Erich Segal
Doktorzy
Przełożyła: Maria Straszewska-Hallab
Dla Karen i Franceski
„Fundamentalną podstawą medycyny jest miłość”.
Paracelsus (1493-1541)
Wielka sztuka chirurgii
„Nadaliśmy lekarzom status bogów i czcimy jak bóstwa, oddając im nasze ciała i dusze, nie mówiąc już o innych dobrach tego świata. A jednak - paradoksalnie - są to najbardziej podatni na ciosy i nąjwrażliwsi z ludzi. Statystycznie liczba samobójstw wśród nich jest ośmiokrotnie większa niż średnia krajowa. Procentowo rzecz ujmując, nadużywanie leków i narkotyków jest stukrotnie większe aniżeli wśród reszty populacji.
Boleśnie zdają sobie sprawę z tego, że nie są w stanie spełnić naszych oczekiwań i to zwiększa jeszcze niepomiernie ich frustracje.
Adekwatnie nazywa się ich przeto «okaleczonymi uzdrowicielami»”.
Dr Barney Livingston, Doktorzy
„Stany Zjednoczone tracą rocznie równowartość siedmiu klas absolwentów szkół medycznych na skutek różnych nałogów, alkoholizmu i samobójstw wśród lekarzy”.
Dr David Hilfiker, Leczenie ran
Wstęp
Poza jednym wyjątkiem, wszyscy bohaterowie tej książki są biali i w większości, z wyjątkiem pięciu kobiet, są mężczyznami.
Niektórzy zaliczali się do wybitnych, niemal do geniuszy. Inni byli geniuszami na skraju szaleństwa. Jeden z nich grał na wiolonczeli i miał nawet recital w Carnegie Hall, a inny grał zawodowo w koszykówkę. Sześciu pisało powieści, dwie właśnie opublikowano. Jest wśród nich niedoszły ksiądz oraz absolwent prawa. A wszyscy bez wyjątku byli początkowo śmiertelnie przerażeni studiami.
Tego słonecznego wrześniowego poranka 1958 roku połączył ich status studentów pierwszego roku Harwardzkiej Szkoły Medycznej. Zebrali się w sali „D”, aby wysłuchać powitalnego przemówienia dziekana Courtneya Holmesa.
Rysy jego twarzy mogły pochodzić prosto z rzymskiej monety. Całą swą postawą sprawiał natomiast wrażenie, że urodził się ze złotym zegarkiem i łańcuszkiem za pasem zamiast pępowiny.
Nie musiał nikogo uciszać. Uśmiechnął się tylko i widzowie natychmiast umilkli.
- Panowie - zaczął. - Rozpoczynacie oto wspólnie wielką podróż do granic medycznej wiedzy, gdzie zaczniecie swoje własne, indywidualne badania i eksploracje tego jeszcze nie odkrytego w pełni i nie nakreślonego do końca terytorium cierpienia i choroby. Ktoś z was, siedzących tu teraz na sali, wynajdzie być może lekarstwo na białaczkę, cukrzycę, liszaja rumieniowatego lub wielogłową hydrę nowotworów...
Przerwał na chwilę dla uzyskania odpowiednio dramatycznego efektu, a potem z błyskiem w bladoniebieskich oczach dodał:
- A może nawet lekarstwo na zwykłą grypę.
Roześmiali się z uznaniem.
Srebrnowłosy dziekan pochylił głowę, być może w zamyśleniu. Studenci czekali w napięciu. W końcu spojrzał na nich i odezwał się głosem o oktawę niższym:
- Pozwólcie, że zakończę, zdradzając wam pewien sekret - równie upokarzający dla mnie, jak i dla was.
Odwrócił się i napisał coś na tablicy.
Dwie proste cyfry - liczbę dwadzieścia sześć. Na sali rozległy się pomruki zdziwienia.
Holmes odczekał, aż nastanie cisza, zaczerpnął powietrza, a potem popatrzył prosto na zahipnotyzowane audytorium.
- Panowie, zakonotujcie to sobie dobrze w pamięci - istnieją tysiące chorób na tym świecie, jednakże medycyna potrafi empirycznie wyleczyć tylko dwadzieścia sześć z nich. Reszta... jest czystą zgadywanką.
I to było wszystko.
Wyprostowany niczym żołnierz zszedł z gracją atlety z podium i wyszedł z sali.
Tłum zaniemówił z oszołomienia.
Część pierwsza
NIEWINNOŚĆ
Wkraczają w ten nowy świat nadzy
zimni, niepewni wszystkiego
poza tym, że w niego wkraczają...
Cisza - wraz z nagą godnością wejścia
zachodzi w nich zmiana - zakorzenieni,
zaciskają ręce i zaczynają się budzić.
William Carlos Williams (1883-1963)
Pediatra i poeta
Rozdział I
Barney Livingston był pierwszym chłopcem z Brooklynu, który zobaczył Laurę Castellano nago.
Pewnego sierpniowego poranka w tym samym roku, w którym przekroczył piąty rok życia, zawędrował do tylnego ogrodu, gdzie powitał go jakiś nieznany głos.
- Cześć!
Spojrzał w stronę sąsiedniego domu. Zza płotu wyglądała mała jasnowłosa dziewczynka. Poczuł nagle uczucie tęsknoty za poprzednimi mieszkańcami tamtego domu, a zwłaszcza za Murrayem, wyśmienitym piłkarzem. Tymczasem ci nowi - z tego, co słyszał - nawet nie mieli syna.
Barney zdziwił się zatem, kiedy po przedstawieniu się Laura zaproponowała grę w piłkę. Wzruszył niezdecydowanie ramionami na znak zgody i poszedł do domu po swoją Spauldeen.
Kiedy po chwili wrócił z małą, gumową piłką, różową niczym guma do żucia Bazooka, Laura stała już na środku ich ogrodu.
- Jak się tu dostałaś? - zapytał.
- Wdrapałam się na płot - wyjaśniła nonszalancko. - No a teraz, vámonos, podaj mi wysoką.
Wyprowadziło to trochę Barniego z równowagi. Nic więc dziwnego, że niezdarnie podał jej piłkę. Laura złapała ją jednak zręcznie i odrzuciła sprawnie z powrotem. Zaniepokoił go fakt, że Murray miał siedem lat i nadal potrzebował pomocy w pokonywaniu płotu, który Laura przeskoczyła najwidoczniej z łatwością.
Pół godziny później Barney doszedł do wniosku, że Laura całkiem zadowalająco mogła zastąpić Murraya. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął paczkę papierosów z naklejką „Lucky Stripe”. Zaproponował jej jednego.
- Nie, dziękuję - odpowiedziała. - Tato mówi, że mam alergię na czekoladę.
- A co to jest alergia?
- Nie jestem pewna - przyznała. - Najlepiej zapytajmy o to papacito. On jest doktorem.
Nagle wpadła na pomysł. - Hej, a może zabawilibyśmy się tak w doktora i pacjenta?
- A na czym to polega?
- Najpierw ja przebadam ciebie, a potem ty mnie.
- To trochę nudne.
- Będziemy musieli się rozebrać.
- Tak? - To mogło być nawet całkiem interesujące.
Godziny przyjęć odbyły się pod sędziwym dębem w najodleglejszym kącie ogrodu Livingstonów. Laura kazała mu ściągnąć pasiasty podkoszulek, pragnąc sprawdzić stan klatki piersiowej pacjenta. Posłużyła się przy tym wyimaginowanym stetoskopem.
- A teraz ściągaj spodnie.
- Ale po co?
- Nie psuj zabawy, Barney.
Z pewną niechęcią zdjął niebieskie spodenki i stanął przed nią w majtkach, czując się coraz bardziej niepewnie i głupio.
- To też ściągaj - rozkazała młoda lekarka.
Barney spojrzał ukradkiem za siebie, sprawdzając, czy nikt go przypadkiem nie obserwował z domu, po czym ściągnął resztę swego odzienia.
Laura obejrzała go dokładnie, zwracając szczególną uwagę na drobny wisiorek pomiędzy jego nogami.
- To moja sikawka - wyjaśnił z nutką dumy w głosie.
- Wygląda mi to raczej na prącie - odpowiedziała z kliniczną obojętnością. - W każdym razie jesteś w porządku. Możesz się ubrać.
Posłuchał skwapliwie, a ona spytała: - Może zabawimy się teraz w coś innego?
- Nie, to niesprawiedliwe. Teraz moja kolej być doktorem.
- No dobrze.
Rozebrała się prędko do naga.
- Och, Lauro, co się stało z twoim... no wiesz...
- Ja nie mam takiego - odpowiedziała ze smutkiem.
- O rany, a dlaczego?
W tym momencie czyjś przenikliwy głos przerwał konsultację.
- Baaarney, gdzie jesteś?
W tylnych drzwiach domu pojawiła się matka. Pospiesznie wymówił się i wyjrzał zza pnia.
- Tutaj jestem, mamo.
- A co ty tam robisz?
- Nic, bawię się z kimś.
- Z kim?
- Z dziewczynką z sąsiedniego domu, której na imię Laura.
- Ach, to ta nowa rodzina. Zapytaj ją, czy ma ochotę na ciasteczka i mleko.
Zza drzewa wyłoniła się figlarna twarz. - A jakie ciastka? - zapytała wesoło Laura.
- Herbatniki - odpowiedziała z uśmiechem pani Livingston. - Prawie takie słodkie jak ty.
Rajem ich dzieciństwa był gwarny Brooklyn, pełen radosnego jazgotu tramwajów, zlewającego się z brzęczeniem dzwonków na zabawnie wymalowanym samochodzie sprzedawcy mrożonych smakołyków. Lecz przede wszystkim pełen śmiechu dzieci grających w palanta, w piłkę lub hokeja na wrotkach, wprost na ulicy.
Brooklyńscy Dodgersi nie stanowili wówczas tylko zwykłej drużyny baseballowej, lecz byli dla wszystkich zespołem prawdziwych bohaterów. W ataku grał tam wtedy niejaki Duke, Pee Wee i Peacher. Mieli wśród siebie nawet faceta, który potrafił biegać szybciej, aniżeli dało się wymówić jego imię - Jacka Robinsona.
Oddaliby życie i serca za Brooklyn.
No i co z tego, że nigdy nie udało im się pobić nowojorskich Jankesów*?
A w każdym razie nie w 1942 roku. Wtedy bowiem Amerykanie walczyli na trzech innych frontach - w Europie przeciwko hitlerowcom, na Pacyfiku przeciwko hordom Tojo i u siebie przeciwko OPA. Była to instytucja ustanowiona przez prezydenta Roosevelta J w celu racjonowania cywilnych dostaw najistotniejszych artykułów, aby w ten sposób zapewnić wszystko co najlepsze dla wojska.
I tak, kiedy marszałek Montgomery przystąpił do bitwy z Rommlem pod El Alamein, a generał Jimmy Doolittle bombardował Tokio, Estelle Livingston walczyła w Brooklynie o zdobycie dodatkowych znaczków na mięso, dla zapewnienia swoim synom zdrowia, prawidłowego wzrostu i rozwoju.
Mąż jej, Harold, został powołany do wojska rok wcześniej. Był nauczycielem łaciny w szkole średniej i przebywał teraz w bazie wojskowej w Kalifornii, ucząc się tam japońskiego. Rodzinie mógł tylko powiedzieć, że był w czymś, co nazywało się „wywiadem”. To całkiem zrozumiałe, tłumaczyła swoim małym synom Estelle, gdyż tatuś miał ogromnie dużo wiadomości.
Z jakiegoś niewiadomego powodu ojca Laury, doktora Luisa Castellano, w ogóle nie powołano do wojska.
- Jaka jest ta Laura, Barney? - zapytała Estelle, usiłując nakłonić młodszego syna do połknięcia następnej porcji owsianki.
- Jak na dziewczynę jest całkiem w porządku. Potrafi nawet grać w piłkę. Tylko mówi tak jakoś śmiesznie.
- To dlatego, że państwo Castellanowie pochodzą z Hiszpanii, mój drogi. Musieli stamtąd uciekać.
- A dlaczego?
- Dlatego, że nie podobali się złym ludziom, którzy nazywają się faszystami. To właśnie z tego powodu wasz tatuś jest w wojsku. Żeby walczyć z faszystami.
- A czy tatuś ma karabin?
- Nie wiem. Ale jestem pewna, że jeśli będzie mu potrzebny, to prezydent Roosevelt dopilnuje, żeby go dostał.
- To dobrze. Wtedy będzie mógł zastrzelić tych wszystkich złych ludzi w prącie.
Estelle, z zawodu bibliotekarka, zawsze popierała wzbogacanie słownictwa syna, tym razem jednak ten jego nowy werbalny nabytek zupełnie ją zaskoczył.
- Kto ci opowiadał o prąciach, kochanie? - spytała, siląc się na naturalność.
- Laura. Jej ojciec jest lekarzem. Ale ona nie ma prącia.
- Co takiego, kochanie?
- Laura nie ma prącia. Z początku jej nie wierzyłem, ale mi pokazała.
Estelle zaniemówiła. Pomieszała tylko owsiankę młodszego syna, zastanawiając się, co Barney już wiedział, a czego jeszcze nie.
Z czasem Barney i Laura przeszli do lepszych zabaw. Bawili się na przykład w kowbojów i Indian, amerykańskich GI* i szwabów albo japońców, sprawiedliwie zamieniając się rolami i odgrywając każdego dnia to jednych, to drugich.
Minął rok. Wojska alianckie wkroczyły do Włoch, a jankesi na Pacyfiku odbijali Wyspy Salomona. Kiedyś późno w nocy brat Barniego, Warren, obudził się z płaczem i ponad czterdziestostopniową gorączką. Obawiając się najgorszego, owej przerażającej letniej plagi - dziecięcego paraliżu - Estelle zawinęła prędko spoconego chłopca w kąpielowy ręcznik i zaniosła na schody domu doktora Castellano. Przerażony i zmieszany Barney podążał o krok za nią.
Luis nie spał jeszcze i czytał jakieś medyczne czasopisma. Pospiesznie umył ręce przed rozpoczęciem badania. Jego wielkie, owłosione dłonie były zadziwiająco szybkie i delikatne. Barney przyglądał się z podziwem, jak doktor zaglądał Warrenowi do gardła, a potem osłuchiwał mu klatkę piersiową, usiłując jednocześnie uspokoić chore dziecko.
- Spokojnie - szeptał - tylko oddychaj, wdech, wydech, dobrze niño?
Tymczasem Inez Castellano pobiegła po zimną wodę i gąbkę. Estelle zaniemówiła ze strachu. Barney wtulił się w fałdy jej kwiecistego szlafroka. W końcu odważyła się zapytać.
- Czy to, no wie pan...?
- Cálmate, Estelle, to nie polio. Popatrz na tę płonicopodobną : wysypkę na jego piersiach, a zwłaszcza na te powiększone czerwone brodawki na języku. Nazywamy to „truskawkowym językiem”. Chłopiec ma tylko szkarlatynę.
- Ale to też jest poważne, prawda?
- Owszem. Ktoś musi mu przepisać jakieś sulfonamidowe tabletki, takie jak prontosil.
- A czy pan nie mógłby tego zrobić?
Luis odparł, zaciskając zęby: - Nie wolno mi wypisywać recept. Nie mam zezwolenia na praktykę w tym kraju. No cóż, vámonos, Barney niech tu zostanie, a my tymczasem weźmiemy taksówkę do szpitala.
W taksówce Luis trzymał Warrena na rękach, ocierając mu szyję i czoło gąbką. Jego pewność siebie uspokoiła Estelle, choć nadal dziwiło ją to, co jej powiedział.
- Ależ, Luis, myślałam, że ty jesteś lekarzem. Przecież pracujesz w szpitalu, prawda?
- W laboratorium. Robię badania krwi i moczu. - Umilkł i po chwili dodał: - W moim kraju byłem lekarzem. I sądzę, że całkiem niezłym. Pięć lat temu, kiedy tu przyjechaliśmy, uczyłem się angielskiego jak wariat. Przestudiowałem od nowa wszystkie podręczniki, pozdawałem egzaminy, ale Urząd Stanu odmówił mi licencji. Najwidoczniej nadal jestem dla nich niebezpiecznym cudzoziemcem. W Hiszpanii należałem bowiem do niewłaściwej partii.
- Ale przecież walczyłeś przeciwko faszystom.
- Tak, ale byłem socjalistą - coś równie sospechoso w Ameryce.
- Ależ to skandal.
- Bueno, mogło być gorzej.
- Nie rozumiem?
- Mogli mnie złapać żołnierze Franco.
W szpitalu natychmiast potwierdzono diagnozę Luisa i podano Warrenowi zasugerowane przez niego lekarstwo. Dla obniżenia temperatury dziecka pielęgniarki wymyły go nasączonymi w alkoholu gąbkami. Po piątej nad ranem orzeczono, że można go zabrać do domu. Luis odprowadził Estelle z chłopcem do taksówki.
- Nie jedziesz z nami? - spytała.
- Nie. No vale la pena. Mam być w laboratorium o siódmej. Zostanę tutaj i spróbuję się zdrzemnąć w dyżurce.
- Jak to się stało, że jestem u siebie w łóżku, mamusiu?
- Wróciliśmy do domu bardzo późno, kochanie. Spałeś już wtedy u Castellanow na kanapie, więc razem z Inez przeniosłyśmy ciebie i Warrena do naszego domu.
- Czy Warren ma się już dobrze? - zapytał Barney, który jeszcze nie widział brata.
Estelle skinęła głową. - Dzięki Bogu za doktora Castellano. Mamy szczęście, że jest naszym sąsiadem.
Przez ułamek sekundy Barney poczuł ukłucie zazdrości. Ojciec Laury był w domu. Czasami tęsknił za swoim tatą tak bardzo, że aż go to bolało.
Żywo utkwił mu w pamięci dzień, w którym wyjechał. Harold podniósł go wówczas do góry i przytulił do siebie mocno, aż poczuł w jego oddechu zapach papierosowego dymu. Teraz, nawet na widok kogoś zapalającego papierosa, czuł się samotny.
Miał jednak za to coś na pocieszenie - małą prostokątną chorągiewkę z niebieską gwiazdą na białym tle z czerwonym brzegiem, która wisiała dumnie przed frontowym oknem domu Livingstonów. Oznajmiała wszystkim przechodniom, że członek ich rodziny walczył gdzieś daleko za ojczyznę. Niektóre domy miały chorągiewki z dwoma, a czasem nawet i trzema gwiazdami.
Pewnego grudniowego wieczoru, kiedy bracia wracali z cukierni ze słodkimi bułeczkami za piątaka, Warren zauważył coś dziwnego w oknie pani i pana Cahn - flagę, na której widniała złota gwiazda.
- Mamo, a dlaczego ich jest taka ładna? - skarżył się Warren przy obiedzie.
Estelle zawahała się przez chwilę, a potem odpowiedziała cicho:
- Ponieważ ich syn... był wyjątkowo odważny.
- Czy nasz tatuś też zdobędzie kiedyś taką gwiazdę?
Estelle poczuła, że blednie na twarzy, lecz mimo to starała się odpowiedzieć spokojnie. - W tych sprawach nigdy nic nie wiadomo, kochanie. A teraz proszę jeść te brokuły.
Kiedy kładła chłopców do łóżka, uderzyło ją nagle, że w trakcie całej tej rozmowy Barney siedział cicho. Czyżby rozumiał, że Arthur, jedyny syn państwa Cahnów, został zabity w akcji?
Później siedząc samotnie przy kuchennym stole i udając, że Postum, które piła, było prawdziwą brazylijską kawą, powtarzała sobie liczne zapewnienia Harolda, że nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo. (Do tłumaczy się nie strzela, kochanie.) Ale czyż przepisy bezpieczeństwa nie zabraniały mu ujawnić nawet tego, gdzie jest i co robi? Jeszcze nie było takiego dnia, żeby któraś z rodzin w Brooklynie nie otrzymała jednego z tych strasznych telegramów.
I wówczas usłyszała głos starszego syna. Brzmiał czule i pocieszająco.
- Nie martw się, mamo. On wróci.
Stał w swojej piżamce z Myszką Miki i mimo że miał zaledwie sześć i pół roku, już przejmował inicjatywę, usiłując pocieszyć matkę. Spojrzała na niego z uśmiechem.
- Skąd wiedziałeś, o czym myślałam? - spytała.
- Wszyscy w szkole wiedzą o Artiem Cahnie. Widziałem nawet, jak jedna z nauczycielek płakała. Nic nie mówiłem, bo nie chciałem przestraszyć Warrena. Ale tacie na pewno nic się nie stanie. Przyrzekam ci.
- Skąd jesteś taki pewny? - spytała.
Wzruszył ramionami.
- Nie wiem - przyznał. - Ale kiedy się martwisz, to jesteś taka smutna.
- Masz rację, Barney - powiedziała, przytulając go mocno do siebie.
W tym momencie jej pocieszyciel nagle zmienił temat.
- Czy mogę wziąć sobie ciastko, mamusiu?
Rok 1944 obfitował w budujące prasowe nagłówki. Wyzwolono Paryż i Rzym, a po jakimś czasie, gdy Amerykanie odbili Guam, F.D. Roosevelt został w sposób bezprecedensowy wybrany w czwartej kadencji. Harold Livingston zadzwonił z Kalifornii do rodziny, aby im oznajmić, że wysyłano go za granicę. Nie mógł jednak sprecyzować gdzie. Powiedział tylko, że będzie pomagać w przesłuchaniach japońskich jeńców wojennych. Następną wiadomość od niego dostaną przez pocztę V - te ledwie czytelne, miniaturowe listy sfotografowane na mikrofilmie i odbite potem na szarym, śliskim papierze.
Rok ten był również kamieniem milowym w życiu Luisa Castellano. Stanowy Urząd Medyczny cofnął swoją decyzję i oznajmił, że hiszpański uchodźca nadaje się do praktykowania medycyny w Stanach Zjednoczonych Ameryki.
Mimo zadowolenia i pewnej satysfakcji, Luis zdawał sobie jednak sprawę z tego, że nie poruszyły ich wcale jego kwalifikacje, lecz raczej to, że wszyscy sprawni fizycznie lekarze zostali powołani do wojska. Oboje z Inez prędko przerobili frontową sypialnię na parterze, na gabinet. Bank udzielił mu pożyczki na zakup aparatu rentgenowskiego.
- Na co to, papacito? - zapytała ojca trzyletnia Isobel, gdy czwórka młodych widzów przyglądała się instalowaniu maszyny.
- Ja wiem! - zgłosił się na ochotnika Barney. - To jest do patrzenia wewnątrz ludzi, prawda, doktorze Castellano?
- Masz rację, mój chłopcze - przyznał Luis, poklepując Barniego po głowie. - Ale dobrzy lekarze mają inną maszynę do oglądania wnętrza pacjentów. - Wskazał palcem na swoje skronie. - Mózg jest ciągle jeszcze najlepszym narzędziem diagnostycznym człowieka.
Reputacja i praktyka Luisa rosły szybko. Szpital King’s County zaoferował mu pewne przywileje i usługi. Mógł teraz wysyłać próbki do laboratorium, w którym kiedyś szorował probówki.
Niekiedy pozwalano dzieciom na zwiedzanie tego medycznego przybytku. Barney i Laura mogli nawet dotykać instrumentów i zaglądać do uszu młodszego rodzeństwa za pomocą wziernika usznego, pod warunkiem, że potem pozwolą Warrenowi i Isobel osłuchać swoje klatki piersiowe przez stetoskop.
Stali się nieomal jedną rodziną. Estelle Livingston była za to szczególnie wdzięczna. Jedyną rodziną, jaką miała, była jej matka, która w razie braku innych opiekunów do dzieci przyjeżdżała kolejką podziemną z Queens, aby przypilnować Warrena, kiedy Estelle pracowała w bibliotece.
Wiedziała jednak, że chłopcy potrzebowali męskiego wzorca w życiu i rozumiała, dlaczego Barney i Warren tak uwielbiali tego szorstkiego, niedźwiedziowatego lekarza. Ze swojej zaś strony Luis zdawał się cieszyć ze zdobycia dwóch „synów”.
Estelle i Inez bardzo się zaprzyjaźniły. W każdy wtorek wieczorem odbywały razem straż przeciwlotniczą, w trakcie której patrolowały ciche, ciemne ulice, pilnując, żeby wszyscy wygasili światła. Od czasu do czasu wypatrywały na niebie śladów nieprzyjacielskich bombowców. Miękka ciemność działała uspokajająco na Inez i pozwalała jej swobodniej wyrażać swoje myśli.
Pewnego razu Estelle zapytała zdawkowo, czy nie przeszkadzał jej brak snu. Zaskoczyła ją odpowiedź Inez.
- Nie. Przypomina mi to stare, dobre czasy. Brakuje mi tylko karabinu.
- Czy ty też walczyłaś?
- Tak, amiga. I wcale nie byłam jedyną kobietą. Dlatego że Franco miał za sobą nie tylko hiszpańskie wojsko, ale i regulares - najemników z Maroko, którym płacił za brudną robotę. Nasza jedyna nadzieja leżała w ataku i ucieczce. Ale tych rzeźników było i tak za dużo. I z dumą przyznaję się, że kilku z nich zabiłam.
Nagle zorientowała się, że zaskoczyła tym przyjaciółkę.
- Zrozum - ciągnęła - ci dranie mordowali dzieci.
- Rozumiem cię - odpowiedziała niepewnie Estelle, usiłując pogodzić się z myślą, że ta cicha kobieta u jej boku zabiła człowieka.
Jak na ironię, oboje rodzice Inez nie tylko zagorzale popierali Franco, ale również organizację Opus Dei, Kościół wewnątrz Kościoła, który obstawał za dyktatorem. Kiedy ich jedyna córka, zapalona socjalistycznym idealizmem, opuściła dom, żeby przyłączyć się do republikańskiego oddziału milicji, przeklęli ją i wydziedziczyli. - Nie miałam wówczas nikogo na świecie oprócz karabinu i sprawy. W pewnym sensie ta kula przyniosła mi szczęści...
bbzielinska