Szczygiel_Jerzy_-_Nigdy_cie_nie_opuszcze.rtf

(408 KB) Pobierz

Jerzy Szczygieł

 

 

 

Nigdy cię nie opuszczę


Rozdział l

 

 

- Niech pan szybko wraca - powiedział.

Doktor spojrzał na niego zaciekawiony. Tadek mimo woli zaczerwienił się.

- Czujesz się pewniej, kiedy jestem w domu?

- Może.

Doktor uśmiechnął się.

- Wrócę wieczorem, ale Jędrka połóż wcześniej i nie zapomnij go wykąpać.

Wziął do ręki swoją nieodłączną walizkę z narzędziami i lekami i zniknął w hallu. Tadek słyszał, jak kierowca uruchamia motor, a po chwili zapanowała dookoła cisza.

Wyszedł na dwór, rozejrzał się. I znów to złudzenie, że ich dom stoi jak dawniej, cały i mocny.

- Jędreeeek! - zawołał.

- Idę! - piskliwa odpowiedź doleciała gdzieś spoza wypalonej ściany, a wkrótce ukazał się i sam Jędrek. Ciągnął za sobą na pasku psa.

- Ile razy mówiłem ci, żebyś tam nie chodził!

- Nic mi się nie stanie. Ściana przecież nie przewróci się.

- Jeśli pójdziesz tam jeszcze raz...

- To co? Może mnie uderzysz?

- Rozwiąż ten pasek, udusisz psa.

- A kiedy on ucieka, a potem muszę gonić za nim po całej ulicy.

Tadek wsunął rękę do kieszeni.

- Trzymaj.

- Tadziu kochany! Skąd masz?

- Znalazłem.

- Jakiś ty dobry! Prawdziwa obroża.

- Nie pójdziesz tam więcej?

Jędrek nie chciał patrzeć mu w oczy. Spoglądał na psa, próbującego złapać zębami pasek.

- Co ci to przeszkadza? - rzekł cicho.

- Ta ściana naprawdę lada chwila może runąć.

- Jak wchodzę przez wypalone drzwi, to mi się zdaje, że zaraz zobaczę mamę.

- Idę do miasta. Nie oddalaj się nigdzie. W duchówce masz gorącą zupę. Nalej sobie i zjedz.

- Tadek, weź mnie ze sobą.

- Pilnuj domu. Kręci się pełno złodziei. Tylko czekają, aby coś ukraść.

- Boję się sam siedzieć.

- Zamknij się od środka na klucz.

- Zawsze uciekasz. Nudno tak samemu.

- Masz przecież psa.

- A jak z psem rozmawiać?

Ale Tadek już nie słuchał. Zatrzasnął furtkę, wsunął dłoń w szczelinę między prętami i spuścił dobrze zamaskowany rygiel. Na ulicy było pusto, jedynie przy skrzyżowaniu paru żołnierzy ciągnęło linię telefoniczną. Rozwijali przewód, wspinali się na słupy, odcinali kłęby splątanych drutów i zakładali nowe.

Podszedłszy bliżej, stanął i przyglądał się. Dopiero teraz uprzytomnił sobie, dlaczego tak pusto i smutno wyglądała ulica. To nawet nie strzaskane drzewa i leje po bombach ani tu i ówdzie wypalone budynki, lecz te poszarpane przewody elektryczne i telefoniczne szczególnie dotkliwie zubożały ulicę. Bez nich wyglądała jak wymarła. Nie lubił tych zwojów stalowych, plączących się pod nogami. Bał się ich jak żywych, złośliwych stworzeń. Pamiętał dzień, kiedy w czasie trwania frontu poszedł do centrum miasta. Niemcy przez lornetę musieli ujrzeć jego postać na placu dobrze widocznym aż zza Wisły. Sypnęły się pociski. Zaczął uciekać i wtedy na nodze zacisnęła się taka zdradliwa pętla. Na próżno szarpał się i miotał. To tylko pogarszało sytuację. Na szczęście opanował się. Usiadł na chodniku i cierpliwie rozplatał drut. Gdy później znalazł się w bezpiecznym miejscu, długo nie mógł uspokoić szalejącego ze strachu serca.

Tamto wspomnienie wydawało mu się takie odległe i aż nieprawdziwe. Gdyby nie te druty...

- Przyszedłeś pomagać?

Uśmiechnął się do żołnierzy i pomaszerował dalej ulicą. Na dziedzińcu szkolnym pełno było dziewczyn i chłopaków. “Skąd się ich tyle wzięło?” - pomyślał. Od powrotu do miasta wydawało mu się ono takie bezludne. Dawniej, szczególnie na głównej ulicy, w jedną i w drugą stronę dążyły grupy przechodniów, jechały furmanki, dorożki, przemykali rowerzyści. Teraz ukazywali się tylko nieliczni mieszkańcy. Nieraz przez godzinę, stojąc przy furtce, nie widział żywego ducha. Ludzie nie mieli po co chodzić: sklepy i instytucje były zamknięte, ci więc, którzy już powrócili, kręcili się wokół swoich domów, zagospodarowując je na nowo.

Tłum młodzieży wydał się Tadkowi czymś niezwykłym. Zamiast iść do bramy, przelazł przez dziurę w murze. Rozglądał się po twarzach. Szukał znajomych, nikogo jednak nie poznawał. Wszyscy wydawali mu się prawie dorośli i obcy. Tylko w niektórych twarzach dojrzał coś znajomego. Ten dryblas, wysoki prawie na dwa metry, przypomina Mrówkojada, ale Mrówkojad był o wiele niższy. Czy to możliwe, by przez pół roku tak się wyciągnął?

Jemu też przyglądano się z zaciekawieniem. Odskoczył nerwowo, kiedy ktoś szturchnął go twardą pięścią w żebra. Gotów był oddać. Odwrócił się błyskawicznie. Przed nim stał uśmiechnięty szeroko i jak zwykle nieprawdopodobnie zarośnięty i rozczochrany - Jasio Mróz.

- Żyjesz? - spytał.

- I ty też - powiedział Tadek.

- Ale jestem inwalida. Patrz - Jasio wyciągnął lewą rękę.

Trzy środkowe palce miał urwane.

- W jaki sposób? - spytał Tadek.

- Pomagałem partyzantom, jeszcze w lipcu. Dowoziłem na rowerze amunicję. Obok mnie wybuchł granat.

- Nie wierz mu. On kłamie. Wsadził łapę w młockarnię.

Tuż przy nich stanęła wysoka, szczupła dziewczyna, z taką samą jasną i zwichrzoną czupryną. Jasio zaczerwienił się po uszy.

- Wynocha stąd! - syknął. - Głupia gęś! Musi wtykać nos.

- Bohater! - prychnęła.

- Nawet nie wiesz, jakie to przekleństwo mieć siostrę. Ale nie mów o tej młockarni nikomu, dobra? Będą się zaraz śmiać.

Tadek skinął głową.

- Zapisałeś się już?

- Tak, o klasę wyżej - mówił Mróz. - Wszystkie papiery szkolne poginęły, a nauczyciele nowi. Nikt nic nie pamięta. Każdy podaje klasę, jaką chce, i tak zapisują. A jak pytają o świadectwa, wystarczy powiedzieć, że spaliły się. Nie bądź głupi, zapisz się też wyżej.

- Nie mam zamiaru chodzić do szkoły - rzekł Tadek. - Przyszedłem zapisać Jędrka.

- A co będziesz robił?

- Jeszcze nie wiem. Może pojadę na Zachód.

- I co?

- Podobno tam nawet chłopaków w naszym wieku przyjmują do milicji obywatelskiej.

- Żartujesz.

- Głowy nie dam, ale tak słyszałem.

- Jadę z tobą, jak Boga kocham! - zapalił się nagle Mróz. - Jeszcze dziś.

- To nie takie proste. Na razie muszę zająć się Jędrkiem.

- A matka?

- Umarła.

Jasio spojrzał ze współczuciem.

Tadek skierował się do stołu, przy którym siwowłosa kobieta wpisywała na listy nowych uczniów. Odczekał chwilę, a potem podał imię i nazwisko.

- Która klasa?

- Pierwsza.

Kobieta podniosła wzrok.

- Twój brat? - domyśliła się.

- Tak.

- A dlaczego nie przyszli rodzice?

- Nie żyją.

Chwilę wpatrywała się w niego uważnie.

- Data urodzenia Jędrka?

- Zdaje się, że w grudniu skończył siedem lat.

- Nie wiesz dokładnie?

- Nie pamiętam.

- Dobrze. A ty do której klasy?

- Ja... - zaciął się. - Ja nie mam czasu na szkołę - rzucił szybko.

Ktoś się zaśmiał, lecz kobieta ze zrozumieniem pokiwała głową.

- Zapisz się jednak - powiedziała. - Może w końcu znajdziesz trochę czasu.

Tadek pomału odwrócił się i odszedł. Nie miał najmniejszej ochoty skazywać się dobrowolnie na przesiadywanie po kilka godzin dziennie w klasie. Szkoła nie pociągała go nigdy, tym bardziej teraz, kiedy miał tyle obowiązków. Umiał czytać, pisać. Czego więcej mógł się nauczyć? Inni mogą chodzić, mają rodziców, ale on? Wystarczy, że pójdzie Jędrek. Ten zresztą aż rwie się do szkoły. Wyobraża sobie, że tam Bóg wie jakie ciekawe rzeczy się dzieją.

- Zapisałeś go? - znów wyrósł przed nim Jasio.

- Zapisałem.

- Chodź. Za śmietnikiem, w grabowej alei, stoi czterolufowe działko przeciwlotnicze, nie uszkodzone. Jest amunicja. Można strzelać.

- Dziwne, że do tej pory wojsko nie zabrało - powiedział Tadek.

- Po co im. Wszędzie tego pełno. I za dziesięć lat nie uprzątną.

Minęli szkolne boisko i znaleźli się w kępie grabów. Przy dziale kręciło się kilku chłopaków. Spychali się z siodełka, biegali dookoła, uruchamiając po kolei całą maszynerię. Ujrzawszy Jasia, odsunęli się przezornie. Byli znacznie młodsi i okazywali mu wyraźny szacunek.

- Przynieście amunicję - zakomenderował.

Błyskawicznie wykonali polecenie. Po chwili działo plunęło ogniem. Jasio czuł się w swoim żywiole. Nie bał się, szczerzył zęby, ładował amunicję i strzelał.

- Przestań! Zaraz przyjdzie patrol.

- E, co dzień tu strzelam. Wojsko na takie rzeczy nie zwraca uwagi. Przyzwyczaili się i myślą, że to żołnierze. Chcesz popukać, to siądź, pokażę ci, jak to się robi.

Tadek zajął miejsce na siodełku.

Nagle ktoś gwizdnął przeraźliwie. Wszyscy rozpierzchli się w mgnieniu oka. Nim Tadek zeskoczył na ziemię, już zza drzew wypadło dwóch milicjantów z pepeszami.

- Ty strzelałeś?

- Nie.

- A kto?

- Uciekli.

- Kłamiesz!

- Nawet nie wiem, jak to się robi.

Milicjanci mieli najwyżej po osiemnaście lat.

- Pójdziesz z nami.

- Dokąd?

- Dowiesz się.

- Ja nie strzelałem.

- Nie szkodzi. Tam powiesz, kto strzelał.

Zbliżyli się do działa, przyglądali. Jeden pokręcił korbą, uruchomił jakąś dźwignię. Tadek pomyślał, że też mieliby chęć puścić sobie kilka serii w niebo. Skorzystał z ich nieuwagi, wszedł między drzewa i bez zbytniego pośpiechu oddalił się.

Kiedy już był na ulicy, przypadł do niego Jasio Mróz.

- Zwiałeś? Ten starszy - mówił - to mój cioteczny brat, ale gorszy niż obcy. Odkąd wstąpił do milicji, ciężko z nim wytrzymać. Nawet własnego ojca chciał aresztować za ukrywanie broni.

Tadek przystanął i patrzył na kolumnę jeńców niemieckich zdążających pod strażą gdzieś do centrum miasta. Każdy z nich trzymał na ramieniu łopatę. Mieli pochmurne twarze i nie przypominali już niedawnych zwycięzców, butnie kroczących ulicami miasta.

- Idą odgruzowywać - wyjaśnił Jasio Mróz. - Podobno nie puszczą ich, dopóki nie odbudują całej Polski.

- Wolałbym ich nie oglądać - rzekł Tadek. - Chociaż mają łopaty zamiast pistoletów maszynowych i spuszczają nisko łby, nie ufam im.

- Wczoraj widziałem starą kobietę, która rzuciła się na nich z gołymi rękami. Uciekli przed nią jak przerażone zające. Radzieccy konwojenci nie mogli jej uspokoić. Wołała: “Zabili męża i synów, a wy ich bronicie!” Rosjanom opadły ręce. Patrzyli po sobie zawstydzeni. Dopiero oficer wziął ją pod rękę i odprowadził na bok, tłumacząc coś po cichu.

- Pamiętam, jak oni pędzili jeńców rosyjskich - powiedział Tadek. - Kopali, bili kolbami, goniąc przez miasto niby bydło. A teraz nasi obchodzą się z nimi jak z jajkiem, jeszcze chronią przed ludnością.

- Ja bym ich nie żałował - stwierdził Mróz. - Należy im się dobra szkoła, aby nie zaczęli znów myśleć o nowej wojnie.

 

***

W pobliżu benzynowni Tadek pożegnał się i skręcił w swoją ulicę. Jasio Mróz patrzył za nim i wyraźnie wahał się. Od dwóch godzin powinien już być w domu, ale po tak długiej rozłące ulice, domy, wszystko ciekawiło i było takie niezwykłe.

- Zaczekaj! - krzyknął i pobiegł za Tadkiem. - Zobaczę tylko wasz dom. Jeszcze tam nie byłem. Ojciec zagroził laniem, jeżeli nie przyjdę punktualnie, ale teraz i tak wszystko przepadło. Spóźniłem się dwie czy trzy godziny, to już nie ma znaczenia - zaśmiał się grubo i szturchnął Tadka w bok. - Ty masz dobrze, nikt cię nie pilnuje.

- Wolałbym, aby pilnował.

- Wiesz, jaki jest mój ojciec. A jeszcze jak któregoś dnia dowiedział się, że rozerwało dwóch chłopaków majsterkujących przy pocisku, stał się wprost nieznośny. Przegląda wszystkie moje rzeczy, rewiduje kieszenie. Boi się, bym nie nosił granatów za pazuchą. A gorsza od niego jest siostra. Szpieguje mnie dla własnej przyjemności. Nie wiem, czy i w tej chwili nas skądś nie podgląda.

- Wasz dom ocalał? - zagadnął Tadek.

- Tak. Wyleciały tylko szyby. Szczęśliwie nawet nic nie zginęło. Dom Giętka spłonął. Patrz, komin tylko pozostał. Mieszka z matką w tym bunkrze.

Przechodząc koło furtki, Tadek włożył dwa palce do ust i gwizdnął.

Chwilę czekali, lecz nikt nie wyszedł.

- Nie ma ich - stwierdził Mróz. - A was nie okradli? - Popatrzył na widoczny spośród drzew front domu Tadka.

- Nie wiem.

- Jak to nie wiesz?

- Zwyczajnie.

- Przecież mieszkasz tam.

- Mieszkamy obok, u doktora.

- Uważaj. Pełno teraz dzikich lokatorów. Tak zajęli dom mojej ciotce. Ledwo ich stamtąd wyrzuciła.

- Nie boję się.

Kiedy znaleźli się blisko, Jasio Mróz stanął zaskoczony.

- Ach, to tak - powiedział.

Tadek otworzył furtkę do ogrodu doktora.

- Zajdź do nas.

Jędrek wypadł przed dom, a tuż za nim pies. Obaj byli niezwykle podnieceni.

- Tadek, ktoś wlazł oknem. Dopiero co... Siedzi tam na górze. Myślał, że dom pusty. Trzymałem psa, aby nie szczekał.

- Którym oknem? Widziałeś go?

- Widziałem. W czarnym ubraniu. W berecie.

- Jest! - zawołał Mróz.

Spojrzeli do góry. W oknie, oparty silnymi rękami o parapet, stał mężczyzna może trzydziestoletni i przyglądał im się niepewnie.

- Sami jesteście? - zagadnął.

- Tatusiu! Wujku! Jakiś pan wlazł na piętro! - krzyknął Jasio Mróz kierując się do drzwi domu.

Tadek w mig zorientował się. Wbiegł do wnętrza z krzykiem, hałasując, potrącając meble. Kundel ujadał. Mężczyzna nie wytrzymał nerwowo, skoczył z okna wprost na klomb, dopadł furtki i zniknął za żywopłotem.

Jędrek szybko zatrzasnął za nim furtkę.

- Dał się nabrać - powiedział Jasio Mróz. - Na wszelki wypadek miałem coś pod ręką, zobacz - wyjął z kieszeni parę zapalników do granatów. - Takie coś może napędzić strachu. Pokazać wam?

Otworzył okno, odbezpieczył i cisnął zapalnik do ogrodu.

Mimo woli padli na podłogę. Czekali krótko. Domem wstrząsnęła detonacja.

- Rąbnęło, co? Zabić to chyba nie zabije, ale strachu napędzi. Mogę ci dać kilka. Mam tego całą skrzynię, dobrze ukrytą.

- Daj mnie - poprosił Jędrek.

Jasio zawahał się.

- Niepotrzebne nam to - powiedział Tadek. - A ty - zwrócił się do brata - pilnuj lepiej psa, bo o mało go ten zapalnik nie rozerwał.

Pies przerażony skomlił i gwałtownie drapał łapami do drzwi.

- Widziałem. Jak zobaczył, że coś pada w krzaki, rzucił się w tamtą stronę. Głupi burek. Gdyby złapał w zęby, urwałoby mu łeb. - Jasio zaśmiał się.

Jędrek spoglądał na nich przerażony.

- A ty myślałeś, że to takie kapiszony, jakie się kupuje na odpuście - zadrwił z niego Tadek.

Potem, nie zważając już na kolegę i brata, zabrał się do szklenia okien. Doktor zdobył gdzieś skrzynie szkła i zamierzał sam wstawić szyby, ale Tadek postanowił zrobić niespodziankę. Znał się na tym dobrze. W czasie okupacji pomagał szklić inspektowe okna ogrodnikowi z sąsiedniej ulicy. Teraz więc zabrał się do roboty z radością. To zajęcie sprawiało mu przyjemność.

Jędrek patrzył jak urzeczony. Podawał gwoździe, ugniatał kit, starał się odgadywać myśli Tadka. Brat mu wyraźnie imponował.

- Chętnie bym został tu z wami. Tak mi się nie chce iść do domu - powiedział Jasio.

- Nie radzę ci nosić tych zapalników - odezwał się nagle Tadek szorstko.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin