Terry Pratchett - Świat Dysku - 12 - Wyprawa Czarownic (m76).doc

(1032 KB) Pobierz
Oto świat Dysku, sunący przez kosmos na grzbietach czterech słoni, które z kolei stoją na skorupie Wielkiego A'Tuina, nie-biańskiego żółwia

TERRY PRATCHETT

 

 

 

Wyprawa Czarownic


Dedykuję wszystkim tym – bo dlaczego nie

którzy po publikacji „Trzech wiedźm” zasypali autora

swoimi wersjami tekstu piosenki o jeżu.

Co ja narobiłem...


Oto świat Dysku, sunący przez kosmos na grzbietach czterech słoni, które z kolei stoją na skorupie Wielkiego A’Tuina, nie­biańskiego żółwia.

Dawno, dawno temu taki wszechświat uważany był za niezwy­kły, a być może nawet całkiem niemożliwy.

Ale z drugiej strony... dawno, dawno temu wszystko było tak proste...

Ponieważ wszechświat był wtedy pełen ignorancji, a uczony przy­glądał mu się jak poszukiwacz schylony nad górskim potokiem i wy­patrujący złota wiedzy pośród żwiru głupoty, piasku niepewności i małych, wąsatych, ośmionożnych pływających stworków zabobonu.

Od czasu do czasu prostował się i wolał coś w rodzaju: „Hurra! Właśnie odkryłem trzecie prawo Boyle’a”. I wszyscy wiedzieli, na czym stoją. Problem w tym jednak, że ignorancja stała się ciekawsza, zwłaszcza ignorancja dotycząca spraw wielkich i ważnych, takich jak materia i kreacja. Ludzie zaprzestali cierpliwej budowy swych dom­ków z patyczków racjonalności wśród chaosu, a zaczęli się intereso­wać samym chaosem - po części dlatego, że o wiele łatwiej być eks­pertem od chaosu, ale głównie z tego powodu, że chaos skutkował naprawdę ładnymi deseniami, które można umieścić na koszulkach.

I zamiast zajmować się prawdziwą nauką[1], uczeni zaczęli nagle tłumaczyć, że poznanie czegokolwiek jest niemożliwe i że nie ma czegoś takiego, co można by nazwać rzeczywistością, którą da się po­znawać, i jakie to wszystko strasznie ciekawe... A przy okazji, słysze­liście, że dookoła może latać mnóstwo różnych małych wszechświa­tów, tylko nikt ich nie widzi, bo są zakrzywione i zwinięte w sobie? Nawiasem mówiąc, ładna ta koszulka, prawda?

W porównaniu z czymś takim, spory żółw ze światem na grzbiecie jest całkiem zwyczajny. Przynajmniej nie udaje, że nie istnieje; nikt też na Dysku nie próbował tego nieistnienia udowodnić - by się przypad­kiem nie okazało, że ma rację i nagle znajdzie się zawieszony w ko­smicznej pustce. Dysk istnieje na samej granicy realności. Najmniejsze małe obiekty potrafią przebić się przez nią na drugą stronę. Dlatego na świecie Dysku ludzie traktują różne rzeczy z należytą powagą.

Na przykład opowieści.

Ponieważ opowieści są ważne.

Ludzie wierzą, że to oni wpływają na opowieści. Tymczasem jest odwrotnie.

Opowieści istnieją niezależnie od osób, które w nich występu­ją. Dla kogoś, kto o tym wie, wiedza to potęga.

Opowieści - szerokie, falujące wstęgi ukształtowanej czasoprze­strzeni - powiewały i rozwijały się w całym wszechświecie od począt­ków czasu. I ewoluowały. Najsłabsze wymarły, a najsilniejsze prze­trwały i z każdym powtórzeniem nabierały mocy... Opowieści, wijące się i płynące w ciemności.

Samo ich istnienie narzuca delikatny, ale trwały wzorzec cha­osowi, którym jest historia. Opowieści ryją rowki dość głębokie, by ludzie podążali nimi w taki sam sposób, w jaki woda spływa po zboczu pewnymi trasami. A za każdym razem, kiedy nowi aktorzy podą­żają ścieżką opowieści, rowek staje się głębszy.

Nazywa się to teorią przyczynowości narracyjnej i oznacza, że opo­wieść, kiedy już się zacznie, nabiera kształtu. Przejmuje wszelkie wibra­cje wszystkich innych swoich realizacji, jakie się kiedykolwiek zdarzyły.

Właśnie dlatego historia przez cały czas się powtarza.

I dlatego tysiąc bohaterów wykradło ogień bogom. Tysiąc wil­ków pożarło babcię, tysiąc księżniczek zostało pocałowanych. Mi­liony nieświadomych aktorów poruszało się mimowolnie po ścież­kach opowieści.

Jest już praktycznie niemożliwe, by trzeci i najmłodszy syn do­wolnego króla, wyruszywszy z misją, w której wcześniej zginęli jego starsi bracia, nie odniósł sukcesu.

 

***

Opowieści nie dbają o to, kto bierze w nich udział. Ważne jest tylko, by były opowiadane, by się powtarzały. Albo też, jeśli wolicie, można sobie to wyobrazić inaczej: opowieść to forma pasożytnicza, naginająca życie ludzi tak, by służyło jej samej[2].

Trzeba bardzo szczególnej osobowości, by mogła się temu oprzeć i stać się sodą oczyszczoną historii.

Dawno, dawno temu...

 

***

Szare dłonie ujęły młot i uderzyły w słupek tak mocno, że, wbił się na całą stopę w miękką ziemię. Jeszcze dwa uderzenia i nie dało się go wyrwać.

Na drzewach wokół polanki ptaki i węże obserwowały wszyst­ko w milczeniu. W bagnie, niby plamy brudnej wody, dryfowały ali­gatory.

Szare dłonie podniosły poprzeczkę krzyża, umieściły na odpo­wiedniej wysokości i przywiązały lianami tak mocno, że aż trzesz­czało.

Przyglądała mu się. Po chwili przywiązała na szczycie krzyża ka­wałek lustra.

- Płaszcz - poleciła.

Wziął płaszcz i włożył na ramiona krzyża. Poprzeczka była tro­chę za krótka, więc ostatnie kilka cali rękawów zwisało pusto.

- I kapelusz - dodała.

Był wysoki, okrągły i czarny. Lśnił lekko.

Lustro błyszczało pomiędzy czernią kapelusza i płaszcza.

- Czy to podziała? - zapytał.

- Tak. Nawet lustra mają swoje odbicia. Musimy zwalczać lu­stra lustrami. - Zerknęła na smukłą białą wieżę za lasem. - Trzeba odszukać jej odbicie.

- Musi więc sięgnąć daleko.

- Tak. Przyda się każda pomoc. Rozejrzała się po łące.

Wezwała pana Tesco, lady Bon Annę, Hotalogę Andrewsa i Kro­czącego Szeroko. Prawdopodobnie nie byli najlepszymi bogami. Ale byli najlepsi, jakich potrafiła wymyślić.

 

***

To jest opowieść o opowieściach.

Albo o tym, co naprawdę znaczy być wróżką i matką chrzest­ną.

Ale też, zwłaszcza, o zwierciadłach i odbiciach.

W całym wszechświecie żyją prymitywne plemiona[3], które nie ufają lustrom i obrazom. Uważają bowiem, że lustra kradną część duszy, a przecież tej duszy nikt nie ma aż tak dużo. Ludzie, którzy noszą więcej odzieży, twierdzą, że to przesądy. Twierdzą tak, mimo że ci, którzy przez całe życie pojawiają się na takich czy innych ob­razach, zwykle stają się chudzi i przezroczyści. Składa się to na karb przepracowania i niedożywienia.

Zwykły przesąd. Ale przesądy nie muszą być fałszywe.

Lustro może wessać skrawek duszy. Lustro może pomieścić od­bicie całego wszechświata, niebo pełne gwiazd w kawałku posre­brzonego szkła, nie grubszego niż tchnienie.

Kto rozumie lustra, ten rozumie prawie wszystko.

Spójrzmy w lustro...

...głębiej...

...na pomarańczowe światełko na nagim górskim wierzchołku, tysiące mil od roślinnego ciepła bagien...

 

***

Miejscowi nazywali ją Lisią Górą. Nie z powodu dużej liczby lisów, ale dlatego że była łysą górą. Fakt ten wywołał jednak sporo zyskownego zamieszania; w najbliższych wio­skach często pojawiali się przybysze uzbrojeni w kusze, sidła i wnyki, po czym wyniośle żądali przewodników, którzy doprowadzą ich do lisich stad. Większość miejscowych potrafiła całkiem nieźle się z te­go utrzymać - sprzedawali poradniki dla wędrujących po górze, mapy lisich siedlisk, ozdobne zegary z lisami wskazującymi godzinę, laski z lisią główką i ciastka wypiekane w kształcie lisa. Jakoś nikt nie znalazł czasu, żeby wyjaśnić nieporozumienie[4].

Ta góra była chyba tak łysa, jak to tylko możliwe dla góry.

Większość drzew rezygnowała w połowie drogi na szczyt, do­kąd docierało tylko parę sosenek. Sprawiały wrażenie bardzo po­dobne do kilku pasemek włosów na czaszce kogoś łysego, kto nie chce się pogodzić z losem.

Było to miejsce, gdzie spotykały się czarownice.

Dziś w nocy na samym wierzchołku płonęło ognisko. W migo­tliwym świetle poruszały się ciemne sylwetki.

Księżyc sunął leniwie nad plamami chmur.

Wreszcie ktoś wysoki, w szpiczastym kapeluszu, powiedział:

- To znaczy, że wszystkie przyniosłyśmy tylko sałatkę ziemnia­czaną?

 

***

W Ramtopach pozostała jedna czarownica, która nie bra­ła udziału w sabacie. Oczywiście, czarownice lubią przyję­cia tak samo jak wszyscy inni, jednak ta konkretna miała dzisiaj ważniejsze spotkanie. I to nie takie, które można łatwo przesunąć na kiedy indziej.

Dezyderata Hollow pisała testament.

Kiedy Dezyderata Hollow była jeszcze małą dziewczynką, bab­cia udzieliła jej czterech ważnych rad, które miały pokierować jej krokami na zaskakująco krętych ścieżkach życia.

Oto te rady:

Nigdy nie ufaj psu z pomarańczowymi brwiami.

Zawsze zapisuj nazwisko i adres młodego człowieka.

Nigdy nie stawaj między dwoma lustrami.

I zawsze noś absolutnie czystą bieliznę, codziennie, bo nigdy nie wiesz, czy nie przewróci cię i nie stratuje na śmierć spłoszony koń, a kiedy ludzie zobaczą, że masz na sobie brudną bieliznę, umrzesz ze wstydu.

Później Dezyderata urosła i została czarownicą. Jedną z korzy­ści tego stanu jest, że człowiek dokładnie wie, kiedy umrze, więc może nosić taką bieliznę, na jaką ma ochotę[5].

Działo się to osiemdziesiąt lat temu, gdy pomysł, że będzie do­kładnie wiedzieć, kiedy umrze, wydawał się całkiem atrakcyjny. Po­nieważ - w tajemnicy, oczywiście - dobrze wiedziała, że będzie żyła wiecznie.

To było wtedy.

A to było teraz.

Wieczność okazała się trwać o wiele krócej niż kiedyś.

Kolejna kłoda rozpadła się w kominku na popiół. Dezyderata nie zamawiała opału na zimę. Przecież nie warto.

Oczywiście, była jeszcze jedna rzecz...

Starannie owinęła wąski, długi pakunek. Złożyła liścik, zaadre­sowała i wsunęła pod sznureczek. Załatwione.

Rozejrzała się. Od trzydziestu lat była niewidoma, ale nie sprawia­ło jej to kłopotów. Los pobłogosławił ją -jeśli to właściwe określenie - darem jasnowidzenia. Kiedy więc zwykłe oczy przestały funkcjono­wać, nauczyła się widzieć teraźniejszość, i tak o wiele łatwiejszą od przyszłości. A że okultystyczna siatkówka nie jest uzależniona od świa­tła, Dezyderata oszczędzała na świecach. Każda sytuacja ma swoje do­bre strony, jeśli tylko wie się, gdzie patrzeć. W przenośni, oczywiście.

Na ścianie wisiało lustro. Ale oblicze w nim nie było twarzą De­zyderaty, zaróżowioną i krągłą. Wręcz przeciwnie.

- Umierasz, Dezyderato - oświadczyła kobieta w lustrze.

- Owszem.

- Zestarzałaś się. Takim jak ty zawsze się to zdarza. Twoja moc już prawie zanikła.

- To prawda, Lilith - zgodziła się spokojnie Dezyderata.

- I twoja magia przestaje ją chronić.

- Obawiam się, że tak.

- Czyli teraz pozostałam tylko ja i ta zła kobieta z bagien. I ja zwyciężę.

- Niestety, na to wygląda.

- Powinnaś znaleźć sobie następczynię.

- Nigdy nie miałam na to czasu. Nie wychodzi mi planowanie przyszłości.

Twarz w lustrze urosła - to postać zbliżyła się do swojej strony zwierciadła.

- Przegrałaś, Dezyderato Hollow.

- Tak bywa.

Dezyderata wstała trochę niepewnie i sięgnęła po serwetę.

Postać wyraźnie się irytowała. Pewnie uważała, że ludzie, którzy przegrywają, powinni być załamani, a nie zachowywać się tak, jak­by bawili się żartem zrobionym zwycięzcom.

- Czy ty w ogóle rozumiesz, co oznacza przegrana?

- Niektórzy bardzo wyraźnie mi to tłumaczyli - odparła Dezy­derata. - Żegnam, droga pani.

I zasłoniła zwierciadło serwetą.

Spod materiału dobiegło jeszcze gniewne syknięcie, a potem zapadła cisza.

Dezyderata stała przez chwilę nieruchomo, jakby zatopiona w myślach.

Potem uniosła głowę.

- Przed chwilą zagotowała się woda - powiedziała. - Może wy­pijesz filiżankę herbaty?

NIE, DZIĘKUJĘ, odezwał się glos za jej plecami.

- Od dawna czekasz?

OD ZAWSZE.

- Nie zatrzymuję cię, mam nadzieję.

TO SPOKOJNA NOC.

- Przygotuję herbatę. Zostało chyba jedno ciasteczko.

NIE, DZIĘKUJĘ.

- Gdybyś był głodny, to nad kominkiem stoi słój. To prawdziwy klatchiański wyrób, wiesz? Od prawdziwego klatchiańskiego garn­carza. Z Klatchu - dodała.

NAPRAWDĘ?

- Za młodu sporo podróżowałam.

TAK?

- Piękne czasy. - Dezyderata szturchnęła pogrzebaczem pale­nisko. - Taką miałam pracę, rozumiesz. Zresztą pewnie u ciebie jest podobnie.

TAK

- Nigdy nie wiedziałam, kiedy mnie wezwą. Ty, naturalnie, wiesz takie rzeczy. Głównie do kuchni... Zawsze jakoś trafiałam do kuchni. Czasem na bale, ale zwykle do kuchni. - Podniosła czajnik i nalała wrzątku do imbryka nad ogniem.

RZECZYWIŚCIE?

- Spełniałam ich życzenia.

Śmierć zdziwił się.

CO? TO ZNACZY... NA PRZYKŁAD ZABUDOWANE KRE­DENSY? NOWE ZLEWY? TAKIE RZECZY?

- Nie, nie. Życzenia ludzi. - Dezyderata westchnęła. - To wiel­ka odpowiedzialność, taka praca chrzestnej wróżki. Trzeba wiedzieć, gdzie się zatrzymać. No wiesz... Ludzie, którym spełnia się życze­nia, często okazują się nie całkiem mili. Czy więc powinno się im dać to, czego chcą, czy raczej to, czego potrzebują?

Śmierć uprzejmie skinął głową. Z jego punktu widzenia ludzie dostają to, co im się daje.

- Jak ta sprawa w Genoi... - zaczęła Dezyderata. Śmierć gwałtownie podniósł głowę.

GENOA?

- Znasz ją? No tak, oczywiście, że znasz...

JA... ZNAM WSZYSTKO, NATURALNIE.

Dezyderata rozmarzyła się wyraźnie. Jej wewnętrzny wzrok spo­glądał gdzieś daleko.

- Było nas dwie. Wiesz pewnie, że matki chrzestne zawsze wy­stępują parami. Ja i lady Lilith. Matka chrzestna ma wielką moc. To jak być częścią historii. W każdym razie urodziła się dziewczynka:              z nieprawego łoża, ale wcale przez to nie gorsza. Nie chodzi o to, że nie mogli się pobrać, po prostu jakoś im to nie przyszło do głowy... I Lilith życzyła jej urody, władzy i żeby poślubiła księcia. Ha! Od tamtego dnia ciągle nad tym pracuje. Co mogłam zrobić? Nie moż­na się spierać z takimi życzeniami. Lilith zna potęgę opowieści. Zro­biłam co mogłam, ale to Lilith ma moc. Słyszałam, że sama rządzi miastem. Zmienia cały kraj, żeby opowieść mogła się spełnić. Te­raz i tak już za późno, przynajmniej dla mnie. Dlatego postanowi­łam przekazać odpowiedzialność. Tak to już jest z wróżkami chrzest­nymi. Nikt nie chce taką zostać. Oprócz Lilith, ma się rozumieć. Bzika ma i tyle. Dlatego posyłam kogoś innego. I tak chyba powin­nam wcześniej o tym pomyśleć.

Dezyderata miała dobre serce. Wróżki chrzestne osiągają głę­bokie zrozumienie ludzkiej natury, dzięki czemu te dobre stają się łagodne, a te złe potężne. Dezyderata nie należała do osób, które używają ostrych sformułowań. Ale można było mieć pewność, że wykorzystując stosunkowo delikatne określenie „ma bzika”, ma na myśli kogoś, kto jej zdaniem znalazł się już parę mil poza horyzon­tem obłędu i ciągle przyspiesza.

Nalała herbaty.

- To problem z jasnowidzeniem - mówiła dalej. - Człowiek wi­dzi, co się dzieje, ale nie wie, co to oznacza. Widziałam przyszłość. Jest tam kareta zrobiona z dyni, a to niemożliwe. Oraz woźnice z my­szy, co mało prawdopodobne. Jest też zegar wybijający północ i coś ze szklanym pantofelkiem. To wszystko się wydarzy, ponieważ tak właśnie działają opowieści. I wtedy pomyślałam sobie: znam kilka osób, które zmuszają opowieści, by działały na ich sposób.

Znowu westchnęła.

- Chciałabym sama pojechać do Genoi - wyznała. - Stęskni­łam się za ciepłem. I zbliża się Tłusty Wtorek. Za dawnych lat za­wsze odwiedzałam Genoę w Tłusty Wtorek.

Zapadła pełna wyczekiwania cisza.

Po chwili odezwał się Śmierć.

CHYBA NIE PROSISZ MNIE O SPŁNIENIE ŻYCZENIA?

- Ha! Nikt nie spełnia życzeń wróżki chrzestnej. - Dezyderata znów jakby spojrzała w głąb siebie. - Widzisz? Muszę wysłać je wszyst­kie trzy do Genoi. Muszą tam trafić, bo widziałam, że tam są. I ko­niecznie wszystkie trzy. To niełatwe z takimi osobami jak one. Mu­szę użyć głowologii. Muszę sprawić, żeby same się wysłały. Powiesz Esme Weatherwax, że ma gdzieś jechać, to z czystej przekory się nie ruszy. Ale jeśli jej powiesz, że nie wolno jej jechać, pobiegnie choćby po tłuczonym szkle. Tak już jest z Weatherwaxównymi. Nie umieją przegrywać.

Nagle przyszło jej do głowy coś zabawnego.

- Ale jedna z nich będzie się musiała nauczyć.

Śmierć milczał. Z jego punktu widzenia, pomyślała Dezydera­ta, przegrywanie to coś, czego każdy w końcu się uczy.

Dopiła herbatę. Potem wstała, ceremonialnym gestem wcisnę­ła na głowę szpiczasty kapelusz i wyszła przez ku...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin