SEBASTIAN MIERNICKI
PAN SAMOCHODZIK I...
GOCKI KSIĄŻĘ
OFICYNA WYDAWNICZA WARMIA
2003
WSTĘP
Książę umierał. Miał zaledwie czterdzieści lat, ale nadchodził kres jego dni. Na zewnątrz długiej drewnianej chaty postawionej na lekkim wzniesieniu zbierał się tłum jego ludzi. Niewielu pozostało starych wojowników, z którymi przekroczył stepy, wielkie rzeki, pasmo gór, dzikie puszcze. Wreszcie dotarli w rodzinne strony praojców księcia. Przodkowie jego matki przybyli z bardzo daleka.
Mag siedział w milczeniu. Wiedział, że nie może pomóc, a czary? Ich religia zabraniała czarów, chociaż mag doskonale pamiętał pewne skuteczne zaklęcia. Książę zastanawiał się, czy postawa maga wynika z głębokiej wiary, czy z oczekiwania na śmierć wodza. Jego odejście mogło zwiastować powrót do religii starych, dobrych bogów.
Książę zmęczony przymknął oczy.
To działo się kilka zim wcześniej. Po zamarzniętych bagnach i jeziorach wojowie księcia ruszyli do grodów miejscowych. Poganie nie znali siły wiary krzyża. Książę wiedział, że jego okuci w żelazo, niekiedy uzbrojeni w doskonałe, pochodzące z dalekich krajów miecze, wojownicy na koniach mogli bez trudu pokonać każdą grupę tubylców. Niewielkie, kilkunastoosobowe oddziały zdobywały całe grody, wypędzały ludność i zajmowały otoczone palisadami warownie. Miejscowi na wiosnę próbowali odzyskać domostwa. Bezskutecznie. Pozostało im podporządkować się woli najeźdźców, do których dołączyły ich rodziny.
Wkrótce poganie docenili siłę ludu nowego boga. Przybysze mieli lepsze narzędzia, znali świat, potrafili polować, uprawiać ziemię, robić wszystko, co było im potrzebne i do tego handlować z kupcami z dalekich krajów.
Książę przebudził się. Kaszlnął, a gdy chustą zasłaniał usta, wkrótce na materiale pojawiła się krwawa, ciemna plama.
- Źle ze mną? - zapytał maga.
- Źle - odparł mag.
- Wybudowaliście świątynię?
- Tak.
- Kryptę też?
- Wiesz, co macie zrobić?
Mag skinął głową.
- Po twej śmierci, książę, złożymy ciało do krypty. Mają tam być pochowani wszyscy znaczni. W chwili zagrożenia mamy ukryć tam nasze zbiory papirusów i wszystko na wieki zamknąć.
- Tak - książę uśmiechnął się. - Galindowie nachodzą nasze ziemie?
- Boją się ciebie, panie.
- Co będzie po mojej śmierci?
- Pokój - spokojnie odpowiedział mag. - Po wojnie zawsze następuje pokój. Pewnie i tak wszyscy zginiemy, i my, i oni.
- Masz rację. Pamiętasz, jakie słowa macie umieścić przy wejściu do krypty?
- Venite et bibite omnes, qui non habetis argentum emite sine precio - mag zacytował łacińską sentencję rodem ze starych dokumentów.
Obaj z księciem odczytali ją z papirusu, który przywieźli ze sobą.
Nad ranem nad osadą rozległ się płacz kobiet. Poniósł się jak wycie sfory wilków po okolicznych lasach, oznajmiając Galindom, ze zmarł dzielny książę. Po pogrzebie, stypie i kilku potyczkach zawarto wieczny pokój. Galindowie szanowali potomków tajemniczych przybyszy, którzy klękali przed znakiem krzyża. Kolejni magowie dziwnego plemienia pokazywali tajemniczą budowlę i zapraszali do jej wnętrza, mówiąc słowa “O wszyscy spragnieni, przyjdźcie do wody, przyjdźcie, choć nie macie pieniędzy”. Galindowie dziwili się, że te małe metalowe krążki mogą być aż tyle warte, by mówić o nich w świętych miejscach. Wtedy czarownicy nieodmiennie tłumaczyli, że bóg, którego czczą ofiarowuje wszystkim miłość i życie bezinteresownie.
Minęło kilkaset lat, gdy z osady księcia zostało kilka chat zajmowanych przez kolejne pokolenia magów i rzemieślników. Wreszcie pewnej zimy nadeszła wieść, że przybyli źli wojownicy cali zakuci w stal. Byli jak dawniej wojownicy księcia - okrutni dobrze uzbrojeni i wymawiający imię “Jezus”. Nad jeziorem stoczono bitwę i wszyscy Galindowie zginęli lub uciekli.
Kapłan przeżegnał się, a potem wykonał ostatnią wolę księcia, którą kapłani przekazywali sobie w wielkiej tajemnicy. Zginął klęcząc przed płonącym budynkiem, przeszyty włócznią.
ROZDZIAŁ PIERWSZY
PORTRET PIĘKNEJ GOTKI • TELEFON OD PIOTRA • GDZIE BĘDZIEMY SZUKAĆ ŚLADÓW GOTÓW? • WYJAZD NA MAZURY • “PAPUŻKI” NA PERONIE W SORKWITACH • MONTUJEMY OKRĘT KOLONIALNY • WYPRAWA W CZÓŁNACH
Przygoda jak zwykle zawitała niespodzianie. Przybyła jak elegancka dama, z gracją, a wspomnienie jej obecności na długo pozostawało w pamięci. Kiedyś, na wykładzie, znawca kobiecych strojów opowiadał nam o znaczeniu barwy damskiej garderoby.
- Kobieta ubrana na czerwono chce być wyzywająca - wykładowca płynnym ruchem usiadł na biurku, poprawił apaszkę i na kolanie ułożył wypielęgnowane dłonie. - Kolorem zwraca na siebie uwagę. Wszyscy zauważają nie ją, ale na przykład długą czerwoną suknię. Czerwony to bardziej prezentacja nastroju. Czarny - ukrywa kobietę, ukrywa się ona za tym kolorem, staje się jak ta barwa - uniwersalna. Biały to mistrzostwo świata! - egzaltacja mówcy osiągnęła szczyt i po sali niespodzianie rozniósł się zapach perfum. Jakich? Oczywiście, Chanel numer 5. - Mężczyźni nic widzą białego, a wtedy zauważają twarz kobiety.
Przypomniało mi się to zdarzenie, gdy otwierałem białą kopertę formatu A4. Ze środka wysunęła się fotografia obrazu - portretu pięknej dziewczyny. Zerknąłem na drugą stronę ilustracji.
Jak odgadniesz, o co chodzi, to zarezerwuj sobie czas na początku czerwca. Ruszymy w podróż kajakiem.
Z poważaniem P.
Rzecz jasna najciekawsze było to, kto jest nadawcą? Nie potrafiłem sobie przypomnieć żadnej osoby, która mogłaby się podpisywać po prostu “P.”. Patrzyłem więc na urocze, łagodne rysy dziewczyny o pełnych, zmysłowych wargach, niebieskich oczach, rudawoblond włosach, z łagodną falą brwi. Dziewczęca dłoń była oparta o wysokie czoło, a portretowana patrzyła gdzieś w dal, mając lekko przechyloną, jakby zmęczoną głowę. Była ubrana w białą, prostą sukienkę, bardziej prymitywny strój roboczy niż ubranie na bal. Jedno, co rzucało się w oczy, to wyszukana, oryginalnie zdobiona biżuteria. Moją uwagę skupiała jednak twarz. Zastanawiałem się, skąd znam tę osobę, czy to ona jest nadawcą? Owym tajemniczym “P.”? Chciała ze mną popłynąć kajakiem?
Był początek marca, a ów rejs kajakiem miał rozpocząć się w czerwcu, więc miałem jeszcze trzy miesiące do namysłu i na zbadanie sprawy. Odłożyłem zdjęcie na bok i zająłem się pracą.
Przyznam się, że nie było to łatwe. Pracuję w Departamencie Ochrony Zabytków Ministerstwa Kultury i Sztuki, zajmującym się ściganiem złodziei i przemytników dzieł sztuki oraz poszukiwaniami zaginionych w czasie ostatniej wojny (i nie tylko) skarbów, kolekcji. Nazywam się Paweł Daniec, a moim szefem jest Tomasz N. N., zwany także Panem Samochodzikiem z racji wehikułu, którym kiedyś jeździł. Wóz ten był tak brzydki, że prowokował złośliwe komentarze przeciwników mojego szefa. Potem czekało ich tylko rozczarowanie, bo wehikuł potrafił pędzić z prędkością ponad dwustu kilometrów na godzinę i pływać po wodzie. Pan Tomasz, zatrudnił mnie, absolwenta wydziału historii sztuki, byłego żołnierza wojsk powietrzno-desantowych, przeczuwając że ten melanż, jaki stanowiłem łącząc w sobie cechy wykształconego i wysportowanego młodzieńca przyda się w pracy naszego departamentu i nie mylił się. Musiałem jeszcze wiele się nauczyć, ale mając takiego mistrza jak Pan Samochodzik, robiłem postępy.
Po tygodniu od otrzymania listu okazało się, ze moja edukacja nie postępowała w tempie, jakiego bym chciał. Tajemnicza dziewczyna zawładnęła moją wyobraźnią. Najpierw zeskanowałem jej zdjęcie i umieściłem jako tapetę na monitorze komputera. Potem oprawiłem fotografię i powiesiłem nad biurkiem w domu.
- Czego chcesz od tej Gotki? - zapytał mnie pan Tomasz, popijając z filiżanki herbatę przy moim biurku.
- Jakiej Gotki? - zdziwiłem się.
- Nie jestem ślepy - szef uśmiechnął się. - Masz ją w pracy w komputerze, a teraz tu, w domu. Zakochałeś się?
- Przyzna pan, że jest piękna - broniłem się.
- Jest ładna - szef skinął głową. - Osobiście preferuję typ kobiety bardziej delikatnej. Widać, że ta jest silna, nawykła do trudów wędrówki i obozowania w najdzikszych okolicach.
- Czemu pan uważa, że jest Gotką? Ma typowe słowiańskie rysy...
- Przyjrzyj się biżuterii - szef wskazał mi palcem fotografię. - Przejrzyj albumy, poszukaj i będziesz wszystko wiedział.
Mimo moich namów, nie chciał nic więcej powiedzieć. Taki właśnie był! Wieczny nauczyciel - musiałem sam dojść do wszystkiego, nauczyć się! Zajęliśmy się bieżącą pracą. Z tego powodu nie miałem czasu zająć się Gotami.
Na początku maja zadzwonił telefon na moim biurku.
- Cześć! - odezwał się męski głos jakby z oddali.
- Cześć - grzecznie odpowiedziałem. - Kto mówi?
- Nie poznajesz?
- Nie.
- Mówi “P”. Już się dowiedziałeś?
Milczałem speszony.
- Przepraszam, skąd my właściwie się znamy? - zapytałem po chwili.
- To ja, Piotr!
No jasne, to był Piotr, doktor archeologii, z którym przeżyłem kilka przygód w Dylewie i w Spychowie.
- Aleś mnie zaskoczył tą Gotką - powiedziałem.
- Jesteś gotów na wyprawę?
- Już teraz? - zdziwiłem się.
- Co ty, za miesiąc spotkamy się na Centralnym w Warszawie. Wyślę ci zaproszenie pocztą elektroniczną. Bądź gotów.
- Ta wyprawa to praca czy przygoda?
- Zobaczysz.
Natychmiast rozłączył się, pozostawiając mnie w niepewności.
Pod koniec maja otrzymałem list od Piotra, w którym podał tylko godzinę odjazdu pociągu do Olsztyna. Sprawdziłem w internetowym rozkładzie jazdy, czy nie pomylił się. Potem poprosiłem szefa o urlop.
- Prawdziwe wakacje? - zapytał z niedowierzaniem. Długopis zawisł nad podaniem niczym katowski miecz nad karkiem ofiary. - Pawle, czyżbyś coś przede mną ukrywał?
- Nie, z Piotrem płyniemy kajakiem w rejs.
- A dokąd?
- Nie wiem. Na razie wiem tylko tyle, że jedziemy do Olsztyna.
Pan Samochodzik odłożył długopis, odchylił się w fotelu i zamyślił się.
- Olsztyn - mruknął. - To z pewnością tylko przystanek w drodze na Warmię i Mazury. Może czeka cię spływ Łyną? - zastanawiał się. - Jest jeszcze piękny i trudny szlak rzeki Wel. Równie ciekawy jest spływ Drwęcą do Wisły lub po Jezioraku. Ciekawe, jak teraz wygląda to jezioro? Jedź, odpocznij, bo latem jak zwykle będę miał dla ciebie zadanie - pan Tomasz złożył podpis. - Który z was będzie kapitanem? - spytał gdy wychodziłem.
- Pewnie będziemy wspólnie...
- Na okręcie może być tylko jeden kapitan, inaczej jest to spacerówka po Zalewie Zegrzyńskim, a nie łajba z prawdziwego zdarzenia - pouczył mnie pan Tomasz.
Podziękowałem mu za radę i za życzenia miłego wypoczynku. Zostawiłem pismo pannie Monice, sekretarce szefa i wróciłem do siebie. Najbliższe trzy dni poświęciłem na dokończenie zaległych spraw. W piątek wyszedłem z pracy z ogromnym uczuciem ulgi - zaczynał się urlop.
Wieczór spędziłem na pakowaniu bagaży. Potem szukałem w swojej biblioteczce książek na temat Gotów, ale okazało się, że niczego nie mam. Poszedłem więc “tropem kajaka” i sięgnąłem po przewodniki kajakowe po Warmii i Mazurach. Tam szukałem jakiś śladów Gotów, bo podejrzewałem, że Piotr tak zaplanował wyprawę, aby połączyć wycieczkę z badaniami.
Zaparzyłem sobie mocną herbatę, usiadłem w fotelu i co jakiś czas zerkając na portret Gotki, czytałem.
Pierwszy wśród opisów był spływ Drwęcą do Torunia. Rozpoczyna się on w Starych Jabłonkach. W tamtych okolicach urzędował człowiek zafascynowany wikingami. Wybudował łódź, zebrał przyjaciół, którzy przebrali się za wojowniczych Skandynawów i organizowali spływ Wisłą, co roku jeździli na festiwal wikingów na wyspie Wolin. To mógł być dobry ślad, bo przecież i wikingowie, i Goci pochodzili ze Skandynawii. Dalej szlak prowadził do Ostródy, która była kiedyś ważnym ośrodkiem handlowym na bursztynowym szlaku, a Goci handlowali bursztynem. Z Ostródy Kanałem Ostródzko-Elbląskim mogliśmy wybrać się do Elbląga nad jezioro Drużno, nad którego brzegiem znajdowała się słynna osada handlowa. Na trasie do Torunia mogliśmy zatrzymać się w Nowym Mieście Lubawskim, gdzie warto zwiedzić gotycki kościół pod wezwaniem świętego Tomasza Apostoła. W Kurzętniku był staropruski Święty Gaj. Mając już na liczniku sto kilometrów dotarlibyśmy do Brodnicy, dawniej silnej warowni krzyżackiej. Są tutaj: gotycki kościół, ośmioboczna wieża zamkowa wysokości 50 metrów, renesansowy pałac Anny Wazówny z 1564 roku, pozostałości murów obronnych z dwoma wieżami oraz gotyckiego ratusza z XIV wieku. Na 45. kilometrze przed ujściem Drwęcy do Wisły jest Golub-Dobrzyń, a potem już tylko stary Toruń z jego wspaniałymi zabytkami.
- Pięknie - mruknąłem do siebie. - Sporo śladów starożytności i średniowiecza, ale ani słowa o Gotach.
Następny był szlak rzeki Wel. Autor ograniczył się do krótkiej notki podającej w przybliżeniu długość szlaku, adresy dwóch pól namiotowych na trasie. “Bardzo trudna trasa prowadzi przez malowniczy obszar Welskiego Parku Krajobrazowego” - pisał autor. Podejrzewałem, że nigdy tamtędy nie płynął i z tego wynikał nazbyt ogólny opis.
Rzeka Kośno miała przypominać Kambodżę - dziką, nieprzebytą, zarośniętą trzcinowiskami. Spływ rzeką Kośno rozpoczyna się w pensjonacie we wsi Łajsy, czasami na mapach zaznaczonej jako Wygoda. Pierwszy etap podróży prowadzi przez jezioro Kośno. Za mostem na drodze Olsztyn-Szczytno wpływamy w kręty nurt rzeki Kośno. Kolejne kilometry to szybszy prąd i ostre zakręty. Trzeba dobrze zgrać się, żeby na zakrętach nie poszerzać koryta rzeki. Chwilę oddechu mamy na rozlewisku przed Pajtuńskim Młynem, gdzie robimy przenoskę. Po dwóch kilometrach jesteśmy przy kolejnym młynie, gdzie ponownie przenosimy nasz okręt. Za mostem do Skajbot rozpoczyna się odcinek specjalny “Kambodża”, gęsto porośnięty trzcinami. Przed Barczewem i w Barczewie czekają nas kolejne przenoski, bo na trasie spotykamy nisko zawieszone mostki i kładki dla pieszych. Barczewo powinno kojarzyć się wszystkim Polakom jako miejsce urodzenia Feliksa Nowowiejskiego, twórcy melodii “Roty” do słów Marii Konopnickiej. Pierwotnie Barczewo było lokowane w miejscu dzisiejszego Barczewka nad jeziorem Wadąg. W 1354 roku po najeździe Litwinów miasto uległo zniszczeniu i po dziesięciu latach przeniesiono je na obecne miejsce. Przed Barczewkiem przepływamy koło kilku wzgórz, na których były staropruskie osady. Potem jest już tylko przełom rzeki Wadąg i połączenie z Łyną.
Rozprostowałem kości, jakbym przed chwilą wysiadł z kajaka. “Jedyny archeologiczny trop na trasie to te staropruskie grody” - pomyślałem.
Popatrzyłem na pełne wargi Gotki i dalej czytałem. Następna została wymieniona Łyna. Górny odcinek rzeki przepłynął mój szef, gdy szukaliśmy skarbu generała Samsonowa, a dolny, w okolicach Prawdinska, pokonałem, gdy szukałem notatnika angielskiego oficera z okresu wojen napoleońskich. Od Olsztyna przepływa się przez stare warmińskie miasta biskupie, jak Dobre Miasto i Lidzbark Warmiński. Koło pierwszego znajduje się Kalwaria Warmińska w Głotowie; jest piękna, choć przytłumiona blaskiem i sławą Gietrzwałdu oraz Świętej Lipki. Miejscowość ta ma ciekawą historię i uroczą, położoną w głębokim jarze drogę krzyżową. Inicjatorem jej budowy był Johannes Merten z Głotowa. Odbył on pielgrzymkę do Jerozolimy, skąd przywiózł po jednym kamieniu z każdej stacji Drogi Krzyżowej. Kalwaria powstała w latach 1878 - 1894. Jar ze strumykiem pogłębiono ręcznie, wiernie odzwierciedlając drogę Jezusa Chrystusa na Golgotę. Za to Lidzbark Warmiński znany chociażby z pobytu tam sławnego biskupa Ignacego Krasickiego. Kolejne interesujące miasta po drodze to - leżące już na Mazurach - Bartoszyce i Sępopol. Nigdzie w opisach nie trafiłem jednak nawet na ślad Gotów.
O rzece Krutyni nawet nie czytałem, bo prowadziła ona obrzeżami szlaku Wielkich Jezior Mazurskich i prędzej spodziewałbym się tam śladów pruskiego plemienia Galindów niż Gotów. Zresztą to były wczasy na wodzie, a nie spływ z prawdziwego zdarzenia. Z czystej ciekawości zerknąłem jeszcze na szlak rzeki Sapiny. Prędzej wzdłuż trasy można było odnaleźć ślady drugiej wojny światowej niż jakieś archeologicznej zagadki. Trzy najważniejsze punkty to: Hruklanki (zniszczone niemieckie bunkry), Pozezdrze (wojenna kwatera Himmlera), Węgorzewo (zabytki architektury i w pobliskich Mamerkach kwatera niemieckiego dowództwa wojsk lądowych z okresu drugie wojny światowej).
Przetarłem zmęczone oczy i zerknąłem na zegarek. Zbliżała się północ, a o trzeciej musiałem być na dworcu, by z przesiadką w Działdowie dojechać na rano do Olsztyna.
- To będzie Drwęca - stwierdziłem przed snem. - A może jednak Wel?
Potem zasnąłem. Dzwonek budzika okrutnie wdarł się w sam środek snu, rwąc kolorowe obrazy na strzępy. Na krótko wskoczyłem pod prysznic, by prawdopodobnie ostatni raz na najbliższy czas rozkoszować się takim luksusem. Musiałem przy tym zachować ciszę, żeby zbytnio nie przeszkadzać sąsiadom. Niestety, w wieżowcach nocą każdy odgłos niesie się ze zdwojoną siłą. Potem wypiłem kawę, sprawdziłem, czy w lodówce nie zostawiłem szybko psujących się produktów, zabrałem mój worek podróżny i worek ze śmieciami i zbiegłem na dwór. Wyrzuciłem śmieci i pobiegłem do wezwanej wcześniej taksówki.
Piotr już na mnie czekał i z dala machał biletem dając znak, że o wszystko zadbał. Mój towarzysz był doktorem archeologii, wysokim, szczupłym, bardzo krótko ostrzyżonym blondynem. Nosił okulary w cienkich drucianych oprawkach. Podobnie jak ja założył stare wojskowe drelichy, wygodne buty turystyczne, koszulkę z krótkim rękawem i bluzę. Miał plecak z wbudowanym stelażem i wózek na kółkach z dużym workiem.
- Cześć! - przywitaliśmy się. - To nasz okręt kolonialny? - domyśliłem się wskazując na worek.
- Składany kajak mojego stryja - odpowiedział Piotr. - Stryj pływał nim w latach młodości, a teraz zrobił przegląd i orzekł, że wszystko jest w porządku.
Obaj nie braliśmy śpiworów uważając, że czerwcowe noce będą ciepłe, za to każdy z nas miał swój namiocik i karimatę.
- A jedzenie? - zapytałem Piotra. W worku miałem kilka konserw, menażkę i byłem przygotowany na biwak.
- Jedziemy do cywilizacji - parsknął Piotr.
- To Wel odpada - powiedziałem.
- Jaki Wel? - zdziwił się archeolog.
- Nieważne. Dokąd jedziemy?
- Przekonasz się.
W drodze do Działdowa, a potem do Olsztyna spałem. Piotr za to czytał jakieś szwedzkie pismo. Na dworcu w Olsztynie przesiedliśmy się do kolejnego pociągu. Na tabliczce przy wejściu zauważyłem tylko, że ten skład miał jechać do Ełku.
- Nie zaniedbałeś swej kondycji przez zimę i wiosnę? - dopytywał się Piotr, gdy już zajęliśmy miejsca w przedziale.
- Dlaczego pytasz?
- Bo pewnie dziennie będziemy robić po dwadzieścia albo i więcej kilometrów. To trudne dla mieszczucha, urzędnika z ministerstwa - podśmiewywał się Piotr.
- Ciekawe, co ty robiłeś przez ten czas?
- Byłem w Szwecji na stypendium naukowym.
Mimo że pytałem Piotra o cel podróży, o Gotów, nieodmiennie słyszałem odpowiedź: “Zobaczysz”. Było to wielce tajemnicze, ale musiałem poddać się woli Piotra. W Czerwonce w składzie zamieniono lokomotywę z elektrycznej na zwykłą spalinową. Było upalne przedpołudnie, byliśmy sami w przedziale, więc Piotr otworzył okno. Dolatywał przez nie do nas cichy turkot spalinówki, która powoli, jakby z mozołem ciągnęła pociąg przez zielony korytarz zagajników i lasów, między małymi stawkami. Ta zielona dżungla zaczynała się za Biskupcem. “Pyr, pyr” terkotał silnik, a ptaki dodawały swe trele. To był cudowny początek urlopu.
Piotr często wyglądał przez okno. W końcu stał w nim cały czas, nadstawiając okrągłą, bladą twarz do słońca.
- Zbieramy się! - nagle rozkazał.
Złapałem swój worek, wózek z kajakiem i wyszedłem na korytarz. Zbierali się tu ludzie z plecakami najczęściej w średnim wieku. Głównie były to małżeństwa, a sądząc z ich ekwipunku, byli to weterani turystycznych szlaków.
Zrobiło się głośniej, gdy pociąg przetoczył się po metalowym moście przeciągniętym między brzegami jakiejś szerokiej rzeki, a potem zaczął zwalniać. W dole, około trzystu metrów od nasypu kolejowego, była szosa, po której co chwila mknęły samochody, a za nią były domy.
Wysiedliśmy na resztki peronu, obok smutnych pozostałości stacji kolejowej.
- Sorkwity - przeczytałem napis z przerdzewiałej tabliczki na nieistniejącym peronie.
- Panowie pierwszy raz?- usłyszeliśmy za sobą damski głos.
Stały tam dwie damy w wieku około czterdziestu lat. Były podobnego wzrostu i podobnej tuszy, z odrobinę rubensowskimi kształtami. Jedno co je różniło, to głowy. Pierwsza była blondynką o bystrych oczach, zmierzwionej fryzurze, zamkniętych w jednej poziomej kresce ustach. Druga za to miała na głowie balejaż różnych barw, chyba po kilku niezbyt udanych farbowaniach, łagodne spojrzenie i szeroki uśmiech. Do tego nosiła okulary w rogowych oprawkach. To ona nas zapytała.
- Pewnie, że tak - odpowiedziała za nas jej koleżanka. - To widać. Panowie z Warszawy? - udała życzliwość.
- Tak - przyznał się Piotr.
- No właśnie - blondynka lekceważąco machnęła ręką.
Odwróciła się, poprawiła nieduży plecak i ruszyła dziarskim krokiem w stronę zabudowań.
- O tej porze, przed sezonem, na Krutyni jest najlepiej wyjaśniła jej towarzyszka. - Jak potem ruszają “pociągi” spływów kajakowych, to z ptactwa można już zobaczyć tylko łabędzie i kaczki
Kobieta pobiegła za koleżanką.
- Papużki nierozłączki - stwierdził Piotr.
- Ta roztrzepana to kakadu, a ta druga to kolorowa ara dodałem.
- Założę się, że obie to wciąż panny na wydaniu - mruknął zdenerwowany Piotr.
- Nie przejmuj się złośliwymi babami - poklepałem kolegę po ramieniu. - Szybko je zostawimy w tyle.
- Co ty - Piotr pokręcił głową. - To walczące feministki. Nie dadzą za wygraną. Będą się ścigały, aż padną. Jak dopłyną do końca, to zaczekają nawet miesiąc, żeby powiedzieć nam, że były szybsze i jak nudziły się, oczekując na takich patałachów jak my...
- Nieważne - mruknąłem. - Róbmy swoje.
- To fatum - sarkał Piotr.
Zeszliśmy do szosy, przeszliśmy na drugą stronę, za sklepem spożywczym skręciliśmy w drogę, nad którą widniała strzałka z napisem: “Stanica wodna PTTK w Sorkwitach”. Szliśmy po betonowych płytach, na zmianę ciągnąc wózek ze złożonym kajakiem. Po kwadransie byliśmy na miejscu. Ośrodek był otoczony z trzech stron ścianą lasu. Na ogromnej łące pyszniły się pojedyncze klony i lipy. Były to chyba resztki parku, zwłaszcza że idąc widzieliśmy po drodze zarys neogotyckiego pałacu. Był on otoczony domkami i drucianą siatką. Piotr wykupił miejsce na polu namiotowym, blisko pomostu nad jeziorem. Najpierw wykąpaliśmy się w chłodnej wodzie, potem rozstawiliśmy namioty. W południe poczuliśmy głód i ruszyliśmy do baru w stanicy na obiad. Zamówiliśmy po porcji smażonych ryb.
...
Marcin1712