46 - Pan Samochodzik i Bractwa Rycerskie - Miernicki Sebastian.rtf

(458 KB) Pobierz

SEBASTIAN MIERNCKI

 

 

Pan Samochodzik i…

 

Bractwa Rycerskie

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

OFICYNA WYDAWNICZA WARMIA


WSTĘP

 

 

W mroźną styczniową noc kapitan wyszedł przed pałac w jednej ze wschodniopruskich wsi. Obok widział cienie ogromnych zabudowań fol­warcznych obsypanych białą pierzyną śniegu, przypominających mu ob­raz ciastek oblanych białym lukrem na wystawie cukierni Schramkego w Hamburgu. To był pierwszy miesiąc ostatniego roku Trzeciej Rzeszy. Kapitan przetrwał wszystkie lata wojny w jednostce grenadierów pancer­nych. Teraz w drodze nad Zalew Wiślany odwiedził majątek kuzynostwa swego kolegi. Chciał ich powiadomić, że kuzyn zginął w walkach pod Gołdapią. Jego czołg okopany na wzgórzu, unieruchomiony z braku pali­wa, zniszczył trzy bolszewickie pojazdy, nim sam eksplodował po wrzu­ceniu do środka przez otwarty właz wiązki granatów. Uczynił to młody czerwonoarmista o skośnych oczach i złotawym odcieniu skóry. Być może te same nieprzeniknione oczy patrzyły teraz na niego nad muszką mosina.

- Ruscy! - krzyknął kapitan do swoich trzech ludzi, którzy wychodzi­li za nim.

Doświadczeni grenadierzy rzucili się do odwrotu. Błyskawicznie za­ryglowali dębowe drzwi prowadzące do pałacu. Przebiegli kilkumetrową sień i wbiegli na werandę. Biegnący na przedzie kapral potrącił kolbą swojego MP-43 figurę stojącą na marmurowym postumencie. Popiersie wyglądające na antyczne zaczęło się kiwać na boki grożąc w każdej chwi­li upadkiem na podłogę. Kapitan bezwiednie chwycił je i postawił bez­piecznie na komodzie pod oknem.

***

 

Na tyłach pałacu stał młody starszyna. Dowodził kilkuosobowym kon­nym zwiadem. Obejrzeli już artystyczne dziwadła burżuja.

„Jak coś takiego może się podobać?" - zastanawiał się podoficer. „Nie dość, że postawione z krwi i potu wyzyskiwanego ludu tej wsi, to jeszcze takie powyginane?"

Rosjanin dziwił się, jak ludzie, którzy potrafili bez powodu palić całe rosyjskie wsie, podziwiali takie pokraki. Kamienna grota i wysepka na stawie podobały mu się, ale coś takiego powinno być jego zdaniem ogól­nie dostępne.

Rosyjski zwiad nie pierwszy raz stał przy pruskim pałacyku i żołnie­rze doskonale pamiętali rozkaz dowódcy frontu zaczynający się od słów: ...Wkraczacie na ziemię wroga... czas zemsty nadszedł". Te dwie frazy były wystarczającym powodem, żeby żołnierze rosyjscy z odwagą i po­świeceniem zdobywali kolejne miasta i wsie, żeby zniszczyli wieś Małga. Pewnie nawet nie wiedzieli, że w 1914 roku, w jej okolicach odbył się ostatni akt bitwy pod Tannenbergiem, gdzie armia carska dostała strasznie lanie od armii niemieckiej. Teraz role odwróciły się - nadszedł czas zem­sty...

Wtedy właśnie na werandzie pokazali się niemieccy żołnierze. Starszyna rozpoznał charakterystyczny kształt zakrzywionego magazynka w karabinie pierwszego grenadiera.

„Karabin będzie mój" - pomyślał zadowolony i nacisnął spust.

***

 

Kapitan widział, jak maleńkie okienka na werandzie rozpryskują się i seria z rosyjskiego automatu ścina kaprala. Biegnący za nim szerego­wiec wyciągnął ręce ze schmeisserem, ale też nie zdążył oddać strzału.

Kapitan i sierżant padli na podłogę.

- Biegniemy do pokojów służby - rozkazał kapitan.

Niemieccy żołnierze przyjechali do pałacu samochodem sztabowym stojącym przed frontonem. W posiadłości nie zastali nikogo prócz dwojga starszej służby. Reszta, łącznie z właścicielami majątku, uciekła, bo wie­ści o okrucieństwie Armii Czerwonej znacznie wyprzedzały pochód jej żołnierzy.

Grenadierzy na środku sieni zakręcili w lewo i wtedy przez wybite okno wpadł do środka granat. Sierżant nieszczęśliwie wywrócił się na niego, a kapitan skoczył za róg, do pokoju. Ściany zakwitły jasnym bla­skiem, a potem nagle pociemniały od mnóstwa ciemnoczerwonych plam.

Ostatni grenadier skoczył na korytarz. Stanął oko w oko z dowódcą patrolu. Jednocześnie nacisnęli spusty pistoletów maszynowych. Kapitan poczuł ukłucie w brzuchu i zerknął na mokrą, powiększającą się plamę na mundurze. Słyszał kroki biegnących Rosjan. Ciężko oparł się o drzwi, one uchyliły się pod jego ciężarem. Grenadier stoczył się do ciemnej piw­nicy. Jak przez sen słyszał rosyjskie przekleństwa, przeraźliwy płacz słu­żącej, odgłos tłuczonej zastawy, otwieranych drzwi w meblach. Potem zaległa cisza. Przerwała ją seria z karabinu maszynowego. Po chwili do nozdrzy oficera zaczął docierać smród spalenizny. Chciał wczołgać się po schodach, ale nie miał sił.

Po godzinie na nieruchome ciało grenadiera zaczęły się sypać pierw­sze spalone fragmenty konstrukcji pałacu.


ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

OBSERWACJA HANDLARZY DZIEŁAMI SZTUKI • WEZWA­NIE NA KONFERENCJĘ Z NOWYM SZEFEM • PODSŁUCHA­NA INFORMACJA • POLECENIE WYJAZDU DO DYLEWA • SPOTKANIE NA POLACH GRUNWALDU • KAPLICA POBITEW­NA GDZIE TOCZYŁA SIĘ BITWA W 1410 ROKU?

 

 

Ciągły, natarczywy dzwonek telefonu wyrwał mnie z cudownych ob­jęć snu. Przetarłem oczy i szybko rozejrzałem się na boki. Wszystko się zgadzało. Siedziałem w fotelu Rosynanta zaparkowanego na granicy lasu pod nisko zwisającymi gałęziami brzozy. Przez szybę doskonale widzia­łem nowo wybudowaną willę znanego handlarza antykami. To wczoraj do późna w nocy miałem okazję oglądać, jak bawią się polscy nowobogaccy. Pod koniec zabawy rozochocone towarzystwo skakało w garniturach, wartych tyle, co moja pensja, do basenu. Odruchowo poprawiłem swoje drelichy, które założyłem na wypadek, gdybym chciał po kryjomu skra­dać się do willi, żeby podsłuchać rozmowy.

Sięgnąłem do kieszeni bluzy po telefon komórkowy.

- Tak, słucham? - powiedziałem.

- Jeszcze śpisz? - zapytał mnie szef.

Zerknąłem na zegarek. Była ósma rano.

- Tak, jeszcze wcześnie, do tego sobota - odpowiedzialem. - Do nocy siedziałem przy willi tego przyjaciela Jerzego Batury.

Jerzy Batura był synem Waldemara Batury, zdolnego, inteligentnego handlarza dziełami sztuki, z którym mój szef wielokrotnie stawał w szran­ki. Moim przełożonym był pan Tomasz N.N., zwany przez przyjaciół Pa­nem Samochodzikiem, bo kiedyś miał okropnie brzydki, ale niezawodny samochód własnoręcznej roboty domorosłego wynalazcy. Niestety, wehi­kuł Pana Samochodzika uległ zniszczeniu w wypadku, ale Polonia amery­kańska zafundowała nam nowy pojazd, jeepa grand cherokee, czyli na­szego Rosynanta, który miał kilka ukrytych ciekawych elektronicznych i mechanicznych urządzeń wielce przydatnych w naszych przygodach.

- Wiem, że pracowałeś, ale dziś mamy spotkanie z naszym nowym szefem i to w pilnym trybie! - poinformował mnie pan Tomasz.

- O której? - jęknąłem.

- Za pół godziny.

- Jadę - westchnąłem.

Z tego co słyszałem, nasz poprzedni zwierzchnik miał trafić na pla­cówkę dyplomatyczną do Ameryki. Nikt nie wiedział, że koledzy z resor­tu spraw zagranicznych „doceniali" ambicję poprzedniego szefa i wysłali go do Ameryki Łacińskiej.

Przekręciłem kluczyk w stacyjce, jeszcze łyknąłem zimnej kawy z termosu i wyjechałem w kierunku pobliskiej Warszawy. Willa, którą obserwowałem, znajdowała się na obrzeżach stolicy, więc w sobotni ra­nek mogłem szybko dojechać do Ministerstwa Kultury i Sztuki. Zatrzy­małem Rosynanta na parkingu i pobiegłem do gabinetu szefa. Był dzień wolny, więc panna Monika, sekretarka pana Tomasza była nieobecna.

- Chodźmy - szef usłyszał moje kroki i wyszedł do mnie.

Zamknął drzwi na klucz i poprowadził mnie do gabinetu podsekreta­rza stanu, któremu podlegał nasz samodzielny referat. Zajmowaliśmy się poszukiwaniem zaginionych w czasie wojny dzieł sztuki, ale także śledzi­liśmy poczynania handlarzy antykami. W Polsce wciąż można było zna­leźć dość ciekawe i cenne eksponaty interesujące kolekcjonerów z Euro­py Zachodniej. Mieliśmy przeciwdziałać wywożeniu ich za granicę.

Weszliśmy do sekretariatu ministerialnego urzędnika. Była tam se­kretarka. Uśmiechnęła się na nasz widok. Nacisnęła guzik interkomu.

- Już są - powiedziała do mikrofonu.

Po kilku sekundach otworzyły się drzwi gabinetu i stanął w nich mło­dy, ostrzyżony na jeża mężczyzna w doskonale skrojonym garniturze, w jedwabnym krawacie zawiązanym na modny w tym sezonie węzeł. Skło­nił się panu Tomaszowi, a na mój widok uśmiechnął się pobłażliwie.

- Jestem asystentem nowego szefa panów - przedstawił się. - Jeżeli będą mieli panowie jakieś sprawy do załatwienia, to proszę przedzwonić do mnie - podał nam swoją wizytówkę. - A teraz proszę do środka - szerzej otworzył drzwi.

Palcami przeczesałem zmierzwione włosy i zażenowany potarłem po nieogolonej twarzy. Szef idący przodem nagle przystanął w progu. Zaga­piłem się i głową uderzyłem w jego plecy. Wyprostowałem się i zerkną­łem przez ramię Pana Samochodzika. Ze zdumienia aż mnie zatkało.

Zza biurka wyszła w naszym kierunku kobieta, pani minister! Miała czterdzieści lat i włosy upięte w duży kok. Była średniego wzrostu, ale nad­rabiała to butami na wysokim obcasie. Do pracy założyła elegancki kostium.

- Dzień dobry! - przywitała nas.

Wyszła zza biurka i obu ścisnęła ręce, zdecydowanie, po męsku. Przed­stawiła się i wskazała krzesła przy wzorowanym na barokowy stoliczku w kącie. Jej asystent przysiadł dwa metry od nas, otworzył notes i robił krótkie notatki dotyczące naszej rozmowy.

- Rozumiem panów zdziwienie - powiedziała na wstępie pani mini­ster. - Jestem dziś pierwszy dzień w pracy. Miałam oficjalnie przywitać się z podległymi działami w poniedziałek, ale panowie już dziś otrzymają zlecenie i pewnie szybko się nie spotkamy.

- Na ogół sami wybieraliśmy sobie zadania - nieśmiało wtrącił szef. Próbował bronić samodzielności naszego referatu.

- Panowie! - zwierzchniczka stanowczo podniosła dłoń, jakby nie była przyzwyczajona do jakiegokolwiek sprzeciwu. - Całą noc zapozna­wałam się ze sprawozdaniami z pracy waszego działu. Przyznam, że była to pasjonująca lektura. Pana dokonania były znakomite - skłoniła się w stronę pana Tomasza. - Wydaje mi się jednak, że czasy się zmieniły, stajemy przed nowymi wyzwaniami. W kręgu naszych zainteresowań znaj­dzie się nie tylko polskie dziedzictwo kulturalne, ale europejskie i świato­we. Pan Paweł Daniec - zerknęła na mnie, a potem krytycznie zlustrowała mój militarny przyodziewek - jak widzimy, nie wyrósł jeszcze z czasów męskiej przygody w jednostce komandosów. Zapewniam pana, że będzie pan musiał się wykazać nie tylko siłą mięśni, ale i wiedzy prawniczej.

- Zawsze działaliśmy zgodnie z prawem - wtrącił się pan Tomasz.

- Znają panowie ustawodawstwo obowiązujące w Unii Europejskiej na temat obrotu dziełami sztuki i zabytkami?

- Najważniejsze tezy - powiedział pan Tomasz.

- Proszę to nadrobić, by nie zarzucano nam braku kompetencji!

Zgodnie kiwnęliśmy głowami. Nie wiem, co myślał szef, ale ja już postanowiłem rozglądać się za inną pracą.

- Teraz do rzeczy - pani minister zerknęła na zegarek. - Za pół godzi­ny stawicie się u dyrektora Muzeum Narodowego. On was we wszystko wprowadzi. Do widzenia!

Skłoniliśmy się energicznej szefowej i ruszyliśmy do wyjścia.

- Panie Pawle, niech pan zmieni strój. To ministerstwo, a nie poligon! - usłyszałem za sobą.

- Tak jest, proszę pani! - prawie zasalutowałem. Odetchnęliśmy na korytarzu.

- Herod-baba, lepiej czym prędzej uciekajmy w teren - uśmiechnął się pan Tomasz.

Próbował mnie pocieszyć.

- Niech pan sam jedzie do Muzeum Narodowego, a ja coś zrobię ze swoim wyglądem - zaproponowałem.

-Nie - szef pociągnął mnie za ramię. - Musisz mieć wszystkie dane - dodał tajemniczo. - Usłyszałeś coś ciekawego? - dopytywał się o efekty mojego śledztwa.

- Prawie nic - odparłem. - Impreza szybko rozkręciła się i mało kto myślał o pracy. Podkradłem się w pobliże płotu z mikrofonem kierunko­wym. Słyszałem jedynie, jak ten przyjaciel Batury mówił do kogoś przez telefon komórkowy: „Rycerze są w drodze, a Jerzy szuka skrytki wokół góry".

- Ciekawe - mruknął Pan Samochodzik i milczał całą drogę do Mu­zeum Narodowego.

Na miejscu musieliśmy poczekać jeszcze kwadrans, nim zaproszono nas do dyrektora, nie głównego, ale jednego z zastępców. Był to miły pan, niski, szczupły, co chwila przecierający okulary. Posadził nas w głębokich wygodnych fotelach i poczęstował mocną herbatą.

- Panowie, sprawa jest nad wyraz delikatna - zaczął. - Ekipa war­szawskich archeologów rozpoczyna jutro badania w miejscu dawnego pałacu w Dylewie koło Ostródy. Spodziewamy się znaleźć tam unikatowe dzieła sztuki. To będzie sensacja na skalę europejską.

- Zawsze sądziłem, że archeologia zajmuje się badaniem okresów hi­storycznych przed nastaniem słowa pisanego - wtrąciłem. Dyrektor uśmiechnął się.

- Po części ma pan rację, są archeolodzy, którzy mówią, że prowadze­nie wykopalisk w miejscach z pamiątkami z późniejszych okresów to nie archeologia - powiedział. - Tym razem badania będzie prowadził polski specjalista od kultur antycznych.

- Kolekcja antyków ukryta przez właściciela dworu w dawnych Pru­sach Wschodnich? - nie dowierzał pan Tomasz.

- Nie tylko - odparł dyrektor. - Kierownik ekipy miał tu dziś być na spotkaniu, ale musiał już wyjechać na miejsce. On wam wszystko najle­piej wyjaśni. Najważniejsza jest dyskrecja. Bronimy się przed rozgłosem, chociaż jakiś miejscowy dziennikarz już wszystko wywąchał. Na razie obiecał nic nie pisać, ale już tam siedzi jak kwoka na jajach.

Spojrzeliśmy z szefem na siebie domyślając się, kim może być ten dociekliwy reporter.

- Wyruszymy jeszcze dziś - obiecał pan Tomasz.

Pożegnaliśmy dyrektora i pojechaliśmy do domu Pana Samochodzika. Obaj mieliśmy w szafach spakowane bagaże na wypadek nagiego wyjazdu. Zatrzymaliśmy się na dłużej, by zaplanować nasze działania. Gdy jak pichciłem turystyczny obiad: makaron i klopsiki w sosie pomido­rowym ze słoika, szef przeglądał zawartość swej biblioteczki.

Po półgodzinie zjawiłem się w pokoju, gdzie zasmucony szef siedział nad jedną książką i mapą. Podałem mu talerz z dymiącą potrawą. Podzię­kował i widelcem wskazał mapę.

- To tu - oznajmił.

Pochyliłem się nad stołem i mapą. Nasz teren operacyjny obejmował obszar zamknięty pasmem Wzgórz Dylewskich i trasą Gdańsk - Warsza­wa. Z zachodu na wschód biegła droga, przy której znajdowało się pole historycznej bitwy pod Grunwaldem. Na północny zachód od niego było jezioro Bąbrówka połączone strumykiem z mniejszym oczkiem bez nazwy. Oba akweny były połączone kanałem z Grabarkiem, dopływem Drwęcy. Na południowym krańcu Bąbrówka widziałem miasteczko o tej samej nazwie. Kilometr na zachód od niego było Dylewo.

- Ładna okolica - stwierdziłem.

- Tak - przyznał szef nawijając makaron na widelec. - Jezioro, naj­wyższe wzniesienie na Mazurach, historyczne pole bitwy z rycerzami zjeżdżającymi na coroczną inscenizację, pałac ze skarbami. Czy masz ja­kieś sugestie?

Spojrzałem na uśmiech pana Tomasza. Podziwiałem go za to, że po­trafił wywnioskować różne rzeczy z niepowiązanych z pozoru przesłanek. - Wyniki twojego nocnego czuwania? - podpowiadał.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin