Katarzyna Grochola - Ja wam pokażę.pdf

(1232 KB) Pobierz
KATARZYNA GROCHOLA
JA WAM POKAŻĘ!
2004
Książkę tę dedykuję z serca Wojtkowi Eichelbergerowi
za to, że nieopatrznie namawiał mnie dopisania,
a nawet, o zgrozo, czytał prawie każdy maszynopis.
Zespół napięcia
Siedzę w kuchni i gapię się smętnie w okno. Ilekroć siedzę w kuchni i się gapię, od razu
mnie nachodzą jakieś niespokojne myśli. Co będzie ze wszechświatem, skoro się tak ociepla i
ociepla w jednej gazecie, a znowu w innej oziębia i oziębia? W tej drugiej gazecie
przypomnieli, że co dziesięć tysięcy lat jest epoka lodowcowa i właśnie te dziesięć tysięcy lat
mija, nie wiem, czy dokładnie obliczyli, w tym czy w przyszłym roku. Świat jest doprawdy
straszny, jak człowiek zajrzy do prasy. Epoka lodowcowa! Oby po maturze Tosi!
Zaraz wszedł do kuchni i skoczył na blat prowokująco. A co mi tam, niech sobie chodzi
po blacie, skoro świat i tak zaraz przestanie istnieć. I na dodatek ten Mars zbliża się do nas na
bardzo niebezpieczną odległość. Czy to nie idiotyczne, że używa się słowa odległość, jeśli coś
się zbliża? Powinno się mówić bliskość. Jakby nie dość tego, to na Wenus może być życie,
okazuje się, mimo że tam jest pięćset stopni Celsjusza. Ciekawe, jak zmierzyli, skoro nie byli.
I czy przypadkiem termometry nie palą się w takiej temperaturze? Ale na Wenus jakieś
żyjątka asymilują siarkę i z tego żyją.
Zupełnie jak Eksio, siarka to jego ulubione środowisko. Jak nie zrobi awantury, to jest
chory. Tosia wróciła od niego po spędzonej tam sobocie i niedzieli. Mówi, że tatuś ma
andropauzę, bo cały czas się piekli, jakby mu się coś w życiu psuło, a Joli nie ma, bo się
zapisała na jakieś studia podyplomowe i w soboty i niedziele nie bywa w domu. I że tatuś
musi opiekować się małym, i jest zdenerwowany, nie wiadomo dlaczego. Joli się wcale nie
dziwię. Jak bym była mądrzejsza, to też bym się zapisywała na jakiekolwiek kursy, byleby
mieć od niego chwilę spokoju. Choćby dziś! Gdybym z nim była. Ale szczęśliwie nie jestem i
nie muszę się zapisywać na żadne podyplomowe. I w ogóle co się ze mną dzieje? Czy ja
zwariowałam?
– Złaź w tej chwili! – krzyknęłam na Bogu ducha winnego Zaraza.
Dlaczego u Uli koty nie wchodzą na blaty? A jej pies to nawet do tej części pokoju, w
której jest wykładzina, nie wchodzi? Jak to możliwe, że u mnie Borys w łóżku, kiedy tylko
zostawię otwarte drzwi, a koty wszędzie? Nikt się ze mną nie liczy.
Zaraz zeskoczył z blatu i spojrzał na mnie z wyrzutem. Odsunęłam gazety, które miały
podnieść IQ, a odmóżdżyły mnie prawie zupełnie, i otworzyłam puszkę. Z kredensu
zeskoczył Potem.
– Moje kochane koteczki – rozczuliłam się, kiedy spojrzałam na dwie kuleczki, jedną
srebrną a drugą czarną, schylone nad miseczką. – Moje kociaczki...
– Jesteś w regresie? – Niebieski stanął w drzwiach kuchni, nawet nie słyszałam, że
przyjechał. Borys nie szczekał, a przecież szczeka zawsze na domowników.
– Życie jest straszne – podstawiłam policzek.
– Życie jest piękne, mężczyźni przystojni, a straty być muszą – uśmiechnął się i wstawił
cztery puszki piwa do lodówki, a wyjął jedną, która tam była od jakiegoś czasu. Niedługiego,
jak sądzę.
– Tak się zaczyna alkoholizm – spojrzałam na niego wymownie.
– A tak się zaczyna paranoja – pogłaskał mnie po ramieniu. – Jestem kompletnie padnięty
– powiedział mój ukochany, otworzył zimne piwo, zebrał gazety pod pachę i wyszedł do
pokoju.
Koty zeżarły zawartość puszeczki i wskoczyły na parapet. Dlaczego one nie mogą po
ludzku wychodzić, tak jak u Uli, siedzieć pod drzwiami balkonowymi i czekać grzecznie,
ewentualnie miauknąć od czasu do czasu, tylko skaczą po wszystkich oknach i parapetach,
żeby im natychmiast, ale to natychmiast otworzyć, ale już!
Otworzyłam okno, zahaczyłam o doniczkę, z hukiem wpadła do zlewu. Nic nie potłukła,
ale Adaśko, który kiedyś, dawno temu, był taki czuły, nawet się nie zainteresował hukiem.
Mogłabym sama wpaść do zlewu, potłuc się, zrobić sobie jakąś straszną krzywdę, a i tak by
tego nie zauważył.
Właściwie nie chodzi mi o tę cholerną epokę lodowcową, co to ma jutro nastąpić. I nie o
Marsa. Skoro przeżyliśmy zaćmienie Słońca, to może i z Marsem jakoś pójdzie. Niepokoi
mnie zupełnie co innego. A mianowicie Niebieski. Czy to jest w porządku, że on jedzie do tej
niebezpiecznej Ameryki? Że on wyjeżdża sobie jak gdyby nigdy nic, a ja zostaję sama jak
palec, z dzieckiem?
Nie zostawia się kobiety z dzieckiem, to jest niemoralne. Jak ja sobie poradzę?
– Dlaczego pies je kocie jedzenie? – Adam przywrócił mnie rzeczywistości.
Borys stał nad pustą miseczką kocią i udawał, że nie wie, o kim mowa. Otóż ja tego nie
rozumiem, że pies Uli nawet nie zbliży się do miejsca, gdzie jedzą koty. To miejsce jest w tej
samej kuchni, ale po przekątnej. A Borys zawsze wykorzysta sytuację, że koty coś zostawią, i
im zeżre. A wiadomo, że kotki są maleńkie i nie jedzą dużo naraz. Może u mnie w kuchni nie
ma przekątnej?
A poza tym, co to za pytanie: dlaczego pies je? A dlaczego nie? Jak bym była psem i ktoś
by mi postawił coś dobrego, to też bym zjadła. Na przykład tatara z pysznym grzybkiem
marynowanym... Albo golonkę... Ale do tego się nie przyznaję, bo golonka nie jest jedzeniem
dla szanujących się kobiet.
– Borys! – krzyknęłam na psa, który wpakował się pod stół i tylko mu czarny ogon
wystawał. – Adam cię przecież o coś pyta!
Adam spojrzał na mnie z niepokojem, otworzył lodówkę i wyjął drugie piwo. Borys
wyczołgał się spod stołu i położył mi łeb na kolanach, a ja go oczywiście przytuliłam.
– Jak będziesz niegrzeczny, zabronimy ci oglądać telewizję – zagroziłam. – I nie bierz
przykładu z tatusia, nigdy, ale to nigdy nie pij dwóch piw naraz, od razu po przyjściu z pracy,
bez słowa do ukochanej istoty, obiecaj...
Borys machnął bez przekonania ogonem i zsunął się z kolan.
– Ukochana istoto – powiedział Adam – jestem skonany, czy możemy zacząć
porozumiewać się, jak odpocznę?
– Oczywiście – powiedziałam czarująco – przecież mówiłam do psa, a nie do ciebie.
Zjesz coś?
– Z przyjemnością.
To sobie weź! – warczę, wyjmuję garnek z lodówki i rzucam na kuchenkę. Facet! Tańcz
koło niego i choruj na krzątawicę! Służ i broń! Żyw i opiekuj się! Garnek się przewraca i całe
mięso spływa na palniki, otwieram gaz i zapalam wszystkie naraz, ogień bucha pod sufit,
chwytam rondel z wczorajszą pomidorową i wylewam na gaz, syczy, przygotowanym
talerzem rzucam w okno...
Otworzyłam oczy. Przecież to mój Niebieski!
– Zaraz ci podgrzeję – powiedziałam i otworzyłam lodówkę.
Przychodzi człek zmarnowany z pracy, a tu niezadowolona kobieta, lekko nie jest, ja go
rozumiem. Właściwie. Zapaliłam najmniejszy palnik i postawiłam garnek na ogniu. Mięso
przyjemnie zaskwierczało, dolałam pół szklanki wody, żeby nie spalić.
– Kochana jesteś – powiedział Niebieski i odszedł w siną dal, ze zdrajcą Borysem przy
nodze.
Obrałam ziemniaki i w trakcie tej pożytecznej czynności doszłam do wniosku, że
właściwie najwyższy czas coś postanowić, bo człowiek nie może żyć w niepewności. I jeśli ja
nie zacznę tej rozmowy, to nigdy już, być może, nie będziemy rozmawiać. On sobie pojedzie,
a mnie samą zostawi, a przecież jednak skoro tak napiera na ten ślub, to może byśmy przed
wyjazdem zdążyli... Zamiast jechać na urlop, co mi Niebieski obiecał w zeszły czwartek.
Nastawiłam ziemniaki, otworzyłam lodówkę i wyjęłam z niej kawał żółtego sera. Francuzi
jedzą sery oprócz obiadu, to ja też mogę.
Kiedy pakowałam w swoje naczynia krwionośne duże dawki cholesterolu, sprytnie
ukrytego w serze, do kuchni wpadła Tosia i wrzasnęła:
– Co ty robisz?
Cholesterol wraz z talerzykiem, na którym był umieszczony, upadł mi na podłogę.
Zgłoś jeśli naruszono regulamin