62 - Pan Samochodzik Zamek Czocha - Sebastian Miernicki.rtf

(455 KB) Pobierz
WSTÊP

SEBASTIAN MIERNICKI

 

 

 

PAN SAMOCHODZIK I...

 

ZAMEK CZOCHA

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

OFICYNA WYDAWNICZA WARMIA

2004
WSTĘP

 

 

Czternastu spadochroniarzy amerykańskiej 101. dywizji powietrzno-desantowej wypoczywało w ogródku pałacyku położonego koło miasteczka na południu Francji. Młodzi chłopcy oglądali się za Francuzkami, które świadome swej kobiecości potrafiły zwrócić uwagę mężczyzn. Dowódcą oddziału był porucznik Hankins. Dwukrotnie miał szansę być awansowany na kapitana, ale za każdym razem odmawiał. Był to trzydziestolatek z Nowego Jorku, z rudą czupryną i niebieskimi oczyma, o smutnym, jakby zamyślonym obliczu. Jego zastępcą był sierżant szef Markus. Miał matkę Niemkę i dlatego doskonale znał język Goethego. Chudy, niski sprawiał niepozorne wrażenie, ale wielu przeciwników na ringu czy w brytyjskich pubach przekonało się o niezwykłej sile i zwrotności Markusa. Dwóch chłopców z rodzin włoskich: Rudolfo i Valentino, miało stopnie kaprali i wiele osób brało ich za bliźniaków. Resztę oddziału stanowili żołnierze pochodzący z Teksasu i Arizony, „chłopi oderwani od traktora i fasoli z patelni”, jak mawiał o nich Markus. Nie lubili tej wojny, ale podobała im się Europa. Kochali wiosenne słońce 1945 roku, gdy wszystko zapowiadało rychły koniec wojny, ale nużyła ich ta bezczynność. Kiedy zobaczyli dwa willysy przewożące generała, cywila i żandarmów jako ochronę, zrozumieli, że to ostatnie chwile, gdy mogli napawać się widokiem zwiewnych sukienek. Nerwowo gasili papierosy, wstali i przeszli do sali balowej zamienionej na salę odpraw.

- Witam panów - przywitał ich generał. - To pan Sparks z operacji specjalnych, który opowie wam o waszym zadaniu.

Sparks wyglądał na urzędnika nowojorskiej giełdy, cywil wśród wojskowych stanowił dysonans. Okulary z drucianą oprawką, czerwone szelki widoczne spod kamizelki i marynarki, zimne spojrzenie i usta zaciśnięte w wąską linię sprawiały, że spadochroniarze od pierwszej chwili czuli do niego niechęć.

- Dzień dobry - Sparks ukłonił się. - Waszym zadaniem jest zdobycie planów pewnej niemieckiej broni, która powstaje w jednym z zamków na Śląsku. Będziecie musieli skoczyć sto kilometrów za linie wroga, przejąć i chronić naszego agenta, który działa w biurze konstrukcyjnym, i poczekać, aż przyślemy po was nasze czołgi.

- Ile czasu trzeba będzie czekać na kawalerię? - zapytał Markus.

- Pamiętajcie, panowie, że jesteśmy związani umowami z Sowietami i nie możemy przekraczać pewnych, umówionych na wysokim szczeblu linii granicznych - tłumaczył Sparks. - Tak naprawdę wasz los będzie w rękach Sowietów, a raczej tego, jak szybko zakończą wojnę. Jeżeli zapanuje pokój, nie będziemy mogli najechać terenów znajdujących się pod sowieckim protektoratem...

- ...i będziemy wracali na piechotę - zażartował Valentino.

- Tak - przyznał Sparks, przecierając chusteczką spocone czoło. - Najważniejsza rzecz: macie wykonać wszystkie rozkazy naszego agenta. A oto szczegóły waszej misji...

Narada trwała dwie godziny. Odlot nad terytorium wroga zaplanowano na północ. Spadochroniarze zajęli się pakowaniem ekwipunku, składaniem spadochronów. Ostatnie godziny przed nocnym lotem przesypiali, grali w karty lub po prostu leżeli na murawie lotniska zapatrzeni w rozgwieżdżone niebo.

Punktualnie o północy Dakota wystartowała i w ochronie czterech Mustangów poleciała nad Niemcy. Pół godziny przed zrzutem eskorta odfrunęła, kiwając skrzydłami na pożegnanie. Teraz los spadochroniarzy był w rękach pilota, który prowadził maszynę nad czubkami drzew, między wierzchołkami wzgórz. Na pięć minut przed desantem rozpoczął wznoszenie.

Nagle na dole pojawiły się ogniki wystrzałów artylerii przeciwlotniczej. Pierwsze pociski rozerwały się dwieście metrów od samolotu.

- Zaraz nas zestrzelą - ocenił Hankins. - Skaczemy! - zawołał do żołnierzy.

Ci usiłowali w rozkołysanym samolocie zaczepić karabińczyki do liny wyciągającej spadochrony.

- Wytrzymaj prosto przez minutę - kapitan poprosił pilota.

Ten w odpowiedzi tylko skinął głową. Przed drzwiami ustawiła się kolejka skoczków. Pierwszy jak zwykle był Markus, za nim skakali następni. Hankins zaczepił się przed trzema ostatnimi żołnierzami. Gdy wyskakiwał, usłyszał dziwny gwizd, a potem przeraźliwy huk. Siła eksplozji rzuciła nim i nie do końca rozciągniętą czaszą. „To była rakieta” - pomyślał kapitan patrząc na płonące szczątki Dakoty, która pogrzebała w swym wnętrzu załogę i trzech spadochroniarzy. Hankins modlił się, by reszta oddziału wylądowała szczęśliwie.

W ciągu kilku minut po wylądowaniu zebrali się w jednym miejscu. Brakowało tylko jednego skoczka.

- Zniosło go prosto na baterię działek przeciwlotniczych - opowiadał któryś z szeregowców. - Jeden z pocisków trafił w jego worek, gdzie miał ładunki wybuchowe...

Żołnierz nie musiał kończyć. Ten obraz spadochroniarze wielokrotnie widzieli podczas lądowania w Normandii w czerwcu 1944 roku.

- Odskakujemy! - rozkazał kapitan. - Formacja „w strzałę”. Rudolfo prowadzi, Markus zamyka.

Spadochroniarze przeszli tej nocy pięć kilometrów. Znaleźli dobre miejsce na kryjówkę i zamaskowali je. Zmieniali się co dwie godziny. Kapitan znalazł na mapie miejsce, gdzie się znajdowali. Trafili idealnie. Byli zaledwie dwa kilometry od celu. Tej nocy mieli spotkać się z agentem obok ruin. Przez cały dzień Amerykanie obserwowali okolicę. Panował spokój. Słychać było huk radzieckiej artylerii, z rzadka na niebie pojawił się samolot. Czasami po drodze przetoczyła się ciężarówka. Nie było widać ludzi. Po zmierzchu spadochroniarze wybrali się na miejsce spotkania. Zdumieni patrzyli na dziwną budowlę, wieżę ozdobioną pseudogotyckimi wieżyczkami.

- W środku podobno była szubienica - szepnął Markus.

Agent czekał na nich. Był ubrany w polowy mundur oficera SS. W ręku miał schmeissera.

- Karuzela - Hankins podał hasło.

- Diabelski młyn - odpowiedział agent.

Agent był wysokim blondynem o niebieskich oczach, wzorcowym nordykiem. Cały czas wydawał się być opanowany.

- Gdzie masz graty? - zapytał go Hankins.

- Jakie graty?

- Tę broń, jakieś plany...

- Musiałem schować, razem z zabytkami.

- To jak je wydostaniemy?

- Ktoś to zrobi po wojnie. Teraz musimy zniszczyć fabrykę.

- Ten koleś z wywiadu nie mówił o szturmie na fabrykę - zaprotestował Rudolfo. - Człowieku, wojna skończy się za parę dni, a ty chcesz, żebyśmy teraz umierali?

- Jeżeli tego nie zrobimy, to wojna skończy się za parę dni, ale zwycięstwem Niemców - odparł agent.

- Jaki masz plan? - Hankins zapytał agenta.

Agent musiał mieć wykształcenie wojskowe. W kilka minut przedstawił plan akcji.

Godzinę później Markus zasztyletował wartownika koło zamkowego folwarku i na spadochroniarski mundur założył ubiór wartownika. W towarzystwie agenta dostał się do zabudowań gospodarczych, a potem do podziemnego laboratorium. Agent pożegnał go i dołączył do czekającego w lesie na wzgórzu oddziału spadochroniarzy. Markus musiał podłożyć ładunek wybuchowy i wyjść tunelem.

Niedługo potem zawyły syreny alarmowe na zamku, gdy potężna eksplozja zniszczyła warsztaty, zabiła naukowców pracujących nad nową okrutną bronią. Detonacja była ostatnią rzeczą, jaką słyszał Markus, który wpadł w pułapkę umieszczoną w podziemiach. Cel został jednak zniszczony.

Atak na magazyn w sztolniach tej samej nocy był ryzykowny. Agentowi udało się zniszczyć urządzenia, ale sam przy tym zginał. Reszta spadochroniarzy zginęła. Byli pierwszymi ofiarami nowej broni. Ocalał tylko Hankins, który miał przeprowadzić sabotaż - wysadzić w powietrze radar.

Kapitana odnalazł oddział zwiadowczy z amerykańskiej 90. dywizji piechoty.

 

Rok po zakończeniu wojny kapitan Hankins wrócił do zamku. Nawiązał tam kontakt z Polakami, którzy mieli z zamku wywieźć plany i skarby. Plan powiódł się tylko częściowo. Hankins ledwo uszedł z życiem po spotkaniu z oficerem radzieckiego wywiadu wojskowego. Gdy próbował nielegalnie przekroczyć granicę, schwytali go Rosjanie i Amerykanin już nigdy nie wrócił do ojczyzny. Polacy nie potrafili odgadnąć, gdzie jest skrytka, w której agent ukrył plany. Zdobyli tylko kryształki, wywieźli część skarbów, które rozdzielili między siebie. Kryształków nikomu nie pokazywali, uważając je za cenniejsze niż złoto.

 

Kilkadziesiąt lat później nad skalistą wyspą u wybrzeży Chorwacji pojawiła się formacja francuskich helikopterów. Żołnierze legii cudzoziemskiej wysłani tam przez wywiad mieli zdobyć od pewnego staruszka kryształki. Oddziałem szturmowym dowodził oficer, z pochodzenia Polak, który wykonał zadanie, zachowując sobie na pamiątkę część przedziwnych kryształków. Gdy je w tajemnicy przed wszystkimi przeglądał, zastanawiał się, co może kryć się za słowami „Franges non flectes”?


ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

SPOTKANIE KOLEGÓW Z WOJSKA • TAJEMNICZE INFORMACJE ANDRZEJA • OPERACJA „MALINIAK” • MAŁY TOWARZYSZ ZABAWY • KIM JEST PITARGOMAN? • WYJAZD DO ZAMKU CZOCHA

 

 

Stałem na progu otwartych drzwi starego An-2. W uszach szumiał mi wiatr i drażnił mnie warkot silnika. Za mną stali koledzy.

- Skacz, Daniec! - krzyknął Andrzej, rosły blondyn o ogorzałej od afrykańskiego słońca twarzy.

Tak jak dawniej, w czasie służby w „czerwonych beretach”, skoczyłem. Wybiłem się i gdy znalazłem się kilkadziesiąt metrów od samolotu, rozpostarłem ręce i nogi. Ziemia wydawała się tak odległa, pola wokół lotniska przypominały szachownicę z jasnych łanów pszenicy i ciemnych zagonów ziemniaczanych. Rozejrzałem się dokoła. Starzy kumple z wojska robili to samo co ja - cieszyli się ulotnym spokojem i obezwładniającą ciszą. Każdy z nas chciałby jak najbardziej przedłużyć tę chwili gdy mogliśmy poczuć wolność. Dreszczyk doprawiony potężną dawką adrenaliny powodował dreszcze, które rozchodziły się po całym ciele. Automat wypuszczający czaszę pomocniczą spadochronu pisnął trzy razy, dając tym samym sygnał, że za dwie sekundy otworzy spadochron.

Andrzej był odpowiedzialny za złożenie czasz i ustawienie automatów. W całej naszej kompanii był jedynym maniakalnym skoczkiem. Teraz przygotował nam nie lada niespodziankę. Byłem już na wysokości trzystu metrów. Ziemia wydawała się zbliżać w zabójczym tempie. Zaczynałem się bać, że coś nie zadziała, i wtedy usłyszałem szum, gdy nade mną rozwarła się płachta spadochronu. Chwyciłem linki, podciągnąłem nogi i spokojnie czekałem na moment lądowania.

- Paweł, nic nie straciłeś z dawnej formy! - Andrzej wylądował niedaleko i tak jak ja zwijał spadochron. - Skakałeś od czasu wojska?

- Kilka razy - odkrzyknąłem.

Reszta kolegów też zbierała swoje rzeczy i po kilku minutach gromadą szliśmy w kierunku lądowiska samolotów. Byliśmy w Krośnie, na lotnisku, na którym podczas służby zdobywaliśmy skrzydełka spadochronowe. To Andrzej wymyślił spotkanie po latach żołnierzy z naszej kompanii. Z ponad stu ludzi przyjechało nas trzydziestu, z czego połowa mogła dziś skakać. Reszta bała się kontuzji lub nie miała już takiej kondycji jak dawniej. Był jeden z kwietniowych weekendów. W piątek zjeżdżaliśmy się na „miejsce zakwaterowania”. Wieczorem było ognisko. W sobotę zerwaliśmy się skoro świt na pieszą wycieczkę po okolicznych pagórkach. Andrzej przygotował nam czterdziestokilometrowy marsz, który wytrzymało tylko kilku z nas. Dziś, w niedzielę, skakaliśmy.

Kiedy wieczorem znów zapłonęło ognisko, wspominaliśmy stare czasy. Niektórzy chcieli się pochwalić sukcesami zawodowymi, samochodami, zdjęciami żon i dzieci. Gdy byłem zajęty obgryzaniem przypieczonej kiełbasy i poszukiwaniem słoika z musztardą, który ktoś sobie przywłaszczył zapominając o innych ucztujących, na mojej drodze stanął Andrzej.

- Porozmawiajmy - poprosił pokazując na drewnianą ławę stojącą między namiotami.

Zdążyłem zabrać z czyjegoś stolika musztardę i usiadłem z dawnym kolegą. Andrzeja pamiętałem jako świetnego snajpera i mistrza kamuflażu. Kiedyś na wielkich manewrach podszedł na pięćdziesiąt metrów od trybuny honorowej, na której stał minister obrony narodowej. Gdy oficjele i połowa naszego Sztabu Generalnego podziwiała kontratak „czerwonych” na pozycje „niebieskich”, Andrzej nagle wstał z ziemi z karabinem w dłoni. Podobno konsternacja na trybunie była absolutna. Pracownicy Biura Ochrony Rządu nie wiedzieli co robić. Dodam jeszcze, że Andrzej był po stronie „niebieskich”. Ci, którzy to widzieli, mówili, że Andrzej krzyknął tylko: „Pif-paf!”, założył karabin na ramię i odszedł. Za ten wybryk, na rozkaz dowódcy okręgu, dostał trzy dni paki, a od dowódcy pułku tydzień urlopu.

- Co teraz porabiasz? - zapytałem Andrzeja.

- Dużo podróżuję.

- Masz ciekawą pracę - zauważyłem.

- Tak - Andrzej pokiwał głową.

- Musisz dużo zarabiać, skoro stać cię na podróże.

- Mam bogatego sponsora.

- Tak? Kogo? Może i ja się przyłączę? - żartowałem.

- Jesteś już trochę za stary.

- Kto opłaca twoje podróże?

- Francuski rząd.

- Jesteś w legii cudzoziemskiej?

- Tak, w pułku spadochroniarzy. Po woju nie mogłem sobie znaleźć żadnego ciekawego zajęcia. W naszym wojsku nie mieli dla mnie etatu... A co ty robisz? Jak widziałem, nie wyszedłeś z formy.

- W moim wypadku nauka nie poszła w las. Przydaje mi się w pracy.

- Jesteś policjantem?

- Muzealnikiem.

- Żartujesz?! - Andrzej roześmiał się.

- Nie, skończyłem historię sztuki i pracuję w Ministerstwie Kultury i Sztuki.

- I co tam robisz, że przydaje ci się wiedza z wojska? Jesteś Indianą Jonesem?

- Nie, detektywem. Ścigam złodziei antyków, szukam zaginionych dzieł sztuki, zajmuję się ochroną zabytków...

- Nieźle - Andrzej zamyślił się.

Rozmawialiśmy jeszcze godzinę. On opowiadał mi o służbie w legii, ja o swojej pracy. Zauważyłem, że podczas rozmowy Andrzej był zamyślony. Jego zachowanie zrozumiałem dopiero rano. Gdy się zbudziłem i przy śniadaniu włączyłem telefon komórkowy, odczytałem dwie wiadomości tekstowe. Pierwsza brzmiała: „Masz szybko stawić się w pracy. Pan Samochodzik”, a druga: „Zajrzyj do swojej skrzynki poczty elektronicznej. Andrzej”.

- Gdzie jest Andrzej? - zapytałem zaspanego sąsiada, który jadł kanapkę i siorbał gorącą kawę z metalowego kubka.

- Wyjechał w nocy wypożyczonym samochodem... - odpowiedział.

Nie czekałem na dalszy ciąg opowieści. W namiocie spakowałem rzeczy, pożegnałem kolegów i złapałem okazję do miasta. Tam znalazłem kawiarenkę internetową i dostałem się do swojej poczty elektronicznej. Szybko otworzyłem list od Andrzeja. Wysłał go ze swojego telefonu komórkowego.

 

Mam dla Ciebie ciekawe informacje dotyczące zamku Czocha. Resztę podam Ci jutro. Chodzi o zaginione dzieła sztuki.

Andrzej

 

Poczułem, że robi mi się gorąco. Zamek Czocha! Tę nazwę zna chyba każdy poszukiwacz skarbów w Polsce. Z tym zamkiem niedaleko Jeleniej Góry jest związanych tyle legend... Trzeba było działać. Zadzwoniłem do pana Tomasza, zwanego też Panem Samochodzikiem, mojego szefa. Był powszechnie znanym poszukiwaczem zaginionych skarbów, człowiekiem, który rozwiązał niejedną zagadkę historyczną. Jego przydomek pochodził od wehikułu, którego był kiedyś posiadaczem.

- Dzień dobry, panie Tomaszu, mój kolega... - opowiedziałem szefowi o wydarzeniach ostatnich godzin.

Doskonale wiedział, że w sprawie zamku Czocha nie ma żartów. Obiecał, że zaraz oddzwoni i rozłączył się. Poszedłem na dworzec, na pociąg do Warszawy. Po godzinie zadzwonił pan Tomasz.

- Niestety, ptaszek uciekł - powiadomił mnie. - Twój kolega w nocy przekroczył granicę ze Słowacją. Chciał jak najprędzej opuścić kraj. Kiedy będziesz w pracy?

- Jeszcze dziś - obiecałem.

- Czekam.

Całą drogę myślałem o dziwnym zachowaniu dawnego kolegi. Skąd legionista mógł uzyskać jakiekolwiek informacje o zamku Czocha? Stara warownia, przebudowywana, która „zagrała” w filmie pod tytułem „Gdzie jest generał...”, kryła w sobie zagadkę zaginionych pod koniec wojny i po wojnie dzieł sztuki, między innymi: bogatego księgozbioru, srebrnej zastawy, kilkuset bogato zdobionych ikon.

Podróż dłużyła się i byłem zły, że nie wziąłem naszego służbowego wehikułu, co proponował mi pan Tomasz. Nasz nowy pojazd wyglądał jak wyklepana młotkiem wielka puszka od sardynek, z czterema kołami na mocnych amortyzatorach. Mało kto mógłby spodziewać się, że pod maską kryje się potężny silnik samochodu rajdowego klasy WRC, a śruba z tyłu to nie ozdoba, bo nasz pojazd mógł też pływać.

W Warszawie, choć było to późne popołudnie, pobiegłem do ministerstwa. Pan Tomasz czekał tam na mnie.

- Przeczytaj - w moją stronę przesunął po biurku kartkę papieru.

Wyraz twarzy pana Tomasza nie pozostawiał złudzeń, że chodzi o poważną sprawę. Ostrożnie wziąłem kartkę. Był to fragment meldunku przygotowanego nie wiem przez kogo i na czyje zlecenie.

„Asystenci attaches kulturalnych ambasad niemieckiej i rosyjskiej w ciągu ubiegłego tygodnia odwiedzili okolice zamku Czocha. Z obserwacji miejscowych policjantów wynika, że wokół tego obiektu kręciło się więcej niż dotychczas turystów. [...] Dokumenty operacji »Maliniak« zaginęły”.

Oddałem pismo szefowi. Ten wsunął je do niszczarki dokumentów, której obecność w jego gabinecie ze zdumieniem odkryłem.

- Co to jest operacja „Maliniak”? - zapytałem.

- Nie wiem, ale mam nadzieję, że będę to wiedział.

- Kiedy?

- Jutro, pojutrze. Co sądzisz o tej sprawie?

- Poczekajmy na list od Andrzeja - odpowiedziałem. - Z drugiej strony może okazać się, że on też pracuje na czyjeś zlecenie. Ci asystenci dyplomatów to agenci?

- Tak.

- Skąd pan ma taki meldunek?

- Nie mogę ci powiedzieć. Zgadzam się z tobą, że na razie musimy poczekać. Obiekt już jest pod obserwacją, ale gdy będzie trzeba, to ty pojedziesz do zamku.

- Z ochotą - odparłem.

- Teraz odśwież się po wojskowych przygodach i poczytaj o zaniku Czocha. Czuję, że już wkrótce stanie się on twoim drugim domem.

Po godzinie dotarłem do swego gniazdka, wysoko nad betonową pustynią jednego z warszawskich osiedli, gdzie w ciasnej klitce nocowałem, o ile akurat nie znajdowałem się w terenie. Jedyną atrakcją tego miejsca były widoki na wschody słońca nad Pałacem Kultury i Nauki. W takich chwilach Warszawa wydawała mi się ładnym miastem. Drugą atrakcją mojego mieszkania była urocza sąsiadka. Pani Małgosia miała niecałe trzydzieści lat, była lingwistką i właśnie doktoryzowała się. Była blondynką o jasnych, prostych włosach sięgających ramion. Jej oczy były tak intensywnie niebieskie, że czasami wydawały się być aż granatowe. Mieliśmy okazję spędzić trzy wieczory na rozmowach o sztuce i językach obcych, na konsumpcji pizzy i słuchaniu gotyckiego rocka, którego pani Małgosia była fanką.

Wykąpany przygotowałem sobie talerz kanapek, kilka książek i już chciałem zasiąść do lektury, gdy zadzwonił dzwonek u drzwi. To była pani Małgosia. Towarzyszył jej mały, może czteroletni człowiek z obrażoną miną

- Panie Pawle! - prawie krzyknęła sąsiadka. - Zaopiekuje się pan Michałkiem?

Zdumiony otworzyłem usta.

- Tylko dwa dni! - tłumaczyła pani Małgosia. - Siostra zostawiła go pod moją opieką i wyjechała do Gdańska. Jej mąż jest za granicą, wróci za tydzień. Do Polski przyjechał profesor Igi Him Jamagy. To autorytet w dziedzinie, z której się doktoryzuję. Muszę jechać do Szczecina na dwa dni. Proszę!

- Może będę musiał wyjechać... - próbowałem się bronić.

- To wtedy przyjadę. To grzeczny chłopiec. Może go pan wziąć do pracy, będzie sobie siedział i rysował. On chodzi do przedszkola, można go zawieźć rano i odebrać o siedemnastej. Proszę! Tylko dwa dni! To dla mnie prawdziwa szansa!

- Chcesz ze mną zostać? - zapytałem chłopca.

Miałem nadzieję, że chłopaczek przestraszy się obcego mężczyzny. Ten jednak tylko smutno pokiwał głową, ani na moment nie patrząc mi w oczy.

- A jego rzeczy? - spytałem.

Pani Małgosia była przygotowana i widocznie nie brała pod uwagę odmowy. Pod moje nogi rzuciła torbę i mały plecak.

- W torbie są rzeczy i zabawki, a w plecaku ulubiona maskotka, parę książeczek i piórnik. Dzięki!

To ostatnie słowo krzyknęła zbiegając po schodach. Wciągnąłem malca do domu, zamknąłem drzwi i wyjrzałem przez okno na parking. Pani Małgosia właśnie wsiadała do swojego fiata cinquecento. Obejrzałem się na nowego współlokatora. Miał włosy w kolorze zeschniętych igieł świerka, niebieskie oczy, okrągłą buzię.

- Jak masz na imię? - zagadnąłem go.

- Mi... - reszta była niezrozumiała, bo chłopiec mówił ze spuszczoną głową.

- Fajnie, podłoga już cię poznała, a teraz ja chciałbym spojrzeć ci w twarz i usłyszeć twoje imię.

- Michał - cicho powiedział, patrząc mi w oczy.

Miał skruszoną minę, ale w jego oczach, w kącikach ust czaił się łobuzerski ognik.

- Paweł - podałem mu dłoń. - Jesteś głodny?

Pokiwał głową.

- Umówmy się, że będziesz odpowiadał, a nie tylko używał gestów. Tak?

- Tak - burknął chłopiec.

- Mam przyjaciela, też Michała. To kawał chłopa, komandos. Jest odważniejszy niż ty.

- Bo ja jestem jeszcze mały!

- No, tak - przyznałem zakłopotany - ale nie musisz na mnie krzyczeć. Mały też może być odważny.

- Jak Pitargoman?

- Kto?!

- Taki robot o mocy ognistych kolców, błyskawic i trąby wodnej.

- Brzmi groźnie. Skąd znasz takiego stwora?

Przy kolacji przeszedłem błyskawiczny kurs rozpoznawania potworów gnieżdżących się w wyobraźni współczesnych przedszkolaków. Dzięki Michałowi dowiedziałem się, że w mojej telewizji kablowej jest więcej kanałów niż dwa telewizji publicznej oraz informacyjny telewizji komercyjnej. Były cztery z kreskówkami! Po kilku minutach uznałem, że tych bajek nie powinien oglądać nieletni.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin