MAURICE DRUON
Pragnê raz jeszcze wyraziæ g³êbok¹ wdziêcznoœæ dla moich wspó³pracowników: Pierre'a de Lacrete³le, Georges'a Kessela, Chñstiane Gremillon, Madeleine Marignac, Gilberta Sigaux, Jose-Andre Lacoura za cenne rady udzielone mi przy opracowaniu tej ksi¹¿ki. Chcia³bym tak¿e podziêkowaæ pracownikom Biblioteki Narodowej i Archiwum Narodowego za nieodzown¹ pomoc w naszych pracach.
M.D.
Ca³a historia tego okresu
to walka na œmieræ i ¿ycie
legisty z baronem.
Prolog
Dnia 29 listopada 1314 roku, w dwie godziny po nieszporach, dwudziestu czterech jeŸdŸców w barwach Francji wypad³o cwa³em z zamku w Fontainebleau. Œnieg bieli³ leœne drogi, niebo by³o czarniejsze ni¿ ziemia; zapad³a ju¿ noc, a raczej - na skutek zaæmienia s³oñca - noc nieprzerwanie trwa³a od wczoraj.
Dwudziestu czterech jeŸdŸców nie zazna spoczynku przed œwitem; bêd¹ cwa³owaæ nazajutrz i w dnie nastêpne, jedni do Flandrii, inni do Angoumois i Gu-jenny, jeszcze inni do Dole we Franche-Comte, ci do Rennes i Nantes, tamci do Tuluzy, do Lyonu, do Aigues-Mortes, budz¹c po drodze bajlifów i seneszalów, prewotów, ³awników, kapitanów, g³osz¹c w ka¿dym mieœcie czy te¿ osadzie królestwa, ¿e król Filip IV Piêkny nie ¿yje.
Na wszystkich dzwonnicach poczn¹ biæ ¿a³obne dzwony, wielka, dŸwiêczna, ponura fala pop³ynie, rozszerzaj¹c siê, a¿ dosiêgnie wszystkich granic Francji.
Po dwudziestu dziewiêciu latach spi¿owych rz¹dów “król z ¿elaza” skona³, ra¿ony w mózg. Mia³ czterdzieœci szeœæ lat. Œmieræ jego nast¹pi³a w niespe³na szeœæ miesiêcy po zgonie stra¿nika pieczêci, Wilhelma de Nogaret, a w siedem miesiêcy po zejœciu ze œwiata papie¿a Klemensa V.
Tak oto jakby sprawdza³o siê przekleñstwo, jakie 18 marca ze szczytu stosu rzuci³ wielki mistrz templariuszy, który powo³a³ wszystkich trzech, aby zanim up³ynie rok, stawili siê przed S¹d Bo¿y.
Król Filip, w³adca nieugiêty, wynios³y, m¹dry i tajemniczy, tak zrós³ siê ze swoim krajem i tak górowa³ nad sw¹ epok¹, i¿ tego wieczoru wszyscy odczuli, ¿e przesta³o biæ serce królestwa. Narody nigdy jednak nie gin¹ z powodu œmierci jednego cz³owieka, choæby by³ najwybitniejszy; ich narodzinami i kresem rz¹dz¹ inne prawa.
Odt¹d imiê Filipa Piêknego oœwietl¹ w mroku stuleci tylko p³omienie stosów, na które ten monarcha rzuca³ swych wrogów, oraz iskrzenie siê z³otych monet, które kaza³ rzezaæ. Nader rych³o wszyscy zapomn¹, ¿e okie³zna³ mo¿now³adców, utrzymywa³ pokój w miarê mo¿noœci, reformowa³ prawa, wybudowa³ twierdze, aby mo¿na by³o bezpiecznie siaæ, zjednoczy³ prowincje, zwo³ywa³ zgromadzenia mieszczan, a przede wszystkim czuwa³ nad niezawis³oœci¹ Francji.
Zaledwie ostyg³a jego rêka, zaledwie zgas³a ta potê¿na wola, a ju¿ rozpêta³y siê d³ugo ujarzmiane lub zwalczane zawiedzione ambicje, prywaty, urazy, ¿¹dze zaszczytów, wp³ywów, bogactw.
Dwie grupy gotowa³y siê do bezlitosnej walki o w³adzê: z jednej strony reakcyjny klan baronów pod wodz¹ Karola de Yalois, brata Filipa Piêknego, z drugiej zwarta grupa najwy¿szej administracji, kierowana przez Enguerranda de Marigny, koadiutora zmar³ego króla.
Tylko silny monarcha móg³ unikn¹æ konfliktu, który k³u³ siê od miesiêcy, i tylko on móg³ by³ go rozstrzygn¹æ. Wstêpuj¹cy zaœ na tron dwudziestopiêcioletni ksi¹¿ê, Ludwik Nawarry, wydawa³ siê równie ma³o uzdolniony do rz¹dów, jak i sk¹po obdarzony przez los. Poprzedza³y go nies³awa zdradzonego ma³¿onka i przykre przezwisko K³ótliwego. ¯ycie jego ¿ony, Ma³gorzaty Burgundzkiej, uwiêzionej za wiaro³omstwo, mia³o byæ stawk¹ w rozgrywce dwóch rywalizuj¹cych ze sob¹ stronnictw.
Koszty walki mieli jednak ponieœæ równie¿ ci, którzy nic nie posiadali, nie brali udzia³u w biegu wydarzeñ, a nawet o niczym nie marzyli... Co wiêcej, zima roku 1314-1315 zapowiada³a siê jako zima g³odowa.
CZÊŒÆ PIERWSZA
POCZ¥TEK PANOWANIA
I - ZAMEK GAILLARD
Osadzony na kredowej skale ponad miasteczkiem Petit-Andelys, zamek Gaillard górowa³, panowa³ nad ca³¹ górn¹ Normandi¹.
Sekwana w tej okolicy zatacza szerok¹ pêtlê wœród soczystych ³¹k; zamek Gaillard czuwa³ nad dziesiêciu milami w górê i w dó³ biegu rzeki.
Ryszard Lwie Serce kaza³ go zbudowaæ przed stu dwudziestu laty, na przekór traktatom, rzucaj¹c tym wyzwanie królowi Francji. Widz¹c, jak stoi ukoñczony, wzniesiony na wzgórzu wysokim na szeœæset stóp, bielej¹cy œwie¿o ciosanym kamieniem, opasany podwójnym murem, patrz¹c na wysuniête ku przodowi szañce, kraty, blanki, barbakany, na trzynaœcie wie¿ i potê¿n¹ basztê, Ryszard wykrzykn¹³:
- Ach! Ten zamek to prawdziwy chwat!*[1]
Tak zosta³a ochrzczona budowla.
Wszystko zosta³o przewidziane dla obrony tego olbrzymiego prawzoru wojskowej architektury, szturm, atak czo³owy lub okr¹¿aj¹cy, osaczenie, wdarcie siê po drabinach, oblê¿enie, wszystko - prócz zdrady.
W siedem lat zaledwie po wybudowaniu twierdzy wpad³a ona w rêce Filipa Augusta, w czasie gdy odbija³ on królowi angielskiemu ksiêstwo Normandii.
Od tej chwili zamku Gaillard u¿ywano nie tyle jako placu boju, ile jako wiêzienia. W³adcy zamykali tu swych przeciwników, pozostawienie których na wolnoœci zagra¿a³oby racji stanu, zaœ skazanie na œmieræ mog³oby wywo³aæ zamieszki lub konflikty z innymi mocarstwami. Ka¿dy, kto przekracza³ zwodzony most tej cytadeli, mia³ ma³o szans, by ujrzeæ œwiat ponownie.
Ca³ymi dniami kruki kraka³y pod dachówkami, noc¹ wilki zbiega³y siê i wy³y u stóp murów.
W listopadzie 1314 roku zamek Gaillard, jego wa³y obronne i garnizon ³uczników s³u¿y³y wy³¹cznie do stra¿y nad dwoma kobietami: jedn¹ dwudziestoletni¹, drug¹ osiemnastoletni¹, Ma³gorzat¹ i Blank¹ z Burgundii, dwoma ksiê¿niczkami francuskimi, synowymi Filipa Piêknego, skazanymi na do¿ywotnie wiêzienie za zbrodniê wiaro³omstwa wobec ma³¿onków.
By³ to ostatni poranek miesi¹ca i w³aœnie godzina mszy.
Kaplica znajdowa³a siê za drugim murem. Osadzona by³a na skale. By³o tu ciemno i zimno; z nagich murów s¹czy³a siê wilgoæ.
Ustawiono tam tylko trzy krzes³a; dwa na lewo zajmowa³y ksiê¿niczki, jedno na prawo dowódca wartowni, Robert Bersumee.
Za nimi stali w szeregu zbrojni ¿o³nierze równie znudzeni, równie obojêtni, jakby ich zwo³ano na zbiórkê dla dostawy obroku. Œnieg, który wnieœli na podeszwach, topniej¹c tworzy³ wokó³ ¿ó³tawe ka³u¿e.
Kapelan zwleka³ z rozpoczêciem nabo¿eñstwa. Zwrócony plecami do o³tarza rozciera³ zgrabia³e palce o wyszczerbionych paznokciach. NajwyraŸniej jakaœ nieprzewidziana sprawa zak³óca³a jego pobo¿n¹ rutynê.
- Moi bracia - rzek³ - musimy w dniu dzisiejszym wznosiæ mod³y wielce gor¹co i wielce uroczyœcie. Odchrz¹kn¹³ i zawaha³ siê zak³opotany wag¹ tego, co mia³ oznajmiæ.
- Pan Bóg raczy³ powo³aæ do siebie duszê naszego umi³owanego króla Filipa. Ciê¿ki to cios dla ca³ego królestwa...
Obie ksiê¿niczki zwróci³y ku sobie twarze ujête w grube czepce z nie bielonego p³ótna.
- Niech wzbudz¹ skruchê w sercu ci, co wobec niego zawinili lub go obrazili - mówi³ kapelan - niech ci, co zachowali ¿al do niego za ¿ycia, b³agaj¹ dlañ o mi³osierdzie, którego ka¿dy umieraj¹cy czy to mo¿ny, czy niskiego stanu w równej mierze potrzebuje przed s¹dem Pana naszego...
Obie ksiê¿niczki pad³y na kolana i pochyli³y g³owy, aby ukryæ radoœæ. Nie odczuwa³y ju¿ ch³odu, nie odczuwa³y ju¿ trwogi ani w³asnej nêdzy. Zala³a je olbrzymia fala nadziei; a jeœli w milczeniu zwraca³y siê do Boga, to jedynie po to, aby mu dziêkowaæ, ¿e uwolni³ je od straszliwego œwiekra. Nareszcie, po siedmiu miesi¹cach wiêzienia w zamku Gaillard, dociera³a do nich ze œwiata dobra nowina.
W g³êbi kaplicy zbrojni szeptali, krêcili siê, przytupywali.
- Dadz¹ chocia¿ ka¿demu z nas po srebrnym soldzie?
- Niby ¿e król umar³?
- Ponoæ tak robi¹.
- Nic podobnego, nie wtedy jak król umar³; mo¿e na koronacjê nowego króla.
- A jak siê on bêdzie nazywa³, ten nowy król?
- Czy bêdzie wojowa³, ¿eby ruszyæ siê wreszcie z tego k¹ta?
Dowódca fortecy odwróci³ siê i rzuci³ im szorstko:
- Modliæ siê!
Wiadomoœæ stawia³a przed nim szereg problemów. Starsza bowiem z uwiêzionych by³a ma³¿onk¹ ksiêcia, który w³aœnie dziœ wstêpowa³ na tron.“Wiêc jestem stra¿nikiem królowej Francji” - mówi³ do siebie kapitan.
Urz¹d wiêziennego dozorcy cz³onków królewskiej rodziny nigdy nie by³ stanowiskiem do pozazdroszczenia. Robert Bersumee najgorsze chwile ¿ycia zawdziêcza³ tym dwóm skazanym, które przyby³y do niego pod koniec kwietnia z ogolonymi g³owami, w wózkach obci¹gniêtych kirem i pod eskort¹ stu ³uczników. Dwie m³ode kobiety, zbyt m³ode, by siê nad nimi nie litowaæ... piêkne, zbyt piêkne nawet w tych workowatych, zgrzebnych sukniach, ¿eby nie móc oprzeæ siê wzruszeniu, poznaj¹c je dzieñ po dniu przez siedem miesiêcy... A niech no by uwiod³y jakiegoœ sier¿anta z garnizonu i uciek³y albo jedna z nich powiesi³a siê lub œmiertelnie zachorowa³a czy te¿ niechby nast¹pi³ nag³y zwrot w ich losie, to zawsze on, Bersumee, bêdzie winny i ³ajany za zbytni¹ s³aboœæ lub zbêdn¹ surowoœæ; a w ¿adnym wypadku nie przyczyni siê to do jego awansu. Podobnie jak obie jego wiêŸniarki nie mia³ ochoty zakoñczyæ ¿ycia w tej cytadeli ch³ostanej wichrem, mokrej od mg³y, wybudowanej dla dwóch tysiêcy ¿o³nierzy, a licz¹cej obecnie nie wiêcej ni¿ stu piêædziesiêciu; nie chcia³ tkwiæ nad t¹ dolin¹ Sekwany, sk¹d dawno wycofa³a siê wojna.
Nabo¿eñstwo ci¹gnê³o siê, ale nikt nie myœla³ ani o Bogu, ani o królu: ka¿dy myœla³ tylko o sobie.
- Requiem aeternam dona ei Domine..*[2]. - zaintonowa³ kapelan.
Kapelan, dominikanin w nie³asce, którego do opustosza³ego wiêzienia wtr¹ci³ nieprzyjazny los i nadmierny poci¹g do wina, wci¹¿ œpiewaj¹c rozwa¿a³, czy zmiana na tronie nie przyczyni siê do polepszenia jego w³asnego losu.
Postanowi³ przez tydzieñ nie piæ, aby zjednaæ Opatrznoœæ i przygotowaæ siê do godnego przyjêcia ³askawej fortuny.
- Et lux perpetua luceat ei...*[3] - odpowiedzia³ kapitan.
Jednoczeœnie myœla³: “Nic mi nie mo¿na zarzuciæ. Wype³nia³em otrzymane rozkazy, to wszystko; ale nie znêca³em siê”.
- Requiem aeternam... - podj¹³ kapelan.
- To nie dadz¹ nam nawet pó³ litra wina? - szepn¹³ ¿o³nierz Gros-Guillaume do sier¿anta Lalaine'a.
Obie uwiêzione porusza³y jedynie wargami; nie œmia³y zdobyæ siê na najkrótszy respons; œpiewa³yby zbyt g³oœno i zbyt radoœnie.
Na pewno dnia tego we Francji w koœcio³ach znajdowa³o siê wielu ludzi, którzy op³akiwali króla Filipa lub mniemali, ¿e go op³akuj¹. W rzeczywistoœci jednak wzruszenie, nawet u nich, by³o tylko pewn¹ form¹ rozczulania siê nad w³asnym losem. Ocierali oczy, si¹kali, kiwali g³owami, bo wraz z Filipem Piêknym odchodzi³o ich w³asne ¿ycie, wszystkie lata spêdzone pod jego ber³em, prawie jedna trzecia wieku przypieczêtowana imieniem tego monarchy. Rozpamiêtywali w³asn¹ m³odoœæ, uœwiadamiali sobie w³asn¹ staroœæ i nagle ich jutro wydawa³o siê niepewne. Król, nawet w godzinie zgonu, jest dla osieroconego narodu god³em i symbolem.
Po skoñczonej mszy Ma³gorzata Burgundzka, przechodz¹c obok kapitana, rzek³a:
- Panie, ¿yczê sobie mówiæ z wami o sprawach wielkiej wagi, a dotycz¹cych was osobiœcie.
Bersumee odczuwa³ zak³opotanie, ilekroæ Ma³gorzata Burgundzka zwraca³a siê do niego i patrzy³a mu w oczy.
- Przyjdê wys³uchaæ was, Pani - odpowiedzia³ - natychmiast, jak tylko skoñczê obchód warty.
Rozkaza³ sier¿antowi Lalaine odprowadziæ uwiêzione niewiasty i doradzi³ mu szeptem zdwoiæ zarówno wzglêdy, jak i œrodki ostro¿noœci.
Wie¿a, w której wiêziono Ma³gorzatê i Blankê, sk³ada³a siê tylko z trzech wielkich okr¹g³ych komnat, identycznych i zbudowanych jedna nad drug¹. Ka¿da izba zajmowa³a ca³e piêtro i ka¿da mia³a komin z okapem i sklepiony sufit. Pokoje te ³¹czy³y krête schody, biegn¹ce w murze œlimacznic¹. Oddzia³ stra¿y zajmowa³ stale izbê na parterze, Ma³gorzata mieszka³a w komnacie na pierwszym piêtrze, Blanka - na drugim. Noc¹ grube, zamykane na k³ódkê drzwi oddziela³y obie ksiê¿niczki, w dzieñ mia³y one prawo siê widywaæ.
Kiedy sier¿ant je odprowadzi³, odczeka³y, a¿ u do³u schodów zazgrzyta³y zawiasy i zasuwy.
Potem spojrza³y na siebie i odruchowo podbieg³y ku sobie, wo³aj¹c:
- Umar³, umar³!
Œciska³y siê, tañczy³y, p³aka³y i œmia³y siê na przemian, niestrudzenie powtarzaj¹c:
- Umar³!
Zerwa³y p³ócienne czepce, potrz¹snê³y krótkimi sied-miomiesiêcznymi w³osami.
- Lustro! Najpierw chcê lustro! - wykrzyknê³a Blanka, jakby ju¿ za godzinê mia³a byæ wolna, a jedyn¹ jej trosk¹ by³ w³asny wygl¹d.
Na g³owie Ma³gorzaty niby he³m piêtrzy³y siê drobne, czarne loczki, zwarte i mocno skrêcone. W³osy Blanki odrasta³y nierówno prostymi, jasnymi kosmykami koloru s³omy. Obie kobiety instynktownie przesunê³y palcami po karkach.- Czy myœlisz, ¿e jeszcze mogê byæ ³adna? - zapyta³a Blanka.
- Jak¿e musia³am postarzeæ siê, je¿eli zadajesz mi takie pytanie! - odpar³a Ma³gorzata.
Ile¿ obie ksiê¿niczki musia³y znieœæ od wiosny! Tragediê w Maubuisson, s¹d króla! Potworn¹ kaŸñ swoich kochanków na wielkim placu w Pontoise! Ordynarne wrzaski mot³ochu, a póŸniej pó³ roku twierdzy, latem zaduch w rozpalonych murach, lodowaty ch³ód, gdy nadesz³a jesieñ, wiatr, co jêcza³ bez przerwy pod zrêbami murów, czarn¹ gryczan¹ polewkê podawan¹ im jako posi³ek, koszule szorstkie jak w³osiennice, a zmieniane raz na dwa miesi¹ce, nieskoñczenie d³ugie dni przed otworem w¹skim jak strzelnica, przez który - jak by nie ustawiæ g³owy - mog³y zobaczyæ zaledwie he³m ³ucznika chodz¹cego tam i z powrotem po trasie warty... wszystko to nazbyt wstrz¹snê³o charakterem Ma³gorzaty, aby - czu³a to i wiedzia³a - nie zmieniæ jej twarzy.
Zaledwie osiemnastoletniej Blance dziwna lekkomyœlnoœæ pozwala³a przeœlizgiwaæ siê w jednej chwili z rozpaczy w nieuzasadnione nadzieje; Blanka nagle przestawa³a szlochaæ, bo ptak zaœwiergota³ za murem, i wo³a³a zachwycona: “Ma³gorzato! Czy s³yszysz? Ptaszek!”... Blanka wierzy³a w znaki, we wszystkie znaki, i snu³a bez przerwy marzenia jak prz¹dki niæ z ko³owrotka; Blanka, byæ mo¿e, gdyby j¹ wyprowadzono z tej ciemnicy, mog³aby odzyskaæ swoj¹ cerê, spojrzenie i dawn¹ niefrasobliwoœæ - Ma³gorzata nigdy.
Od pierwszej chwili uwiêzienia nie wyla³a ani jednej ³zy, nie wypowiedzia³a ani jednej myœli œwiadcz¹cej o wyrzutach sumienia. Kapelan, który j¹ spowiada³ co tydzieñ, by³ przera¿ony t¹ zatwardzia³¹ dusz¹.Ani przez chwilê Ma³gorzata nie chcia³a uznaæ siê za winn¹ swego nieszczêœcia; ani na chwilê nie uzna³a, ¿e jako wnuczka Ludwika Œwiêtego, córka diuka Burgundii, królowa Nawarry i przysz³a królowa Francji zostaj¹c kochank¹ giermka, prowadzi niebezpieczn¹ i godn¹ nagany grê, za któr¹ mo¿e zap³aciæ utrat¹ czci i wolnoœci. Uwa¿a³a, i¿ jest niewinna, poniewa¿ wydano j¹ za cz³owieka, którego wcale nie kocha³a.
Nie poczuwa³a siê do swawoli; nienawidzi³a swych wrogów i wy³¹cznie przeciw nim kierowa³a bezsilny gniew; przeciw swej angielskiej szwagierce, która j¹ zadenun-cjowa³a, przeciw w³asnej rodzinie burgundzkiej, która jej nie broni³a, przeciw królestwu i jego prawom, przeciw Koœcio³owi i jego przykazaniom. A marz¹c o wolnoœci, natychmiast marzy³a o zemœcie.
Blanka objê³a ramieniem jej szyjê.
- Jestem pewna, moja mi³a, ¿e nasze nieszczêœcia siê skoñczy³y.
- Skoñcz¹ siê - odpar³a Ma³gorzata - pod warunkiem, ¿e bêdziemy dzia³aæ doœæ zrêcznie i szybko.
Mia³a w g³owie mglisty plan, który przyszed³ jej na myœl podczas mszy, ale jeszcze nie wiedzia³a, jak go zrealizuje. W ka¿dym razie chcia³a wykorzystaæ sytuacjê.
- Pozwolisz, ¿e sama bêdê rozmawiaæ z tym drabem Bersumee, chocia¿ wola³abym widzieæ jego g³owê na ostrzu dzidy ni¿ na jego karku - dorzuci³a.
Po chwili m³ode kobiety us³ysza³y zgrzyt odsuwanych zasuw u drzwi. W³o¿y³y czepce. Blanka stanê³a we wnêce przy w¹skim oknie; Ma³gorzata usiad³a na jedynym w komnacie sto³ku. Wszed³ dowódca twierdzy.
- Przychodzê, Pani, zgodnie z wasz¹ proœb¹ - powiedzia³. Ma³gorzata chwilê odczeka³a, mierz¹c go od stóp do g³ów, po czym rzek³a:- Panie Bersumee, czy wiecie, kogo od dziœ wiêzicie? Bersumee odwróci³ wzrok, jakby szuka³ czegoœ ko³o siebie.
- Wiem to, Pani, ja to wiem - odpowiedzia³ - i od dzisiejszego ranka ci¹gle o tym myœlê, od kiedy obudzi³ mnie jeŸdziec, który jecha³ do Cri¹ueboeuf i Rouen.
- Oto ju¿ siedem miesiêcy jestem wiêziona i nie mam ani bielizny, ani sprzêtów, ani przeœcierade³; jem tê sam¹ polewkê co wasi ³ucznicy i tylko godzinê w ci¹gu dnia pali siê u mnie w kominie.
- Wykonujê rozkazy pana de Nogaret, Pani - odpar³ Bersumee.
- Wilhelm de Nogaret nie ¿yje.
- Przekaza³ instrukcje króla.
- Król Filip nie ¿yje.
Odgaduj¹c, dok¹d zmierza Ma³gorzata, Bersumee odpar³:
- Ale Dostojny Pan de Marigny jeszcze wci¹¿ ¿yje, Pani, i on stoi na czele s¹dów i wiêzieñ, tak jak rz¹dzi wszystkimi sprawami królestwa, ja zaœ zale¿ê od niego we wszystkim.
- Czy jeŸdziec dziœ rano nie przywióz³ wam nowych rozkazów?
- Nie, Pani.
- Niebawem je otrzymacie.
- Czekam na nie, Pani.
Robert Bersumee wygl¹da³ na wiêcej ni¿ na swoje trzydzieœci piêæ lat. Mia³ zatroskan¹, zrzêdliw¹ minê, jak¹ chêtnie przybieraj¹ zawodowi ¿o³nierze, a która si³¹ nawyku staje siê ich zwyk³ym wyrazem twarzy. Na co dzieñ na terenie twierdzy nosi³ czapkê z wilczej skóry i star¹ bluzê z ¿elaznych kó³ek, trochê za luŸn¹, poczernia³¹ od t³uszczu i zwisaj¹c¹ wokó³ pasa. Brwi zbiega³y mu siê u nasady nosa.Na pocz¹tku niewoli Ma³gorzata ofiarowywa³a mu siê prawie bez wybiegów, w nadziei, ¿e pozyska sojusznika. On zaœ uchyla³ siê od wszelkich awansów nie tyle z cnotliwoœci, ile ze wzglêdu na ostro¿noœæ. Mia³ jednak urazê do Ma³gorzaty z powodu przykrej roli, jak¹ mu przysz³o odgrywaæ. Dziœ rozwa¿a³, czy tym roztropnym zachowaniem siê zas³u¿y³ osobiœcie na ³askê czy na naganê.
- Wcale mi nie by³o przyjemnie, Pani - odpar³ - stosowaæ taki regulamin wobec kobiet... i to tak wysokiego rodu jak wy.
- Wyobra¿am to sobie, panie, wyobra¿am - odpowiedzia³a Ma³gorzata - bo przeczuwam w was rycerza, a takie traktowanie, jakie wam nakazano, musia³o w was wzbudziæ odrazê.
Dowódca twierdzy pochodzi³ z gminu, us³ysza³ wiêc z przyjemnoœci¹ s³owo: rycerz.
- Tylko, panie - mówi³a dalej uwiêziona - tylko mêczy mnie to ¿ucie drewna, ¿eby zachowaæ bia³e zêby, i smarowanie r¹k s³onin¹ z zupy, ¿eby skóra nie popêka³a od ch³odu.
- Rozumiem Pani¹, rozumiem.
- Bêdê wam wdziêczna, je¿eli od dziœ bêdziecie mnie chroniæ od mrozu, robactwa i g³odu.
Bersumee zwiesi³ g³owê.
- Nie mam rozkazu, Pani.
- Przebywam tu tylko na skutek nienawiœci, jak¹ ¿ywi³ do mnie król Filip, a jego œmieræ wszystko niebawem zmieni - podjê³a z ogromn¹ pewnoœci¹ siebie Ma³gorzata. - Czy¿ macie czekaæ, a¿ rozka¿¹ wam otworzyæ przede mn¹ bramy, aby okazaæ nieco wzglêdów królowej Francji? Czy nie myœlicie, ¿e postêpujecie nader nierozs¹dnie i wbrew w³asnym interesom?Wojskowi czêsto grzesz¹ wrodzonym brakiem w³asnej decyzji i to sk³ania ich do pos³uszeñstwa, ale jest równie¿ powodem wielu przegranych bitew. Choæ Bersumee ³atwo przeklina³ podw³adnych i mia³ chybk¹ do razów rêkê, nie odznacza³ siê inicjatyw¹ w nieprzewidzianych sytuacjach.
Pomiêdzy uraz¹ kobiety, która twierdzi³a, ¿e jutro bêdzie wszechw³adna, a gniewem Dostojnego Pana de Marigny, który by³ wszechw³adny dziœ, na jakie ryzyko mia³ siê nara¿aæ?
- Chcia³abym równie¿ - mówi³a Ma³gorzata - abyœmy obie z Pani¹ Blank¹ mog³y wyjœæ na jedn¹ lub dwie godziny poza obrêb tych murów pod wasz¹ opiek¹, o ile to uwa¿acie za wskazane, i zobaczyæ coœ wiêcej ni¿ blanki na murach i w³ócznie waszych ³uczników.
Pospieszy³a siê i posunê³a za daleko. Bersumee zwietrzy³ podstêp. Bêd¹ce pod jego nadzorem niewiasty staraj¹ siê nawi¹zaæ kontakty na zewn¹trz twierdzy, a mo¿e nawet przemkn¹æ mu siê miêdzy palcami. To¿ to znaczy, ¿e wcale nie s¹ tak pewne swego powrotu na dwór.
- Poniewa¿ jesteœcie królow¹, Pani, pojmiecie, ¿e muszê byæ wierny królewskiej s³u¿bie - powiedzia³ - i nie mogê naruszaæ wydanych instrukcji.
Po czym wyszed³, by unikn¹æ dalszej dyskusji.
- To pies - wykrzyknê³a Ma³gorzata - zwyk³y brytan, który umie tylko szczekaæ i k¹saæ!
Zrobi³a fa³szywy krok, a teraz wœcieka³a siê, biegaj¹c po okr¹g³ej komnacie.
Bersumee ze swej strony te¿ nie by³ zadowolony. “Trzeba wszystkiego oczekiwaæ, jak siê jest stra¿nikiem królowej” - mówi³ sobie. Zaœ dla zawodowego ¿o³nierza oczekiwaæ wszystkiego, znaczy przede wszystkim oczekiwaæ inspekcji.
II - DOSTOJNY PAN ROBERT d’TARTOIS
Topniej¹cy œnieg kapa³ z dachów. Wszêdzie zamiatano, wszêdzie sprz¹tano. W pomieszczeniu stra¿y chlusta³a woda wylewana z wiader obfitymi strugami na kamienne p³yty. Smarowan...
Sabaidee