Steinbeck_John_-_Na_wschod_od_Edenu.rtf

(1990 KB) Pobierz
John Steinbeck

John Steinbeck

 

 

 

Na wschód od Edenu

Przełożył Bronisław Zieliński


 

 

 

 

 

PASCALOWI COVICI

 

Drogi Pat,

Zastałeś mnie przy rzeźbieniu jakiejś figurki z. drewna i powiedziałeś: “Może byś co zrobił i dla mnie?"

Spytałem, co byś chciał, a ty odrzekłeś: “Pudełko".

“Na co?"

“Żeby w nie włożyć różne rzeczy".

“Jakie rzeczy?"

“A to, co masz” - powiedziałeś.

Oto twoje pudełko. Zawiera ono prawie wszystko, co mam, a jednak nie jest pełne. Znajdziesz, w nim ból i wzruszenie, przyjemne i nieprzyjemne uczucia, złe myśli i dobre myśli - zadowolenie z, rodzącego się pomysłu, trochę rozpaczy i nieopisaną radość tworzenia.

A ponad tym wszystkim jest cała wdzięczność i przy wiązanie, jakie mam dla ciebie.

Mimo to jednak pudełko nie jest pełne.

 

JOHN


CZĘŚĆ PIERWSZA

 

ROZDZIAŁ I

 

1

 

Dolina rzeki Salinas znajduje się w północnej Kalifornii. Jest ona długim, wąskim zagłębieniem pomiędzy dwoma łańcuchami gór, a rzeka wije się jej środkiem i wreszcie wpada do rzeki Monterey.

Pamiętam nazwy, jakie w dzieciństwie nadawałem różnym trawom i tajemniczym kwiatom. Pamiętam miejsca, gdzie się trafiały ropuchy, i godzinę przebudzenia ptaków w lecie, zapach drzew i pór roku, i to, jak wyglądali, chodzili, a nawet pachnieli ludzie. Wspomnienia zapachów są bardzo bogate.

Pamiętam, że góry Gabilany, na wschód od doliny, były jasne, wesołe, pełne słońca i uroku, i jakieś pociągające, tak że miałeś ochotę wspiąć się na ich rozgrzane stoki nieomal tak samo, jak pragniesz wdrapać się na kolana ukochanej matki. Te góry przyzywały cię, obiecując pieszczotę brunat­nych traw. Łańcuch Santa Lucia piętrzył się na tle nieba po stronie zachodniej i odgradzał dolinę od pełnego morza – i ten był ciemny i posępny, nieprzyjazny i groźny. Zawsze znajdowałem w sobie lęk przed zachodem i miłość wschodu. Nie mam pojęcia, skąd mi się to wzięło, chyba stąd, że poranek nadchodził zza szczytów Gabilanów, a noc spływała ze stoków Santa Lucia. Możliwe, że narodziny i śmierć dnia miały jakiś związek z moim stosunkiem uczuciowym do tych dwóch łańcuchów górskich.

Z obu stron doliny wymykały się żlebami małe strumyki wpadające do łożyska rzeki Salinas. Zimą wilgotnego roku były silne i wezbrane i wzdymały rzekę tak, że niekiedy szalała i kipiała, przepełniona po brzegi, i wtedy stawała się niszczycielką. Obrywała krawędzie uprawnych gruntów i zmywała całe akry ziemi, obalała i pochłaniała stodoły i domy, które potem przewalały się w wodzie, unoszone prądem. Porywała krowy, świnie i owce, topiła je w swych zmętniałych, brunatnych nurtach i unosiła je do morza. Gdy przyszła późna wiosna, rzeka kurczyła się w sobie i ukazywa­ły się jej piaszczyste brzegi. A w lecie w ogóle nie płynęła po powierzchni ziemi. Gdzieniegdzie w głębokich wirowiskach pod wysokim brzegiem pozostawały wysokie sadzawki wo­dy. Odrastały sitowia i trawy, a wierzby rozprostowywały się unosząc na koronach szczątki pozostałe z powodzi. Salinas była rzeką sezonową. Letnie słońce wpędzało ją pod ziemię. Nie była wcale piękna, ale nie mieliśmy innej, więc chełpili­śmy się nią – tym, jaka jest niebezpieczna podczas wilgotnej zimy, a jaka wyschnięta w letnią suszę. Chełpić się można każdą rzeczą, jeżeli jest ona wszystkim, co mamy. Możliwe, że im mniej mamy, tym więcej musimy się chełpić.

Dolina Salinas ciągnąca się między pasmami gór i poniżej ich stoków stanowiła niegdyś dno stumilowego morskiego zalewu. Ujście rzeki pod Moss Landing było przed wiekami wylotem tej długiej połaci wód śródlądowych. Kiedyś mój ojciec wiercił studnię o pięćdziesiąt mil dalej w dolinie. Świder wybrał najpierw wierzchnią glebę, potem żwir, wre­szcie biały piasek morski pomieszany z muszelkami, a nawet kawałkami fiszbinu. Było tam dwadzieścia stóp piasku, po­tem znów czarna ziemia, a nawet kawałek sekwoi, tego niezniszczalnego drzewa, które nigdy nie próchnieje. Zanim utworzyło się tutaj śródlądowe morze, dolina musiała być porośnięta lasem. A to wszystko stało się tam, wprost pod naszymi stopami. I niekiedy nocą zdawało mi się, że wy­czuwam pod sobą zarówno morze, jak las sekwoi, który rósł tutaj przedtem.

Na rozległych, płaskich terenach doliny gleba tworzyła głęboką i żyzną warstwę. Wystarczyła jedna zima obfita w deszcze, by wytrysnęła trawą i kwiatami. W wilgotne lata kwiaty wiosenne były wręcz niewiarygodne. Całe dno doliny, a także stoki wzgórz, okrywał dywan łubinu i ma­ków. Kiedyś pewna kobieta powiedziała mi, że barwy kwiatów wydają się żywsze, jeżeli dorzucić trochę białych, które podkreślają ich kolor. Otóż każdy płatek niebieskiego łubinu ma białą obwódkę, toteż cały łan jest niewiarygodnie błękitny. A łubin był tam jeszcze nakrapiany plamami ka­lifornijskich maków. Te znowu mają barwę płomienną – nie pomarańczową, nie złotą, ale taką, że gdyby czyste złoto było płynne i mogła zbierać się na nim piana, ta złocista piana miałaby może kolor owych maków. Kiedy mijała pora ich kwitnienia, zjawiała się żółta gorczyca wyrastająca do znacznej wysokości. Gdy dziadek mój przybył do doliny, gorczyca wybujała tak wysoko, że człowiekowi na koniu wystawała tylko głowa ponad jej żółte kwiaty. Na wyżynach trawa usiana była jaskrami, stokrociami, żółtymi bratkami o czarnych środkach. Nieco później pojawiały się czerwone i żółte kępy indiańskiego jastrzębca. Te wszystkie kwiaty rosły na otwartych miejscach, wystawionych na słońce.

Pod wirginijskimi dębami, w cieniu i mroku, kwitł wonny złotowłos, a z okrytych mchem brzegów strumieni zwisały całe kiście pięciopalczastych i złocistych paproci. Poza tym rosły tam kampanule, maleńkie latarenki, kremowobiałei nieomal zdrożne w swojej piękności, te zaś były tak rzadkie i czarodziejskie, że dziecko, które je znalazło, czuło się wy­różnione i uprzywilejowane przez cały dzień.

Gdy nadszedł czerwiec, trawy wysiewały się i żółkły, a wzgórza okrywały się rdzawością, która nie była rdzawa, ale złota, szafranowa i czerwona – nieopisanej barwy. I odtąd aż do następnych deszczów ziemia wysychała, a strumyki przestawały płynąć. Na płaskim gruncie pojawiały się pęk­nięcia. Rzeka Salinas wsiąkła w piasek. Doliną dął wiatr, unosząc kurz i źdźbła słomy, a nabierał siły i ostrości, w miarę jak gnał coraz dalej na południe. Wieczorami ucichał. Był to wiatr drażniący, nerwowy, a drobiny kurzu wgryzały się człowiekowi w ciało i piekły w oczy. Mężczyźni, którzy pracowali na polu, nosili ochronne okulary i ob­wiązywali sobie nosy chustkami dla ochrony od pyłu.

Gleba w dolinie zalegała grubą, żyzną warstwą, natomiast stoki wzgórz pokrywała tylko cienkim naskórkiem nie sięga­jącym głębiej niż korzenie traw, a im wyżej wchodziło się na zbocza, tym była płytsza, usiana sterczącymi krzemieniami, by wreszcie na granicy roślinności przemienić się w rodzaj suchego, krzemiennego żwiru, który oślepiająco błyszczał w upalnym słońcu.

Mówiłem dotąd o bogatych latach, w których deszcze były obfite. Zdarzały się jednak i lata suche, i te szerzyły postrach w dolinie. Woda pojawiała się w cyklach trzydziestoletnich. Najpierw pięć czy sześć lat wilgotnych, wspaniałych, kiedy to poziom opadów wynosił od dziewiętnastu do dwudziestu pięciu cali, a ziemia buchała trawą. Potem następowało sześć lub siedem niezłych lat z opadami od dwunastu do szesnastu cali. Wreszcie nadchodziły lata suche i wtedy bywało czasem najwyżej siedem czy osiem cali deszczu. Ziemia zsychała się, trawy wyrastały nędznie do kilkunastu centymetrów wyso­kości, a w dolinie pojawiały się wielkie, parchate łysiny. Dęby nabierały niezdrowego wyglądu, a bożydrzew szarzał. Ziemia pokrywała się pęknięciami, studnie wysychały, bydło osowiale szczypało suche badyle. Wtedy farmerów i ranczerów napełniała odraza do doliny Salinas. Krowy chudły, a czasem padały z głodu. Wodę do picia trzeba było zwozić w beczkach na farmy.

Niektóre rodziny wyprzedawały się niemal za bezcen i wynosiły z okolicy. A ludzie niezmiennie zapominali o la­tach żyznych podczas lat suszy, podczas zaś lat wilgotnych zatracali wszelkie wspomnienie o latach suchych. Tak działo się zawsze.

 

 

 

 

 

2

 

Taka była ta długa dolina Salinas. Jej dzieje nie różniły się od historii reszty tego stanu. Najpierw zamieszkiwali ją Indianie, pośledni szczep pozbawiony energii, pomysłowości i kultury, lud, który żywił się czerwiami, świerszczami i ślimakami, zbyt gnuśny, aby polować lub łowić ryby. Jedli to, co im się trafiło, i nie sadzili nic. Mełli na mąkę gorzkie żołędzie. Nawet ich wojowanie było jakąś ospałą pantomimą.

Potem przyszli twardzi, oschli Hiszpanie, którzy przemie­rzali kraj zachłanni i trzeźwi, a ich zachłanność szukała złota lub Boga. Zbierali dusze tak, jak zbierali klejnoty, zagarniali góry i doliny, rzeki i całe połacie ziemi aż po widnokrąg, podobnie jak teraz człowiek zdobywa tytuł własności do działki budowlanej. Ci twardzi, nieczuli ludzie przebiegali bez wytchnienia tam i z powrotem całe wybrzeże. Wielu osiadało na lennach rozległych jak księstwa, nadanych im przez królów hiszpańskich, którzy nie mieli najmniejszego pojęcia o tym, jak wygląda owa darowizna. Ci pierwsi właściciele mieszkali w ubogich feudalnych osadach, a bydło ich żyło i rozmnażało się na swobodzie. Od czasu do czasu zabijali je dla skór i łoju, mięso zaś pozostawiali sępom i kojotom.

Kiedy Hiszpanie przyszli, musieli nadać nazwy wszystkiemu, co tylko zobaczyli. Jest to pierwszy obowiązek każdego eksploratora – obowiązek i zarazem przywilej. Trzeba nazwać jakąś rzecz, zanim się ją oznaczy na ręcznie rysowanej mapie. Byli to oczywiście ludzie religijni, tymi zaś, co umieli czytać i pisać, co prowadzili kroniki i rysowali mapy – byli twardzi, niezmordowani księża, którzy zjawiali się wraz z żołnierzami. Toteż pierwszymi nazwami miejs­cowości stały się imiona świętych lub nazwy świąt religijnych obchodzonych w miejscach postoju. Świętych jest wielu, ale ich liczba nie jest niewyczerpana, toteż znajdujemy powtó­rzenia pierwotnych nazwań. Mamy więc San Miguel, St. Michael, San Ardo, San Bernardo, San Benito, San Lorenzo, San Carlos, San Francisquito. A dalej święta: Natividad – Boże Narodzenie; Nacimiente – Narodzenie Matki Boskiej; Soledad – Samotność. Ale miejscowości bywały też nazywa­ne od tego, jak w danej chwili czuła się ekspedycja: Buena Esperenza – Dobra Nadzieja; Buena Vista, bo widok był piękny, i Chualar, bo było tam ładnie. Potem przyszły nazwy opisowe: Paso de los Robles ze względu na dęby; Los Laureles od laurów; Tularcitos od trzcin na mokradłach i Salinas od ługowca, który był biały jak sól.

Następnie różne miejsca otrzymywały nazwy od napotka­nych tam zwierząt i ptaków: Gabilanes od jastrzębi, które latały w tutejszych górach; Topo od kreta, Los Gatos od żbików. Pomysł nasuwała niekiedy sama natura: Tassajara – filiżanka ze spodkiem; Laguna Seca – wyschłe jezioro; Corral de Tierra, czyli wał ziemny; Paraiso, bo było tam jak w niebie.

Później zjawili się Amerykanie – jeszcze bardziej zachłan­ni, bo liczniejsi. Objęli te ziemie w posiadanie i przerobili prawa, by nadawać ważność swoim tytułom własności. W ca­łym kraju mnożyły się osady rolne, najpierw w dolinach, potem na stokach wzgórz – niewielkie drewniane domki kryte gontami z sekwoi i zagrody z nie ociosanych pali. Gdzie tylko wyciekał z ziemi strumyczek wody, tam wyrastał dom i jakaś rodzina zaczynała rozwijać się i mnożyć. W ogródkach przed domami sadzono krzewy czerwonych pelargonii i krzaki róż. Ślady kół bryczek zjawiały się w miejsce wydeptanych ścieżek, a łany żyta, pszenicy i owsa rozpościerały tam, gdzie przedtem rosła żółta gorczyca. Co dziesięć mil wzdłuż uczęszczanych szlaków natrafiało się na sklep i kuźnię, i one właśnie stały się zalążkami małych miasteczek, takich jak Bradley, King City czy Greenfield.

Amerykanie mieli większą od Hiszpanów skłonność do nadawania nazw pochodzących od ludzi. Kiedy już zasiedlo­no doliny, nazwy zaczęły się odnosić raczej do rzeczy, które się tam zdarzyły, i te właśnie są dla mnie najbardziej pociąga­jące ze wszystkich, gdyż każda ma związek z jakąś zapomnia­ną historią. Myślę o Bolsa Nueva – nowej sakiewce; Morocojo – chromym Maurze (kimże mógł być i skąd się tam wziął?); o Kanionie Dzikiego Konia, o Wzgórzu Mustanga i Kanionie Strzępu Koszuli. Nazwy miejsc noszą piętno ludzi, którzy im je nadali – są pełne szacunku albo lek­ceważenia, opisowe, poetyckie lub uwłaczające. Każdą miejscowość można ochrzcić San Lorenzo, ale Kanion Strzępu Koszuli czy Chromy Maur to coś zupełnie innego.

Wieczorem nad osadami świszczał wiatr, więc farmerzy zaczęli sadzić milowe pasy ochronne eukaliptusów, ażeby nie dopuścić do zwiania zoranej gleby. I tak mniej więcej wyglądała dolina Salinas, kiedy mój dziadek przywiózł żonę i osiedlił się na stoku wzgórza, na wschód od King City.


ROZDZIAŁ II

 

1

 

Chcąc opowiedzieć wam o Hamiltonach muszę się oprzeć na gawędach, starych fotografiach, zasłyszanych historiach i na wspomnieniach, które są mgliste i pomieszane z różnymi bajaniami. Nie byli to ludzie wybitni, więc też zachowało się niewiele danych na ich temat, poza owymi zwykłymi doku­mentami, które dotyczą urodzeń, ślubów, własności ziemi i zgonów.

Młody Samuel Hamilton przybył z północnej Irlandii, podobnie jak jego żona. Był potomkiem drobnych rol­ników, ani bogatych, ani ubogich, którzy żyli na tym samym kawałku ziemi i w tym samym kamiennym domu od wielu setek lat. Hamiltonowie potrafili zdobyć nieprze­ciętne wykształcenie i byli bardzo oczytani, i jak to się często zdarzało w owym zielonym kraju, łączyły ich po­wiązania i pokrewieństwo z bardzo wysoko postawionymi i bardzo skromnymi ludźmi, tak że jeden ich kuzyn mógł być baronetem, a inny żebrakiem. No i oczywiście wywo­dzili się od starodawnych królów Irlandii, jak każdy Ir­landczyk.

Dlaczego Samuel porzucił dom i zielone poletka swoich przodków, tego mi nie wiadomo. Nigdy nie zajmował się polityką, więc nie jest prawdopodobne, aby go wygnał z kraju zarzut buntu, a był też nieskazitelnie uczciwy, co wyłącza policję jako motor działania. W naszej rodzinie chodziły słuchy – nawet nie plotki, a raczej nie wypowiadane głośno domysły – że wygnała go miłość, i to miłość nie do tej kobiety, z którą się ożenił. Nie wiem natomiast, czy uczucie to było nazbyt szczęśliwe, czy też odjechał zbolały wskutek miłosnego zawodu. Zawsze woleliśmy przypuszczać, że raczej to pierwsze. Samuel odznaczał się urodą, wdziękiem i wesołością. Trudno więc sobie wyobrazić, żeby go odpaliła którakolwiek wiejska dziewczyna irlandzka.

Przybył do doliny Salinas u szczytu sił, rześki, pełen pomysłów i energii. Oczy miał bardzo niebieskie, a w chwilach zmęczenia jedno z nich uciekało lekko w bok. Był mężczyzną masywnym, ale w pewnym sensie delikatnym. Przy znojnej pracy na ranczo zawsze wyglądał niepokalanie czysto. Miał zmyślne ręce; był dobrym kowa­lem, stolarzem i snycerzem i potrafił zaimprowizować, co kto chciał, z kawałków drewna czy metalu. Bezustannie wymyślał nowe sposoby wykonywania starej rzeczy, spo­rządzania jej lepiej i szybciej, ale nigdy przez całe swoje życie nie miał zdolności do robienia pieniędzy. Inni ludzie, którzy tę zdolność mieli, podkradali Samuelowi pomysły, sprzedawali je i bogacili się, natomiast Samuel do śmierci ledwie mógł związać koniec z końcem.

Nie wiem, co skierowało jego kroki do doliny Salinas. Nie było to odpowiednie miejsce dla człowieka z zielonego kraju, a jednak przyjechał tam na jakieś trzydzieści lat przed schyłkiem stulecia i przywiózł swą drobną żonę Irlandkę, zamkniętą w sobie, twardą kobiecinkę, pozbawioną humoru jak kura.

Miała surową, prezbiteriańską mentalność oraz kodeks moralny, który przygważdżał i miażdżył nieledwie wszystko, co przyjemne. Nie wiem, gdzie Samuel ją poznał, jak się do niej zalecał i wreszcie poślubił. Myślę, że gdzieś w głębi serca miał wyciśnięty obraz innej dziewczyny, był bowiem czło­wiekiem spragnionym miłości, a jego żona nie należała do kobiet, które ujawniają swoje uczucia. Mimo to jednak przez wszystkie lata od jego młodości aż do śmierci w dolinie Salinas nic nie wskazywało, aby Samuel interesował się jakąś inną kobietą.

Kiedy Samuel i Liza przyjechali do doliny Salinas, wszy­stkie równinne grunty były już zajęte - urodzajne dno doliny, małe żyzne fałdy na wzgórzach, nawet lasy - ale pozostawało jeszcze do zasiedlenia trochę ziemi na skrajach, i tam, pośród jałowych pagórków, na wschód od obecnego King City, osiedlił się Samuel Hamilton.

Postąpił wedle utartego zwyczaju. Wziął ćwierć działki dla siebie i ćwierć dla żony, a ponieważ ta była ciężarna, dobrał jeszcze ćwiartkę na dziecko. Z biegiem lat urodziło mu się dziewięcioro dzieci - czterech chłopców i pięć dziewczynek - a że przy każdych narodzinach ranczo powiększało się o następną ćwiartkę, więc całość wyniosła jedenaście ćwiar­tek, czyli tysiąc siedemset sześćdziesiąt akrów.

Gdyby ta ziemia miała jakąkolwiek wartość, Hamiltonowie staliby się bogaci. Ale pola były grudowate i suche, bez źródeł wody, a warstwa gleby tak cienka, że sterczały przez nią jej krzemienne kości. Nawet bożydrzew utrzymywał się tam z trudem, a dęby skarłowaciały z braku wilgoci. W nie najgorszych latach też było tak mało paszy, że bydło chudło uganiając się za pokarmem. Spoglądając ze swoich jałowych wzgórz ku zachodowi, Hamiltonowie widzieli bogactwo dna doliny i zieloność wokół rzeki Salinas.

Samuel wybudował dom własnymi rękami, postawił też stajnię i kuźnię. Wprędce przekonał się, że gdyby nawet miał dziesięć tysięcy akrów tego pagórkowatego terenu, nie mógł­by się utrzymać bez wody na tak kościstej ziemi. Jego zmyślne ręce sporządziły sprzęt do wiercenia studzien i odtąd wiercił je na gruntach szczęśliwszych ludzi. Wymyślił i skon­struował młockarnię i w porze żniw jeździł po farmach położonych w dolinie, młócąc zboże, którego nie chciała wydać jego własna ziemia. W swoim warsztacie ostrzył pługi, reperował brony, spawał pęknięte osie i podkuwał konie. Ludzie z całej okolicy znosili mu narzędzia do naprawy i ulepszenia. Prócz tego uwielbiali słuchać, jak Samuel opo­wiadał o świecie i jego dziwach, o poezji i filozofii, które istniały gdzieś poza doliną Salinas. Miał dźwięczny, niski głos, przyjemny zarówno w śpiewie, jak mowie, a chociaż nie zatrącał dialektem irlandzkim, przecież w jego sposobie mówienia była jakaś melodyjność, śpiewność i kadencja, które sprawiały, że głos Samuela brzmiał słodko w uszach milkliwych farmerów z dna doliny. Przynosili też whisky i z dala od okna kuchennego i karcącego wzroku pani Hamilton pociągali ciepławe łyki z butelki i pogryzali dziki zielony anyżek, aby zabić zapach alkoholu w oddechu. Zły to był dzień, jeżeli przynajmniej trzech albo czterech mężczyzn nie stało przed kuźnią słuchając brzęku młotka Samuela i jego opowiadań. Nazywali go geniuszem dowcipu, pieczo­łowicie zanosili jego opowieści do domu i dziwili się, jakim cudem wietrzeją po drodze, bo nigdy nie wypadały tak samo, kiedy je powtarzali w swych własnych kuchniach.

Samuel powinien wzbogacić się na swoim świdrze do wiercenia studzien, na młockarni i kuźni, ale nie miał daru do interesów. Jego klienci, stale cierpiący na brak pieniędzy, obiecywali zapłatę po żniwach, potem po Bożym Narodzeniu i znowu jeszcze później - aż w końcu wylatywało im to z głowy. Samuel nie potrafił się dopominać. I tak Hamil­tonowie pozostawali ubodzy.

Dzieci przybywały regularnie jak lata. Nieliczni przepraco­...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin