Baśnie z dalekich mórz i oceanów
Wanda Markowska Anna Milska
WYDAWNICTWO MORSKIE GDAŃSK
Cykl „Baśnie z dalekich mórz i oceanów przyniesie opowieści z całego świata, z mórz Południa i fiordów Północy. Co roku ukaże się jedna bogato ilustrowana książeczka. Baśnie te po raz pierwszy wydane zostały przez Wydawnictwo Morskie w 1969 roku.
O dzielnym Gunnarze, Dziewczynie Morskiej i czarodziejskich zimorodkach
Baśń skandynawska
ył sobie raz dzielny marynarz imieniem Gunnar. Pływał po dalekich morzach, pod gwiazdami Północy i Południa, znał lądy i wyspy odległe^wiedział, kiedy i gdzie wieją silne wichry, gdzie gorące prądy opływają wybrzeża, gdzie zimują foki, gdzie ryby się gromadzą, by składać ikrę, gdzie się gnieżdżą pingwiny i pelikany, morskie gęsi i kaczki o barwnych piórach. Morze nie miało przed nim tajemnic. Toteż wieści o Gunnarze obiegały wszystkie rybackie wioski, a dziewczęta śpiewały o nim pieśni zwąc go Żeglarzem Siedmiu Mórz.
— Gunnarze — rzekła raz do syna jego stara matka, gdy wrócił z jednej ze swoich długich wypraw po świecie — czas, synku, żebyś pomyślał o ożenku, dokąd się tak będziesz tułał po morzach? Jam już stara, niedługo pożyję na świecie, chciałabym przed śmiercią wnuki piastować.
Roześmiał się Gunnar i powiedział:
— Jeszcze się taka nie urodziła w naszym kraju, którą bym chciał za żonę, matko. Ale nie bój się, dotąd będę pływał po wszystkich oceanach, dopóki sobie nie przywiozę Dziewczyny Morskiej.
Pokiwała matka ze smutkiem głową, zapłakała i rzecze:
— Nie dla ciebie, synku, Dziewczyna Morska, nie dla ciebie! Czyż nie wiesz, że więzi ją zła Wiedźma o Czerwonych Oczach? Każdego, kto się do niej zbliży, zamienia w kamień.
— Wiem o tym, matko, ale pragnę ocalić Dziewczynę Morską. Dniem i nocą tylko o tym myślę od chwili, gdym ją ujrzał raz jeden jedyny, jak siedziała na skale i czesała swe długie warkocze.
— Zapomnij o niej, synku, jeśli ci życie miłe — błagała matka.
Ale żadna siła nie mogła oderwać Gunnara od marzeń o Morskiej Dziewczynie. Gdy tylko wiosna nastała i wichry zimowe ucichły, znów wyruszył na morze na Swej śmigłej łodzi.
Przeleciały nad jego głową dwa czarne kruki.
— Powiedzcie, kruki, przyjaciele moi, gdzie mieszka Dziewczyna Morska? — woła Gunnar
5
— O, nie pytaj o nią! Wracaj, Gunnarze, wracaj co rychlej na ląd. Grozi ci niebezpieczeństwo !
Ale Gunnar ani myślał wracać.
Załopotały nad łodzią skrzydła wielkiego orła-rybołowa.
— Powiedz mi, orle, gdzie szukać mam Morskiej Dziewczyny?
— Daleko stąd, za siedmioma morzami, za oceanami. Nie dopłyniesz tam, zginiesz, staniesz się łupem rekinów! — krzyknął orzeł i wzniósł się wysoko w błękit.
Lecz Gunnar popłynął dalej, nieustraszony, jakby nie słyszał przestrogi.
Wtem spostrzegł na fali kołyszące się gniazdko, a w nim parę zimorodków. Zziębnięte ptaszki tuliły się do siebie przerażone, osłaniając skrzydełkami swe małe, ledwie wyklute z jajeczek. Nad nimi fruwał wielki czarny ptak, krążył coraz niżej, już, już miał szpony zatopić w swych ofiarach.
Żal się zrobiło Gunnarowi zimorodków, odpędził więc krzykiem drapieżnika, a potem szybko podpłynął łódką w stronę gniazdka i rzekł do trzepocących się w śmiertelnej grozie ptaszków:
— Nie lękajcie się mnie. Nie uczynię wam nic złego. Jestem Gunnar, Żeglarz Siedmiu Mórz.
— Witaj nam, nasz obrońco! — pisnęły zimorodki z radością. — Słyszałyśmy o tobie. To ty szukasz po świecie Dziewczyny Morskiej ?
— Tak, szukam jej wszędzie i nie spocznę, póki jej nie odnajdę.
— O, zawróć z drogi, Żeglarzu! Skręć dziób swej łodzi w stronę lądu, jeśli nie chcesz narazić się na śmierć — rzekł z trwogą zimorodek, ojciec rodu.
— Cóż mi po życiu, nie dbam o nie, gdy ona tam jęczy pod władzą złej Wiedźmy. Bez Dziewczyny Morskiej niemiłe mi słońce, morze i powietrze. Odnajdę ją albo zginę.
— Uczynisz podług swej woli, Żeglarzu. Ale że uratowałeś nas od zguby, chcemy ci się odwdzięczyć. Nie wolno nam zdradzić tajemnicy Morskiej Dziewczyny nikomu z ludzi, lecz tobie ją odsłonimy. Posłuchaj:
Żyje ona daleko, daleko, na krańcach świata, po drugiej stronie widnokręgu, gdzie rozciąga się Morze Snu i Milczenia. Żeby tam się dostać, musisz przepłynąć siedem mórz nieprzebytych. Na początku opłyniesz morze lodów, można tam żeglować tylko latem, kiedy słońce stoi wysoko. Potem znajdziesz się na morzu o falach białych jak mleko. Gdy przepłyniesz białe morze, kieruj się na południe, wciąż na południe, aż otoczą cię fale żółte jak miód. Gdy pokonasz wody żółtego morza, pożeglujesz dalej, aż dotrzesz do morza o falach czerwonych jak krew. Tam zdaj się na wiatry i prądy. Nie wolno ci chwytać za wiosła, owiń się w płótno żaglowe i bacz, by cię nie spryskały czerwone bryzgi fal, próżno byś bowiem chciał zetrzeć z siebie te krwawe piany, na zawsze weżrą się w ciało i nic ich nie zmyje. Dalej twa droga będzie wiodła w stronę morza o falach czarnych jak noc bez księżyca. Tam musisz wytężyć wszystkie siły, są to bowiem wody burzliwe i groźne, każdego śmiałka wciągają w swe smoliste tonie. Gdy i to morze przebędziesz zwycięsko, znajdziesz się na wodach o barwie fiołków. Ale nie daj się złudzić jego pięknym falom, kryją one bowiem pod swą powierzchnią-mnóstwo raf niebezpiecznych i wirów zdradliwych. Na koniec dotrzesz do morza siódmego, ostatniego. Jego spokojne tafle są zielone jak trawa wiosenna, całe zarosłe długimi glonami o wężowych łodygach, które wiele już statków oplatały swymi śliskimi mackami i wciągnęły na dno.
Tam, na skalistej rafie wznoszącej się pośrodku głębiny, żyją nasi krewniacy. Gdy im pokażesz piórko z mego skrzydła, przyjmą cię jak przyjaciela i udzielą rad co do dalszej drogi.
To mówiąc ptaszek wyrwał sobie dzióbkiem piórko ze skrzydełka, sfrunął na ramię Gunnara i złożył mu je w dłoni.
Podziękował Gunnar zimorodkom za dobre rady i nie zwlekając ni chwili ruszył na poszukiwanie swej ukochanej.
Wielu przygód zaznał, wiele dziwów widział, stu niebezpieczeństw uniknął, sto burz zwalczył i orkanów, zanim zdołał przepłynąć sześć mórz nieprzebytych. W końcu znalazł się na siódmym morzu o falach zielonych jak trawa wiosenna. Wiosła z trudem przedzierały się przez gąszcz wodorostów, wężowe glony oplatały łódź, chwytały ją jak w kleszcze, owijały się wokół dziobu.-Gunnarowi ręce mdlały z wysiłku, pot zalewał czoło, dokuczało pragnienie. Wtem rozległ się trzask, łódź uderzyła bokiem o sterczącą skałę pokrytą zielonym mchem. Gęsta, oleista woda wdarła się z chlupotem do środka przez rozpękłą burtę. Łódź zaczęła tonąć. Jeszcze przez chwilę kołysała się na powierzchni i w końcu zniknęła w bezdennych głębinach. Ostatkiem sił chwycił się Gunnar skalnego występu i wdrapał się na rafę.
Nastała noc, parna, gorąca, bez gwiazd i księżyca.
Leży Gunnar na mokre) skale oblewanej zewsząd falami i rozmyśla smutnie nad swą dolą. Coraz bardziej dokucza mu głód i pragnienie, a znikąd nie widzi ratunku. Przyjdzie mu chyba zginąć na tym strasznym morzu, już nie zobaczy swej ukochanej, już nigdy nie wróci do rodzinnych brzegów.
Gdy tak dumał samotnie wśród nocy, nagle w dali ujrzał jakieś błękitne światełko pełgające po falach.
— Co to być może ? Czyżby jakiś statek zabłąkał się na te wody ?
Po chwili posłyszał plusk wioseł i cichy, słodki śpiew dziewczęcy. Wbił wzrok w ciemność i oto dostrzegł maleńką łódeczkę, a na niej Dziewczynę Morską, tę, dla której tyle trudów znosił i niebezpieczeństw. Miała na rozpuszczonych włosach wieniec z dziwnych kwiatów świecących w mroku niby błękitne gwiazdeczki.
Uwiązała swą łódeczkę do skały i lekko wskoczyła na głazy ciągle nucąc swą pieśń — wołanie:
Do mnie, do mnie, ptaszki morza, Złotym ziarnem was obdarzę, Lećcie do mnie skroś przestworza I mówcie mi o Gunnarze.
Dał się słyszeć szum tysięcy skrzydeł i po chwili cała skała rozbrzmiewać zaczęła ptasim świergotem.
Dziewczyna Morska sypała ptakom z dłoni złote ziarna, tysiąc dziobków chwytało je w locie, a ona pytała:
Gdzie mój Gunnar ukochany? Gdzie jest Żeglarz Siedmiu Mórz? Czy przepłynął szóste morze Pośród wichrów i stu burz?
W ciemności rozświetlanej wiankiem Dziewczyny Morskiej zabrzmiał głos najstarszego z ptasiej gromady:
Piąte morze on przepłynął, Szóste morze cało minął I na siódmym, przy tej skale, Łódź Gunnara skryły fale.
Krzyknie Dziewczyna Morska, rzewnymi łzami się zaleje.
Skoczył Gunnar spod skalnego załomu, gdzie dotąd siedział w ukryciu, stanął przed Morską Dziewczyną i rzecze:
— Nie płacz, piękna czarodziejko, i otrzyj łzy z oczu. Oto Gunnar stoi tu przed tobą we własnej osobie.
Zerwała Morska Dziewczyna swój wianek gwiaździsty z czoła, wzniosła ramię w górę, i oto w jej dłoni zalśnił jak błękitna latarenka oświetlając jasnym blaskiem postać Gunnara.
— Tyś jest Gunnar, sławny Gunnar, Żeglarz Siedmiu Mórz? — spytała i uśmiech radości rozjaśnił jej twarz, a serce żywiej zabiło w piersiach.
— Tak, ja nim jestem. Od kiedym cię ujrzał czeszącą włosy w słońcu, już zapomnieć o tobie nie mogłem. Jam sześć mórz przepłynął, by cię odnaleźć, tu na siódmym łódź ma się roztrzaskała, a sam ledwiem zdołał ujść z życiem.
— I ja o tobie myśleć nie przestałam, odkąd cię dostrzegłam na twej ścigłej łodzi. Ptaki mi powiedziały, że do mnie płyniesz przez morza i od tej pory w noc każdą wykradam się na tę skałę, by słuchać wieści o tobie. Wiedziałam, kiedyś przemierzał morze lodowe i morza o falach białych, żółtych, czerwonych i czarnych, czuwałam z trwogą, byś na tych toniach o falach zielonych jak trawa nie napotkał mej strażniczki, Wiedźmy o Czerwonych Oczach. Często tu ona przybywa ze swego podwodnego pałacu za horyzontem, tam gdzie leży Morze Snu i Milczenia o falach błękitnych jak niebo. Ale tyś pewnie głodny i spragniony.
Klasnęła w dłonie i rozkazała ptakom fruwającym dokoła przynieść jadła i napoju.
Zaszumiały skrzydła i ptasia gromada pomknęła na cztery strony świata. Ptaki powróciły w mgnieniu oka i już przed Gunnarem leżały najpiękniejsze owoce, wonne, soczyste banany, słodkie figi i daktyle, plastry miodu złocistego, a w kryształowych dzbanuszkach czekała woda źródlana.
Gdy pokosztował Gunnar darów Morskiej Dziewczyny, nowe siły weń wstąpiły i nowa nadzieja.
— Nie puszczę cię już z powrotem — rzekł z mocą — już ty za siódme morze nie popłyniesz, nie wrócisz do złej Wiedźmy o Czerwonych Oczach! Jeślim ci miły, Dziewczyno, to nie traćmy chwili czasu. Płyńmy twą łódką do mojej ojczyzny, przez siedem mórz i oceanów. Tam, na północy, mam chatkę małą, w niej stara matka mnie czeka. Tam moją żoną zostaniesz. ,
— O, mój Gunnarze, dzielny Żeglarzu! — odpowie Morska Dziewczyna ze smutkiem. — Nie mogę z tobą ruszyć na morze, jeszcze nie wolno mi tego uczynić. Zły czar rzuciła na mnie Wiedźma straszliwa i trzyma mnie w swej władzy. Niegdyś żyłam na wielkim zamku u rodziców kochanych. Lecz pewnego dnia porwała mnie wiedźma, uniosła za siódme morze, i poty będę w tej twardej niewoli, póki się nie znajdzie śmiałek, co się odważy rozbić zaczarowane jaje, w którym ukrywa się dusza Wiedźmy o Czerwonych Oczach, w niej bowiem jest źródło jej mocy. Inaczej choćbym na kraniec świata uciekła, znajdzie mnie ona wszędzie, a mych rodziców na straszną śmierć wyda.
— Mów, co mam czynić, by cię ocalić. Śmierci się nie lękam! Klnę się na niebo wysokie! — wykrzyknął Gunnar gorąco.
— Dzięki ci, Gunnarze drogi! Kiedym cię ujrzała płynącego w łodzi, czułam, że będziesz mym wyzwolicielem. Ale czas jeszcze nie nadszedł. Chociaż wiele już podpatrzyłam jej sposobów i sztuczek, wciąż nie wiem, gdzie Wiedźma chowa zaczarowane jaje. Gdy poznam tę tajemnicę, wtedy ci łatwiej przyjdzie pokonać jędzę.
— Ale ja czekać nie chcę i nie mogę! — wykrzyknął Gunnar. — Weź mnie na swą
łódkę, razem popłyniemy do jej siedziby. Nie zabraknie mi męstwa ni siły, by stanąć w twojej obronie.
— Dobrze — zgodziła się Morska Dziewczyna widząc zapał i odwagę Gunnara. — Gdy minie dzień, wrócę tu do ciebie z gałązką cudownego drzewa i wtedy cię powiodę poza kraniec widnokręgu, na morze o falach błękitnych jak niebo. Jest to Morze Snu i Milczenia. Taka panuje na nim cisza, taki spokój bezmierny, że nawet fala nie pluśnie, ptak nie zaśpiewa, wietrzyk nie zawieje. Każdy, kto się zabłąka na jego wody martwe, nieruchome, zasypia snem nieprzespanym i już się więcej nie zbudzi. Tylko gałązka drzewa rosnącego u wejścia do podwodnego pałacu, w którym mnie więzi Wiedźma, może uchronić przed zaśnięciem na wieki. Nie waż się tedy sam tam płynąć, Gunnarze, bez gałązki cudownej. Czekaj tu na mnie do "jutrzejszej nocy. Zjawię się na pewno, a wtedy...
Nie dokończyła tych słów, gdy nagle z głębi ciemności zerwał się wicher potężny, a wzburzone fale zaczęły uderzać o skałę z głośnym pluskiem. Dziewczyna Morska zadrżała i zawołała ze zgrozą:
— To ona! Słyszę jej wołanie. Muszę wracać. Szuka mnie po tej stronie horyzontu. Nie może ciebie zobaczyć, Gunnarze! Gotowa cię zabić i zamienić w kamień, gdy cię tu odnajdzie. Masz tu żagiel z mojej łódki, nakryj się nim co prędzej, a staniesz się niewidzialny.
10
To mówiąc zarzuciła na głowę Gunnara płótno żagla, a sama wskoczyła do łódki i odpłynęła w dal rozjaśnioną blaskiem wstającej zorzy.
Tymczasem Wiedźma o Czerwonych Oczach pędziła niczym burza po morzu szukając Morskiej Dziewczyny. W świetle brzasku widział Gunnar z daleka, jak biegła po powierzchni wód niby po murawie depcąc olbrzymimi stopami kępy wodorostów. Wielka była jak góra, cała czarna, tylko ślepia miała czerwone, płonące krwawym ogniem. W ręku trzymała węża morskiego i wywijała nim niby biczem.
Wstąpiła na skałę, chwilę węszyła głośno, rozglądając się na wszystkie strony, w końcu warknęła wściekle:
— Nie ma jej tutaj. Ale ja ją znajdę, przede mną nie umknie. A kiedy ją schwytam, to mnie popamięta do końca życia. Odechce jej się samotnych wędrówek po morzu. Ale co to? Czuję ludzką duszę! Jakiś człowiek musi się tu ukrywać. Kim jest ten zuchwalec, co przepłynął sześć mórz nieprzebytych ?
Potężnymi nożyskami stąpała po głazach, zaglądała pod każdy załom skały, przetrząsała kępy trzcin, ale Gunnara nie znalazła, choć Mika razy otarła się o niego z bliska, aż mu dreszcz przebiegł po grzbiecie. Na szczęście, dobrze ukryty pod żaglową płachtą-nie-widką, bezpieczny był przed wzrokiem wiedźmy.
Wreszcie przeszukawszy całą rafę zaczęła się oddalać. Gnała jak wicher po zielonym morzu, aż zniknęła po drugiej stronie horyzontu.
11
Gunnar odetchnął z ulgą, zrzucił płachtę-niewidkę z ramion i usiadł na skale. Dzień wydał mu się długi nieskończenie, nie mógł się doczekać nocy i powrotu Morskiej Dziewczyny.
W końcu zmrok zapadł na morzu, w górze rozbłysły gwiazdy i księżyc zalśnił srebrnym blaskiem.
Czeka Gunnar noc całą, czeka do białego rana, Dziewczyny Morskiej jak nie ma, tak nie ma.
Pewnie ją więzi zła Wiedźma o Czerwonych Oczach — myśli Gunnar zrozpaczony — już ona do mnie nie wróci. Co teraz począć mam nieszczęsny, uwięziony na tej skale, bez łodzi, bez żagla, bez wioseł? Jak wyrwać Morską Dziewczynę z niewoli?
Kiedy tak siedział zatopiony w smutku i posępnych myślach, nagle przypomniał sobie o darze zimorodków. Wyjął piórko ptasie i zaczął je głaskać i obracać w palcach.
Jakież było jego zdumienie, gdy w tej samej chwili ujrzał przed sobą parę małych ptaszków trzepocących skrzydełkami. Kiwały główkami i ciekawie, bez lęku przyglądały mu się czarnymi oczkami.
— Witaj nam, Gunnarze! — przemówiły — co cię sprowadza do nas ? Mów śmiało, bowiem ten, kto przybywa od naszych drogich krewniaków zza morza, jest naszym przyjacielem.
Uradował się Gunnar na te słowa i opowiedział zimorodkom o swoich przygodach, o tym jak przepłynął sześć mórz nieprzebytych, jak się tu rozbił o skałę, jak spotkał Dziewczynę Morską i jak zla wiedźma niczym wicher pędziła za nią po morzu.
— Daremnie noc całą czekałem na Dziewczynę Morską. Świt biały nastał, a ona nie przybyła. Pewnie wiedźma zamknęła ją i więzi. Rozpacz mnie chwyta i gniew bezsilny, gdy pomyślę, że ona tam nieszczęśliwa oczy wypłakuje, próżno ratunku czeka, a ja na tej skale bezczynnie siedzę i nie wiem, co czynić, by ją z rąk straszliwej czarownicy uwolnić.
Wysłuchały zimorodki uważnie opowieści Gunnara, a gdy skończył, odezwały się w te słowa:
— Właśnie wracamy zza horyzontu. Tam z samego środka Morza Snu i Milczenia wyrasta samotna góra, a na jej szczycie jest otwór prowadzący aż na dno głębiny, do pałacu Wiedźmy o Czerwonych Oczach. Kiedyśmy przelatywały nad górą, słyszałyśmy jęki i skargi Morskiej Dziewczyny i wrzask czarownicy, która jej pilnuje. Morski krab, co ma tam swą kryjówkę, powiedział nam, że wiedźma nie odstępuje jej na krok, przywiązała Dziewczynę łańcuchem do łoża i bije ją biczem splecionym z morskich wężów za to tylko, że odważyła się wypłynąć ukradkiem na tę stronę horyzontu, na morze o falach zielonych jak trawa, i karmić ptaki morskie złotym ziarnem i słuchać wieści, jakie jej znosiły o tobie, Gunnarze.
— A więc wiedźma wie wszystko? — zawołał Gunnar z przestrachem.
— Ma ona swoich szpiegów pośród barwnych meduz, to one jej donoszą o wszystkim, co się dzieje na morzu.
— Choćbym miał zginąć najstraszniejszą śmiercią, muszę zgładzić Wiedźmę o Czerwonych Oczach! —wykrzyknął Gunnar wznosząc dłonie w górę.
12
— Pomożemy ci, Gunnarze, bo kochamy Dziewczynę Morską i nienawidzimy złej czarownicy — powiedziały zimorodki. — A teraz posłuchaj nas uważnie:
Ni ogień, ni woda, ni ostrze żelaza nie imają się Wiedźmy o Czerwonych Oczach. Nikt jej pokonać nie zdoła, każdego zamienią w głaz jej krwawe ślepia. Ale jest sposób jedyny, który może pozbawić ją życia.
— Jakiż to sposób, wyjawcie mi go, zaklinam! — zawołał Gunnar niecierpliwie.
— Na skraju widnokręgu, tam gdzie kończy się siódme morze o zielonych falach, na którym teraz przebywasz, jest wąska cieśnina. Jej nurty łączą się z wodami Morza Snu i Milczenia. Z obu stron cieśniny rozciągają się długie pasy lądu ocienione wysokim lasem. Z lewej strony rośnie las cedrowy, a z prawej — sosnowy. W cedrowym lesie stoi drzewo tysiącletnie, w jego pniu na pól spróchniałym ze starości znajduje się dziupla głęboka, a w tej dziupli spoczywa małe czarne jajeczko, w którym zaklęta jest dusza Wiedźmy o Czerwonych Oczach. Jeśli ktoś rozbije czarne jajeczko, w tej samej chwili jędza przestanie żyć. Ale jaja ukrytego w dziupli strzeże olbrzymi smok o stu oczach, co nigdy nie zasypia.
— Choćby i tysiąc miał oczu, ja się nie ulęknę! — zakrzyknął Gunnar. Muszę ocalić moją ukochaną! Ale jak tam dopłynąć bez tratwy, bez łodzi?
— O to się nie martw, już nasza w tym głowa — zaświergotały ptaszki i wydały przenikliwy gwizd, raz, drugi i trzeci.
Na ten zew zleciały się zewsząd ptaki morza, jezior i moczarów, dzikie łabędzie, żurawie, czaple siwe, białe, purpurowe i czarne, bociany klekocące długimi dziobami, śmigłe kormorany, pelikany, różowe flamingi, czerwone ibisy, dzikie orły-rybołowy, nawet biało-czarne pingwiny przyfrunęły z lodowych pól, a ile mew, czajek, rybitw krzykliwych, ile nurów, traczy, kurek wodnych, morskich gęsi, miękkopiórych edredo-nów! Tysiące, tysiące skrzydeł furkotało w powietrzu, a wciąż nowe roje nadlatywały z daleka.
— Bracia i siostry! — zawołały zimorodki. — Czy chcecie pomóc Morskiej Dziewczynie ?
— Zrobimy dla niej wszystko, co w naszej mocy! — odkrzyknęły ptaki. — Wiemy, że jest przyjaciółką ptasiego rodu. Czy grozi jej niebezpieczeństwo?
— Więzi ją Wiedźma o Czerwonych Oczach na Morzu Snu i Milczenia. Gunnar, Żeglarz Siedmiu Mórz, pragnie ją wyrwać z mocy złej czarownicy, lecz nie ma on ni łodzi, ni tratwy. Musimy mu pomóc.
— Nic łatwiejszego! — ucieszyły się ptaki. — Zaraz zbudujemy z naszych piór pływające gniazdo.
I w tej samej chwili jęły sobie wyrywać piórka, znosić w dzióbkach muł i wodorosty i lepić wielkie, okrągłe pływające gniazdo. Było tak piękne, tak lekko kołysało się na fali, że Gunnar aż krzyknął z zachwytu.
Kiedy wszystko już było gotowe, ptaki odleciały do swoich krajów, a zimorodki powiedziały do Gunnara:
— A teraz w drogę, nie ma chwili do stracenia! Nim słońce przejdzie pół nieba, musimy dotrzeć do cieśniny u skraju widnokręgu. Wsiadaj do łodzi, a oto twój żagiel — do-
13
dały wskazując dzióbkami płachtę-niewidkę, ów płat płótna, którym osłoniła Gunnara Morska Dziewczyna przed czerwonymi oczami Wiedźmy.
Usiadł Gunnar w pływającym ptasim gnieździe, rozwinął żagiel, zimorodki przycupnęły po obu bokach i tak razem ruszyli w/ drogę.
Pierzaste czółno pędziło niczym wiatr po siódmym morzu o falach zielonych jak trawa i wkrótce wpłynęło w wąską cieśninę na skraju widnokręgu.
— Teraz steruj na lewo, Gunnarze, tam gdzie las cedrowy — mówią zimorodki. Chwycił Gunnar pęk wielkich piór orlich, zanurzył w wodzie jak wiosło i skierował
łódź-gniazdo na lewo. Lekko, cicho dobili do brzegu zarosłego dzikim gąszczem drzew, krzewów i lian. Gunnar szybko wyskoczył na ląd, swoją ptasią łódkę uwiązał pędami lian i nie tracąc chwili zaczął sporządzać łuk i strzały. Gdy już setkę długich strzał obcio-sał ostrym krzemieniem, związał je mocnym łykiem, łuk zarzucił na plecy i ruszył w las, ą para zimorodków wskazywała mu drogę.
— Widzisz tam w dali ten wielki cedr na wpół spróchniały ze starości ? To w jego pniu ukryta jest dusza Wiedźmy o Czerwonych Oczach. Musisz teraz ostrożnie pod-kraść się doń, ale wpierw osłoń się płachtą-niewidką, by smok cię nie dostrzegł — poradziły ptaki.
Podpełzł Gunnar, jak mógł najciszej, w stronę cedru, lecz smok był czujny, posłyszał szmer i wyczołgał się z dziupli. Jego ryk zatrząsł lasem, aż szczyty drzew pochyliły się z przestrachu jakby przygięte wichrem. Potwór miał paszczę ziejącą ogniem, ze łba miotało iskry sto płonących ślepi, potężny ogon pokryty błyszczącą łuską walił z wściekłością o ziemię, aż dudniła głucho.
Porwał Gunnar łuk z pleców, założył strzałę, napiął cięciwę. Strzała pomknęła ze świstem i utkwiła w jednym ze stu ślepi smoka. Za nią druga i trzecia, dziesiąta, dwudziesta. Zawył potwór z bólu i zaczął się miotać wściekle na wszystkie strony, nie widząc, skąd wróg nadchodzi, bo płachta-niewidka dobrze skrywała Gunnara.
A on tymczasem szył weń strzałami bez przerwy, bez odpoczynku. Już dziewięćdziesiąt dziewięć ślepi potwora przebił ostrymi pociskami, zostało jeszcze setne, ostatnie. Założył Gunnar swą ostatnią strzałę na cięciwę, lecz, o zgrozo, cięciwa, pękła, nim zdążył strzałę wypuścić z łuku.
Ale mężny żeglarz nie stracił odwagi, wyrwał tęgie drzewko z ziemi, szybko jak błyskawica podbiegł do potwora i jednym ciosem powalił go trupem.
Gunnarze, dalej, w skok! Legł martwy straszny smok!'
— śpiewały zimorodki radośnie, kołując nad głową żeglarza.
A on dumny ze zwycięstwa już zniknął w olbrzymiej dziupli. Długo szukał czarnego jajeczka w grubej warstwie próchna zalegającego wnętrze pnia, już zrozpaczony stracił nadzieję, gdy nagle poczuł w dłoni mały, krągły kształt.
— To ono! Czarne jaje, a w nim przeklęta dusza złej Wiedźmy o Czerwonych Oczach!
14
- ** ■
Uradowany wyskoczył z dziupli, chwycił kamień i roztrzaskał jaje na miazgę. Głuchy jęk rozległ się w lesie, z dala od strony morza podniósł się szum złowrogi, jakby huragan rozszalał się w przestworzach. Potem wszystko ucichło, tylko ptactwo gnieżdżące się w koronach cedrów zaczęło śpiewać, świergotać, gwizdać, szczebiotać i wyciągać głośne trele jak podczas godów wiosennych. Wielka radość zapanowała na świecie, bowiem skończyło się panowanie okrutnej Wiedźmy, przed którą drżało wszystko, co żyje w morzu, w powietrzu i na ziemi.
— Teraz czym prędzej za siódme morze, na tamtą stronę horyzontu! — zawołał Gunnar pędząc co tchu w stronę łódki.
Gdy się tam znaleźli, ptaszki, jego wierni przewodnicy, pokiwały łebkami, poświer-gotały ze sobą, a potem rzekły mu te słowa:
— Nie puścimy cię, Gunnarze, za siódme morze bez gałązki cudownego drzewa. Wszak wiesz o tym, że każdy, kto się znajdzie na tamtych wodach, musi zapaść w sen nieprzespany, z którego się nie obudzi. Tylko gałąź czarodziejska zdolna jest odegnać odeń zły czar, jakim tchną fale tego morza. Musisz się zatem uzbroić w cierpliwość, a my tymczasem polecimy do siedziby Wiedźmy i uszczkniemy pęd z drzewa rosnącego na szczycie góry. Dopiero wtedy będziesz mógł wyruszyć w drogę.
Zasmucił się Gunnar głęboko, teraz bowiem, gdy sczezła już ze świata zła Wiedźma, każda chwila dzieląca go od uwolnienia Dziewczyny Morskiej wydawała mu się wiecznością. Ale nie było rady. Musiał czekać na powrót zimorodków, jeśli chciał żywy dotrzeć do swej ukochanej.
A ptaszki uniosły się w gorę wysoko i wkrótce znikły mu sprzed oczu.
Czas upływał powoli. Gunnar zaczął zrywać owoce mango, których tu rosła obfitość, zbierał żółwie jaja w nadbrzeżnym piasku, a kiedy się posilił, ułożył się w cieniu i zasnął głęboko.
Zbudziło go lekkie muśnięcie ptasich skrzydeł. Zerwał się z ziemi i z radością powitał swoich maleńkich przyjaciół. W dzióbkach trzymały gałązki cudownego drzewa, co chroniło przed snem nieprzespanym.
— Teraz naprzód! Bez zwłoki! — nagliły zimorodki. — Gdy krążyłyśmy nad górą pośrodku Morza Snu i Milczenia, słyszałyśmy jęki Dziewczyny Morskiej. Płakała głośno i wzywała ciebie, Gunnarze! Chciałyśmy ją pocieszyć, zapewnić, że czuwasz, że wkrótce ją uwolnisz, krzyczałyśmy, wołałyśmy w głąb czarnej czeluści wiodącej do podwodnego pałacu, ale głosy, jak wiesz, mamy słabe, ciche, więc nas pewnie nie mogła dosłyszeć.
Ścisnęło się serce Gunnarowi z żalu nad męką Morskiej Dziewczyny, bez słowa skoczył do łódki z piór ptasich i chwycił za wiosła, które sobie już przedtem sporządził z cedrowych konarów.
Łódź-gniazdko pomknęła jak błyskawica po falach i wkrótce dosięgła krańca wąskiej cieśniny dzielącej oba morza.
— Tędy biegnie horyzont — powiedziały zimorodki — po tamtej stronie rozciąga się Morze Snu i Milczenia. Teraz weź zamiast wioseł dwie gałązki cudownego drzewa, by cię nie opadła senność, na którą nie ma ratunku. Nawet' my musimy ulecieć wysoko w górę, by nie ulec złemu czarowi tych wód. Z wysoka będziemy ci wskazywać drogę.
16
Gdy dzielny Żeglarz Siedmiu Mórz przepłynął granicę horyzontu i znalazł się na Morzu Snu i Milczenia, chciał wydać okrzyk zdumienia, lecz głos zamarł mu w gardle i żaden dźwięk nie dobył się z ust młodzieńca.
Zapatrzony w cudowne zjawisko bezwiednie wypuścił z rąk czarodziejskie gałązki. Ogarnęło go nagle jakieś wielkie, łagodne znużenie, jakaś szczęśliwość niewymowna, dotąd nieznana. Bezmierna przestrzeń morza promieniała błękitem tak czystym, że zda się nie wody to były, lecz sam lazur roztopiony, jakby wysokie niebo zanurzyło się w tych toniach bezdennych. Gładkie jak zwierciadło tafle lśniły blaskiem nieziemskim, najmniejsza falka nie marszczyła spokojnej powierzchni, żaden plusk, powiew żaden nie mącił martwej ciszy. Milczało morze i niebo, a było to milczenie tak dziwne, że Gun-nar zadrżał przejęty lękiem i nagle poczuł, że powieki opadają mu na oczy, jakaś ociężałość obezwładnia ciało i nieprzeparta chęć snu nim owłada.
Wtem z góry opadły mu na ramię jak pierzaste kule dwa zimorodki, przestraszone, drżące. Szybko, szybko wcisnęły mu dziobkami w dłonie czarodziejskie gałązki i nim spostrzegł, co się stało, uleciały w górę.
I oto czar prysnął, senność go odbiegła, powróciły siły i chęć walki. Machnął Gunnar jedną gałęzią i drugą, zanurzył je w wodzie jak wiosła.
Raźno sunęła łódeczka po zwierciadlanej tafli i w końcu ujrzał Gunnar przed sobą wznoszącą się pośrodku morza wysoką górę. Przybił do urwistego brzegu i krętą ścieżką zaczął się wspinać na szczyt. Tu siedziały już zimorodki na gałęziach czarodziejskiego drzewa, które rosło u wejścia do podziemnej siedziby złej Wiedźmy.
Z głębi doleciało go ciche, żałosne łkanie. To płakała Dziewczyna Morska uwięziona, samotna, przykuta do łoża łańcuchem.
Drgnął Gunnar na ten dźwięk jak podcięty biczem i zaczął pospiesznie schodzić w głąb wąskim korytarzem wykutym w skale.
Oślizłe stopnie wiodły wciąż niżej i niżej, już znikł wszelki odblask światła z góry i czarna, gęsta ciemność zapanowała wokół. Wreszcie dotarł do zakrętu. Jeszcze kilka kroków przeszedł w mroku i stanął przed wielkimi wrotami zawartymi na głucho. Pchnął ciężkie podwoje i oto jego oczom ukazała się komnata cała wyłożona perłową masą. Blade światło sączyło się przez otwór w sklepieniu. Oślepiony, niepewny dokąd zwrócić kroki, zatrzymał się w progu, gdy wtem posłyszał cichy szept:
— To ty, Gunnarze? Wiedziałam, że mnie nie opuścisz, czekałam na ciebie dzień i noc. Ale już sił mi braknie. Wody, daj mi wody, umieram z pragnienia.
Pochwycił Gunnar dzban stojący u łoża Morskiej Dziewczyny i przytknął go do jej warg. Długo piła chłodny, ożywczy płyn, a z każdym łykiem wracały jej siły. A potem wzniosła doń błagalnie dłonie skute żelaznym łańcuchem i rzekła:
— Weź ten topór o ostrzu z diamentów, który tam wisi na ścianie, i przetnij mi więzy.
Pochwycił Gunnar topór diamentowy i przeciął gruby łańcuch jednym ciosem, a potem porwał swą ukochaną w objęcia i długo tulił do serca.
— Zabierz mnie stąd jak najprędzej — prosiła Dziewczyna Morska — nie chcę tu zostać dłużej ani chwili. Teraz, gdy zniknęła Wiedźma "o Czerwonych Oczach, gdy
2 — Bafnie z dalekich mórz
się rozwiała jak dym razem ze swymi wężami, mogę wrócić do mych rodziców kochanych, do dalekiej ojczyzny za siedmiu morzami.
Nie zwlekając chwili powiódł Gunnar swą miłą na szczyt góry, gdzie ich powitały wierne zimorodki, a potem wszyscy razem uzbrojeni w gałęzie czarodziejskiego drzewa przepłynęli szczęśliwie Morze Snu i Milczenia i dotarli do skały na siódmym morzu o falach zielonych jak trawa.
Tu pozostawili parę swych skrzydlatych przyjaciół, podziękowali im pięknie za pomoc i ruszyli w dalszą drogę na swej łódce pierzastej, lotniejszej niż wiatr. Przebyli bezpiecznie morze o barwie fiołków i morze o falach czarnych jak noc bez księżyca, i morze o falach czerwonych jak krew, i morze o falach żółtych niczym miód, przemknęli przez obszary morza białego jak mleko, przepłynęli przez morze lodowe, aż wreszcie dobili do brzegów porosłych gajami kwitnących krzewów i drzew. Była to kraina, w której władali rodzice Morskiej Dziewczyny. Nikt nie zdołałby opisać ich radości na widok cudownie ocalonej córki.
19
Wkrótce odbyły się zaślubiny Gunnara z Morską Dziewczyną, weselisko było huczne i ja na nim byłem, miód i wino piłem, a czegom się dowiedział, tom wam opowiedział.
A potem Gunnar sprowadził na zamek królewski swą matkę staruszkę i odtąd żyli sobie w szczęściu i radości.
Od tej też pory wszyscy ludzie w ich państwie jak długie i szerokie, i żeglarze pływający po siedmiu morzach, i każdy, kto słyszał o tej cudownej historii — wszyscy, wszyscy darzyli wierne zimorodki największą przyjaźnią i strzegli ich gniazdek.
O pięknej Inie, dzielnym Tuanie i Wyspie Znikąd-Donikąd
Baśń z mórz południowych
aleko na morzach Południa leżał atol maleńki jak pierścień z koralu, zewsząd oblany błękitnymi wodami tworzącymi u brzegów płytkie mielizny. Pośrodku atolu lśniło w blaskach słońca jeziorko pokryte kwieciem błękitnych lotosów.
Nad brzegiem jeziorka stała chatka z bambusu kryta palmowymi liśćmi. W tej chatce mieszkała uboga wdowa wraz ze swym synem Tuanem.
Pewnego razu poszła wdowa ze dzbanem po wodę do jeziora. Patrzy, a tu na liściach lotosu leży jak w gniazdku maleńka, śliczna dziewczynka i rzewnie płacząc wyciąga do niej rączki.
Zabrała wdowa dziewczynkę do chaty, utuliła, nakarmiła, napoiła i ułożyła do snu w kołysce z trzciny cukrowej.
Dziecko wyrosło po latach na piękną dziewczynę. Drugiej takiej nie było na calutkim świecie. Przybrana matka nadała jej imię Ina i kochała ją jak własną córkę, a młody Tuan nazwał ją Kwiatem Lotosu i świata poza nią nie widział, znosił jej najcudniejsze korale i konchy perłowe, pióra dzikich łabędzi i flamingów, naszyjniki z zębów rekina, grzebienie z szylkretu. Z dalekich morskich wypraw przywoził j-ej nanizane na sznury maleńkie białe muszelki, tkaniny barwione jak tęcza i maty tkane z najdelikatniejszych włókien białej tapy.
Kiedy czas nadszedł, rzekła wdowa do Iny:
— Pora pomyśleć o zaślubinach. Ciężko mi będzie na sercu, gdy opuścisz moją chatę, ale tak już jest na świecie, że dziewczyna idzie za tym, który jej przeznaczony na męża.
— Albo mi tu źle u ciebie, matko? — zaśmiała się Ina. — Nie chcę odchodzić. Tu jest moje miejsce i mój dom — dodała spoglądając na Tuana.
Słyszał to młody żeglarz i, nie posiadając się z radości, zawołał:
— A mnie byś nie chciała za męża, Ino, zrodzona z kwiecia lotosu?
— O niczym bardziej nie marzę — odpowiedziała Ina śmiało — od dawna serce moje należy do ciebie, Tuanie.
Szczęście i radość zapanowały w małej chatce nad laguną, wnet sproszono gości weselnych z daleka i z bliska na zaślubiny młodej pary. Gdy wszystko było już gotowe do uroczystej uczty, poszła Ina nad jezioro narwać kwiatów lotosu do wianka.
Wtem z rozłożystego drzewa mango rosnącego nad brzegiem wyskoczył zły czarodziej. Straszny był, cały porośnięty czarną szczeciną, z długą zmierzwioną brodą, z wielkimi zakrzywionymi pazurami. Zamiast nóg miał rybi ogon, a z ramion wyrastały mu czarne skrzydła.
— A tuś mi! Teraz mi nie ujdziesz! Od dawna na ciebie czekałem.
22
Krzyknęła Ina przerażona widokiem potwora i rzuciła się do ucieczki. Lecz było za późno. Wielkie, zakrzywione pazury czarodzieja pochwyciły ją jak piórko i uniosły w powietrze. Długo leciał z nią nad morzem, już zniknęły w oddali brzegi koralowego atolu i złoty piasek nad laguną, już tylko fale spienione kłębiły się w dole pod jej stopami, a pęd wiatru tłumił oddech w piersiach. Siły opuściły biedną Inę, w oczach jej pociemniało i już nic nie widziała ani nie słyszała.
Gdy się obudziła z omdlenia, leżał...
masmika