Ostateczne.pdf

(44 KB) Pobierz
273092361 UNPDF
Ostateczne
autorstwa Suhaka
To był dzień, w którym Jacob Black umarł. I nie była to piękna śmierć. Umierał z
grymasem na twarzy, z bólem wypełniającym każdą komórkę ciała, ubabrany we krwi. Po
policzkach spływały mu łzy, łzy cierpienia, goryczy, wstydu, poniżenia. Łzy żałości, żalu o
to, że jego życie kończy się w ten sposób. Gorzkie, bo przepełnione wspomnieniami.
Piekące, bo oznaczające słabość ciała i umysłu.
Nie umierał jak bohater. Nie był bohaterem. Sprowokował, przepełniony dumą i
pychą, by dostać ostatnią nauczkę, której już nie wykorzysta w przyszłości. Przecenił
swoje możliwości, by zapłacić za to najwyższą cenę. Nie zapanował nad emocjami,
stwarzając w ten sposób okazję do zadania bólu, którego sam doświadczył.
Pozwolił wspomnieniom zbombardować swój zmęczony umysł.
***
Byli razem szczęśliwi. Nie do przesady – zdarzały im się wspólne wzloty i upadki,
kłócili się i godzili, obrażali i kochali, ale nie mieli długotrwałych problemów, które
groziłyby rozpadem związku. Dbali o siebie i szanowali swoje uczucia. Sprawiali sobie
niespodzianki – raz przyjemne, innym razem niekoniecznie – ale nigdy nie dopuścili, by
któreś czuło się nieszczęśliwe z powodu drugiego.
Pewnego ranka obudził się i zauważył, że jego ukochana nie leży obok. Najpierw
pomyślał, że już wstała. Gdy jednak przeszukał dom i La Push, zaczął się martwić.
Przestraszył się, że wyszła na chwilę i coś jej się stało. Przechodziły go ciarki na myśl, że
Demetri ją odnalazł i zanim choćby zdążyła krzyknąć, skrzywdził. Chciał już zwołać sforę i
w panice rozkazać im przeszukiwać okolicę, ale otrzeźwiał i pomyślał, że pewnie wróciła
do rodziców.
Ale w mieszkaniu Cullenów nie było nikogo ani niczego. Dom zastał opuszczony.
Zniknęli. Wszyscy. Nie pozostawiwszy żadnej wiadomości. Bez pożegnania. Bez
choćby słowa wytłumaczenia.
Wiele lat starań, by wreszcie zapomnieć, by zepchnąć wszystkich Cullenów w
najciemniejsze zakamarki swojego umysłu, poszło na marne. Tyle próbował, by zabliźnić
rany po złamanym sercu, które wciąż i wciąż otwierały się na nowo. Noce spędzane na
wylewaniu piekących, wstydliwych łez. Wieczory przeklęczane na modlitwie, by
Wszechmogący się zlitował i dał ukojenie. Setki nieprzespanych nocy i tysiące dni
mijających na tępym gapieniu się w przestrzeń. Dziesiątki zmarzniętych, nietkniętych
posiłków i godzin snucia się po lesie niczym duch. Miliony pytań bliskich o to, czy czegoś
potrzebuje.
A potem pojawiła się Vanessa i Jacob znalazł sposób na to, by zapomnieć, że
istniał ktokolwiek przed nią. Wpadł w obsesję; nie myślał o niczym innym i nie mówił o
nikim innym. Spędzał z nią każdą wolną chwilę. W końcu udało mu się zmusić i zakochać
w niej do szaleństwa, ciesząc się z odniesionego zwycięstwa nad własnymi
wspomnieniami. Wiele lat poświęcił, by ułożyć swoje życie na nowo, by pozwolić samemu
sobie urodzić się ponownie, by nauczyć swoje serce znów bić szybciej, by pokazać
umysłowi, jak skupiać się na tej ukochanej. Mimo upływu czasu wciąż pozostawała
piękna – przynajmniej dla niego samego. Kochał ją przez te wszystkie lata, chociaż nie
zawsze było to łatwe. Obserwował, jak w jej błyszczących, ciemnych włosach pojawiały
się pierwsze „siwuski”, jak zwykł mawiać, by się z nią podroczyć; aż w końcu ścięła się na
krótko bez cienia żalu. Przyglądał się, jak jej skóra wiotczeje i marszczy się, swoją
fakturą zaczynając przypominać orzecha włoskiego. Patrzył, jak młodzieńczy błysk w
piwnych oczach blednie, a na jego miejscu pojawiają się wesołe, choć niemrawe nieco
iskierki. Najbardziej rozbawiło go, gdy pewnego ranka obudziła się i poinformowała go, że
jak na prawdziwą babcię przystało, musi zacząć piec ciasta, robić na drutach i wyrabiać
dżemy.
A wtedy spojrzał w lustro i ujrzał, że też nie należy do młodzików. Przyglądał mu
się wysoki, tęgi mężczyzna o ciemnoszarych włosach. Jego skóra nie była już wiotka jak
za młodu, a mocno pomarszczona, z głębokimi zmarszczkami na czole, wokół ust i przy
zewnętrznych kącikach ciemnych oczu. Uśmiechnął się do siebie i powiedział na głos, że
jest tak, jak powinno być.
Do czasu. Pozorna idylla została zburzona w zaledwie parę sekund przez wizytę
pewnego idealnego wampira. I dawno zabliźnione rany otworzyły się na nowo, lecz tym
razem ból powrócił ze zdwojoną siłą.
***
Jacob jęknął z bólu. Jucha ciekła mu po twarzy i ramionach, na wargach czuł jej
metaliczny posmak wymieszany ze słonymi łzami. Piekący wampirzy jad ekspresowo
rozprzestrzeniał się po ciele, nie pozwalając krwi zakrzepnąć, ranom się zagoić, ciału
odetchnąć. Indianin oddychał płytko i łapczywie, czując miękką ściółkę leśną pod głową i
obserwując korony drzew, przez które gdzieniegdzie przebijały się słabe słoneczne
promienie.
Bał się. Był przerażony jak cholera. Strach rozpierał go od środka. Najpierw
ogarnął cały umysł, by następnie przejąć kontrolę nad sercem. Jad płynący w jego żyłach
bezlitośnie palił, osłabiając pracę wszystkich członków po kolei.
Jake przymknął oczy.
***
Tego ranka w drzwiach jego domu pojawił się Edward Cullen i wlepiał w niego
swoje złote ślepia.
Wyglądał dokładnie tak jak wtedy, gdy ostatnim razem się widzieli: kasztanowe,
błyszczące kosmyki włosów opadały mu nonszalancko na czoło, tęczówki barwy płynnego
złota uważnie wodziły z jednego oka Indianina do drugiego, blada skóra iskrzyła się w
słabym świetle lipcowych promieni słonecznych niczym zbitek mikroskopijnych
diamencików. Zerkał na niego spod długich rzęs, a idealne wargi wykrzywiły się w
smutnym uśmiechu.
Jacob osłupiał. Jego serce rozdzierało się na miliony kawałeczków i nie mógł nic na
to poradzić. Obserwował, jak koszmar jego życia wyciąga rękę i wypowiada parę pustych
słów powitania. Słuchał krótkich tłumaczeń, które obiecywał rozwinąć, jak tylko pozwoli
mu wejść do środka. Czuł chłód marmurowego ciała, gdy z ledwo bijącym sercem ściskał
gładką dłoń. Wdychał odór rozkładających się zwłok wymieszany z drażniącą węch
kwiatowo-cukierkową esencją wampirzego oddechu, gdy mijał go w progu,
zaproponowawszy spacer.
Wyjaśnienia rozpoczął od przeprosin. Powiedział, że musieli uciekać, bo życie ich
córki było zagrożone. Tłumaczył, że nie miał wyjścia i natychmiastowy wyjazd był
jedynym rozwiązaniem; nie mieli chwili do stracenia na pożegnania. Ale Jacob prawie w
ogóle go nie słuchał. Wpatrywał się tylko w wampira, łapczywie chłonąc szczegóły jego
twarzy. Bynajmniej nie dlatego, że mu jej brakowało.
Miała jego usta .
I nie tylko: jego nos wyglądał jak prosty nosek Renesmee, kości policzkowe
rudzielca do złudzenia przypominały rysy półwampirzycy. Nawet miała podobnie
aksamitny ton głosu, sposób gestykulowania, intonacji wymawianych słów. I także
potrafiła tak przenikliwie spenetrować ludzką duszę samym spojrzeniem.
Nie chciał słuchać powodów ani wymówek. Nie interesowało go, dlaczego prawie
osiemdziesiąt lat temu stracił sens swojego życia i nigdy więcej go nie odzyskał. Nie
potrzebował wiedzieć, jak bardzo jest wszystkim przykro.
Przepełniony bólem drącym jego serce na drobne kawałeczki i wyrywającym mu
wnętrzności, cierpieniem, które nie pozwalało logicznie myśleć, złością i nienawiścią,
które wywołała wizyta Edwarda, żalem spowodowanym niemalże ośmioma
dziesięcioleciami samotności - zadecydował sprowokować.
***
Jacob krzyknął. Jad właśnie dotarł do jego serca. Ponownie miał wrażenie, jakby
ktoś je wyrwał, zgniótł, podpalił i rozerwał. Po kilkusekundowym wrzasku zabrakło mu
tchu, więc przestał, ale każda komórka ciała wciąż bezskutecznie błagała o ukojenie.
Oddychał ciężko, płytko, szybko. Łzy potokiem płynęły mu po policzkach, krew
ciekła strugami po czole i oczach, przysłaniając widok. Zmusił się do podniesienia ręki i
otarcia jej z powiek. Piekąca trucizna wciąż maltretowała jego układ krwionośny,
torturując go coraz boleśniej.
Ale przez cały czas pozostawał świadomy.
***
Edward był silny. Nie dawał się sprowokować i ponieść emocjom. Nie pozwalał, by
nerwy wzięły górę. Być może dlatego, że słyszał myśli Indianina i znał jego pobudki. Na
każdą zaczepkę dawał wyważone, spokojne odpowiedzi, patrząc na niegdysiejszego
rywala ze zrozumieniem i smutkiem. Ale Jacob nie mógł tego znieść. Chciał, by Cullen
poczuł się chociaż odrobinę tak, jak on przez te wszystkie lata. Pragnął zadać mu ból,
ugodzić go, wyrwać martwe serce i przepuścić przez maszynkę do mielenia mięsa, ale
wampir pozostawał dzielny.
Jacob po raz drugi w życiu postanowił w okrutny sposób wykorzystać dar rudzielca
i tak jak przed laty, zadał mu cios poniżej pasa: pomyślał o drobnej, pięknej dziewczynie,
siedzącej w samochodzie na siedzeniu pasażera i patrzącej tępo w przestrzeń.
Wtedy Edward skamieniał. Jake poczuł niemałą satysfakcję. Nie przestawał.
Wyobraził sobie jej puste oczy. Gest, który wykonywała, gdy było naprawdę źle: łapanie
się za żebra. Jej beznamiętny wyraz twarzy.
Przeniósł wzrok na rudowłosego wampira. Jego spojrzenie paliło, tęczówki o
barwie płynnego złota pociemniały. Wargi wykrzywiły się w paskudnym, przepełnionym
bólem grymasie. Zaciskał mocno pięści, aż uwidoczniły się wszystkie ścięgna.
Więc kontynuował. Patrząc Cullenowi prosto w oczy, torturował go swoimi
wspomnieniami. Po wyrazie twarzy poznał, że udało mu się zadać mu ból. Postanowił
więc go rozwścieczyć jeszcze bardziej. Przeszedł od luźnych wspomnień jej dłoni, ramion,
szyi, dekoltu. Myślał o tym, jak dotykał jej pleców, gdy się przytulali. Jak jej biust stykał
się z jego klatką piersiową, gdy była blisko. Jak ich wargi zetknęły się po raz pierwszy i
drugi. Jak bezkarnie mógł przyglądać się jej ustom, piersiom, nogom, pośladkom…
Szczęka Edwarda drżała. Jake nie przestawał, przechodząc do coraz śmielszych fantazji i
ignorując czarne wampirze tęczówki. Wyobrażał sobie, jak dotyka jej nagich, jeszcze
ciepłych pleców, barków, karku, wodzi dłońmi po obojczykach, brzuchu i piersiach. Jak
dziewczyna oplata go ramionami za szyję, przejeżdżając opuszkami palców po ciemnej
klatce piersiowej. Musnął wargami jej rozchylone usta i wsunął w nie język. Pozwolił jej
opleść nogami swoje biodra i odwzajemnić pocałunek.
- Wystarczy, Black.
Edward był wściekły. Jake pomyślał, że gdyby wzrok mógł zabijać, już dawno
padłby martwy. Ale nie chciał przestawać, nie chciał się uspokoić, nie mógł pozwolić, by
rozeszli się w pokoju. Chciał go uderzyć, zadać fizyczny ból, pokazać, kto tu rządzi, kto
jest silniejszy, kto jest mężczyzną, więc nie mógł tak po prostu przystać na prośbę – a
raczej rozkaz – wampira. Przekroczył więc granicę i pozwolił, by ciemne fale przeistoczyły
się w sprężyste, ciemniejsze loczki, a rysy twarzy zmieniły się. Teraz to drobne dłonie
półwampirzycy wodziły po jego piersiach.
Zanim jeszcze uświadomił sobie, co może się stać, Edward złapał go za gardło i
cisnął przed siebie. Jacob zerwał się i w przeciągu sekundy przemienił w ogromnego
basiora. Cullen w mgnieniu oka rzucił się w wir walki.
Jednego Indianin się nie spodziewał: własnej słabości.
O ile na początku bitki jeszcze udawało mu się prowadzić wyrównany pojedynek, o
tyle po kilku minutach zażartej jatki zaczął się męczyć. Pierwszy raz w swoim niemalże
stuletnim życiu poczuł się naprawdę stary. Miał znacznie słabszy refleks niż ostatnim
razem, gdy walczył; nie był już tak silny. Przegrywał z żądnym krwi i zemsty,
rozwścieczonym do reszty wampirem. Kłapał zębami i machał pazurami, przygniatał
łapami i napierał całym cielskiem, jednak był słabszy. W końcu Cullen zadał silny cios i
Jacob poleciał na jakieś drzewo, czując się, jakby głowa pękała mu na miliony kawałków.
To nie wystarczało Edwardowi. Rzucił się na pół przytomnego wilka, złapał za sierść i
cisnął na kolejne drzewa. W końcu pozwolił ponieść się emocjom i kąsał, gryzł, wpijał
ostre zęby, wlewając kropelki, krople, litry wampirzego jadu…
Nagle jakaś siła pozwoliła Cullenowi oderwać się od zmasakrowanego ciała i cofnąć
się parę kroków. Jake widział jak przez mgłę, jak patrzy na niego z przerażeniem. Zanim
się spostrzegł, rudzielca nie było.
Nie wiedział, jak to się stało, ale poczuł, że znów jest w człowieczej postaci.
Teraz leżał gdzieś w lesie nagi, drżący, zakrwawiony, zapłakany. Jad rozrywał mu
ciało, torturował zmysły, sprawiał, że krzyczał i szlochał na zmianę. Pragnął śmierci; był
zmęczony, tak samo fizycznie, jak i psychicznie. Modlił się o koniec mąk. Wiedział, że nie
ma już odwrotu, lepiej więc odejść z tego świata jak najszybciej.
Uświadomił sobie, że nie pozostało mu zbyt wiele sił ani czasu. Chciał coś
powiedzieć, chciał, by jego ostatnie słowa podsumowały całe jego życie albo zwracały się
do najważniejszej dla niego osoby. Potrzebował powiedzieć coś wyniosłego i pięknego,
tak jak na filmach wielcy bohaterowie. Otworzył usta i nabrał powietrza w płuca, jednak
okazało się, że już za późno. Był bezsilny względem bezwzględnej śmierci. Zamknął oczy
i wydał ostatnie tchnienie.
To był dzień, w którym Jacob Black umarł. Dawno temu przegrał w starciu z
Fortuną, potem Edwardem Cullenem, by na końcu ulec samej Śmierci. Popełnił wiele
błędów i nie raz wykazywał się pychą, brakiem pokory, nieodpowiedzialnością. Wszystkie
jego postępki były nieidealne, tak samo jak osobowość.
Ale – paradoksalnie – zwyciężył. Doskonały w swoich niedoskonałościach. Ludzki
w popełnianych błędach. Zwycięski w swoich przegranych.
Ponieważ do końca pozostawił w sobie miejsce na coś, na co Edward Cullen nigdy
nie mógłby sobie pozwolić. Na najbardziej ludzką rzecz:
Słabość.
Zgłoś jeśli naruszono regulamin