Harry Potter and the Deathly Hallows PL całość.doc

(2543 KB) Pobierz
Harry Potter and the Deathly Hallows

1

2

J. K. Rowling

Harry Potter i Regalia

Śmierci

Tłumaczenie i korekta:

Armia Świstaka, Klub Ślimaka, inni

Ebook:

Michalson

Wydanie:

Wydanie 0 ( brak korekty w wielu rozdziałach )

3

Dedykacja tej książki rozbita jest na siedem:

Dla Neila,

Jessici,

Davida,

Kenzie,

Di,

Annie

i dla Ciebie,

jeśliś wytrwał z Harrym

do samego końca

Dziedziczny grzechu nasz!

Klątwa to twoja straż,

O ty najkrwawsza z ran!

Komu wytchnienie dasz?

Któż twego bólu pan?

Tylko Atrydów płód,

Rozetnie dawny wrzód:

Dziedzicu, dom swój lecz!

Bogów tu wzywam wprzód,

By twój nie chybił miecz.

O mieszkańcy tych podziemnych stref!

Jeśli dotarł do was przysiąg zew,

Dajcie dzieciom pomścić ojca krew!

Ajschylos, Ofiarnice

tłum. J.Kasprowicz

Śmierć to tylko podróż, a przyjaciele, wyruszając za morze, wciąż pozostają w nas, bowiem są oni niezbędną

częścią miłości i życia, czyli tego, co wszechobecne. Przyjaciele widzą swe twarze w boskim zwierciadle, a ich

związek jest wolny i czysty. To największa zaleta przyjaciół, bo choć mówi się, że umarli, ich przyjaźń i wsparcie

są, w najlepszym tego słowa znaczeniu, zawsze obecne, bo nieśmiertelne.

William Penn, Owoce samotności

tłum. P.Darski

Autor ebooka dedykuje go wszystkim fanom Harry’ego Pottera nie mogącym patrzeć na ospałość

polskiego wydawnictwa.

4

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Czarny Pan rosnie w sile

Tłumaczyła Ishq

Dwaj mężczyźni pojawili się znikąd, o parę jardów od siebie, na wąskiej alei zalanej światłem

księżyca. Przez moment tkwili w bezruchu, celując w siebie różdżkami, a po chwili,

rozpoznawszy siebie nawzajem, schowali różdżki pod szaty i ruszyli szybkim krokiem w tym

samym kierunku.

- Nowiny? - zapytał wyższy.

- Najlepsze - odparł Severus Snape.

Z lewej strony alejka ograniczona była przez dzikie, płożące się jeżyny, z prawej przez wysoki,

starannie przystrzyżony żywopłot. Krokom obydwu mężczyzn towarzyszył łopot peleryn.

- Już myślałem, że się spóźnię - rzekł Yaxley, jego nieruchoma twarz to pojawiała się w jasnym

świetle księżyca, to ginęła w cieniu konarów zwieszających się nad drogą. - Było trudniej, niż się

spodziewałem. Ale mam nadzieję, że będzie zadowolony. Bo ty wydajesz się tego pewny?

Snape przytaknął, ale nie podjął tematu. Skręcili w prawo, w szeroki podjazd odchodzący od alei.

Wysoki żywopłot zakręcał wraz z nimi i biegł dalej, poza wspaniałą bramą z kutego żelaza,

zagradzającą przejście. Żaden z nich jednak nie zwolnił kroku, w milczeniu każdy uniósł lewą

rękę, niejako w geście powitania i przeszli przez bramę, jakby ciemny metal był jedynie dymem.

Cisowy żywopłot wygłuszał ich kroki. Gdzieś po prawej stronie coś zaszeleściło, Yaxley uniósł

różdżkę, celując w mrok ponad głową towarzysza, ale okazało się, że źródłem hałasu był tylko

śnieżnobiały paw, kroczący majestatycznie po żywopłocie.

- Ten Lucjusz to umie się urządzić. Pawie... - prychnął Yaxley, chowając różdżkę.

Elegancka rezydencja ukazała się na końcu prostej alei, w otaczającej ciemności błyszczały światła

zza kryształowych szyb w oknach na parterze. Gdzieś w ciemnym ogrodzie szemrała fontanna.

Żwir chrzęścił im pod stopami, gdy Snape i Yaxley śpieszyli w kierunku drzwi frontowych, które

otwarły się przed nimi, choć nie było przy nich nikogo widzialnego. Korytarz był duży, słabo

oświetlony i wystawnie urządzony, cudowny dywan przykrywał większość kamiennej podłogi.

Oczy wiszących na ścianach portretów o bladych twarzach śledziły przechodzących mężczyzn.

Zatrzymali się przed ciężkimi, drewnianymi drzwiami, prowadzącymi do następnej komnaty, na

ułamek sekundy zawahali się, a potem Snape nacisnął brązową klamkę.

Wielki salon wypełniali milczący ludzie, siedzący przy długim, rzeźbionym stole. Pozostałe meble

beztrosko zsunięto pod ściany. Pokój oświetlony był tylko ogniem buzującym w eleganckim

kominku, nad którym umieszczono lustro w złoconych ramach. Snape i Yaxley zatrzymali się na

chwilę w progu. Gdy ich oczy przyzwyczaiły się do ciemności, zauważyli najdziwniejszy element

scenografii: postać ludzką, wiszącą do góry nogami nad stołem i obracającą się powoli.

Nieprzytomny człowiek, jakby zawieszony na niewidzialnej linie, odbijał się zarówno w lustrze,

5

jak i w gładkiej, wypolerowanej powierzchni stołu. Żadna z osób siedzących przy stole nie

zwracała uwagi na ten szczególny widok, z wyjątkiem bladego młodzieńca, zajmującego miejsce

niemal dokładnie pod zawieszonym ciałem. Wydawało się, że chłopak nie może się powstrzymać

od nieustannego zerkania na nie.

- Yaxley, Snape. - Wysoki, czysty głos dobiegł wprost sprzed kominka, nowo przybyli z początku

mogli dostrzec jedynie sylwetkę mówiącego. Jednak gdy się zbliżyli, zajaśniała w ciemności jego

twarz, bezwłosa, przypominająca pysk węża - z wąskimi szczelinami w miejsce nosa i czerwonymi

oczami o pionowych źrenicach. Był tak blady, że wydawało się, że emituje z siebie perłowy blask.

- Severusie, tutaj - rzekł Voldemort, wskazując miejsce po swojej prawicy. - Yaxley, koło

Dołohowa.

Obaj mężczyźni zajęli wskazane miejsca. Większość zgromadzonych śledziła wzrokiem Snape'a i

to do niego pierwszego odezwał się Voldemort.

- A więc?

- Mój panie, Zakon Feniksa zamierza przenieść Harry'ego Pottera z obecnej kryjówki w następną

sobotę, o zmroku.

Zainteresowanie wokół stołu stało się niemal namacalne. Niektórzy zamarli, inni zaczęli się

kręcić, wszyscy wpatrywali się w Snape'a i Voldemorta.

- W sobotę... O zmroku - powtórzył Voldemort. Czerwone oczy wpatrywały się w czarne oczy

Snape'a tak intensywnie, że niektórzy z obserwujących ich śmierciożerców odwrócili wzrok,

najwyraźniej bojąc się, że oni sami mogliby paść ofiarą tego spojrzenia. Jednakże Snape spokojnie

patrzył w twarz Voldemorta, a po chwili pozbawione warg usta Czarnego Pana rozciągnęły się w

czymś na kształt uśmiechu.

- Dobrze. Bardzo dobrze. A ta informacja pochodzi...

- ...ze źródła, o którym była mowa - odparł Snape.

- Mój panie...

Yaxley wychylił się, by spojrzeć wzdłuż długiego stołu na Snape'a i Voldemorta. Wszystkie

twarze odwróciły się do niego.

- Mój panie, słyszałem co innego.

Yaxley czekał, lecz Voldemort nie odrzekł nic, więc kontynuował:

- Ten auror, Dawlish, dał cynk, że nie będą przenosić Pottera aż do trzydziestego, do wigilii

siedemnastych urodzin chłopaka.

Snape się uśmiechnął.

- Moje źródło donosi, że Zakon zamierza rozpuścić fałszywe tropy, to musi być jeden z nich.

Najprawdopodobniej na Dawlisha zostało rzucone zaklęcie Confundus. To nie byłby pierwszy raz,

powszechnie wiadomo, że on jest podatny.

- Zapewniam cię, mój panie, Dawlish wydawał się całkiem pewny.

- Jeśli został potraktowany Confundusem, to oczywiste, że jest pewny - powiedział Snape. -

Zapewniam cię, Yaxley, że Biuro Aurorów nie bierze już udziału w ochronie Harry'ego Pottera.

Zakon uważa, że przeniknęliśmy do Ministerstwa.

- No to przynajmniej w jednym się nie mylą - zachichotał nerwowo przysadzisty mężczyzna

siedzący nieopodal Yaxleya, tu i ówdzie wzdłuż stołu odpowiedziały mu podobne chichoty.

Voldemort nawet się nie uśmiechnął. Powędrował wzrokiem do ciała unoszącego się powoli nad

głowami zgromadzonych i wydawał się zatopiony we własnych myślach.

- Mój panie - ciągnął Yaxley. - Dawlish uważa, że cały zastęp aurorów weźmie udział w

transportowaniu chłopaka...

Voldemort uniósł dużą, białą dłoń i Yaxley umilkł natychmiast, patrząc niechętnie, jak Czarny

Pan odwraca się do Snape'a.

- Gdzie zamierzają teraz ukryć chłopaka?

- W domu jednego z członków Zakonu - odrzekł Snape. - To miejsce, zdaniem mego

informatora, będzie objęte taką ochroną, jaką Zakon i Ministerstwo razem wzięte są w stanie mu

zapewnić. Uważam, że kiedy już się tam znajdzie, małe będą szanse, by go tam dopaść, mój panie,

6

oczywiście, o ile Ministerstwo nie upadnie do przyszłej soboty, co mogłoby dać nam szansę

odkrycia i unieszkodliwienia takiej ilości zabezpieczeń, by przedrzeć się przez resztę.

- I cóż, Yaxley? - zapytał Voldemort przez stół, ogień z kominka wywoływał dziwne błyski w

jego czerwonych oczach. - Czy Ministerstwo upadnie do przyszłej soboty?

Ponownie wszystkie oczy zwróciły się do Yaxleya, który ukrył głowę w ramionach.

- Mój panie, mam dobre wieści w tej kwestii. Udało mi się - z trudnością i wielkim wysiłkiem -

rzucić zaklęcie Imperius na Piusa Thicknesse.

Wielu z siedzących wokół Yaxleya było pod wrażeniem, jego sąsiad, Dołohow, mężczyzna o

długiej, wykrzywionej twarzy, poklepał go po plecach.

- Niezły początek - powiedział Voldemort. - Ale Thicknesse to tylko jeden człowiek. Scrimgeour

musi być otoczony naszymi ludźmi, zanim zaczniemy działać. Jedna nieudana próba zamachu na

życie ministra poważnie opóźni mój plan.

- Tak, mój panie, to prawda, ale jak wiesz, jako szef Departamentu Przestrzegania Prawa

Thicknesse jest nie tylko w stałym kontakcie z ministrem, ale również z pozostałymi szefami

departamentów. Myślę, że teraz, kiedy mamy pod kontrolą urzędnika tak wysokiej rangi, będzie

łatwiej zdobyć pozostałych, by działając razem doprowadzili do upadku Scrimgeoura.

- O ile nasz przyjaciel Thicknese nie zostanie zdemaskowany, zanim przekabaci resztę. W każdym

razie, nadal pozostaje bardzo wątpliwym, że ministerstwo będzie moje do przyszłej soboty. Jeśli

zaś nie dopadniemy chłopaka w jego kryjówce, musimy tego dokonać podczas podróży.

- Tutaj też mamy przewagę, mój panie - odparł szybko Yaxley, najwyraźniej zdeterminowany, by

uzyskać choć ślad aprobaty. - Mamy swoich ludzi w Departamencie Magicznego Transportu. Jeśli

Potter spróbuje się aportować lub skorzystać z sieci Fiuu, natychmiast się tego dowiemy.

- Nie zrobi nic z tych rzeczy - wtrącił Snape. - Zakon unika każdego środka transportu

kontrolowanego przez Ministerstwo, nie ufają niczemu, co ma z nim związek.

- Tylko lepiej - rzekł Voldemort. - Będzie więc poruszał się po otwartej przestrzeni. O wiele

łatwiej będzie go schwytać.

Voldemort spojrzał znów na obracające się powoli ciało i kontynuował:

- Sam zajmę się chłopakiem. Za dużo popełniono błędów, jeśli o niego chodzi. Niektóre można

nawet nazwać moimi. To, że Potter wciąż żyje, to bardziej wina moich błędów, niż jego zasług.

Zgromadzeni wokół stołu przyglądali się swemu panu z obawą, że każdy z nich może zostać

obarczony winą za przedłużającą się egzystencję Harry'ego Pottera. Voldemort jednak, wciąż

wpatrzony w nieprzytomne ciało przed sobą, zdawał się bardziej zwracać do samego siebie, niż

do któregokolwiek z nich.

- Byłem zbyt beztroski, więc szczęście i przypadek, ci bezlitośni wrogowie każdego stratega,

pokrzyżowały moje plany. Lecz teraz jestem mądrzejszy i wiem, czego nie wiedziałem wcześniej.

To ja muszę zabić Harry'ego Pottera i tak też się stanie.

Jakby w odpowiedzi na te słowa, rozległ się nagły skowyt, rozdzierający, żałosny wrzask pełen

bólu. Wielu z siedzących przy stole spojrzało w dół, jęk ten bowiem zdawał się pochodzić spod

ziemi.

- Glizdogonie - rzekł Voldemort tym samym cichym, zamyślonym głosem, nie odrywając oczu od

wciąż unoszącego się nad stołem ciała. - Czyż nie mówiłem ci, byś uciszył naszych więźniów?

- Tak, m-mój panie - wydyszał niski mężczyzna siedzący w połowie stołu. Siedział skulony na

swoim krześle tak bardzo, że wydawało się, że stoi ono puste. Teraz zerwał się z miejsca i wybiegł

z pokoju, zostawiając po sobie tylko dziwną, srebrzystą smugę.

- Jak już mówiłem - ciągnął Voldemort, przyglądając się spiętym twarzom swoich zwolenników -

jestem teraz mądrzejszy. Wiem, na przykład, że muszę pożyczyć różdżkę od jednego z was,

zanim udam się zabić Pottera.

Na otaczających go twarzach malował się szok - równie dobrze mógłby ogłosić, że chciałby

pożyczyć czyjeś ramię.

- Nie ma ochotników? Popatrzmy... Lucjuszu, nie widzę powodu, dla którego miałbyś jeszcze

posiadać różdżkę.

7

Lucjusz Malfoy podniósł wzrok. W świetle kominka jego skóra wydawała się żółtawa i woskowa,

a oczy zapadłe i podkrążone.

- Mój panie? - Głos miał zachrypnięty.

- Twoja różdżka, Lucjuszu. Proszę o twoją różdżkę.

- Ja...

Malfoy spojrzał na swoją żonę. Wpatrywała się w przestrzeń przed sobą, równie blada jak mąż,

blond włosy spływały jej na plecy, ale pod stołem przez jedną, ulotną chwilę zacisnęła szczupłe

palce na jego nadgarstku. Poczuwszy jej dotyk, Malfoy wsunął dłoń w fałdy szaty, wyjął różdżkę i

podał ją Voldemortowi, który uniósł ją do oczu i przyjrzał się jej dokładnie.

- Cóż to jest?

- Wiąz, mój panie - wyszeptał Malfoy.

- A rdzeń?

- Smok... Serce smoka.

- Dobrze - mruknął Voldemort. Wyciągnął swoją własną różdżkę i porównał jej długość z

długością różdżki Malfoya. Lucjusz odruchowo wyciągnął dłoń, jakby oczekiwał, że dostanie

różdżkę Voldemorta w zamian za swoją własną. Trwało to ledwie ułamek sekundy, ale nie uszło

uwadze Czarnego Pana. Czerwone oczy zwęziły się złośliwie.

- Mam ci dać moją różdżkę, Lucjuszu? Moją różdżkę?

Niektórzy zachichotali.

- Dałem ci wolność, Lucjuszu, czy to ci nie wystarczy? Lecz zauważyłem, że ostatnio ty i twoja

rodzina nie wydajecie się najszczęśliwsi... Czyżby to moja obecność w twoim domu była tego

przyczyną, Lucjuszu?

- Nie, ależ nie, mój panie!

- Tak kłamać, Lucjuszu...

Miękki, syczący głos wydawał się jeszcze brzmieć w powietrzu nawet wtedy, gdy okrutne usta

znieruchomiały. Niejeden ze zgromadzonych czarodziejów z trudnością powstrzymał dreszcz,

gdy ten syk stawał się coraz głośniejszy, a coś ciężkiego prześlizgnęło się po kamiennej podłodze.

Spod stołu wynurzył się wielki wąż, wpełzając po krześle Voldemorta. Wydawało się, że grube

jak udo mężczyzny cielsko nie ma końca, aż wreszcie wąż ułożył się na ramionach Voldemorta,

lustrując zgromadzonych nieruchomymi oczami o pionowych źrenicach. Voldemort pogłaskał go

długim, chudym palcem, nie odrywając wzroku od Lucjusza Malfoya.

- Dlaczegóż to Malfoyowie wydają się tacy nieszczęśliwi? Czyż nie twierdzili przez tyle lat, że o

niczym tak nie marzą, jak o moim powrocie?

- Oczywiście, mój panie - odrzekł Lucjusz Malfoy. Ręka mu drżała, gdy ocierał pot z górnej

wargi. - Marzyliśmy o tym... Naprawdę, marzymy.

Po lewicy Malfoya jego żona przytaknęła sztywno, wciąż nie patrząc ani na Voldemorta, ani na

wielkiego węża. Po prawicy jego syn, Draco, który wciąż wpatrywał się w nieprzytomne ciało nad

stołem, zerknął na Voldemorta i szybko odwrócił wzrok, zbyt przerażony, by nawiązać kontakt

wzrokowy.

- Mój panie - odezwała się zdławionym z emocji głosem ciemnowłosa kobieta. - To dla nas

zaszczyt gościć cię w naszej siedzibie rodowej. Nic lepszego nie mogło nas spotkać.

Zajmowała miejsce koło swojej siostry, a niepodobieństwo fizyczne szło w parze z zupełnie

odmiennym zachowaniem. Podczas gdy jasnowłosa Narcyza siedziała sztywno i obojętnie,

ciemnowłosa Bellatriks pochyliła się w stronę Voldemorta, jakby same słowa nie były w stanie

oddać jej żądzy bliskości.

- Nic lepszego... - powtórzył Voldemort przechylając głowę, jakby rozważał jej słowa. - To wiele

znaczy w twoich ustach, Bellatriks...

Jej twarz pokryła się rumieńcem, a w oczach zalśniły łzy radości.

- Mój pan wie, że zawsze mówię prawdę!

- Nic lepszego... Nawet w porównaniu z tym jakże szczęśliwym wydarzeniem, które, jak

słyszałem, w tym tygodniu miało miejsce w waszej rodzinie?

8

Bellatriks gapiła się na niego z otwartymi ustami, wyraźnie skonfundowana.

- Nie rozumiem, mój panie?

- Mówię o twojej siostrzenicy, Bellatriks. I waszej, Lucjuszu i Narcyzo. Właśnie poślubiła

wilkołaka, Remusa Lupina. Musicie być bardzo dumni.

Zgromadzeni wokół stołu wybuchnęli drwiącym śmiechem, wielu kręciło się na swoich

miejscach, wymieniając rozbawione spojrzenia, niektórzy uderzali pięściami w stół. Wielki wąż,

któremu najwidoczniej nie spodobało się to zamieszanie, otworzył paszczę i syknął wściekle, ale

śmierciożercy zdawali się tego nie słyszeć, rozradowani poniżeniem Bellatriks i Malfoyów. Twarz

Bellatriks, jeszcze przed chwilą zaróżowiona ze szczęścia, pokryła się brzydkimi, czerwonymi

plamami.

- Ona nie jest naszą siostrzenicą, mój panie! - wrzasnęła, przekrzykując te wybuchy wesołości. -

My - Narcyza i ja - nie spojrzałyśmy nawet na naszą siostrę, odkąd wyszła za tego mugola. Ta

gówniara nie ma nic wspólnego z naszą rodziną, podobnie jak bestia, za którą wyszła!

- A co ty na to, Draco? - Głos Voldemorta był cichy, lecz bez trudu przebijał się przez panującą

wrzawę. - Będziesz niańczył szczeniaczki?

Ogólna wesołość jeszcze wzrosła. Przerażony Draco Malfoy spojrzał na ojca, który wpatrywał się

intensywnie w swoje kolana, by po chwili podchwycić spojrzenie matki. Narcyza potrząsnęła

głową niemal niezauważalnie, po czym znów zapatrzyła się w przeciwległą ścianę.

- Dość - rzucił Voldemort, głaszcząc rozzłoszczonego węża. - Wystarczy.

Śmiech zamarł natychmiast.

- Wiele z naszych najstarszych rodów z czasem zostało zbrukanych - rzekł, podczas gdy Bellatriks

wpatrywała się w niego wstrzymując oddech. - Musicie oczyścić swoje drzewo rodowe, by wciąż

było zdrowe, nieprawdaż? Odciąć te części, które zagrażają reszcie.

- Tak, mój panie - szepnęła Bellatriks, a jej oczy znów zamgliły się łzami wdzięczności. - Przy

pierwszej nadarzającej się okazji!

- Nadarzy się okazja - odparł Voldemort. - Tak w twojej rodzinie, jak i na świecie... Wyplenimy

zarazę, która zagraża nam wszystkim, aż wreszcie pozostanie tylko czysta krew...

Voldemort uniósł różdżkę Lucjusza Malfoya, wycelował w obracającą się powoli postać

zawieszoną ponad stołem i delikatnie machnął. Postać poruszyła się, odzyskując przytomność i

jęcząc zaczęła walczyć z niewidzialnymi więzami.

- Poznajesz naszego gościa, Severusie? - zapytał Voldemort.

Snape podniósł wzrok i spojrzał na odwróconą do góry nogami twarz. Wszyscy śmierciożercy

również spoglądali na więźnia, jakby właśnie uzyskali pozwolenie na przyjrzenie się jakiejś

ciekawostce przyrodniczej. Odwróciwszy się twarzą do kominka, wisząca kobieta krzyknęła

łamiącym się z przerażenia głosem.

- Severusie! Pomóż mi!

- Ach tak - rzekł Snape, gdy więzień powoli obracał się w drugą stronę.

- A ty, Draco? - Voldemort wciąż głaskał węża wolną ręką. Draco nerwowo przytaknął. Teraz,

gdy uwięziona kobieta odzyskała przytomność, młody Malfoy nie mógł zmusić się, by na nią

spojrzeć.

- Ale przecież nie chodziłeś na jej zajęcia - ciągnął Voldemort. - Dla tych z was, którzy jeszcze

tego nie wiedzą, naszym gościem jest dziś Charity Burbage, która do niedawna uczyła w Szkole

Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie.

Pomruk zrozumienia przeszedł przez stół. Gruba, zgarbiona kobieta o ostrych zębach,

zachichotała.

- Taaak... Profesor Burbage uczyła dzieci czarownic i czarodziejów wszystkiego o mugolach... Że

wcale bardzo nie różnią się od nas...

Jeden ze śmierciożerców splunął na podłogę. Charity Burbage znów odwróciła się do Snape'a.

- Severusie... Proszę... Proszę...

- Cisza - warknął Voldemort i z kolejnym machnięciem Malfoyowej różdżki Charity zamilkła, jak

zakneblowana. - Nieusatysfakcjonowana zatruwaniem umysłów magicznych dzieci, w zeszłym

9

tygodniu profesor Burbage opublikowała w "Proroku Codziennym" żarliwą obronę szlam.

Czarodzieje, jej zdaniem, muszą zaakceptować tych złodziei ich wiedzy i magii. Malejąca liczba

czystokrwistych czarodziejów jest, jak zauważa profesor Burbage, nad wyraz pożądanym

zjawiskiem... Uważa ona, że powinniśmy się wszyscy zbratać z mugolami... Bez wątpienia również

z wilkołakami.

Tym razem nikt się nie roześmiał, w głosie Voldemorta niewątpliwie pobrzmiewał gniew i

wzgarda. Po raz trzeci Charity Burbage odwróciła się do Snape'a. Łzy płynęły jej po twarzy i

ginęły we włosach. Snape spojrzał na nią obojętnie.

- Avada kedavra!

Błysk zielonego światła rozświetlił każdy kąt komnaty. Charity opadła na stół z głośnym

łoskotem. Kilkoro śmierciożerców odsunęło się na swoich krzesłach, a Draco zsunął się ze

swojego na podłogę.

- Nagini, obiadek - rzekł miękko Voldemort, a wielki wąż spełzł z jego ramion i sunął po

wypolerowanym drewnie.

10

ROZDZIAŁ DRUGI

Ku pamieci

Tłumaczył spike

Harry krwawił. Zaciskając prawą dłoń w swojej lewej i przeklinając pod nosem, otworzył

ramieniem drzwi sypialni. Rozległ się brzęk tłuczonej porcelany - nadepnął na filiżankę zimnej

herbaty, stojącą na podłodze w korytarzu.

- Co, do chol...?

Rozejrzał się dokoła; półpiętro domu numer cztery przy Privet Drive było puste. Filiżanka była

przypuszczalnie Dudleyowym pomysłem na sprytną pułapkę. Trzymając krwawiącą rękę w górze,

Harry wolną dłonią zebrał skorupy naczynia i wrzucił je do wypełnionego już kosza na śmieci w

swoim pokoju. Następnie poczłapał do łazienki, by opłukać palec pod kranem.

To było głupie, bezcelowe i ponad miarę denerwujące, że czekały go jeszcze cztery dni bez

możliwości wykorzystywania magii... ale musiał się przyznać przed sobą samym, że i tak nie dałby

sobie rady z tym postrzępionym rozcięciem. Nigdy nie uczył się, jak leczyć rany i teraz, kiedy o

tym pomyślał - zwłaszcza w świetle swych rychłych planów - wyglądało to na poważny brak w

jego magicznej edukacji. Notując sobie w pamięci, by zapytać Hermionę, jak to się robi, wytarł

papierem toaletowym z podłogi tyle herbaty, ile się dało, po czym wrócił do sypialni, zatrzaskując

za sobą drzwi.

Harry spędził poranek, opróżniając całkowicie swój szkolny kufer, po raz pierwszy odkąd

spakował go sześć lat temu. Na początku każdego roku przeglądał zaledwie górne trzy czwarte

zawartości, wymieniając rzeczy, pakując nowe, pozostawiając przy tym na dnie kupę różnorakich

śmieci - stare pióra, zasuszone oczy żuków lub pojedyncze skarpety (już zdecydowanie za małe).

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin