47 - Pan Samochodzik i Wiezien Jasnej Góry - Olszakowski Tomasz.rtf

(501 KB) Pobierz

TOMASZ OLSZAKOWSKI

 

 

 

 

Pan Samochodzik i…

 

Więzień Jasnej Góry

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

OFICYNA WYDAWNICZA WARMIA
WSTĘP

 

Cela była niewielka, dwa na cztery metry. Wąskie, drewniane łóżko, nagie deski zarzucone cienkim, słomianym siennikiem. Klęcznik pod ścianą, a koło okna wąski pulpit służący do pisania lub czytania. Przy nim jedno krzesło. Opodal drzwi umywalka - miedziane naczynie z dziób­kiem zawieszone na grubym łańcuchu i wsparta na drewnianej półce niewielka, mosiężna miska. Na szerokim parapecie gliniany kaganek, a obok zatłuszczony, kamionkowy dzban z oliwą. Drugi, z wyszczerbionym wy­lewem, zawierał klasztorne piwo, gęste, mętne, nieco skwaśniałe. Okno oszklono gomółkami - niewielkimi plackami ze szklanej masy. Rozciągał się z niego widok na wały twierdzy i leżące kilka kilometrów dalej mia­steczko.

Zazwyczaj zakonnicy zgromadzenia paulinów dysponowali nieco przestronniejszymi kwaterami. Także umeblowanie przeważnie otrzymywali lepsze. Siedzący na łóżku Jakub Lejwowicz Frank nie był jednak mni­chem. Kostki stóp opasywały mu ciężkie, żelazne kajdany połączone krót­kim, stalowym łańcuchem. W klasztorze jasnogórskim osadzono go jako bardzo niebezpiecznego heretyka. Sąd inkwizycyjny miał nadzieję, że od­osobnienie w otoczeniu świątobliwych mnichów skruszy zatwardziałe serce grzesznika. Na razie nie zanosiło się na to. Więzień uparcie trwał w swo­ich błędach...

Było późne zimowe popołudnie. Okno wychodziło na wschód, toteż celę spowijał gęstniejący stopniowo półmrok. Na korytarzu rozległy się kroki. Frank uniósł głowę. Nie mylił się. Drzwi okute solidnie żelazem otworzyły się i do środka wszedł wysoki, młody mężczyzna ubrany w czarny chałat. Przez dłuższą chwilę mierzyli się wzrokiem. Uwięziony odezwał się pierwszy.

- Znam cię. Jesteś rabbi Elisze z Podhaniec - mruknął. - Pracowałeś już kiedyś dla nas... W czasie Ester Tanes w Kopryczyńcach...

- Rzekłeś, nauczycielu - gość skłonił głowę. Przez chwilę świdrowali się wzrokiem.

- Siadaj - wskazał mu krzesło przy pulpicie. - Przychodzisz jako przy­jaciel? Co cię do mnie sprowadza?

Przybysz uśmiechnął się lekko.

- Troska i niepokój, które dręczą każdego biednego, gdy widzi pienią­dze głupio marnowane przez nietrafione i nierozumne działania - prze­szedł do konkretów.

- Moje pieniądze? - zachmurzył się więzień. Aluzja nie spodobała mu się.

- Twoje, mistrzu. Wspólnota nasza nie umie ich gromadzić i umiejęt­nie pomnażać. A tymczasem są one siłą napędową świata i kto wie, czy odpowiednia suma nie przyniosłaby ci wolności... Dziś w Rzeczypospo­litej kupuje się wszystko. Nasz król łasy jest na każdy grosz, ponoć ma gigantyczne długi... Jego braciszek Kazimierz pobudował piękną rezy­dencję w Warszawie, a na jej utrzymanie marnotrawi pieniądze garścia­mi... Obaj potrzebują beczek dukatów i są w stanie hojnie wynagradzać tych, którzy w chwili potrzeby użyczą im nieco ze swych sakiewek...

- Co proponujesz? Jak rozumiem, wiesz, jak dotrzeć do nich odpo­wiednio dyskretnie i jakie sumy zaproponować, by zabiegi te osiągnęły swój cel?

- Sumy to będą zawrotne, nie dysponujemy nimi, ale pieniądz w od­powiednich rękach szybko pomnożony być może, a każdy dukat zręcznie w obieg puszczony i pięciu braci swoich rocznie przyprowadzi...

- Jak tego dokonać? - w oczach więźnia błysnęło zainteresowanie.

- Pamiętasz, mistrzu, sprawę karczm berdyczowskich?

Sekciarz przymknął oczy. Dwadzieścia lat temu w tym miasteczku doszło do straszliwego pogromu Żydów oskarżonych o mordy rytualne... Dziki, szalejący motłoch pozarzynał w pierwszej kolejności właścicieli sześciu karczm... Objęli je potem członkowie rodziny Eliszego. Jednak raz wzburzonych chrześcijan nie dało się łatwo uspokoić. W rezultacie nowi właściciele przybytków także szybko rozstali się ze światem...

- Przypominam sobie - powiedział.

- Byłem wtedy młody i niedoświadczony. Dziś wiem, jak należało to przeprowadzić... I potrafię to powtórzyć. Oczywiście umiem już wygasić nienawiść ludzką, gdy przestaje być potrzebna...

- Tu, w Częstochowie? - prychnął Frank. - Dwa zajazdy, oba od daw­na w naszych rękach...

Elisze uśmiechnął się pobłażliwie. Przywódca sekty myślał niby poprawnie, ale brakowało mu polotu. Dobrze zrobił, że tu przyjechał. Organizacja stworzona przez Franka poza duchowym przywódcą potrzebo­wała też fachowego i pozbawionego skrupułów zarządcy. Kogoś takiego jak on.

- Nie w Częstochowie, w Rzeczypospolitej - czarne oczy przybysza zabłysły. - Jeśli się uda... Pomyśl sam. Pięć tysięcy karczm, z każdej po kilkanaście dukatów miesięcznie... W razie potrzeby oparcie w dowol­nym zakątku kraju. A gdy będziemy mieli pieniądze, prawdziwe pienią­dze, można będzie znowu zacząć wojnę z talmudystami...

Więzień wstał i przeszedł się po celi. Łańcuch, którym skuto jego nogi w kostkach, zabrzęczał ponuro wleczony po ceglanej posadzce.

- Czego ode mnie oczekujesz? - zapytał surowo.

- Władzy i pełnomocnictw. Ty jesteś wodzem swego ludu. Twój roz­kaz...

- Otrzymasz je. W kasie mamy kilkanaście tysięcy dukatów... Bę­dziesz potrafił puścić je w obieg?

Elisze przymknął oczy, by nie zdradzić się ich blaskiem. Aż tyle? Spo­dziewał się może piątej części tej sumy.

- To niewiele, ale jeśli dobrze pójdzie, za rok pomnożymy je dziesię­ciokrotnie. Dla przyszłej chwały naszego bractwa... Dla śmierci ortodok­sów i każdego, kto stanie na drodze naszym planom...

- A co dla ciebie? - Frank obrzucił go spokojnym spojrzeniem czar­nych oczu.

Nie wierzył w bezinteresowność byłego rabina.

- Chcę otrzymać dziesięcinę. Jeśli odpowiednio kapitałem obrócę, suma to będzie i tak dla mnie znacząca, a i wam mało bolesne będzie z nią rozstanie...

Frank zamyślił się. Sieć karczm, interesy na cłach i na „lewych" towa­rach. Z więzienia nie był w stanie tym wszystkim zarządzać... Co przy­chodzi z pieniędzy, które leżą jak martwe w glinianym garnku zakopanym w ziemi? Handel to życie... Będzie trzeba oddać procent tej pijawce - trudno. A może złoży się i tak, że nie będzie to konieczne?

- Niech tak będzie - wyraził zgodę.

Uścisnęli sobie dłonie zawierając przymierze. Nie zdawali sobie spra­wy, jak dalekosiężne skutki przyniesie ich porozumienie. Nie wiedzieli, że w tej chwili w klasztorze na Jasnej Górze ich czarne dusze stworzyły podstawy iście diabolicznego paktu. Sekta Franka przeszła do historii jako pierwsza europejska mafia...


ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

WEZWANIE DO CZĘSTOCHOWY • ZAGADKOWA FIGURKA

• STARA KAMIENICA • GRILL BAR „U PANA SAMOCHODZIKA" • OSIŁEK SUMO

 

 

Czasem bywa tak, że umierający bezdzietnie kolekcjoner zapisuje swoje zbiory państwu. Zdarza się, że gdy schedę po kimś przejmuje gmi­na, wśród rozmaitych gratów trafi się coś ciekawego. Z reguły wzywa się wówczas doświadczonego rzeczoznawcę, by wycenił lub choć zidentyfi­kował pozyskane dobra kultury. Dlatego też nie zdziwiłem się, gdy rankiem, zaraz po przyjściu do pracy, znalazłem w komputerze list z Urzędu Powiatowego w Częstochowie z prośbą o natychmiastowe wysłanie od­powiedniego fachowca. Lokalna delegatura wojewódzkiego konserwato­ra zabytków donosiła, że podczas zabezpieczania ruchomości po śmierci jakiejś staruszki znaleziono bardzo zagadkową rzeźbę... Mogłem wysłać kogokolwiek, ale po miesiącu spędzonym za biurkiem uznałem, że jedno­dniowa delegacja służbowa łącząca się z wyjazdem poza Warszawę do­brze mi zrobi...

Pan Samochodzik nie stawiał oporu, korzystał akurat z kilkudniowe­go urlopu związanego ze ślubem i weselem swojej siostrzenicy Zosi.

Wypisałem sobie sam delegację, podstemplowałem pieczątką nieobecnego szefa, zostawiając miejsce na jego podpis, a potem wskoczyłem do jeepa i pojechałem na południe - do Częstochowy. Po drodze przypomi­nałem sobie treść listu. Dziwne, przecież w tak dużym mieście powinni mieć kogoś, kto będzie w stanie zidentyfikować dowolny zabytek. Po co w takim razie ściągali kogoś z Warszawy? Z pewnością mieli w miejsco­wym muzeum odpowiedniego eksperta, na pewno mieszkało tam co naj­mniej kilku absolwentów historii sztuki i działały jakieś antykwariaty, w których przecież także pracują niezłej klasy specjaliści...

O jedenastej zaparkowałem samochód przed budynkiem częstochow­skiego muzeum miejskiego. Wysiadłem i ruszyłem po schodach. Na spo­tkanie wyszedł mi mężczyzna w moim wieku.

- Janusz Kowalik - przedstawił się.

- Paweł Daniec - uścisnąłem mu dłoń. Weszliśmy do holu i od razu zakręciliśmy na zaplecze.

- Trafiliśmy na to dopiero wczoraj - powiedział poważnie. - Dostali­śmy z Urzędu Miasta informację, że zmarła pewna staruszka. Miała dzie­więćdziesiąt osiem lat, żadnej rodziny. Nazywała się Adelajda Macoch.

- Ładny wiek - mruknąłem.

- Owszem - przytaknął. - Zmarła w szpitalu po kilkudniowej choro­bie. W tej sytuacji władze zdecydowały się komisyjnie otworzyć miesz­kanie po niej. Pojechaliśmy wczoraj. Jakaś hiena dowiedziała się widać, że kobieta nie żyje, bo na drzwiach były ślady wyważania. Złodziej nie poradził sobie z nietypowymi zamkami jeszcze przedwojennej konstruk­cji... Próbował użyć łomu, ale solidne, dębowe dechy tylko się trochę wgniotły. Otworzyliśmy mieszkanie kluczami, które dostaliśmy z depozy­tu szpitalnego...

- Co było w środku?

- Nieco zarwane łóżko z siennikiem z morskiej trawy. Na wszelki wypadek przeryliśmy go solidnie w nadziei, że w środku będą jakieś do­kumenty albo na przykład zaszyta biżuteria... Ale nic z tego. W szafie trochę starych ubrań nadgryzionych przez mole. W zasadzie nic więcej. Żadnych książek, żadnych papierów... Żadnych fotografii. Aż dziwne. Na odchodnym odsunęliśmy na wszelki wypadek blat stołu stojący pod ścianą i wtedy znaleźliśmy niszę, a w niej to...

Otworzył drzwi prowadzące do magazynu. Na stole pod samą lampą stała dziwna kamienna statuetka. Miała mniej więcej pół metra wysoko­ści. Wyrzeźbiono ją z białego skalenia. Postać przypominała siedzącego nietoperza, okrywały ją wyrzeźbione artystycznie skrzydła. Miała głowę wyglądającą na ludzką, ale ozdobioną aż trzema twarzami. Zamiast oczu wprawiono czerwone kamyki, może nawet rubiny. Wszystkie trzy fizjo­nomie maszkary wykrzywiał grymas złośliwej uciechy. W rozchylonych ustach błyszczały spiczaste zęby.

- O kurka wodna - zakląłem odruchowo cofając się o krok. - Co za diabeł?

- Prawda? - gospodarz błędnie zinterpretował moje pytanie. - Wyglą­da na diabła...

Przemogłem się. Obszedłem stół dookoła. Potem wyjąłem z kieszeni lupę. Pochyliłem się nad powierzchnią kamienia.

- Detale rzeźbiono małym dłutkiem - powiedziałem spokojnie. - Na­stępnie wypolerowano chyba zwykłym piaskiem.

Delikatnie starłem warstwę kurzu.

- Stała w zamknięciu przez co najmniej kilka lat...

- Żadna z osób, które ją widziały, nie potrafiła rozpoznać stylu - roz­łożył ręce muzealnik.

- Prawdopodobnie nie wykonano jej w żadnym stylu... To praca ja­kiegoś rzeźbiarza samouka... Zresztą nieco mu się zwichrowały propor­cje... Dłubał przy tym chyba kilka lat. Polerowanie powierzchni też mu­siało zająć całe miesiące... Czy w tym mieszkaniu były jakieś symbole religijne?

- Żadnych. Czy obaj myślimy o tym samym?

- Wygląda na dzieło jakiegoś satanisty - mruknąłem.

Z tyłu znalazłem wyrytą głęboko hebrajską literę „alef. Milczałem kontemplując rzeźbę.

- Nic więcej nie potrafię powiedzieć - westchnąłem wreszcie bezrad­nie. - Wygląda na stare, ale ile może mieć lat? Przypuszczam, że nie wię­cej niż kilkaset...

- Tego typu kamień występuje w okolicy dość często - powiedział.

- Jeśli rzeźbę wykonali czciciele diabła, to może pochodzić z lat osiem­dziesiątych XIX wieku lub jest młodsza - stwierdziłem. - Bo to w tym okresie zaczęły wyrastać rozmaite loże okultystyczne i pojawili się na­wiedzeni „prorocy"... Zastanawiam się, ale nie, nie jest to zabytek ma­soński. Chyba nie jest - dodałem. - Nie ma tu żadnych śladów ich symbo­liki... Zrobię, jeśli pan pozwoli, kilka fotografii i w Warszawie pokażę Panu Samochodzikowi. Może jemu się z czymś skojarzy?

Zapalił dodatkowe oświetlenie. Wykonałem kilkanaście zdjęć.

- Rzuciłbym jeszcze okiem na miejsce znalezienia figury - zapropo­nowałem. - Wybaczy pan zawodowe skrzywienie; jestem w zasadzie bar­dziej detektywem niż rzeczoznawcą...

Kiwnął głową.

- Wiem. Dlatego wysłaliśmy zgłoszenie właśnie do komórki pana Tomasza - liczyliśmy, że przyjedzie ktoś taki jak on...

Poczułem wyraźnie to, czego nie powiedział. Liczyli, że pojawi się tu mój szef. No trudno, dopiero kilka lat pracowałem w tym zawodzie, pod­czas gdy on już kilkadziesiąt. Minie jeszcze sporo czasu, nim mu dorów­nam, a jeszcze więcej, zanim ludzie zaakceptują mnie na tym stanowi­sku...

Wyjął z pudełka komplet kluczy i poszliśmy do samochodu. Podje­chaliśmy niedaleko. Przy ulicy Warszawskiej, zaraz na rogu, znajdował się sklep mięsny. Obok zamykał działkę parterowy domek. Przejechałem przez bramę na podwórze. Przed nami był drugi budynek, tym razem trzykondygnacyjny, ustawiony w kształt litery „L". Zatrzymałem się koło szopy. Sądząc po intensywnej woni, mieściła się tam wygódka, wspólna dla wszystkich mieszkańców kamienicy.

- Dziewiętnasty wiek - przewodnik odgadł bezbłędnie wyraz mojej twarzy. - Kible w podwórzach, brak kanalizacji, piece na węgiel...

- Właśnie - westchnąłem. - Są zakątki, do których cywilizacja docie­ra z opóźnieniami... Przyjemnie czasem popatrzeć sobie na takie relikty, choć współczuję tym, którym przyszło tu mieszkać...

Weszliśmy przez zniszczone, obłażące z farby drzwi i pomaszerowa­liśmy na piętro. Drewniane schody trzeszczały nam niepokojąco pod no­gami. Na klatce schodowej było dość ciemno i ponuro.

- O żesz! - zaklął Janusz. - Ktoś jednak się włamał! Co za naród! Nie można oka spuścić na kilka godzin!

Spojrzałem mu przez ramię. Solidne, drewniane drzwi zostały wywa­żone. Dechy popękały odsłaniając swoje wnętrze - ciemne dębowe drew­no wewnątrz, pod kilkoma warstwami olejnej farby.

- Lewarek do samochodu - oceniłem. - Wbili go w szparę i pokręcili korbką, aż wyrwali zamek z futryny... Solidnie siedział, przy okazji poła­mali deski.

Wyciągnąłem pistolet gazowy i dopiero potem przekroczyliśmy próg. Ostrożność okazała się zbyteczna. Po złodziejaszkach rozwiał się ślad... Stół i krzesła leżały do góry nogami, ktoś naciął je piłą, by sprawdzić, czy nie zawierają skrytek. Podobnie potraktowano drewniane nóżki łóżka. Oświetliłem latarką wnękę w ścianie szczytowej

- To tu znaleźliśmy rzeźbę - wyjaśnił muzealnik. - Stała sobie do­kładnie pośrodku. Aż mnie ciarki wtedy po plecach przeszły... Te czer...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin