzonych. Piękna panna wysłuchała pochwał swej urody i chętnie przyjęła bogate dary od zalotnika, lecz nieszczęśliwym trafem zdołała pozostać cnotliwą - do dnia, w którym pechowy żeglarz powrócił z rejsu tylko po to, by się przekonać, że właśnie owa dziewczyna z innym wiąże się ślubem; jego dary stały się jej posagiem!

Eydryth sama się uśmiechała, śpiewając refren po raz ostatni:

Ach, jakaż byla to ślicznotka, Spotkałem ją, gdym zszedł na ląd. Bodajbym nigdy jej nie spotkał, Ogołociła kiesę mą!

- Dziękuję, dziękuję wam za uwagę.

Wstała i ukłoniła się, po czym sącząc piwo słuchała, jak pili za jej zdrowie i klaskali. Następne monety zabrzęczały w futerale harfy. Kiedy słuchacze wreszcie opuścili karczmę, Eydryth policzyła nocny zarobek. Starczy na osobny pokój, kolację i śniadanie, pomyślała. A może i na kilka dni podróży?

Karczmarz zaprowadził ją do małej, pustej izdebki na poddaszu. Wsunęła futerał z harfą i torbę pod drewniane łóżko, umyła twarz i ręce w lodowatej wodzie czekającej na gościa w dzbanku, po czym zeszła coś zjeść.

W karczmie było teraz prawie pusto, pozostali tylko

nieliczni goście, którzy tu nocowali, a i oni niebawem udali się na spoczynek. Karczmarz Mylt przyniósł jej posiłek. Przyjemnie zaskoczyła ją gorąca zupa z homarów, pasztet z jarzyn i dobre wino, które przed nią postawił. Zjadła wszystko z apetytem.

- Dziękuję ci, panie. Jadło było wyśmienite. Niski mężczyzna skinął z zadowoleniem głową i rzekł:

- To moje własne przepisy. Goście wybaczą niedostatki w obsłudze, jeżeli jedzenie będzie smaczne, a piwo dobrze schłodzone. Możesz pozostać tu jeszcze jeden dzień, tkaczko pieśni. Rzadko się zdarza, żeby jakiś bard oczarował moich klientów tak jak ty.

- Dziękuję, ale nie, muszę rano wyruszyć w dalszą podróż. - Wypiła łyczek wina z kielicha. - Powiedz mi - dodała z udaną obojętnością - ile jest dni drogi do samego miasta Es? Chciałabym je zobaczyć.

- Pieszo? - spytał Mylt, a gdy skinęła twierdząco głową, zastanawiał się chwilę, nim odpowiedział: - Co najmniej cztery, a raczej pięć. To całe dwa dni konno.

- Czy drogi są dobre?

- Tak i dobrze strzeżone. Koris z Gormu to sprawiedliwy mąż, nie ma w zwyczaju rozpieszczać rozbójników, więc ostatnio trzymają się z dala od głównych szlaków.

- Koris z Gormu... syn Hildera - powiedziała Eydryth, przypomniawszy sobie opowieść, którą usłyszała na pokładzie "Rybołowa". - Ludzie mówią, że to on praktycznie rządzi teraz Estcarpem razem z panią Loyse. Czarownice zajmują się przede wszystkim swoją słabnącą mocą.

Mylt zniżył głos, mimo że poza nimi nikogo już nie było w wielkiej izbie.

- Tak właśnie jest - zgodził się z nią - ale raczej

nie powinno się mówić o tym głośno. Przed laty, podczas Wielkiego Poruszenia, sporo z nich umarło, niektóre zaś przeżyły, ale są jak wypalone skorupy. Pozostałe jednak nadal władają mocą czarodziejską.

- Wielkiego Poruszenia? - odważyła się zapytać.

- Kiedy karsteński książę Pagar zapragnął najechać nasz kraj, czarownice skupiły całą swoją moc i magię, żeby poruszyć samą ziemię. Góry oddzielające Karsten od Estcarpu zatrzęsły się i runęły, a jednocześnie inne szczyty wydźwignęły się ku niebu. Najeźdźcy zostali starci z powierzchni ziemi podczas jednej nocy i wszystkie drogi wiodące do Karstenu zniszczone.

- To musiało być straszne.

- Tak, na pewno. Byłem wtedy jeszcze chłopcem, a mimo to pamiętam ów dzień. Wydawało się, że jakiś cień przesłonił cały kraj... cień, którego się nie widziało, tylko czuło. Ten cień uciskał wszystko, co żyje, jak pięść, która chciałaby wgnieść nas w ziemię, był taki ciężki... - Karczmarz zadrżał na to wspomnienie.

Eydryth pośpiesznie powróciła do tematu bardziej ją interesującego.

- Powiedziałeś, że niektóre czarownice zachowały swoją moc?

- Tak, jeśli to, co słyszę, jest prawdziwe. Jak sama stwierdziłaś, czarownice odwróciły swą uwagę od władzy nad Estcarpem. Już nie rządzą naszym krajem, rządzi nim Koris i pani Loyse, a pomagają im ich przyjaciele i towarzysze broni, cudzoziemiec, pan Simon Tregarth i jego żona, pani Jaelithe. - Mylt rozejrzał się nerwowo. - Czy wiesz, że ona kiedyś była czarownicą?

Eydryth wiedziała, ale udała zaskoczenie, chcąc wyciągnąć z niego jak najwięcej.

- Naprawdę?

Mylt podniósł rękę, jakby chciał złożyć przysięgę.

- Tak. Była czarownicą, zanim została jego żoną. Kiedy się pobrali, urodziła swemu małżonkowi dzieci - było to więc prawdziwe małżeństwo - a przecież... - Znowu rozejrzał się wokoło, po czym nachylił tak nisko, że poczuła jego kwaśny oddech i zobaczyła czarne wągry na nosie - ...a przecież ona nadal włada mocą! Chociaż od dawna nie jest panną!

Eydryth przybrała odpowiednio zdziwioną minę, jakkolwiek wcale jej to nie zaskoczyło: jej własna matka, Elys, także nie utraciła swej mocy wraz z dziewictwem.

- Ludzie mówią, że pozostałe czarownice nigdy nie wybaczyły pani Jaelithe tego, że weszła do łoża swego małżonka, a mimo to nie straciła swego daru. Uważają to za zdradę - dokończył Mylt.

- Może jej zazdroszczą - Eydryth zaryzykowała lekką kpinę.

Karczmarz zachichotał rubasznie.

- Nie czarownice z Estcarpu, minstrelko! One ledwie tolerują mężczyzn, a nie pożądają ich!

- Powiedz mi, Mylcie, czy czarownice kiedykolwiek... pomagają ludziom? - Eydryth ułomkiem chleba starannie wycierała miskę z resztek zupy homarowej.

- Mówią, że tak, czasami. Błogosławią zbiory i tym podobne, przywołują burze podczas suszy, uspokajają wiatr i fale, żeby chronić statki w portach.

- A co z pomniejszymi czarami... uzdrawianiem, no, czymś w tym rodzaju?

- Tak, tym też niekiedy się zajmują. Lekarstwa, napoje, amulety przeciw chorobom... - Przelał resztę wina z dzbanka do kielicha Eydryth, a następnie ostrożnie ustawił puste naczynia na tacy. - Czy czegoś sobie jeszcze życzysz, minstrelko?

- Nie, dziękuję, nic mi już nie trzeba. - Dziewczyna dopiła wina i wstała. - Dobrej nocy.

- Życzę ci miłych snów, tkaczko pieśni. Skinąwszy głową na pożegnanie, Eydryth weszła na

schody prowadzące na poddasze. Szła powoli. Była tak zmęczona, że nawet te kilka łyków wina wypitych do kolacji sprawiło, iż jej członki wydawały się obciążone jaskrawymi ciężarkami od sieci rybackich, które zdobiły ściany "Tańczącego Delfina". Podłoga pod jej zniszczonymi skórzanymi butami zdawała się kołysać rytmicznie, jakby Eydryth nadal przemierzała ocean na pokładzie "Rybołowa". Kiedy dotarła do swojej izdebki, ściągnęła z siebie ubranie i wsunęła się pod szorstkie wełniane koce, zbyt zmęczona, aby szukać koszuli nocnej.

Sen obejmował ją ołowianymi ramionami, gdy nagle otworzyła oczy:

- Zapomniałam! Na Jantarową Panią, jestem taka zmęczona... - szepnęła. Z westchnieniem odrzuciła na bok koce i sięgnęła po leżącą na podłodze laskę zwieńczoną figurką gryfa. Przyciągnąwszy ją do siebie w ciemnościach, drugą ręką odnalazła po omacku amulet, który nosiła ukryty pod ubraniem. Poczuła w dłoni znajomy, ciepły kształt z bursztynu i ametystu, przesunęła palcem po symbolach Gunnory - snopie zboża oplecionego winoroślą o dojrzałych gronach.

- Pani - szepnęła - potrzebuję Twojej pomocy w moich poszukiwaniach. Proszę cię, chroń tych, których kocham, tych, którzy mieszkają w Cytadeli Gryfa. Chroń panią Joisan i jej małżonka, pana Kerovana. Chroń też ich córkę Hyanę i syna Firduna. A przede wszystkim, proszę Cię, chroń mego ojca. Pomóż mi znaleźć kogoś, kto może go uzdrowić, tak żeby po tylu latach znów stał się sobą. I, Pani... - Jej cichy szept ginął w mroku. - Proszę... pozwól mi odnaleźć moją matkę, panią Elys. Tak dawno od nas odeszła... Chroń ją, gdziekolwiek jest.

Zacisnęła mocno w dłoni oba symbole, pragnąc otrzymać jakiś znak - jakikolwiek znak - że jej modlitwa była czymś więcej niż zbiorem pustych dźwięków. Ale niebieskie oczy gryfa z Quanstali nie rozjarzyły się w mroku; ten błogosławiony metal nigdy dla niej nie zaświecił. A bursztynowy amulet Gunnory był równie ciemny jak otaczająca ją noc. Zawsze tak było...

Eydryth położyła się i westchnęła z nadzieją, że tej nocy będzie zbyt zmęczona, żeby śnić.

Iwukołowy, ciągnięty przez kucyka wóz poskrzypywał na brukowanej drodze.

- Pośpiesz się, Pięknisiu! - Młody wieśniak wymachiwał wiklinową witką nad okrągłym zadem niedużego gniadego wałacha. - Masz miasto Es w zasięgu wzroku, tkaczko pieśni! - zawołał przez ramię. - To już niedaleko.

Eydryth najpierw ostrożnie podała jego żonie uśpioną Pris, ich małą córeczkę o zmierzwionych włoskach, potem podniosła się i wyjrzała z wozu. Nawet w promieniach chylącego się ku zachodowi słońca zbliżające się miasto wydawało się pociemniałe ze starości, a jego okrągłe, szarozielone wieże mogły stać tam od stworzenia świata. Es było dużym grodem, który najwyraźniej miał pełnić jednocześnie funkcję twierdzy i stolicy Estcarpu - ze wszystkich stron otaczał go wysoki mur obronny.

Kiedy wóz wieśniaka podjechał do bramy, dwóch dobrze uzbrojonych wartowników życzliwie, ale uważnie przyjrzało się zarówno pojazdowi, jak i jego pasażerom. Ustaliwszy, że nic nie ukryto pod tkanymi ręcznie

kilimami, które Catkus i Leiona przywieźli na sprzedaż, machnięciem ręki pozwolili im jechać dalej.

Gdy niezdarny wóz telepał się na kocich łbach wąskich uliczek, Eydryth rozglądała się ze zdumieniem. Es okazało się największym miastem, jakie kiedykolwiek odwiedziła. Mieszkańcy Krainy Dolin z natury nie byli mieszczuchami, a podczas wszystkich wędrówek po prastarym Arvonie dziewczyna nigdy nie widziała osady większej od wioski.

Zbudowane z omszałych kamieni starożytne budowle strzelały ku niebu, otaczająca je zaś patyna wieków wydawała się niemal tak namacalna, że Eydryth przyszło do głowy, iż dałoby się wyczuć ją dotykiem. Wyciągnęła rękę, gdy wóz zwolnił na ostrym zakręcie wąskiej uliczki. Nie dotknęła murów. Głazy zdawały się odpychać ciekawskich - a może to, co wyczuła, było prawdziwą magią, czarem, który miał chronić miasto?

- Jesteśmy na miejscu, tkaczko pieśni - oświadczył Catkus, ściągając lejce u wjazdu na plac targowy. - Niech los ci sprzyja w twoich wędrówkach. - Młody wieśniak dotknął ręką postrzępionego skrzydła kapelusza w pożegnalnym pozdrowieniu. - Jeszcze raz dziękuję za uśpienie piosenką małej Pris podczas ataku kolki tamtej nocy.

- To ja wam dziękuję za podwiezienie i za towarzystwo - odparła na to Eydryth, gramoląc się z wozu, po czym pomachała na pożegnanie ręką całej rodzinie.

Młoda kobieta nie musiała pytać o drogę do Cytadeli - twierdza czarownic była bowiem najpotężniejszą budowlą w Es; miała też okrągłą wieżę przewyższającą wszystkie otaczające ją gmachy. Eydryth ruszyła więc ku niej przez zatłoczone ulice, zarzuciwszy na plecy podróżną sakwę i przenośną harfę. Po drodze przyglądała się ludziom idącym wydeptanymi przez nie-

20

zliczone lata ulicami, tym, którzy nazywali siebie Starą

Rasą.

Byli wysocy i wyglądali niezwykle onieśmielająco. Trzymali się dumnie, stąpali wyprostowani jak żołnierze. Ich włosy były równie czarne jak sploty Eydryth, ale ani fale, ani loki nie zmiękczały płaszczyzn ich pociągłych twarzy o ostrych podbródkach. Oczy o różnych odcieniach szarości spoglądały czujnie w pozbawionych zmarszczek obliczach. Nawet w Krainie Dolin dobrze wiedziano, iż u Starej Rasy oznaki starości pojawiały się dopiero na kilka lat przed śmiercią.

Widok mieszkańców Es żywo i boleśnie przypomniał Eydryth matkę. Wydało się jej dziwne, że mogło ją łączyć z którymiś spośród nich dalekie pokrewieństwo. Elys często mówiła córce, że dziadkowie Eydryth uciekli z Estcarpu z jakichś nie znanych jej powodów, których nigdy nie rozstrząsali.

Gwardzista w noszącej ślady naprawy kolczudze zastąpił jej drogę w bramie wiodącej na centralny dziedziniec.

- W jakiej sprawie... - Rzucił bystre spojrzenie na symbol na piersi Eydryth - ...tkaczko pieśni?

- Pragnę uzyskać posłuchanie u jednej z czarownic - odparła sztywniejąc i patrząc w jego obojętne oczy. - Na kilka minut, nie dłużej.

- W jakiej sprawie? - Zmierzył ją wzrokiem.

- W sprawie uzdrowienia - odrzekła dziewczyna po chwili wahania, starając się opanować niecierpliwość: Dotarłam aż tak daleko! Błogosławiona Gunnoro, dodaj mi sił! - Powiedziano mi, że każdy może szukać porady u czarownic w sprawie uzdrowienia.

- Jak się nazywasz?

- Eydryth.

- Zaczekaj tutaj. - Gwardzista odwrócił się i zniknął w olbrzymim, pociemniałym ze starości portalu i wrócił po kilku minutach. - Jutro rano - powiedział. - Zanim słońce dotrze do szczytu murów miejskich.

- Stokrotne dzięki - odparła, ze wszystkich sił powstrzymując uśmiech ulgi. - Będę o czasie.

Tej nocy jej występ w "Srebrnej podkowie" składał się głównie z lekkich ballad oraz z opowieści o cudach, dobrej magii i miłości, toteż trudno jej było zmienić nastrój, gdy pewien stary, posępny wieśniak zażyczył sobie ponurej Elegii o żołnierzu. Eydryth śpiewała, a kiedy rozbolało ją gardło, grała na flecie. Do czasu, gdy klienci gospody rozeszli się do domów, młoda minstrelka zarobiła tyle, że powetowała sobie koszty czterodniowej podróży do Es.

Dziewczyna obudziła się, kiedy świt ledwie zdążył posrebrzyć niebo na wschodzie. Zaspokoiwszy głód owsianką i kozim mlekiem, chwyciła laskę, przewiesiła przez ramię sakwę i szybko poszła krętymi uliczkami w stronę Cytadeli. Słońce ledwie różowiło niebo nad dachami, gdy przysiadła na progu jakiegoś domostwa naprzeciw gwardzistów.

Dwie godziny oczekiwania dłużyły się jej niemiłosiernie jak rozciągnięta ponad miarę struna harfy, ale w końcu wstała, otrzepała płaszcz i obcisłe spodnie, po czym przepchnęła się przez zatłoczoną teraz ulicę.

Na warcie stał obecnie inny żołnierz. Spojrzawszy na listę rozkazał jej zostawić na wartowni podróżną laskę, po czym wskazał ręką wejście. Eydryth szarpnięciem otworzyła masywne drzwi i znalazła się w długim korytarzu. Stanęła przed nią młoda kobieta w powłóczystej, srebrzystej szacie; jej spięte z tyłu głowy krucze włosy osłaniała srebrna siatka. Opuściwszy ciemnoszare oczy, bez słowa, skinieniem poleciła dziewczynie iść za sobą.

Minstrelka wielkimi krokami stąpała za dziewczyną - jedno spojrzenie na twarz przewodniczki przekonało ją, iż czarownica była młodsza od niej o kilka lat - najpierw jednym korytarzem, później drugim, wreszcie trzecim. Wszystkie miały gładkie ściany z pociemniałych ze starości kamieni i były oświetlone słabym blaskiem kuł zawieszonych w metalowych koszykach.

Na widok świecących kuł Eydryth z trudem powstrzymała okrzyk zaskoczenia. Już kiedyś widziała takie oświetlenie. Identyczne lampy zwisały ze ścian i sufitów jej domu, starożytnego Kar Garudwyn. Znała wiek tamtej twierdzy i teraz z jeszcze większym lękiem rozejrzała się wokoło. To miejsce było naprawdę stare.

Przewodniczka zatrzymała się przed niewielkimi drzwiami. Wciąż milcząc otworzyła je, machnięciem ręki poleciła wejść petentce, po czym weszła za nią.

W gabinecie pełnym pergaminowych zwojów siedziała za biurkiem kobieta, której orle rysy twarzy nie zdradzały prawdziwego wieku. Eydryth wzdrygnęła się pod nieruchomym spojrzeniem jej oczu. Miała ona na sobie taką samą szarą niby mgła suknię jak przewodniczka Eydryth, ale nosiła zawieszony na łańcuszku zamglony kamień o barwie księżyca.

Czarownica odsunęła nieco krzesło i długą chwilę siedziała nieruchomo, przyglądając się minstrelce. Kiedy się w końcu odezwała, przemówiła z wiejskim akcentem, lecz jej władcza postawa wskazywała, iż dawno pozostawiła za sobą spędzone na wsi dzieciństwo. Nie przedstawiła się, jednak jej zachowanie nie zaskoczyło Eydryth. Wiedziała bowiem, iż podanie komukolwiek

23

prawdziwego imienia oznaczało otwarcie szczeliny w pancerzu mocy.

- Tkaczka pieśni Eydryth. Szukasz uzdrowienia. Dla kogo? Wylądasz na zdrową.

- Nie, nie dla mnie - odrzekła dziewczyna zmuszając się do patrzenia prosto w surowe i przenikliwe oczy czarownicy. - Dla kogoś z mojej rodziny.

- I przybyłaś z bardzo daleka, prawda? - Starsza kobieta wstała i podeszła do Eydryth. Była o pół głowy niższa, ale emanująca od niej władcza aura niweczyła tę różnicę wzrostu. - Pachniesz morzem i masz zniszczone buty. Musiałaś przejść wiele mil. Czy w twojej prowincji nie ma uzdrowicielek?

- To prawda, że mamy własne Mądre Kobiety - przyznała dziewczyna. - Lecz jak dotychczas żadna nie mogła pomóc, ponieważ jest to choroba umysłu i ducha, a nie ciała.

Czarownica pokiwała lekko głową.

- To niedobrze, minstrelko. Mało kto potrafi uleczyć taką niemoc. Kogo poraziła i jak to się stało?

Eydryth aż zabrakło tchu, kiedy zaczęła opowiadać i opadły ją wspomnienia.

- To stało się sześć lat temu, gdy byłam jeszcze małą dziewczynką. Podróżowaliśmy... do pewnego miejsca dawnej Mocy. Miał to być rodzaj wyroczni, która pozwalała ujrzeć to, czego się najbardziej pragnie. Lecz kiedy Jervon tam zajrzał, poraziło go jak grom. Od tej pory jest jak małe dziecko, które je, gdy mu się poda jedzenie, i idzie, gdy się je prowadzi...

- On?! - W oczach czarownicy błysnął gniew. - Czy chcesz powiedzieć, że jakiś mężczyzna próbował posłużyć się źródłem Mocy? Szukasz u mnie pomocy dla kogoś, kto wtrącał się do spraw, których jego płeć nigdy nie zdoła zrozumieć?

- Tak, dla mojego ojca Jervona - wyjąkała Eydryth, gorączkowo się zastanawiając, gdzie popełniła błąd. - Powiedziano mi, że potraficie uzdrawiać...

Urwała, kiedy czarownica mocno złapała ją za brodę i w zamyśleniu odwróciła jej twarz z boku na bok.

- Twoje oczy... - mruknęła do siebie - ...są niebieskie... i szc...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin