Child Maureen - Klan Fortune'ów 06 - Podwójna niespodzianka.pdf

(534 KB) Pobierz
Did You Say Twins?!
M AUREEN C HILD
Podwójna niespodzianka
Tytuł oryginału
Did You Say Twins?!
109744279.001.png 109744279.002.png
ROZDZIAŁ PIERWSZY
- No, dobrze - mruknął do siebie sierżant Sam Pearce,
przeczesując wzrokiem teren, który składał się z ciągnących
się po horyzont półek. - Do boju.
Starsza pani, która weszła do sklepu zaraz za nim, wje-
chała mu wózkiem w plecy. Gdy się odwrócił, posłała mu
piorunujące spojrzenie.
- Bardzo panią przepraszam - powiedział odruchowo.
- Na litość boską - pokiwała głową tak energicznie, że
różowy kapelusik zjechał jej aż na czoło. - Nie uczą was
w wojsku, że nie należy tarasować przejścia?
- Służę w piechocie morskiej, proszę pani - poprawił ją,
próbując jednocześnie powściągnąć grymas wywołany tą
niezamierzoną zniewagą.
Przecież dla cywila, powtórzył sobie w myślach po raz nie
wiadomo który, żołnierz piechoty morskiej to praktycznie to
samo, co marynarz czy kadet szkoły morskiej.
Starsza pani poprawiła kapelusz, a potem wpiła w niego
zmrużone, bladobłękitne oczy.
- Synu - warknęła. - Możesz być sobie samym kapita-
nem Nemo. Mnie obchodzi tylko to, że przez ciebie mogę się
spóźnić na bingo.
Rany, lepiej zejść z drogi kobiecie, której przyświeca ja-
kieś posłannictwo.
- Oczywiście, proszę pani - powiedział i odsunął się na
bok.
Westchnęła teatralnie i wyminęła go. Usłyszał jeszcze:
- Idiota. Mężczyźni powinni mieć zakaz wstępu do skle-
pów. Tylko zawadzają.
W tej kwestii zupełnie się z nią zgadzał. Nie miał jednak
wyjścia. Odsunął się jeszcze bardziej na bok, żeby nie tara-
sować drogi następnemu wózkowi. Młoda matka z wrzesz-
czącym dwulatkiem posłała mu pełen udręczenia uśmiech
i poszła dalej.
Rzeczywiście przeszkadzał. Chyba nie było rzeczy, której
nie znosił bardziej niż robienia zakupów. Dlatego zwykle
kupował najpotrzebniejsze rzeczy w sklepiku na rogu. Da się
żyć na hot dogach i mrożonych burrito. Lecz jego życie miało
właśnie ulec zmianie. Złapał wolny wózek. I nic nie można
na to poradzić, prawda?
Dłonie na zimnej, metalowej poprzeczce zacisnął tak moc-
no, jakby chciał ją zmiażdżyć. Powiedział sobie pod nosem,
że potraktuje te zakupy jak militarną akcję. Zbada teren,
odszuka to, co mu potrzebne, i wyniesie się stąd jak najszyb-
ciej. Miejmy nadzieję, że żywy.
- Patrzcie, patrzcie, kogo ja widzę - usłyszał zza pleców
gardłowy kobiecy głos. Westchnął.
Znał ten głos. Właściwie nie miał wyboru, musiał się poddać
temu, co nieuniknione. Obrócił się i zmusił do uśmiechu.
- Witam szanowną panią - powiedział i skinął lekko głową.
- Szanowną panią? - powtórzyła Leeza Carter i nieta-
ktownie parsknęła śmiechem. - Stary, przecież jesteśmy pra-
ktycznie rodziną.
Och, trochę się zapędziła, pomyślał Sam. Leeza wdarła się
w życie rodziny Fortune'ow w chwili, gdy przyjechała do
San Antonio z Lloydem Wayne'em Carterem. Wkrótce po-
tem Lloyd, były mąż Mirandy Fortune, przyszedł na rodeo
i zaczął się popisywać. Próbował ujeździć dzikiego mustan-
ga. Zginaj na miejscu. Po tym wypadku wszyscy myśleli, że
Leeza wyjedzie.
Ale jej było się równie trudno pozbyć, jak gumy do żucia
przylepionej do podeszwy buta. I była tak samo ponętna.
Miała tlenione włosy i wyblakłe, fiołkowe oczy. Kiedyś po-
siadała być może figurę Mae West, ale teraz niewiele z tego
zostało. W swoich najlepszych latach była kociakiem, który
uganiał się za kowbojami jeżdżącymi od rodeo do rodeo.
Teraz była już tylko wyliniałą bezpańską kocicą.
- Robisz zakupy, co? - zapytała, zerkając to na niego, to
na jego pusty wózek.
- Owszem, proszę pani. I lepiej będzie, jeśli się już do
tego zabiorę. Pani wybaczy.
Nie chciał być niegrzeczny, ale nie miał zamiaru tracić
czasu na rozmowy z kobietą, której nie darzył nawet odrobi-
ną sympatii. Ani na zastanawianie się, co też jej chodzi po
głowie. Skupił się na tym, co go tu przywiodło.
Rozglądał się dookoła, unikając jednocześnie kolizji z in-
nymi wózkami. Spojrzał na wiszące pod sufitem tablice.
„Przybory toaletowe", „artykuły papiernicze", „higiena ko-
bieca". Dobry Boże. Cóż, przynajmniej tę ostatnią alejkę
mógł sobie podarować.
Z głośników sączyła się neutralna muzyka, co jakiś czas
przerywana ogłoszeniami o promocjach. Dzieciaki płakały
i domagały się prezentów, matki ucinały sobie pogawędki
między półkami. Lecz do Sama prawie nic z tego nie docie-
rało. Ze stoickim spokojem szukał pewnej konkretnej alejki.
A jednocześnie zachodził w głowę, jak to się mogło stać, że
się tutaj znalazł.
Michelle Guillaire zatrzymała wózek i zapatrzyła się
w półkę z wypiekami. Postawiła sobie w duchu pytanie, czy
jej dieta trwa już wystarczająco długo.
- Gdy Michelle je tylko warzywa i ma szlaban na słody-
cze - mruknęła - robi się wyjątkowo zrzędliwa.
Po czym uśmiechnęła się do siebie i sięgnęła po pudełko
pączków oblanych czekoladą.
Trzeba mieć nie po kolei w głowie, żeby w nagrodę za
zrzucenie trzech kilogramów kupować sobie coś niezdrowe-
go do jedzenia, ale w tym momencie była zbyt głodna, żeby
się nad tym zastanawiać. Szybko rozerwała opakowanie, wy-
ciągnęła pączka i zatopiła w nim zęby. Po czym, z nowym
zapałem, ruszyła na poszukiwanie pozostałych rzeczy, które
powinna kupić.
Dobrze jest znowu znaleźć się wśród ludzi. Ostatnio zde-
cydowanie za dużo czasu spędzała w biurze, przy kompute-
rze. Uśmiechnęła się do dziewczynki, która była zajęta bez-
skutecznymi próbami ściągnięcia na siebie uwagi matki. Mi-
Zgłoś jeśli naruszono regulamin