Andre Norton
Na straży świata czarownic
Tytuł oryginału: The Warding of Witch World
Przełożyła Ewa Witecka
Ingrid i Markowi
Którzy bardzo dzielnie słuchali
Juanicie Coulson,
bez której ta książka
nie mogłaby powstać
Simon Tregarth ściągnął wodze swego torgiańczyka. Niebo było ołowiane, posępne. W tej dzikiej okolicy niemal nic nie przyciągało wzroku; wędrowiec rozglądał się wokoło z poczuciem, że powinien zachować daleko idącą ostrożność. Wrodzony Tregarthowi dar jasnowidzenia, nader ograniczony w porównaniu z mocami, którymi władali jego towarzysze podróży, obudził się i dawał o sobie znać, odkąd opuścili obóz tego ranka. Bez wątpienia czekały ich kłopoty, ale gdzież ich nie było w tej krainie starożytnej magii i walczących ze sobą sił Światła i Ciemności?
Niepokoiło go nie tylko szare, zachmurzone niebo. Mimo że zajechali tak daleko na północ, powietrze było tak wilgotne, że aż kusiło, by zrzucić hełm i kolczugę, i odpiąwszy zawieszoną przy siodle podróżną manierkę naruszyć zapas wody.
— Zło można zawsze zwęszyć, ono nie potrafi pozbyć się swego smrodu! — Młody jeździec dołączył do Simona na szczycie pagórka, z którego rozciągał się widok na falisty teren. Ani upływ czasu, ani erozja na tym falistym obszarze przylegającym do pogórza nie zdołały ukryć śladów działalności ludzi, a może jakichś innych istot, równie pożądliwie pragnących wydrzeć naturze upragniony łup.
Simon uśmiechnął się szeroko do swego najstarszego syna; Kyllan był przede wszystkim wojownikiem, choć miał też pewne zdolności magiczne. Zsunął na szerokie ramiona fałdy misiurki i uniósł wysoko głowę, rozdymając nozdrza, jak ogar szukający tropu.
— Są tu jeszcze resztki jakichś złych mocy, ale zrodzonych już dawno. — Wierzchowiec, którego Kyllan dosiadał, również uniósł wysoko głowę. Wegan, Renthan z Zielonej Doliny, był równie inteligentny jak jego człowieczy towarzysze.
— Pułapka? — Simon wymienił myśli z Renthanem.
— Nie… — Ale zaraz myśl się urwała, by podjąć po chwili: — Wilkołaki! — Ostrzegawczy, choć bezgłośny okrzyk przeszył umysły obu mężczyzn.
Simon nie zlekceważył przestrogi, choć jego własne zmysły nie zarejestrowały ukrytego niebezpieczeństwa.
Ostrzeżenie dotarło również do pozostałych zwiadowców. Tworzyli mieszaną grupę, ale taka była czymś najzwyklejszym w owych dniach w Escore. Albowiem w tej starożytnej ojczyźnie władców i władczyń Mocy zapanował niepokój; wyczuwano, że uśpione od wieków siły obudziły się, i może już nigdy nie zasną. Wyruszyli dzisiaj na zwiady, gdyż dotarły do nich niejasne przestrogi. Na— razie niejasne… Lecz ci, którzy podtrzymywali czarodziejskie zabezpieczenia i zapory, zawsze byli wrażliwi na najmniejsze zmiany, dające się wyczuć ich niezwykle wyostrzonymi zmysłami magicznymi. Dlatego wśród zwiadowców było trzech mieszkańców Zielonej Doliny: Hateran, Varse i Jonka na Renthanach, obok biegły torgiańczyki, rumaki bojowe ludzi ze Starej Rasy. Dosiadali ich dawni wygnańcy, Yonan i Uruk od Wielkiego Topora, którzy znali Escore takim, jakim było niegdyś. Sentkar, uczestnik Wojen Granicznych; Denner z Lormtu; oraz ten, kto zuchwale dołączył do oddziału na drugi dzień po opuszczeniu obozu–bazy, Keris, syn Kyllana.
Keris poruszył się w siodle, sięgając odruchowo ku rękojeści miecza. Zaraz potem zarumienił się i szybko opuścił rękę na łęk siodła, zerknąwszy ukradkiem na Yonana, czy dostrzegł ów nadmierny entuzjazm do walki. W końcu przeciw wrogom mógł zwrócić tylko swoją znajomość żołnierskiego rzemiosła. Od urodzenia dźwigał brzemię człowieka pozbawionego zdolności magicznych. Przynajmniej los obdarzył go naturalną zręcznością we władaniu mieczem i pistoletem strzałkowym.
Kiedy zwiadowcy zorientowali się, że przyłączył się do nich Keris, pozwolili mu zostać, głównie dlatego, że w tej okolicy tylko chory na umyśle człowiek podróżowałby samotnie. Jednakże zarówno jego ojciec, jak i dziadek, wytrwale ignorowali Kerisa, dbając jedynie, by nie zapomniał, iż wcześniej czy później poniesie przykre konsekwencje tej samowoli.
Kłęby mgły unosiły się sponad pagórków, w które przekształciły się niegdysiejsze budowle. Keris przypomniał sobie zasłyszaną w dzieciństwie legendę, część dziedzictwa Zielonej Doliny: że człowiek, który przysiągł wypełnić jakąś powinność i został zabity, zanim tego dokonał, istniał jako cień tak długo, jak długo nie spełnił swego zamiaru. Może właśnie teraz stali na dawnym polu bitwy? Młodzieniec nie po raz pierwszy poczuł ból utraty, który nie dawał mu spokoju od chwili, gdy z krzykiem przyszedł na świat. Tak, był mieszańcem, w jego żyłach płynęła krew dwóch ras, ale w przeciwieństwie do swojej siostry nie odziedziczył zdolności władania Mocą. Powierzchownością przypominał wprawdzie swego ojca Kyllana, jednakże nie miał nawet jego ograniczonego magicznego daru, a co dopiero mówić o wielkich talentach matki, Dahaun.
Simon Tregarth wyprostował się w siodle, podciągnął misiurkę osłaniając brodę i szyję. Być może dalsza jazda była czystym szaleństwem, ale lata walki z siłami Ciemności nauczyły go, że zwykle najlepszym rozwiązaniem jest konfrontacja z wrogiem. Renthan Kyllana wykonał pełny obrót i zwrócił się na północ, a jego jeździec również przygotował się do boju.
Wilkołaki wynurzyły się spomiędzy zamglonych pagórków, bezszelestnie jak szare kłęby mgły, i zbliżały się coraz bardziej. Ich sposób poruszania się budził obrzydzenie: jedne wyprostowane, na dwóch nogach, inne na czworakach. W ich zbitej w pełne błota kłaki i brudnoszarej sierści pełno było źdźbeł, łodyżek, gałązek. Widać było, że przybyły w wielkim pośpiechu i z daleka. Któż je mógł wezwać?
Simon posłał swego ogiera w dół zbocza. Reszcie oddziału nakazał ustawić się półkolem, ze wzgórzem za plecami. Przeliczył napastników i nabrał otuchy. To nie było pełne stado. Najstarszy z Tregarthów dostrzegł też zmęczenie Wilkołaków. Strzelił.
Strzałka trafiła przywódcę stada w bark i Wilkołak zawył z bólu.
— Jaaahhh! — Mieszkańcy Zielonej Doliny wystąpili z szeregu, by użyć własnej, najpotężniejszej i sławnej broni, ognistych biczów. I każdy z nich trafił w cel.
Wilkołaki zawahały się. Albo kierowały się niezwykłą dla ich gatunku ostrożnością, albo otrzymały rozkazy zabraniające im potyczki. Lecz sam fakt, że znalazły się na tym terenie, wzbudził niepokój. Ludzie–wilki walczyli bowiem zazwyczaj w nocy, krążąc wokół obozów i napadając na maruderów. I nigdy nie atakowali tak otwarcie jak teraz.
W podobnych przypadkach nikt nie wydawał innym rozkazów. Zresztą zwiadowcy z Zielonej Doliny przywykli do unieszkodliwiania takich przeciwników. A mimo to Simon wycelował i strzelił po raz drugi, nie w przywódcę stada, ale w Wilkołaka, który z jakiegoś powodu krył się za swymi współplemieńcami. Ranny potwór skoczył w powietrze, zwinął się, skręcił jakoś dziwacznie, a potem runął na podobną do mchu roślinność, wyściełającą równinę jak żywy kobierzec.
Mogłoby się wydawać, że był to sygnał do odwrotu. Wywrzaskując bowiem najrozmaitsze groźby, stado cofnęło się, acz najwyraźniej niechętnie i z oporem. Ponadto, całkowicie wbrew swym wilkołaczym zwyczajom, dwójka napastników zabrała zewłok towarzysza zabitego przez Simona, pozostawiając jednak ciała dwóch innych poległych w walce.
Mgła zgęstniała. Kyllan wytężył swe ograniczone magiczne zmysły i nawiązał kontakt ze zwiadowcami z Zielonej Doliny. Razem zapuścili myślową sondę, która potwierdziła tylko to, co już wiedzieli: że przed nimi czają się jakieś Ciemne Moce, które zamierzają zatrzymać całe to terytorium dla siebie.
Uruk, zdjąwszy z ramienia wielki topór, zatoczył swym torgiańczykiem, lecz Keris, jako znacznie młodszy, zareagował szybciej i z większą zręcznością. Jedno ze wznoszących się przed nimi wzgórz rozpękło się na dwoje, jakby rozsadziło je nasienie pragnące jak najszybciej wydostać się na powierzchnię ziemi. Ze szczeliny wynurzyli się Sarneńscy Jeźdźcy. Ich podobne do jaszczurów wierzchowce wyciągały przed siebie giętkie szyje, grożąc ociekającymi zieloną śliną kłami. Sarneńscy Jeźdźcy też byli uzbrojeni w bicze, ale wydobywająca się z nich energia wyglądała nie jak płomienie, lecz jak strumień cieni. Cieni, które mogły gryźć, rozdzierać i pożerać ofiary.
Simon strzelił, świadomy nikłej szansy na trafienie strzałką przeciwnika. Podzielał domysły, że Sarneńscy Jeźdźcy są nie w pełni materialni, w przeciwieństwie do reszty tego świata. Zauważył, że Kyllan, Sentkar i Yonan wyciągają miecze wykute w Zielonej Dolinie — oręż będący czymś więcej niż pospolite ostrza.
Denner napiął łuk. Był sławnym łucznikiem, ale strzała niewiele zdziałała przeciw tym groźnym przeciwnikom. Jak Simon, spokojnie i z zimną krwią wybrał cel i strzelił. Sarneński bicz pomknął w niebo, by przechwycić strzałę. Mignął tak szybko, że zostawił w powietrzu ledwie widoczny ślad. Rozbłysnął w górze niebieskawy płomień, raptem ześlizgnął się po biczu, zanim właściciel zdołał go odrzucić. Jeździec zgiął się wpół. Nie rozległ się żaden dźwięk, tylko Simon zachwiał się lekko w siodle, a Keris omal nie spadł na ziemię. Albowiem przeraźliwy krzyk bólu, który w owej chwili przeszył ich umysły, wstrząsnął nimi do głębi. Sarneński Jeździec i jego wierzchowiec zniknęli bez śladu.
Denner niewzruszenie przygotował drugą strzałę. Keris wiedział, że słynnemu łucznikowi pozostało jeszcze tylko pięć takich pocisków. Na swój sposób były cenniejsze od wielu słynnych, obdarzonych własnym imieniem mieczy.
Denner pochodził z Lormtu, legendarnego skarbca zapomnianej wiedzy. Kiedy Wielkie Poruszenie uchroniło Miasto Es przed inwazją z Karstenu, siła dobrowolnie uwolnionych czarów osmaliła samą ziemię, obalając jedną z wież Lormtu i część murów obronnych. Okazało się wtedy, że w uważanych za solidne ścianach kryło się prawdziwe mrowisko ukrytych komnat i tuneli, wypełnionych zwojami, księgami i skrzyniami pełnymi dziwacznych przyrządów, których przeznaczenia nikt już nie znał.
Uczeni żyjący jak szare myszy w tej skarbnicy wiedzy, (a niektórzy spędzili w niej przecież całe swoje długie życie ludzi Starej Rasy), wpadli w taką euforię nad tymi znaleziskami, że nie byli w stanie myśleć o czymkolwiek innym, jak tylko o dotarciu do następnej, też pełnej skarbów komnaty.
Duratan, niegdyś Strażnik Graniczny, a w czasie Wielkiego Poruszenia zarządca Lormtu i opiekun tych poszukiwaczy wiedzy, stworzył własny niewielki zastęp zbrojnych z drugich i trzecich synów wieśniaków z okolicznych gospodarstw oraz tych Strażników, których kompanie rozproszyły się podczas kataklizmu, i z kolei z ich synów. Z tą siłą liczyć się musieli rozbójnicy i banici. Mówiło się otwarcie, że kiedy uczeni z Lormtu tak chciwie szukali jednego rodzaju wiedzy, Duratan gromadził pozostałości innego, czyli bajecznej broni z odległej przeszłości, a przynajmniej opisów pozwalających na jej ponowne skonstruowanie. Tak właśnie pojawiły się strzały Dennera. Niestety, ich liczba w kołczanie świadczyła, jak trudno je było wykonać.
Wilkołaki wycofały się pomiędzy wzgórza, a gęstniejąca mgła przesłoniła Sarneńskich Jeźdźców. Zwiadowcy przygotowywali się do odparcia ataku. Mieszkańcy Zielonej Doliny zaczęli cichą pieśń podobną do brzęczenia owadów. Pełznącą ku nim mgłę powstrzymali czarami, przeorali ją w dół i w górę, rozdarli na dwie części, przetwarzając w kłębiącą się, szarą ścianę.
Simon i jego towarzysze spodziewali się lada chwila ataku Sarneńskich Jeźdźców, a tymczasem tylko chmury nad nimi pociemniały, jakby biały dzień się kończył. Zaczął padać deszcz; wielkie krople uderzały jak strzałki o stępionych grotach. Simon Tregarth poruszył się niespokojnie. Mógł zrozumieć bezpośredni atak, nawet go pragnął, gdyż jakaś tajemnicza siła przyciągała go coraz mocniej i mocniej. Jednakże od wielu lat oswoił się z magią na tyle, by zachować zdwojoną ostrożność w sprawach, których natury jego własne zmysły nie potrafiły wyjaśnić.
— Jonka?
Renthan z mieszkańcem z Zielonej Doliny na grzbiecie podbiegł bliżej. Szczególne właściwości rasy zamieszkującej tę oazę Światła — zdolność zmiany barwy skóry i włosów — sprawiły, że pod ołowianym niebem jeździec był teraz cały szary; tylko wśród bujnych kędziorów połyskiwały krótkie rogi o barwie kości słoniowej.
— Nie unikniemy walki — powiedział, widząc niepewność malującą się na twarzy Simona. — Czekają nas większe kłopoty niż przypuszczaliśmy.
Tregarth czekał, mając nadzieję, że Jonka wyjaśni, o co mu chodzi, ale najpierw dotarły do niego myśli Renthana.
— Ci, którym stawiliśmy czoło, przybyli w pośpiechu. Możliwe, że to, czego szukamy, ma za mało mocy, by zaatakować z całą siłą wszystkich wojowników Ciemności — powiedział bezgłośnie. Podrzucił głowę, aż stercząca zwykle między wielkimi uszami grzywa opadła mu na oczy. — Może pójdą naszym tropem, jeśli ruszymy dalej, ale nie ukryją swej prawdziwej natury.
— Ustawmy się luźnym szykiem i jedźmy stąd — podjął decyzję Simon.
Keris poczuł przypływ dumy. Oto prawdziwy Simon Tregarth, żywa legenda! W żyłach Kerisa płynęła ta sama krew. Trzeba to jednak udowodnić. Kto wie, może los podaruje mu tę szansę?
Kiedy młodzieniec zacisnął rękę na wodzach, kłęby mgły uniosły się wyżej i nagle zniknęły, jakby zmyte ulewnym deszczem. Simon poprowadził ich na falistą równinę, jadąc powoli, ze swobodą doświadczonego zwiadowcy. Nie zobaczyli ani śladu Wilkołaków, oprócz dwóch pozostawionych ciał, a otwór w ziemi, z którego wypadli Sarneńscy Jeźdźcy, zniknął, jakby nigdy się nie pojawił.
Mieszkańcy Zielonej Doliny ruszyli za głową rodu Tregarthów. Simon wybierał drogę najprostszą jak się dało. Keris, starając się zejść mu z oczu, zrównał się z Dennerem, który starannie okrył swój kołczan, jakby chroniąc pozostałe strzały przed deszczem. Keris przełknął ślinę, a potem odważył się zadać pytanie, które nie dawało mu spokoju od chwili, gdy zobaczył łuk Dennera w działaniu.
— Czy to… czy twoje strzały… są z dawnych dni?
Denner był bardzo młody, więc z wyższością spojrzał na pytającego.
— Pan Duratan odtworzył sposób ich wyrabiania. To bardzo trudne. Chyba nie całkiem rozumiemy ten proces. Ale… sam widziałeś, jak działają.
— Tak… — zaczął Keris, kiedy dotarło do niego myślowe przesłanie, tak silne, że zrozumieli je nawet pozbawieni talentu magicznego żołnierze.
— Do przodu…
Należało pomknąć naprzód, jak najszybciej! Simon już nie wyszukiwał bezpiecznego traktu. Pozwolił swemu torgiańczykowi wybierać drogę i przejść w pełny galop. Kyllan wstrzymał wierzchowca robiąc przegląd mijającego go oddziału. Jego oczy zatrzymały się na Kerisie, ale nie pokazał po sobie, że rozpoznaje syna. Równie dobrze mógłby to być każdy inny jego podwładny.
Prawie przejechali już przez pagórkowatą równinę. Podobna do mchu roślinność wchłaniała deszcz jak gąbka, spowalniając bieg wierzchowców. Simon energicznie parł do przodu. Po długiej, nie kończącej się jeździe w szalejącej już burzy, dotarli do podgórza. Nad ich głowami rozjarzyło się pomarańczowoczerwone światło, ześrodkowane pomiędzy dwoma wzgórzami.
— To Alizończycy! — W ich umysłach rozległo się ostrzeżenie Jonki. — Nie ruszają się z miejsca. Psy są uwiązane na smyczach. Przyglądają się czemuś, co znajduje się przed nimi.
Varse i Jonka, dwaj czarownicy z Zielonej Doliny, wraz z Renthanami, które na swój sposób były równie potężne, bez wątpienia daliby Alizończykom stosowną odprawę, gdyby tylko ci znienawidzeni mieszkańcy położonej na zachodzie krainy postanowili się wmieszać w sprawę. Alizończycy byli jednak wrogami, których należało szanować.
Niesamowite, rozjarzające się coraz bardziej światło przed nimi — nawet Keris mógł je teraz dostrzec — było budzącą wstręt emanacją, wydzielającą się zawsze wtedy, gdy ktoś posługiwał się wysoką magią Ciemności. Denner odsłonił swój kołczan.
Wydawało się, że to, co się znajdowało pomiędzy niedalekimi wzgórzami, miało jakiś wpływ na pogodę, gdyż deszcz nagle ustał, jakby podróżnych osłonił niewidoczny dach, choć ani niebo nie pojaśniało, ani chmury się nie rozeszły.
Simon zsunął się z siodła, a Kyllan kiwnął głową, chwytając wodze torgiańczyka, które podał mu ojciec. Była to stara, bardzo stara gra, w której najstarszy z Tregarthów brał udział od tak wielu lat, iż nie chciałby ich zliczać. Jego nogi utonęły w miękkich porostach po kostki, kiedy wykorzystując każdą osłonę ruszył przed siebie.
Po nasiąkniętym wodą mchu zrobił tylko kilka kroków, kiedy poczuł pod stopami twardszy grunt. Zamierzał półkolem obejść wzniesienie z prawej, w nadziei, że znajdzie jakiś dogodny punkt obserwacyjny. Mieszkańcy Zielonej Doliny i ich wierzchowce odbiorą każde jego myślowe posłanie. Naraz — tylko przez moment — pojawiła się w jego myślach ciemnowłosa kobieta o dumnie podniesionej głowie: Jaelithe. W ostatnim roku, kiedy oboje pomagali patrolować Escore, rzadko bywali razem. Nigdy jednak nie czuł, że brak mu jakiejś cząstki jego samego. A teraz… Odegnał gwałtownie te wszystkie niepokojące myśli, musiał skupić się na sprawach bieżących. Udało mu się znaleźć punkt obserwacyjny, jak wymarzony dla samego Kurnousa, Rogatego Władcy. Simon spojrzał w dół i dostrzegł coś dziwnego… Tak, w dole krzątali się ludzie. Cześć z nich to alizońscy niewolnicy, zrodzeni do beznadziejnej pracy. Dostrzegł tylko jednego białowłosego wojownika, który najwidoczniej miał nadzorować pracę sług.
Niewolnicy wyposażeni w masywne łańcuchy i grube jak przegub liny musieli tu przyciągnąć — gdyż ziemia za nimi była zryta głębokimi bruzdami — dwa kamienne filary. Czerwony blask bił z olbrzymiego kotła, przy którym stało trzech mężczyzn z innej rasy.
Simon wydął wargi. Zarówno słudzy Dobra, jak i Zła, przeżyli nie tylko Wielką Wojnę Adeptów, lecz także chaos, który po niej nastąpił. Znał jednego z tych mężczyzn. Nie spotkał go osobiście, ale ujrzał jego obraz w kłębach dymu, kiedy Dahaun z Zielonej Doliny szukała zagrożeń dla tej oazy Światła w pobliżu i z dala od niej. Był to Rarapon, niegdyś sprzymierzony ze zdrajcą Dinzilem, i tak jak tamten potępieniec pragnął odzyskać utraconą moc. Wprawdzie nosił szkarłatną szatę Adepta, ale co rusz dotykał i poprawiał to pas, to kołnierz, jakby źle się czuł w tym stroju.
Niewolnicy kończyli pracę. Wykopali głębokie jamy, a na dwa kamienne słupy czekał już system bloków i wyciągarek — Rarapon zrobił jakiś szybki gest. Alizoński wielmoża skinął głową i strzelił palcami. Na ten sygnał dwaj niewolnicy zwrócili się przeciwko trzeciemu i wrzucili go do jamy w tej samej chwili, gdy z trzaskiem wpadła w nią kamienna kolumna.
Rarapon ruszył do przodu, stąpając tak dumnie, jakby stał na czele wielkiego zgromadzenia. Podniósł do góry ręce i zaczął kreślić w powietrzu jakieś wzory, które rozbłysły jaskrawoczerwonym blaskiem.
Simon słyszał z oddali tylko melodyjne dźwięki pieśni, nie rozróżniając słów. Tregarth nie potrzebował ostrzeżenia swoich wrodzonych zdolności magicznych: Rarapon usiłował otworzyć jakąś Bramę! Bramy były starożytnymi przejściami w czasie i przestrzeni, przez które przechodzili Adepci z Wielkiej Epoki i dla czystej przyjemności kontemplowali inne światy. Jednakże w większości wypadków nie tylko zapomniano o sekretach Bram, lecz także o samym ich istnieniu. Przez Bramy przeszli zarówno samotni wędrowcy (przed wielu laty Simon w taki właśnie sposób przybył do swej nowej ojczyzny), jak i całe narody. Byli wśród nich mieszkańcy obecnej Krainy Dolin, Sulkarczycy oraz różne inne mniejsze plemiona i klany. Te tajemnicze przejścia przyciągnęły również sługi Zła. Kolderską zarazę, która niszczyła ten świat wszędzie tam, dokąd dotarła. Ostatnio zaś dziwaczny, morski lud, którego napaść odparli wspólnymi siłami Sokolnicy i mieszkańcy Krainy Dolin. W końcu sami Sokolnicy, którzy…
Nikt, kto przeżył ten wybuch surowej, chaotycznej, nie kontrolowanej Mocy, nie mógł uczciwie opisać nieruchawej siły, która igrała z nimi jak kot z myszą. Ogłuszony, półprzytomny z powodu straszliwego naporu na zmysły i umysł, Tregarth dostrzegł jak przez mgłę wielkie kolumny nachylające się ku sobie, a potem walące się na ziemię, miażdżące wszystkich, którzy znajdowali się w wąskim przesmyku. Krwawy blask gigantycznego kotła zgasł.
Simon przekręcił się na plecy, podniósłszy rękę do góry błagalnym gestem, choć nie wiedział, kogo lub co błaga. Później zobaczył w myśli Jaelithe tak wyraźnie, jakby stała przed nim.
— Wracaj, szybko wracaj, Simonie. Zbierz wszystkich, którymi można wzmocnić zastępy sług Światła. Rzucono tak potężny czar, że grozi on samemu istnieniu naszego świata!
Wyciągnął do niej dłoń, ale obraz zgasł. Nie zrozumiał, że starożytny Magiczny Klucz do Bram zniknął oto z ich świata, pozostawiając jednak inne nie kontrolowane, nie strzeżone magiczne wrota. Jedyną bronią przeciw nim miały być ciała i umysły tych, których los skazał na ciężką, prawie beznadziejną walkę o ocalenie świata.
Eydryth nie mogła zaprzeczyć, że dzień jest piękny. Pogładziła swoją harfę. Na pewno w taki dzień godzi się światu nieść muzykę. Coś jednak ją powstrzymało i nie szarpnęła srebrzysto–niebieskich strun instrumentu. Czuła się dziwnie niespokojna, a jednocześnie nie chciała się rozstać z ciepłem słonecznych promieni na dziedzińcu.
Kar Garudwyn nie był już opustoszałym zamkiem, do którego przed laty przyjechali jej rodzice, pokrytym grubą warstwą nagromadzonego przez wieki kurzu. Wręcz przeciwnie, przez okres dłuższy niż jej życie stał się prawdziwym domem dla tych, których miłość i przyjaźń ceniła najbardziej. Wróciła właśnie z niebezpiecznej wędrówki i powinna beztrosko pławić się w panującym tu spokoju i życzliwości. Lecz tego ranka…
Chociaż początkowo nie zdawała sobie z tego sprawy, Alon był jej częścią znacznie dłużej niż trwało ich małżeństwo. Ale w ostatnich kilku dniach wydawało się, że rozdzieliła ich niewidzialna ściana. Na pewno przyczyną był Hilarion, Adept z Dawnej Epoki, który przyjął Alona na naukę, wiedząc o jego wrodzonych zdolnościach magicznych. Eydryth nigdy nie spotkała Hilariona, który mieszkał ze słynną czarodziejką Kaththeą Tregarth na drugim końcu świata. Dla niej był tylko imieniem, gdyż Alon rzadko wspominał koleje swego życia sprzed ich spotkania. Owszem, widziała tylko, jak mąż rzucał czary wykraczające poza jej wiedzę i wyobrażenia, ale było to w minionych na szczęście dniach wielkich niebezpieczeństw.
Alon nie udał się z pozostałymi mieszkańcami zamku — Kerovanem, Joisan oraz ich synem i córką: Jervonem i Elys, rodzicami Eydryth, na Święto Znakowania Stad do Doliny Kiogów, podczas którego wybierano zdatne do układania źrebięta, a w obozie koczowników panowała głośna wrzawa i ogólne zamieszanie. Nie uczynił tego, gdyż niedawno zniknął w wysokiej wieży starożytnej twierdzy. Eydryth nie miała pojęcia, czego szuka ani co robi. Wiedziała jedynie, że mąż zdradzi jej tę tajemnicę tylko wtedy, kiedy sam tego zechce. Jeśli zechce… Jednakże myśl o Hilarionie nie dawała jej spokoju.
— Eydryth, gdzie jest Firdun? Obiecał, że… — Jej młodszy brat przydreptał boso przez brukowany dziedziniec. W jego głosie brzmiała wyraźna irytacja.
Mieszkańcy przyszli już do siebie po wstrząsie, na jaki naraził ich Trevor w ubiegłym roku, a przynajmniej tak się nim nie przejmowali. Tuż przed połogiem na jego matkę Elys rzucono zły czar, który pogrążył ją w jakiejś martwocie.
To Eydryth zaczęła niszczyć ów czar, ale wyzwolenie trwało całe lata. Na szczęście jej matka odzyskała wolność i w kilka chwil potem urodziła dziecko. I oto teraz ku Eydryth bynajmniej nie drobił nóżkami mały chłopczyk. Zła moc, która więziła matkę i jej nie narodzone dziecko, oswobodziła także czas. Dlatego w ciągu kilku tygodni od narodzin Trevor dogonił fizycznie i umysłowo stracone lata.
— Firdun? — Brat stał teraz wyprostowany przed nią, wetknąwszy za pas kciuki. Z wydętą na domiar dolną wargą wyglądał jak Gurei, zamkowy koniuszy.
Eydryth westchnęła w duchu. Firdun, syn Joisan i Kerovana (ogólnie uznano, że ma tak wielki talent magiczny, iż nie sposób go określić ani ocenić) różnił się od swojej siostry Hyany jak dzień od nocy. Jak dotąd nie poddawał się narzuconej przez rodziców dyscyplinie, ale w ubiegłym miesiącu odmówił dalszej współpracy z Alonem — Eydryth uważała, że powodem jest zazdrość o jej męża. Najtrudniej mu było pogodzić się z faktem, że nie przyjęto go do grona Chartipionów Gryfa. Jervon, ojciec Eydryth, również do nich nie należał, był jednak najzwyklejszym wojownikiem i wiedział, że ma inne, równie przydatne umiejętności. A Trevora przyjęto do tego kręgu wybrańców, choć był tylko dzieckiem. Firduna zaś nie, pomimo wszystkich jego niezwykłych mocy.
Jednakże Trevor wybrał starszego chłopca jako wzór do naśladowania. Snuł się za Firdunem trop w trop jak cień. Syn Kerovana, choć nigdy szorstko się do malca nie odnosił, unikał go, jak tylko się dało.
— Firdun powiedział — ciągnął Trevor — że pojedziemy zobaczyć konie. Ich wybór. — Jego wielkie oczy świeciły podnieceniem. — Czy jakiś koń mógłby wybrać mnie? Wtedy ojciec nie mógłby mówić, że jestem za mały, że muszę jeździć tylko z nim.
Eydryth zadrżała w duchu. Nie miała daru jasnowidzenia, ale w tym momencie wydało się jej, że wyczuwa coś złego. Ku jej zaskoczeniu, Trevor odwrócił się raptem od niej. Jednocześnie usłyszała tupot butów na schodach. W następnej chwili Alon wypadł na dziedziniec i zatrzymał się nagle tuż przed żoną i jej bratem, jakby nie potrafił opanować porywu, który go tu sprowadził. Oparł rękę na barku chłopca i przyciągnął go do siebie. Wyciągnął też dłoń ku Eydryth, jakby wprost musiał objąć ich oboje. Patrzył w tym samym kierunku, co Trevor.
Eydryth nic nie widziała. Przebiegła jednak palcami po strunach, które odpowiedziały na dotknięcie głośniej niż chciała, niemal tonem rogu bojowego. Alon potrząsnął głową, popychając malca w jej ramiona, i stanął przed obojgiem, jakby osłaniał ich swym ciałem. Trevor wiercił się w objęciach siostry, która z trudem go trzymała.
Nagle poczuła silne zawirowanie. To wcale nie było tylko dotknięcie. Z obozu w Dolinie, choć był tak odległy od zamku, dobiegły przygłuszone okrzyki i rżenie oszalałych ze strachu koni.
— Stanica Howell nadciąga! — warknął Alon.
Eydryth zadrżała. Mieszkańcy Stanicy Howell mieli uzasadnione powody do nienawiści. Zaślepiona gniewem, rzuciła pieśń—przekleństwo na jednego z ich wielkich wojowników. Lecz jeszcze nigdy dotąd ci słudzy Cienia nie zapuszczali się poza ziemie, które uważali za swoje terytorium. Strzegli swych zasobów nieznanej wiedzy o wiele zazdrośniej niż uczeni z Lormtu.
Alon ruszył ku wielkiej zamkowej bramie. Eydryth, obejmując ramieniem Trevora, z harfą w drugiej ręce, szybko ruszyła za nim. Lecz jeźdźcy na spienionych koniach już mknęli po prowadzącym do twierdzy podjeździe. Kerovan jechał z tyłu, Jervon zaś trzymał obnażony miecz, choć stal na nic by się nie zdała przeciw tym wrogom. Mimo to zsiedli z wierzchowców i mocno klepnąwszy je po zadach, odesłali w głąb dziedzińca. Potem ustawili się w szeregu, jak łucznicy na czele armii tuż przed bitwą. Kerovan i Alon stali ramię w ramię, mając swe żony po bokach, za nimi Hyana i Trevor. Eydryth zaczęła nucić.
— Oni jadą na Smoczy Grzebień!
Eydryth nie była tym zaskoczona. Wprawdzie pani Sylvya, w której żyłach więcej niż połowa krwi należała do Wielkich Przodków, mieszkała wraz z nimi w Kar Garudwyn, wciąż jednak wędrowała po wzgórzach, które przysparzały jej tyle radości za młodych lat. Wokół pociemniało, chmury zasłoniły niebo. Od strony kiogańskiego obozu nadal słychać było zgiełk.
— Magiczna zapora! — rozkazał Alon.
Eydryth podniosła głos. Jej palce szybciej pobiegły po strunach. Przyłączyła się do pieśni, którą zaintonował Alon. Tylko Trevor milczał, ale stanął przed Adeptem z uniesioną głową. Już nie wyglądał jak małe dziecko. Podniósł do góry ręce, zaciskając palce, jakby sięgnął po niewidzialną zasłonę. Później cisnął to coś przed siebie.
— Mają ze sobą jeńca. — Myśl Sylvyi zabrzmiała ciszej, jakby rozdzieliła ich jakaś bariera. — To Firdun! Opanowali jego umysł!
Głos Eydryth zadrżał, ręce Trevora zatrzęsły się gwałtownie, i śpiew zamarł im na ustach. Twarz Alona stężała jak rzeźbiona podobizna któregoś z Wielkich Przodków. Zrobił lekki gest i oboje, siostra i brat, odsunęli się nieco od niego.
Moc… Eydryth czuła, jak się gromadzi…
A potem… Coś rzuciło ją na bruk! Harfa, którą trzymała pod pachą, wcisnęła się boleśnie w jej ramię. Trevor krzyczał i czepiał się jej z całej siły. Nie kontrolowana energia, która uderzyła w nich w tejże chwili, sprawiła jej tak wielki ból, jakiego nigdy nie zaznała w życiu. Joisan zachwiała się i osunęła bezwładnie na bruk, pociągając za sobą Kerovana.
Alon cofnął się chwiejnym krokiem, przyłożywszy ręce do skroni. Jego rysy wykrzywił grymas bólu, wyglądał jak torturowany. Czy ten atak będzie trwać wiecznie? — pomyślała Eydryth. Jeśli potrwa dłużej, nikt z nich go nie przeżyje. Lecz nieznana siła zniknęła tak samo nagle, jak się objawiła. Długa chwilę leżeli nieruchomo, słabi jak ofiary zarazy.
Przywróciły ich do życia słowa Sylvyi dźwięczące w ich umysłach.
— Rzucono tak potężny czar, jakiego nasz świat nie znał od ostatniej Wielkiej Wojny Magów. Czar, który rozszarpał i rozerwał czas i przestrzeń. I nie sposób tego określić ani zmierzyć. Jeźdźcy ze Stanicy Howell leżą jak martwi, a ich więzień ucieka na wolność.
Alon otarł mokrą od potu twarz.
— Ten cios nie był wymierzony w nas — powiedział — inaczej zginęlibyśmy wszyscy, gdyż wypaliłby nasze umysły. Hilarion… Muszę się dowiedzieć!
Odwrócił się błyskawicznie, jakby zaraz chciał wrócić do wieży, w której tak długo pracował, ale Eydryth chwyciła go za ramię.
— Co Hilarion ma z tym wspólnego? Jest Adeptem z Dawnych Czasów, jednym z tych, którzy ściągnęli wtedy katastrofę na całą naszą rasę. Czy to jakieś nowe czary?
...
Nikt89