Norton Andre - Świat Czarownic 19 - Morska Twierdza.rtf

(494 KB) Pobierz
Morska Twierdza

Andre Norton

P. M. Griffin

 

 

Morska Twierdza

 

Tytuł oryginału Storms of Victory

Przełożyła Ewa Witecka


Rozdział pierwszy

 

Była późna wiosna i już nie trzeba było rozpalać ognia w kominku, przynajmniej za dnia. W nocy, to co innego. Wilgoć i ziąb od morza dawały się we znaki po zachodzie słońca i do walki z nimi ułożono polana w sypialni pani zamku.

Una przeniosła spojrzenie ze stosu drew na okopconą kamienną ścianę za nimi. Widok wygaszonego i ostygłego paleniska nie wpłynął na nią kojąco, z niechęcią więc odwróciła wzrok.

Westchnęła w duchu. Miała dostatecznie dużo powodów do przygnębienia, lecz nie można było przepędzić smutnych myśli równie łatwo jak odwrócić się od kominka. Musi znaleźć jakieś wyjście z trudnej sytuacji, w jakiej się znalazła, a decyzjami, które podejmie, postanowi nie tylko o własnej przyszłości, ale i o losie zależnych od siebie ludzi.

Nie zamierzała się buntować przeciw ciążącej na niej odpowiedzialności. Od dawna przyzwyczaiła się do tego brzemienia, dźwigała je przecież z różnym powodzeniem dzień po dniu, rok po roku, aż wreszcie z trudem mogła sobie przypomnieć dawno miniony czas pokoju.

Wojna rozgorzała nagle i nieoczekiwanie dla odosobnionych i izolowanych od siebie Dolin z tego rejonu, chociaż niektórzy co potężniejsi od Uny wielmoże z południa przewidzieli ją i usiłowali się przygotować do niej. Nawet taki przebiegły wojownik jak ojciec Uny, Harvard w ostatnim roku pokoju przejmował się tylko szczęśliwym wydarzeniem: jego ukochana małżonka po wielu latach wreszcie nosiła w łonie dziecko. Dobrze ukrył zawód, gdy urodziła dziewczynkę, i cieszył się, że przeżyła trudny poród. Ledwie minęły dwa miesiące od uznania córki i nadania jej imienia, kiedy Alizon zwrócił swoje Psy i dziwne bronie przeciwko Krainie Dolin.

I taki był początek strasznych lat, lat klęsk i strat. Po raz pierwszy w długiej historii High Hallacku uparcie broniący swojej niezależności wielmoże zjednoczyli się we wspólnej sprawie, gdy przekonali się w końcu, że w przeciwnym razie wróg kolejno ich pokona i podbije wszystkie Doliny. Lecz nawet po zawarciu tego porozumienia losy wojny jeszcze długo się ważyły, nadzieja zaś zwycięstwa była tylko wątłym płomykiem, który uparcie nie chciał zgasnąć, i nie wynikała z logicznej oceny sytuacji. W końcu bieg wydarzeń się zmienił. Żołnierze High Hallacku przy pomocy swoich tajemniczych sprzymierzeńców, Jeźdźców–Zwierzołaków z Wielkiego Pustkowia, powstrzymali, a później wypędzili najeźdźców, zadając im druzgocącą klęskę i bez litości ścigając niedobitków.

Po zwycięstwie armię Krainy Dolin rozpuszczono do domów. Wielu żołnierzy ich już nie odnalazło albo zastali ruiny, gdyż Alizończycy spustoszyli High Hallack na długo, nim zostali rozbici, a nie oszczędzali ani ludzi, ani wytworów ludzkich rąk. Odbudowa życia własnego i życia posiadłości okazała się równie trudna jak wojna, która właśnie się skończyła, wymagała zaś takiej samej odwagi i siły.

Dolinie Morskiej Twierdzy i jej sąsiadom zostało to oszczędzone. Żaden wrogi oddział nie zapuścił się do tego odległego zakątka i go nie spustoszył. Mieszkańcy nie znali więc głodu, a brak dostaw wykwintnych towarów nie dotknął wieśniaków zbyt biednych, by mogli sobie na nie pozwolić nawet w najlepszych czasach. Co zaś do innych potrzeb, to wszystkie Doliny były prawie samowystarczalne. Okoliczni mieszkańcy handlowali między sobą, rzadko zapuszczając się nawet do Linny, żeby nabyć albo sprzedać towary. Wprawdzie ponieśli duże straty, jak wszyscy w High Hallacku, ale dawali sobie jakoś radę.

Una podniosła wyżej głowę. Morska Twierdza radziła sobie lepiej od innych. Mając do dyspozycji garść starych lub niezdolnych do walki mężczyzn, którzy w miarę swoich możliwości pomagali kobietom i młodym chłopcom, delikatna i łagodna matka Uny sprawiła, że włość nie podupadła i pozostała wydajna. Pod jej kierunkiem wieśniacy konserwowali zamkowe mury i zabudowania, siali, zbierali plony, dbali o sprzęt i o zwierzęta. Powodziło im się tak dobrze, że nie tylko zaspokajali własne potrzeby, ale mogli też przekazać niewielką nadwyżkę żywności dla armii High Hallacku i jeszcze zrobić zapasy na czarną godzinę.

Una opuściła głowę, gdy dumę z osiągnięć matki wyparły inne wspomnienia. Kiedy nieliczni ocaleli żołnierze wrócili do Doliny, był wśród nich i pan Harvard, ale jechał w naprędce sporządzonej lektyce, a nie na koniu. Po latach utarczek, układania bitewnych planów i forteli — przywódcy High Hallacku docenili zarówno jego odwagę, jak i rady, choć nie należał do ich wewnętrznego kręgu — otrzymał cios włócznią w plecy podczas jednej z ostatnich bitew tej długiej wojny.

Przez wiele miesięcy małżonka i poddani pielęgnowali go z oddaniem, obawiając się o jego życie. Miał silną wolę i serce, więc przeżył, lecz już nigdy nie odzyskał władzy w nogach i w prawym ramieniu.

Harvard nie załamał się, jak stałoby się to z innymi na jego miejscu, ale poświęcił się całkowicie zarządzaniu swoją Doliną. Okaleczone ciało przestało go słuchać, więc z pokorą człowieka o wielkim sercu nadal polegał na wypróbowanych już umiejętnościach swojej małżonki i — w coraz większym stopniu — na dorastającej, chętnej do nauki córce, która stała się ich wysłanniczką.

Ojciec wciągnął Unę w sprawy, którymi zazwyczaj nie zajmowały się kobiety. Wiedział, że już nie będzie miał syna, a zarówno on sam, jak i jego pani pragnęli, żeby rządy nad Doliną choć w części pozostały w rękach ich rodu, który władał nią od zasiedlenia High Hallacku.

Una z Morskiej Twierdzy okazała się pojętną uczennicą. Odziedziczone po matce zdolności łączyła z energią ojca i swoją własną miłością do Doliny i jej mieszkańców.

Jednak w miarę upływu lat Harvardowi robiło się coraz ciężej na sercu. Zdawał sobie bowiem sprawę z możliwości konfliktów i wyniszczających waśni, gdyby ukochana córka pozostawała niezamężna w chwili jego własnej śmierci. Strata żony po krótkiej chorobie jeszcze boleśniej uświadomiła mu własną śmiertelność. Postanowił zatem zabezpieczyć przyszłość córki wydając ją za pana Ferricka, swojego starego, zaufanego towarzysza broni, męża o silnym ramieniu i bystrym umyśle. Ten wojownik miał wszystkie dane, by rządzić posiadłością, którą miał otrzymać pewnego dnia wraz z ręką jej dziedziczki.

Kojarzenie małżeństw przez rodziców było normą wśród możnych rodów Krainy Dolin i Una z Morskiej Twierdzy zaakceptowała decyzję ojca, uznając, że jest konieczna, i doceniając jego trafny wybór. Małżeństwo zostało zawarte i Una wraz ze swoim ludem odetchnęła z ulgą, że zniknęła jeszcze jedna groźba.

Ale zaledwie kilka tygodni później los zadał Krainie Dolin następny bolesny cios. Tym razem nie była to ludzka chciwość, lecz okrutniejszy od niej wróg — choroba, która błyskawicznie przemknęła przez kontynent z różnym wszakże skutkiem. Dla niektórych Dolin i ludzi okazała się kilkudniową mniej lub bardziej łagodną niemocą, dla innych jednak była zabójcza.

Zaraza dotknęła prawie cały ten rejon High Hallacku, a najbardziej Dolinę Morskiej Twierdzy. Jak to się zwykle dzieje w takich przypadkach, zachorowali starcy, maleńkie dzieci i co słabsi z dorosłych, lecz tym razem jednak zapadli na nią również młodzi i silni. Trawiła ich gorączka, kaszel i wielu zaniemogło na zapalenie płuc, a z choroby wstali tylko nieliczni. Z jakby złośliwą dokładnością choroba wybierała głównie młodych mężczyzn, którzy dopiero zaczynali zastępować poległych w wojnie dojrzałych mężów. Ocalała tylko nieliczna garstka.

Una sama była bliska śmierci. Wyzdrowiała wprawdzie, ale kiedy odzyskała przytomność i nieco sił, dowiedziała się, że utraciła zarówno ojca, jak i męża.

Głęboki żal po stracie Harvarda rozdzierał jej serce, lecz opłakiwała też śmierć Ferricka. Jakkolwiek znacznie od niej starszy, tak że mógłby być raczej jej ojcem niż małżonkiem, i nie rozumiejący potrzeb młodej dziewczyny tak samo jak inni mężczyźni w jego wieku, jednak obchodził się z nią łagodnie, a nawet czule. Jako przyjaciel Harvarda, znał ją od urodzenia i darzył prawdziwym uczuciem. Było to znacznie więcej, niż mogło się spodziewać wiele szlachetnie urodzonych panien.

Oczy Uny zabłysły zielonym płomieniem. Umarł dobry człowiek. To samo w sobie było dostatecznie złe. Ale jeszcze większym nieszczęściem był fakt, że jego śmierć naraziła na niebezpieczeństwo tych, których starał się chronić.

Una z Morskiej Twierdzy nie buntowała się przeciw wyrokom losu, który zmusił ją, żeby oficjalnie przejęła rządy nad Doliną. Umiała rządzić i w istocie cieszyła się, iż może spożytkować wrodzone zdolności, gdyż niejeden raz udowodniła, że je posiada. Przez kilka lat wszystko szło dobrze. Władała Doliną i pracowała wraz ze swoim ludem. Ich wspólne wysiłki przynosiły owoce. Nadmorski zamek kwitł, a nadzieja i radość życia znowu zagościły w sercach wszystkich mieszkańców. Obecnie jednak jej wdowieństwo wystawiało na niebezpieczeństwo wszystko, co kochała, i wszystkich, którzy jej słuchali i uznawali jej władzę. Będzie musiała okazać stanowczość, w pełni świadoma, że może nie zdołać zapobiec złu. To, co uważała za lekarstwo, może łatwo stać się trucizną gorszą od choroby, którą miało wyleczyć.

Nic się na to nie poradzi. Una wyprostowała się i wyszła z sypialni do przyległej większej komnaty, w której miała zwyczaj zajmować się sprawami swojej Doliny i spotykać ze swymi pomocnikami.

Przy dużym biurku siedział mały chłopiec, chmurnym wzrokiem wpatrywał się w grubą księgę, nad którą go posadziła, by nie przeszkadzał jej w podejmowaniu decyzji. Uśmiechnęła się lekko. Tak jak przedtem jej rodzice, uważała, że Dolina była tym silniejsza, im więcej jej mieszkańców umiało czytać i pisać, a ten chłopiec, mimo że wolał inne rozrywki, uczył się szybko i chętnie.

 Tomer, przyprowadź do mnie Rufona.

 Tak jest, pani. On chętnie posłucha, bo tak jak wszyscy ma powyżej uszu tych… ludzi z Kruczego Pola.

Skinęła głową. Łatwo jej przychodziło podzielać sympatię pazia do Rufona i niechęć tegoż Rufona do aroganckich sąsiadów — no i ten ukryty strach, który jak całun okrywał cały Morska Twierdza.

W żaden sposób nie okazała swoich uczuć.

 Biegnij więc po niego — powiedziała łagodnym głosem i przygotowała się wewnętrznie do spotkania.

Nie czekała długo. Ruf on niecierpliwie oczekiwał na to wezwanie i nie omieszkał stanąć przed swą panią. Był to dość niski, krępy mężczyzna o nieregularnych acz przyjemnych rysach twarzy, którą szpeciła stara blizna na podbródku. Nie miał prawego ramienia.

Wyprostował się przed Uną i — jak przystało — czekał, aż się do niego odezwie.

Powitała go, po czym od razu przystąpiła do sprawy, która ich wszystkich niepokoiła.

 Czy nasi goście jeszcze są w łóżkach?

 Tak, ale już niedługo będą domagać się odpowiedzi, pani — dodał łagodnie, choć szorstko. Bał się bardzo, że córka Harvarda nie ma tak naprawdę wyboru i będzie musiała skapitulować, a to okaże się fatalne dla wszystkich.

Una wyczuła jego myśli i tracąc na chwilę opanowanie, powiedziała gniewnie:

 Nie oddam Doliny Morskiej Twierdzy Oginowi z Kruczego Pola. Na Jantarową Panią, nawet nie wyobrażaj sobie, że mogłabym podważyć wasze zaufanie do mnie, dając temu tyranowi władzę.

 W takim razie będziesz musiała wybrać sobie innego małżonka, pani, i to szybko, gdyż inaczej Ogin zagarnie wszystko wbrew twojej woli.

 Kogo mam wybrać? — zapytała zmęczonym głosem. — Dolina Kruczego Pola jest najsilniejsza w okolicy. Ojciec Ogina zachował swoją drużynę w nietkniętym stanie w najprostszy ze sposobów — został w domu, kiedy jego sąsiedzi wyruszyli na wojnę. Zaraza zabrała mu mniej ludzi niż nam i nieszczęścia ledwie ich musnęły. Ma pełny garnizon, podczas gdy w innych Dolinach pozostało zaledwie tylu wojowników, że z trudnością utrzymują się same i próbują nie dopuścić, by rozbójnicy zagnieździli się w tych stronach. Czy w tej sytuacji któryś z naszych sąsiadów zaryzykowałby, nie, nawet mógłby zaryzykować wystąpienie przeciw Oginowi biorąc mnie za żonę lub żeniąc ze mną swojego syna? Czy tak trudno się domyślić, że pan Kruczego Pola ucieszy się z każdego pretekstu, żeby przyłączyć do swojej majętności każdą bogatszą od naszej Dolinę? — Przeniosła na chwilę spojrzenie na ścianę, jakby chciała zobaczyć świat rozciągający się za nim. — Dolina Morskiej Twierdzy jest duża, ale nikt się nie wzbogaci na tym, co wytwarza. Tylko głupiec ryzykowałby utratę swojej w zamian za naszą, przynajmniej do czasu, aż wszystko powróci do normy.

Ale przecież jest jeszcze sama pani Morskiej Twierdzy, pomyślał Rufon. Nigdy nie widział piękniejszej od niej kobiety, panny czy mężatki, przewyższała urodą nawet swoją matkę, a to było niemałe osiągnięcie.

Una była wysoka jak na kobietę ze swojej rasy, smukła, o tak delikatnej budowie ciała, że wydawała się krucha jak szkło. Miała dziecinnie małe ręce. Gdyby oparła rękę w poprzek dłoni Ruf ona, nie zmierzyłaby jej szerokości. Jej delikatnie rzeźbione rysy twarzy — odpowiednio do reszty postaci — były niezwykle subtelne i nie odpowiadały nieco bardziej krzepkiemu ideałowi wielbionemu przez jej ziomków. Ciemnokasztanowe włosy Uny, nawet zaplecione w gruby warkocz, sięgały bioder. Lecz najpiękniejsze były jej oczy. Duże, szeroko rozstawione, ocienione długimi ciemnymi rzęsami, zielone jak nefryt, kontrastowały z jasną cerą ożywioną lekkim rumieńcem.

Spojrzenie Rufona zamigotało. Pani Una oczywiście miała rację. Wielmoże z High Hallacku żenili się dla ziemi i władzy, którą zapewniało posiadanie gruntów, albo dla dużego posagu. Uroda żony osładzała transakcję, ale po zawarciu umowy małżeńskiej nie liczyła się bardziej niż wartość tego, co kobieta wniosła do związku. A wielka szkoda, bo w całej Krainie Dolin znalazłbyś niewiele kobiet piękniejszych od Uny z Morskiej Twierdzy czy lepiej od niej zarządzających włością. Nie bardzo chciał to przyznać, gdyż, jego zdaniem, w jakimś stopniu kolidowało to z nakazami przyzwoitości.

 W High Hallacku pozostało wielu panów, którzy nie mają ani ziemi, ani zamków — zauważył. — Jeszcze więcej jest doświadczonych żołnierzy i dowódców, którzy nie wzgardziliby taką posiadłością jak nasza.

Potrząsnęła przecząco głową.

 Obcego? Mogłabym tylko sprowadzić nam na kark nowego Ogina. Poza tym potrzebuję drużyny, nie zaś pojedynczego człowieka, tylko to zabezpieczy Dolinę.

 Co więc zamierzasz, pani? Prędzej czy później będziesz musiała dać im jakąś odpowiedź.

 Nie, stary przyjacielu — odrzekła Una z uśmiechem: — To będzie twoje zadanie. Ogin wysłał posłów, żeby zalecali się w jego imieniu. Dlatego odpowie im wysłannik Morskiej Twierdzy, a nie jego pani.

Spojrzała mu w oczy. Spoważniała, ale na jej twarzy nie odbijało się wahanie, i Rufon zrozumiał, że ma jakiś plan, który zamierza wprowadzić w życie.

Zawsze cechował ją spokój. Teraz zaś, kiedy podjęła decyzję, zdawała się ją otaczać, osłaniać niby płaszczem aura spokoju. Nawet jej głos brzmiał miękko, choć słowa były stanowcze:

 Poinformujesz wysłanników Ogina, iż jestem bardzo niezadowolona z ich przybycia. W ostatnie Gody wyjaśniłam przecież ich panu, że obowiązki wobec mojej Doliny i mojego zmarłego małżonka jeszcze długo będą skupiać całą moją uwagę. Poza tym ten, kto stara się o rękę pani Morskiej Twierdzy, powinien zjawić się u niej osobiście.

Rufon drgnął słysząc to ostatnie stwierdzenie, lecz niemal w tej samej chwili uśmiechnął się szeroko. Taki mężczyzna jak Ogin oczekiwał od kobiety właśnie zrzędliwości i złego humoru. Szorstkie odrzucenie jego propozycji zadowoli go, wyjaśni mu choć w części, dlaczego Una ociąga się z przyjęciem jego ponownych zalotów, i sprawi, że Ogin nie zaniepokoi się o ostateczny rezultat.

 W każdym razie zyskalibyśmy przez to więcej czasu, pani.

 Dostatecznie dużo, by się zabezpieczyć, jeżeli los będzie sprzyjał moim planom. Teraz muszę się pośpieszyć. Wydałam już rozkazy, aby przygotowano „Kormorana” do podróży, i chciałabym odpłynąć, zanim nasi nieproszeni goście się obudzą.

 Odpłyniesz? Dokąd? — Wojownik spochmurniał.

 Oficjalnie do Linny, żeby złożyć uszanowanie mojej szwagierce, chociaż wolałabym, aby nasi ludzie jak najdłużej zachowali ten fakt w tajemnicy. Jeżeli zbyt długo nie będę wracać, powiesz im, że postanowiłam zostać przez jakiś czas w Opactwie. Na pewno się z tym pogodzą, zwłaszcza kiedy dodasz, że chcę się rozeznać w sprawie sprzedaży kilku naszych koni.

Rufon skinął głową. Nikt, kto ją znał, nie mógłby sobie wyobrazić, że ucieknie chyłkiem, by ukryć się w Opactwie przed groźbą, której prędzej czy później będzie musiała stawić czoło. Przed najazdem Psów z Alizonu konie z Doliny Morskiej Twierdzy były wysoko cenione w tych okolicach High Hallacku. W minionych latach z konieczności nie powiększano stada, którego rdzeń pozostał nietknięty, podczas gdy resztę wysłano na wojnę wraz z żołnierzami z Doliny. Wszystkim wyda się więc zrozumiałe, że pani Una spróbuje teraz odnowić hodowlę i przewidująco szuka zbytu dla przychówku.

Zrozumiałe czy nie, na pewno nie to było powodem jej oddalenia się teraz z Zamku.

 A gdzie będziesz naprawdę? — zapytał Rufon.

 Ja rzeczywiście zobaczę się z ksienią Adicią. Kochamy się i grzeczność nakazuje mi ją odwiedzić. Później — wzruszyła ramionami, jakby godząc się w losem — wyruszę do Linny i dalej, albo powędruję na południe. Nie wrócę, dopóki z pomocą Rogatego Pana nie znajdę tego, czego szukam. — Unie nie wydało się dziwne czy niestosowne, że wymieniła imię, którego najczęściej wzywali żołnierze i myśliwi, sama też potrzebowała pomocy.

 A czego lub kogo szukasz? — zapytał z ciekawością i troską w głosie.

 Najemników, dużego oddziału. Odważnych ludzi, którzy broniliby naszej sprawy do czasu, aż w jakiś sposób odtworzymy naszą własną drużynę.

 Pani! Nie wszystko, co… Czy zdajesz sobie sprawę, jakie ryzyko podejmujesz? I jak im zapłacisz, nawet jeśli znajdziesz żołnierzy gotowych zaciągnąć się pod twoje sztandary?

 Tak, to niebezpieczne, ale wiem, czego szukam — odpowiedziała z westchnieniem. — Oddziału czystych tarcz, najemników, z których zachowania poznam, iż nie utracili dumy, przestrzegają dyscypliny i gotowi są dotrzymać przysięgi. Co do zapłaty, może nie będzie to takie trudne jak przed kilku laty. Wprawdzie życie nadal jest ciężkie, a czasy niepewne, lecz w High Hallacku już nie gorzeje wojna na pełną skalę. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, jak drogie są kwatery i podróż przez morze, obowiązek eskortowania czy pilnowania twierdzy nie powinien się wydać za trudny zwolnionym ze służby najemnikom, których dowódcy dopiero się zastanawiają, co robić dalej. Musimy się przygotować na przyjęcie czystych tarcz bez względu na to, czy zdołam pozyskać dla siebie jakichś, czy też nie. Przyszykujcie dla nich dolne izby w wieży z wyłączeniem wielkiej sali, mieszkań służby i pomieszczeń, w których się pracuje. W ten sposób nasi ludzie nie będą musieli znosić towarzystwa zakwaterowanych wśród siebie obcych. Mamy przecież wiele rodzin pozbawionych mężczyzn i miejsca starczy dla wszystkich.

Westchnęła w duchu. Tak, na Jantarową Panią, mieli dużo miejsca. Morska Twierdza zawsze miała za mało ludzi, a wojna i zaraza jeszcze bardziej przetrzebiły mieszkańców.

 Jak sobie życzysz, pani — odparł ukrywając z trudem zaskoczenie.

Una uśmiechnęła się nieznacznie. Wyświadczy przysługę nie tylko swoim ludziom. Powinna była dokładniej wyjaśnić, jakich to wojowników zamierza przyjąć na służbę, ale nie zrobiła tego w obawie, że Ruf on pomyśli, iż straciła rozum. Sama uznała, że ta część jej planu jest czystym szaleństwem, a mimo to zdecydowała się spróbować. Jeżeli jej się powiedzie, potroi szansę zapewnienia bezpieczeństwa swojej Dolinie.

Na zdrowy rozum plan wydawał się niemożliwy do zrealizowania, istniała wszakże niewielka szansa, że zdoła wprowadzić go w życie. Druga Una, tak bliska jej sercu jak rodzona siostra i jej jedyna powierniczka w tej materii, zgodziła się z nią, że tylko sprowadzenie najemników do Morskiej Twierdzy umożliwi jej zachowanie niezależności, chociaż obu nie podobał się zamiar sprowadzenia obcych do starożytnej Doliny.

Podniosła głowę. Nadszedł czas.

 Zaopiekuj się wszystkim, stary przyjacielu. Wrócę tak szybko, jak to będzie możliwe i, mam nadzieję, w towarzystwie mieczy tak ostrych, że zniechęcą Ogina.


Rozdział drugi

 

Wszystkich Sokolników uczono od dzieciństwa, jak żyć na wodzie i nad wodą. Widu z nich pokochało ten dziki, obcy żywioł i dobrowolnie nie szukało innej służby poza statkami. Lecz góry oraz piękno i tajemniczość wyżyn wywarły tak wielkie wrażenie na Tarlachu, że przewyższyły nawet zew oceanu. W przeszłości jednak służąc zarówno na okrętach wojennych, jak i statkach handlowych, obecnie też nie wyrzekłby się podobnego zajęcia, gdyby takie się nadarzyło.

W owej chwili nie mógł się zdecydować, co on i jego towarzysze powinni zrobić, ale wkrótce albo sam będzie musiał zdecydować, albo pozwolić, żeby los dokonał za niego wyboru, oczywiście, jeżeli nie chcieli oddać tutejszym kupcom i karczmarzom ciężko zarobionych pieniędzy.

Los źle im się przysłużył, gdyż zostali zwolnieni ze służby z dala od głównych centrów handlowych High Hallacku. Linna nie była złym miastem, lecz ten mały i odizolowany od reszty kraju obszar nie mógł zapewnić pracy dla tak dużego oddziału.

Przed najazdem Alizończyków była to mała osada zaspokajająca potrzeby okolicznych ubogich Dolin, która nie została spustoszona podczas wojny jak większość High Hallacku. Była wówczas jednym z nielicznych portów, które jeszcze pozostały w rękach mieszkańców Krainy Dolin, w dodatku dogodnym i łatwo dostępnym, tak że mogły do niej zawijać sulkarskie statki. Jedne blokowały wybrzeże, żeby uniemożliwić Alizończykom otrzymanie posiłków, inne zaś dowoziły napadniętym tak poszukiwaną broń lub równie potrzebne oddziały czystych tarcz, często złożone z Sokolników pragnących dobrze sprzedać swoje miecze i żołnierskie umiejętności.

Po wojnie Linna zachowała część uzyskanych wtedy korzyści. Sam port był głęboki i osłonięty przed zimowymi wichurami i sztormami nawet wówczas, gdy Lodowy Smok kąsał najostrzej i ryczał najgłośniej. Poza tym sulkarscy kapitanowie przekonali się, że przepływający wzdłuż brzegu prąd morski prawie podwajał szybkość, z jaką wiatry niosły ich statki do bogatszych portów na południu Krainy Dolin. Dlatego nadal tędy chętnie przepływali, a wraz z nimi przybyli do Linny kupcy i drobni handlarze przyciągnięci obecnością obcych statków. Wielu z nich osiadło na stałe, pozakładało sklepy i kramy. Zasiedlili oni głównie otwartą przestrzeń przylegającą do murów maleńkiego Opactwa, gdzie garstka pobożnych Dam oddawała cześć Wiecznemu Płomieniowi. Wraz z nowymi członkami lokalnej społeczności dwie karczmy dołączyły do pierwszej, znacznie powiększonej, która stała nad morzem. Wszystkie tętniły życiem podczas bardziej umiarkowanych pór roku. Pomimo tych przemian Linna odzyskała wiele dawnych cech i stała się spokojnym miasteczkiem, w którym od czasów zasiedlenia High Hallacku odbywały się jarmarki. Tarlach westchnął i pogłaskał Syna Burzy. Sokół nie ruszył się ze swego miejsca na przedramieniu kapitana, podniósł tylko głowę i utkwił przenikliwe spojrzenie w człowieku, którego wybrał na towarzysza i brata. Wyczuł dręczący go niepokój, lecz nie odezwał się do niego w myśli wiedząc, iż tego nie pragnie.

Sokolnik znów westchnął. Tak, dobrze się stało, że pokój powrócił do Krainy Dolin, podobnie powoli wracał do Estcarpu po drugiej stronie morza. Wszędzie ludzie mieli dość wojen, chcieli odbudować zburzone domy i spokojnie przeżyć pozostałą część życia, każdy na swój sposób. Większości z nich w końcu to się uda i zapomną o bólu, ruinach i śmierci.

Ale z Sokolnikami rzecz się miała zupełnie inaczej. Kiedy po trzykroć przeklęte Czarownice ruszyły z posad góry, niszcząc nie tylko armię najeźdźców, ale zarazem i Gniazdo, przypieczętowały tym los jego rasy. Tarlach był o tym przekonany.

Sokolnicy prowadzili sobie właściwy tryb życia, który inne ludy uważały za wyjątkowo surowy i uciążliwy. W odległej przeszłości przypłynęli na północ na sulkarskich statkach uciekając przed grożącą im klątwą. Przywieźli ze sobą kobiety i dzieci, lecz podróżowali razem tylko w tym sensie, że każda grupa trzymała się z dala od drugiej, jakby nie łączyły ich więzy pokrewieństwa. Rządzące Estcarpem czarownice zabroniły im wstępu do tego kraju ze względu na sposób, w jaki traktowali swoje kobiety. Znaleźli jednak schronienie i nową ojczyznę w górach na granicy między Estcarpem a Karstenem. Zbudowali tam Gniazdo — siedzibę wojowników zarabiających na życie jako najemnicy — i ulokowali wciąż niebezpieczne kobiety w kilku wioskach, gdzie żyły w odosobnieniu. Tylko od czasu do czasu, o wyznaczonych porach roku, odwiedzali je wybrani mężczyźni, żeby z nimi spółkować i w ten sposób zapewnić przetrwanie swej rasie. Z czasem ta zrodzona z konieczności segregacja pogłębiła w nich nienawiść i pogardę do wszystkich ludzkich i prawie ludzkich kobiet. Sokolnicy nie wiązali się z żadnymi niewiastami na stałe ani czasowo, wyjąwszy te krótkie spotkania potrzebne do spłodzenia następnego pokolenia wojowników.

System ten działał sprawnie i zarówno kobiece wioski, jak i samo Gniazdo znajdowały się z daleka od sąsiednich ludów. A przecież nawet wtedy niektóre kobiety odeszły z gór, wymknęły się gdzie indziej szukać lepszego życia. Jak długo pozostaną w swoich obecnych siedzibach na terenie Estcarpu? Przez jedno pokolenie? Dwa? Na pewno nie dłużej, nie miał co do tego wątpliwości. Wiedział, iż mężczyźni z jego rasy nie wytrzymaliby takiego życia mając do wyboru inne możliwości i wzory. Nie wierzył więc, że i ich tymczasowe towarzyszki będą kontynuować odwieczny tryb życia.

Znów musnął pióra wielkiego sokoła. Czy nadejdzie w końcu taki dzień, gdy żaden ptak i żaden Sokolnik nie będą mogli się dzielić myślami? Wtedy ich przeciwniczka weźmie na nich pomstę, choć nigdy nie uwolniła się do tego stopnia, aby uczynić to osobiście.

Wziął się w garść, próbując zrzucić całun z duszy, Rogaty Pan wie, jak bardzo Tarlach jest zmęczony! Może te myśli zrodziło tylko zmęczenie…

Cichy powitalny skwir Syna Burzy przywrócił mu poczucie rzeczywistości. Podniósł oczy. Zbliżał się do niego mężczyzna w zbroi i skrzydlatym hełmie. Czarny sokół o białej piersi siedział wygodnie na jego nadgarstku. To był porucznik Brennan.

 Jakie przynosisz nowiny, towarzyszu? — zapytał zmuszając się do lekkiego tonu, aby i jego zastępca nie wpadł w ponury nastrój.

 Żadnych. Wyszedłem się przejść i nacieszyć porankiem i zobaczyłem ciebie. — Zawahał się. — Co cię gnębi, Tarlachu.

 Po prostu się zamyśliłem. — Kapitan potrząsnął przecząco głową.

 Zamyśliłeś się widać głęboko, bo nie usłyszałeś, że się zbliżamy. Ostatnio często ci się to zdarza.

Tarlach nie odpowiedział od razu, lecz skupił uwagę na tym, co się działo w porcie. Były tam trzy statki. Dwa sulkarskie korabie wyładowały beczki wina czy piwa. Trzeci statek, niewiadomego pochodzenia, zdawał się szykować do odpłynięcia.

 Żaden z nich nie jest dostatecznie duży, żeby mógł wziąć nas na pokład — zauważył zmęczonym głosem.

 Z powrotem do Estcarpu czy tylko na południe?

 Jeszcze nie podjąłem decyzji, ale tak czy inaczej na pewno znaleźlibyśmy się tam w lepszej sytuacji niż obecna. Jesteśmy tutaj już cztery tygodnie i nie otrzymaliśmy żadnej oferty i, jak sądzę, wcale jej nie otrzymamy. Może nie znajdziemy już odpowiedniego dla nas zajęcia w Krainie Dolin.

Brennan przyjrzał się swemu dowódcy.

 Nie wydajesz się zmartwiony taką możliwością. Czy chcesz, abyśmy wrócili do Estcarpu?

Kapitan wzruszył ramionami.

 Moglibyśmy odpocząć w jednym z naszych obozów. Walczyliśmy prawie bez przerwy od przybycia do High Hallacku. — Wyprostował się. — Bez względu na to, czy opuścimy ten kraj, czy w nim zostaniemy, zrobimy to całym oddziałem. Wyruszyliśmy jako kompania i wypada, żebyśmy tak powrócili do naszego komendanta.

Porucznik zgadzał się z nim, lecz nim zdążył to głośno wypowiedzieć, oba ptaki syknęły gniewnie i wzleciały do góry. W tej samej chwili dotarły do nich głośne krzyki i wrzawa pobliskiej walki.

Obaj Sokolnicy instynktownie pobiegli w stronę źródła hałasu, ciemnej alejki oddzielającej dwa magazyny portowe.

Złożona z siedmiu mężczyzn banda łapaczy rekrutów (sądząc po tym, że nie chcieli zranić ofiary mimo stawianego oporu), zagnała jakiegoś samotnego wędrowca w wąską i ślepą pułapkę. Próbowali go obezwładnić, zanim ktokolwiek zwróci na nich uwagę i pokrzyżuje im plany.

Napadnięty był chłopcem albo bardzo młodym mężczyzna. Jego podróżna opończa z kapturem wskazywała, iż pochodził z tej okolicy, Więcej nie mogli dostrzec, ponieważ stał odwrócony do nich bokiem, a fałdy opończy i kaptur zasłaniały twarz i ciało. Widzieli tylko miecz połyskujący w jego ręku.

Jeden z bandytów zaatakował chłopca od tyłu, chcąc go powalić mocnym kijem, który trzymał w ręku. Ku zdumieniu wszystkich młodzik odwrócił się błyskawicznie. Jego brzeszczot trafił we właściwe miejsce, zanim większy i silniejszy od niego mężczyzna zdążył podnieść broń.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin