...I mamę z powrotem.pdf
(
75 KB
)
Pobierz
273092360 UNPDF
…I mamę z powrotem
autorstwa Suhaka
Drogi Mikołaju
w tym roku chce dostać pot choinke: nowe klocki lego (najlepiej te co reklamowali w
telewizji co sie z nich buduje motory) i pieska (takiego prawdziwego co szczeka i siusia) i
Jake zmarszczył nosek. Wielki kleks pojawił się na wyrwanej z zeszytu kartce w kratkę,
szpecąc w ten sposób względnie wykaligrafowany przez chłopca akapit. Westchnął głęboko i
skreślił plamę.
i samochud taki co mają Quil i Embry
Odłożył długopis i zastanowił się przez chwilę.
Nie
– pomyślał, skreślając ostatnie słowa.
Gotowe samochody są dla mięczaków.
Spojrzał na swoją listę i zafrasował się; w tym roku chciał
jakoś tak mało prezentów…!
Chłopiec zsunął się z kanapy i pobiegł do łazienki w celu załatwienia swoich potrzeb
fizjologicznych. Co prawda nic nie naciskało mu na pęcherz, ale miał dwa ważne powody: odkąd
nauczył się siusiać jak mężczyzna, robił to najczęściej, jak mógł, a po drugie tata zawsze
powtarzał, że prawdziwy facet myśli siusiakiem. Jacob, rozpiąwszy spodenki, pomyślał, że może
teraz coś ciekawego przyjdzie mu do głowy.
Niestety, na próżno. Mimo największych wysiłków, i sedes, i głowa pozostawały puste.
Jake westchnął i z powrotem zapiął guziczek.
- No to dupa – powiedział na głos, zamykając drzwi od łazienki. Postanowił poszukać
natchnienia gdzie indziej, powędrował więc do kuchni i otworzył lodówkę. Złapał za puszkę tego
napoju, który zawsze pili wujek Charlie z tatą, i poszedł do garażu, by przemyśleć wszystko jak
prawdziwy mężczyzna. Samodzielnie założył buty na rzepy, zapiął kurtkę, starając się, by nie
przyciąć brody zamkiem, tak jak zawsze robi tatko, po czym podreptał na dwór.
Nie zaskoczył go fakt, że drzwi nie chciały się otworzyć. Już przez okno widział, że śniegu
jest bardzo dużo. Zasypało ich. Pięknie.
Jacob zrezygnował z próby otwarcia drzwi i postanowił wyjść inaczej. Poszedł do kuchni,
wdrapał się na krzesło, potem na stół i parapet. Złapał za klameczkę okna i otworzył je,
uśmiechając się szeroko. Pierwszy raz w życiu będzie skakał przez okno! Zawiódł się jednak
nieco, bo okazało się, że warstwa śniegu sięga aż na wysokość parapetu. Posmutniał i wyszedł
krok na zewnątrz, po czym spotkała go niemiła niespodzianka.
Śnieg się wgniótł.
Zanim w ogóle zrozumiał, co się dzieje, leżał w wielkiej białej dziurze, a otaczały go
lodowate ściany. Przestraszył się i zerwał się do pozycji stojącej, czując przerażenie ściskające za
gardło.
- TATOOOO!!! – zawył, podskakując i próbując zobaczyć, gdzie jest okno. Był jednak zbyt
niski, by cokolwiek dostrzec. Przestraszyło go to jeszcze bardziej; nie dość, że nie wiedział, gdzie
jest, nie dość, że bał się, że śnieg się osunie, nie dość, że było mu zimno, to jeszcze przez
przypadek nadepnął na puszkę i jakiś żółty płyn rozbryzgał się wokoło. Usiadł obok i się
rozpłakał. Tata może go nie usłyszeć, ale mama na pewno by zaraz przybiegła.
Ale mamy już nie ma.
***
- Masz, wypij wszystko, bo cię zamorduję!
Tata był wściekły. Jeździł z kuchni do salonu i z powrotem, mrucząc coś niezrozumiałego
(Jacob wyłapał tylko:
ten głupi bachor
oraz
gdybym tylko potrafił jeździć szybciej niż on biega
).
Drżący Chłopiec siedział na kanapie, grzejąc się pod kocem i popijając jakiś niesmaczny, żółty
płyn. Wylał połowę do kwiatka jak tylko wózek taty zniknął za rogiem.
Jake’owi było przykro, że sprawił taki kłopot tacie (a właściwie Uleyom, którzy
próbowali dokopać się do niego), ale naprawdę nie rozumiał, dlaczego jego ojciec tak się
wściekał o tę puszkę.
Może to było trawnikożercze albo coś
– pomyślał, krzywiąc się, gdy poczuł
smak żółtawego napoju na języku. Ukradkiem wypluł wszystko do kominka, w którym płonął
ogień.
Albo bardzo cenne.
Tak jak paczka tych balonów, które znalazł w szufladzie rodziców
jeszcze za życia mamy i które nadmuchał i odbijał z chłopakami. Potem tylko jakoś
nieprzyjemnie lepiły mu się ręce.
- Wypiłeś?
Pokiwał głową, odstawiając kubeczek z Kubusiem Puchatkiem. Tata podjechał na wózku
i zabrał go, rzucając Jake’owi ostrzegawcze spojrzenie.
- Jeśli nie wypiłeś… - Zawiesił głos. – Ale za takie numery… Jak Boga kocham, żeby przez
okno…! Co ci strzeliło do głowy?!
Chłopiec spuścił wzrok.
- Masz szlaban! Na chłopaków! Przez tydzień!
- Tydzień?! Ale tatoooo…
Ojciec spojrzał na niego groźnie i odjechał, dopóki wyrzuty sumienia i łzy w oczach nie
robiły na nim żadnego wrażenia.
Jacob pociągnął nosem i otarł łzy. Przypomniał sobie, że obiecał tacie wtedy w szpitalu,
że już nie będzie płakał. Złamał obietnicę i zrobiło mu się głupio.
Już wiedział, co chciał w tym roku pod choinkę.
i mame spowrotem.
***
Forks należało do małych, prowincjonalnych miasteczek, gdzie każdy każdego znał.
Dlatego przybycie rodziny Cullenów wzbudziło nie lada zainteresowanie. Carlisle, głowa
rodziny, leczył w pobliskim szpitalu, a jego żona pracowała przy ladzie w sklepie. Mieli czwórkę
adoptowanych dzieci: najstarszego Edwarda, nieco młodszą Rosalie, jeszcze młodszego
Emmetta i najmłodszą Alice, która była jeszcze berbeciem. Nie pokazywali się w mieście zbyt
często, mało komu udało się też chociaż zamienić słowo z którymś z nich. Mieszkańcy Forks
podejrzewali, że
rodzinka doktorka
, jak zwykli ich nazywać, ukrywa jakiś sekret.
Co roku organizowany był bal mikołajkowy, a właściwie nie bal, a kolacja; schodziło się
parę rodzin, głównie z małymi dziećmi – zazwyczaj to samo grono: Swanowie, Clearwaterowie,
Blackowie, Weberowie, Newtonowie, Cheneyowie, a także rodzina Yorkie i Ateara. Najpierw
śpiewano świąteczne piosenki i kolędy, potem zajmowano maluchy zabawami; tymczasem
dorośli szli do kuchni, na korytarze, do sypialek lub po prostu kręcili się po domu i obgadywali
wszystkich jak leci. Następnie zapraszano wszystkie dzieci do kuchni, gdzie dostawały po
kawałku ciasta. W międzyczasie mężczyźni zanosili ukradkiem prezenty pod choinkę, a Harry
Clearwater przebierał się za Mikołaja, który „przez przypadek” musiał się wrócić i podrzucić
ostatni prezent. Pilnowano wtedy, by dzieciaki widziały moment ucieczki Świętego, który
następnie wsiadał na sanie ciągnięte przez samochód (którego maluchy już nie były w stanie
dostrzec) i uciekał, krzycząc
Ho, ho, ho!
i machając im na pożegnanie.
W tym roku święta wypadały u Swanów i – co lepsze – Cullenowie obiecali przyjść.
***
Drogi Mikołaju
Zanim jeszcze pszyjdziesz to mam jeszcze jeden prezent do listy. W tym roku
chce Belle Swan pod choinke.
Jake
Jacob pisał zawzięcie, wywijając język na wierzch. Nabazgrał jeszcze parę gwiazdek dla
ozdoby, tak jak uczyła go mama, i położył list parapecie, modląc się, by Mikołaj zdążył odczytać
wiadomość, zanim wyruszy z prezentami.
PS I nie przynoś Edwardowi tych zabawek co on chce!!!
– dopisał jeszcze. Odrzucił
długopis za siebie i wrócił do salonu, gdzie zastał Edwarda i Bellę bawiących się razem na
dywanie. Jake skrzywił się, widząc, jak Eddy czesze jej długie, brązowe włosy.
Najstarszy z najmłodszych Cullenów doprowadzał Indianina do szału. Mimo że miał
tylko dwa lata więcej, traktował go jak dziecko, którym przecież nie był. Dodatkowo ciągle
czarował Swanównę naiwnymi tekstami o tym, jak to bardzo lubi czesać dziewczynom włosy
albo że jak dorośnie, to chce zostać gentlemanem. Jacob uważał jego gadanie za bardzo
niemęskie i skrzywił się, kiedy zobaczył, że Bella się na to wszystko nabrała.
W ogóle ci cali Cullenowie są jacyś dziwni
– doszedł do wniosku. Mimo że Carlisle i Esme
wydawali się być całkiem mili, to ich dzieci zachowywały się nieprzyjemnie. Rosalie co jakiś czas
dogryzała mu na temat jego wieku, Emmett szturchał go co parę minut albo kopał w piszczel, a
Alice tylko piszczała i wrzeszczała na zmianę, co dorośli określili
gaworzeniem.
Według Jake’a to
co najmniej niedopowiedzenie.
- Bella! – zawołał, podbiegając do ich dwójki. – Bella, chodź, poskaczemy po tapczanie!
- Och, super! – odkrzyknęła, zrywając się i wyrywając swoje włosy z garści Edwarda.
- Zgłupieliście? – skrzywił się tamten. – To strasznie dziecinne. Poza tym jeszcze
połamiecie kanapę i dopiero będzie…
- Och, przymknij się – warknął Jacob i złapał dziewczynkę za rękę.
Musiał przyznać, że skakanie z Bellą po tapczanie było znacznie przyjemniejsze, niż się
spodziewał, a już na pewno lepsze od zabawy z Leah, której szybko się nudziło, czy Emily, która
ciągle powtarzała, że jest na to za dorosła, chociaż była tylko parę lat starsza – tak samo jak i ta
pierwsza Indianka. Krzycząc wesoło i ignorując pogardliwe spojrzenia Edwarda, Jacob i Bella
bawili się w najlepsze, gdy do pokoju pełnego dzieci weszła Renee Swan.
- Dzieci, pora na ciacho! – zawołała z uśmiechem. Maluchy, piszcząc i wrzeszcząc,
popędziły stadem do kuchni, włącznie z Cullenem, Blackiem i samą Swanówną.
Po chwili wszyscy zajadali się świątecznym piernikiem, a na ten czas waśnie i spory
wygasły. Edward nawet podał Jacobowi szklankę mleka. Indianin uznał, że są na dobrej drodze
do porozumienia.
- Bello – zagadnął cicho koleżankę, oblizując palce.
- Hmm? – wymruczała z pełnymi ustami.
- Lubisz go? – Wskazał brodą na Edka, który akurat siedział z rodzeństwem.
- Mhm – odparła, pakując kolejny kawałek do buzi. Jacob westchnął i odstawił swoją
porcję. Odechciało mu się jeść. Zerknął przez okno i wytrzeszczył oczy. Za oknem biegł grubszy
pan ubrany w czerwony kożuszek z białymi rękawami i jeszcze bielszą brodą.
- ŚWIĘTY MIKOŁAJ!!! – ryknął, zrywając się i pokazując palcem. – ŚWIĘTY MIKOŁAJ
ZAPIERNICZA PO PODWÓRKU!
Wszystkie dzieci zamarły, po czym odstawiły swoje talerzyki i z wrzaskiem wybiegły z
kuchni, w tym Jake. Chciał pobiec z Bellą, ale zauważył, że Edward zasuwa z nią za rękę do
salonu. Trochę się zdenerwował i gdy dopadł choinki, był odrobinę naburmuszony.
Rozpakował wszystkie swoje prezenty i rozłożył przed sobą, podziwiając je. Dostał
klocki Lego (co prawda zwykły zestaw, a nie taki, który widział w telewizji), pieska-maskotkę
oraz wór słodyczy. Uśmiechał się, ale było mu przykro, ponieważ nigdzie nie widział mamy, a
Bella siedziała parę metrów dalej i oglądała swoje paczki z Edkiem.
Wziął swoje zabawki pod pachę i podreptał do nich.
- Co dostaliście? – wybąkał i klapnął obok.
- Och, ja mam super prezenty! – zawołała Bells z iskierkami w oczach. – Znaczy się…
dostałam książki, zobacz, ile książek! – Pomachała mu przed oczami czterema tomami
Baśni
Braci Grimm
oraz paroma innymi opowiastkami dla dzieci. – I patrz, bransoletkę! I Chińczyka! I
Dominooooo… - Westchnęła. – No i jakąś lalkę. I słodycze. A ty?
Jake zawahał się, po czym poukładał zabawki obok na dywanie. Bella początkowo
zerknęła za jego plecy, jakby myślała, że wyciągnie coś jeszcze, co wprawiło go w zakłopotanie.
W końcu uśmiechnęła się i powiedziała krótkie:
super!
.
- A ty? – zagadnął Edwarda, chociaż podejrzewał, że woli nie wiedzieć. Ten zawahał się
przez chwilę, po czym z odrobiną nieśmiałości zaczął rozpakowywać prezenty.
- Zegarek, parę płyt, empetrójkę, książki… - Wykładał przedmioty na dywan. – No i… to
chyba bilety do filharmonii.
Jacob spojrzał na zegarek. Złoty napis
Rollex
połyskiwał nieśmiało w świetle
choinkowych lampek. Edek zgarnął szybko swoje prezenty do pudełek i spojrzał na Bellę
wyczekująco.
- To jak, pójdziemy wypatrywać pierwszej gwiazdki?
Chętnie na to przystała, po czym oboje wstali i trzymając się za ręce, podeszli do okna.
Jacob także się podniósł i kopnąwszy pieska-maskotkę, usiadł na kanapie, obserwując
migoczącą choinkę.
To takie niesprawiedliwe
– pomyślał, powstrzymując łzy. Podkulił kolana pod
brodę i przygryzł wargę, by powstrzymać drżenie. Nie mógł sobie pozwolić na płacz przy
wszystkich. Poza tym obiecał.
Było mu przykro, bo w tym roku nie dostał niczego, co chciał. Ani prawdziwy piesek, ani
Lego Motor, ani Bella nie były jego. Mamy jak nie było, tak nie ma, a przecież prosił!
Skulił się jeszcze bardziej i odwrócił plecami do zakochanej pary. Nie mógł na nich
patrzeć.
- Papużki-nierozłączki – mruknął. Wyobraził sobie, że się całują. – Fuuuuu! – jęknął, po
czym pomyślał, że przecież Bella nigdy-przenigdy nie byłaby taka głupia i nie pocałowałaby
Edwarda. Uspokoił się trochę i wstał z tapczanu.
Postanowił poprawić sobie humor i podkraść trochę ciasta albo przynajmniej zająć się
tym, które zostawił na swoim talerzyku. Podreptał do kuchni i aż wytrzeszczył oczy ze
zdumienia.
Przy zlewie stała kobieta z długimi, czarnymi, błyszczącymi włosami. Nuciła coś wesoło i
myła naczynia, w tym talerze po pierniku.
To była jego mama.
- Mamo? – zapytał cicho, podchodząc bliżej. – Mamo?
- Słucham, An… - Kobieta odwróciła się w jego kierunku i zmarszczyła brwi. – Och, Jacob.
To ty, myślałam, że to Angie.
Jake posmutniał, zauważywszy, że to nie jego mama, a Angeli. Spuścił głowę i westchnął.
- Mówiłeś coś, kochaniutki? – zagadnęła troskliwie.
- Nie – odpowiedział, odwracając się na pięcie i wychodząc z kuchni. Wszedł do salonu i
spotkała go niemiła niespodzianka: Bella całowała Edwarda w usta!
- O FUUUU – zawołał, krzywiąc się. – ZAKOCHANA PARA!
Oderwali się od siebie i oboje poczerwienieli.
- Bleee! To było okropne! – Odwrócił się i wybiegł.
Jacob nie wytrzymał dłużej i wybuchnął płaczem. Wszedł do jakiegoś pokoju i zamknął
się na klucz, szlochając głośno.
***
- Jacob? Jacob, jesteś tutaj?
Jake podniósł głowę i spojrzał na wąski strumień światła między podłogą a drzwiami.
Wyglądało to tak, jakby ktoś stał po drugiej stronie. Pociągnął nosem, wytarł łzy z policzków i
podszedł do wyjścia.
- Hasło?
Usłyszał śmiech ojca i jego westchnięcie.
- Rabbit, rocznik ’65.
Jacob przekręcił klucz w drzwiach i zobaczył swojego tatę, który spoglądał na niego ze
zmartwieniem.
- Charlie pomógł mi się tu dostać. Mówił mi, że nikogo nie wpuszczasz i pomyślałem, że
może mi się uda.
Chłopiec otworzył szerzej drzwi i pozwolił ojcu wjechać do środka, po czym znów je
zamknął, nie zapalając światła. Nie chciał, by jego tata widział, że płakał, bo przecież obiecał.
- Jake… Co się stało?
Chłopak usiadł na łóżku i znów podkulił nogi pod brodę.
- Bo to wszystko jest po prostu takie nie fair.
I opowiedział ojcu o wszystkim: o prezentach, które chciał, ale nie dostał, o tym, że
Edward Cullen był grzeczniejszy od niego, bo dostał fajne prezenty, że on, Jacob, nie wie,
dlaczego Mikołaj uznał, że był niegrzeczny, że chciał Bellę, a Bella wolała Edwarda… Przemilczał
tylko wątek mamy. Ojciec milczał przez chwilę, po czym podjechał do syna i go przytulił.
- Widzisz, Jake – zaczął ojcowskim tonem. – Nie zawsze wszystko układa się po naszej
myśli. Jedni mają bardziej pod górkę, inni mniej. Ale to nie oznacza, że od razu należy się
poddawać. Trzeba być silnym. – Pogłaskał Jake’a po głowie. – Nie warto się od razu załamywać.
A ty się tak po prostu poddajesz. To nie rozwiązanie.
Jacob słuchał uważnie jego słów, starając się nie płakać zbyt głośno. Wtulił się w ojca i
zastanawiał, co powiedzieć.
- Tato…
- Hm?
- Ja miałem jeszcze jedno życzenie – zaczął powoli.
- Jakie?
Chłopiec zawahał się. W końcu jednak uznał, że skoro już rozmawia z ojcem szczerze, po
męsku, to należy być szczerym do końca.
Plik z chomika:
Suhak
Inne pliki z tego folderu:
Pandemia VI-X.pdf
(250 KB)
Pandemia I-X.pdf
(422 KB)
Pandemia I-V.pdf
(235 KB)
Uśmiech przymarzł nam do twarzy.pdf
(55 KB)
Pierwszy.pdf
(48 KB)
Inne foldery tego chomika:
Autorskie
Filmy
Galeria
Muzyka
Z. Prywatne
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin