BONES - Nowe życie ale inne niż wyśnione.doc

(294 KB) Pobierz

Fanfiction

Nostalgia

 

Część I

15 Listopada 2008
Od tamtych wydarzeń minął prawie rok. Teraz czuję się lepiej, wróciłam do pracy. Cały czas jednak biorę immunosupresydy, czyli leki zapobiegające odrzuceniu obydwu przeszczepów. Jestem również pod stałą opieką lekarza kardiologa. Nie wolno mi się jeszcze zbyt męczyć, muszę unikać stresu. W mojej sytuacji to trudne.
Czasem sięgam do szuflady i wyciągam jego list. Można powiedzieć, że wyuczyłam się go niemal na pamięć. Pismo powoli zaciera czas a ja wciąż próbuje na nowo zrozumieć tamte zdarzenia.
Dokładnie pamiętam moment gdy dowiedziałam się prawdy. List upadł na podłogę a ja zaczęłam płakać. Kiedyś trudno było mi się przyznać do tego, że ja również mam uczucia i że mogę czasem uronić łzę. Dzisiaj wiem, że to normalna ludzka rzecz. Wtedy popłynęły strumienie łez, nawet większe niż w momencie kiedy dowiedziałam się, że mam białaczkę. Czytuję ten list raz po raz, zastanawiając się czy zasłużyłam na taki dar z jego strony. Pierwsze miesiące były istnym koszmarem. Nie mogłam pogodzić się z tym, że on dobrowolnie poddał się operacji. Ta myśl zatruwała życie, które dzięki niemu odzyskałam. Na szczęście była przy mnie Angela, która nie pozwoliła abym doszczętnie postradała zmysły.
Wreszcie udało mi się przyjąć ten fakt do wiadomości. Musiałam zacząć normalnie żyć. Seeley odszedł a ja zostałam. Chciałam żyć dla niego, by to co zrobił nie poszło na marne. Nie wolno mi go zawieść. Jakaś część mnie nadal go kocha i nie pozwala zapomnieć. Co więcej, ja nie chcę zapomnieć. Nie chce zapomnieć mężczyzny, który potrafił wzbudzić we mnie normalne, ludzkie uczucia. Dzięki niemu nauczyłam się kochać, choć sama o tym nie wiedziałam. Jemu zawdzięczam to, że dzisiaj jestem otwarta na ludzi i prościej jest mi nawiązać z nimi przyjazne kontakty. Przychodzi mi to dużo łatwiej niż kiedyś. Zmieniłam się i to widać. Angela mówi, że to dobrze. W duchu przyznaję jej rację. Teraz dopiero widzę co straciłam myśląc wyłącznie w kategoriach naukowych. Zaczęłam oglądać telewizję choć rok temu wyśmiałabym tego, który by mi powiedział, że jestem w stanie zmienić moje przyzwyczajenia. Dziś śmieję się z tamtej Temperance. Ona powoli przestaje istnieć, a ja patrzę na świat w ciepłych kolorach. A to wszystko dzięki niemu. Czasem zastanawiam się jakby wyglądała nasza wspólna przyszłość. Czy bylibyśmy szczęśliwi? Czy wytrzymalibyśmy ze sobą? Na te i wiele innych pytania już nikt mi nie odpowie. Tamto gwałtowne uczucie, które wybuchło dosyć nieoczekiwanie po trzech latach wzajemnego docierania się, bardzo mnie zaskoczyło. Nie żałowałam jednak ani jednej chwili, które nastąpiły później. Mogłabym powiedzieć, że byłam wtedy najszczęśliwszą kobietą na świecie. To szczęście niestety odeszło, ale pozostały piękne wspomnienia. Nadal noszę na palcu pierścionek, który od niego dostałam. Może i to trochę dziwne, ale dla mnie ten przedmiot stanowi jedną z niewielu pamiątek, które mi zostały. Angela mówi, że to odstrasza potencjalnych adoratorów, ale ja nie dbam o to. Jeśli kiedyś spotkam jeszcze mężczyznę, który będzie gotów na ten związek, będzie musiał zaakceptować to, że część mojego serca przeznaczona jest dla Seeleyego. Po prostu nie będzie miał wyjścia. To brzmi trochę egoistycznie, ale cóż ja na to poradzę.
W pracy układa mi się całkiem nieźle. Instytut Jeffersona nadal współpracuje z FBI, w sprawach gdzie zwykłe metody okazują się zawodne. Początkowo sprzeciwiałam się przydzieleniu mi nowego partnera, ale w końcu uległam namowo Cullena. I chyba nie mogłam zrobić gorszej rzeczy. Agent, który został mi przydzielony już w pierwszym dniu o mało nie przyprawił mnie o zawał. Wiedziałam, że drugiego Agenta Specjalnego Bootha z niego nie będzie, ale tego się nie spodziewałam. Brendan McMillan był z wykształcenia biochemikiem i myślał, że wyzjadał wszystkie rozumy. Na samym początku powiedział, że nie podobają mu się moje metody. Odparłam, że gdy jeszcze pracowałam z Seeleym, to wszystko było w porządku. Dla McMillana najwyraźniej nie. Po miesiącu czy dwóch, złożyłam pisemne odwołanie do dyrektora FBI. Czarno na białym napisała, że współpraca McMillana i moja nie układa się najlepiej i dobrze by było, gdyby przydzielono mnie innemu agentowi. Cullen najwyraźniej doszedł do wniosku, że lepiej będzie mi się pracowało z kobietą. Agentka Specjalna FBI Karen Hawk okazała się na tyle uprzejma, że nie wtrącała się w teren mojej jurysdykcji a ja nie właziłam z butami na jej terytorium. Z wykształcenia była prawniczką. Ona zajmowała się stroną prawną i przesłuchaniami, a ja tym co zwykle – kośćmi. Nasza współpraca układała się poprawnie, ale do czasu. Podobno ona sama zrezygnowała. Jakoś nie bardzo w to wierzę, ale nie mnie to osądzać. Dopiero gdy dowiedziałam się kto ma ją zastąpić zaczęłam składać elementy układanki. Różnie go nazywaliśmy – Orzeszek bądź Zardzewiały Miecz. Tak. Agent Specjalny Timothy „Sully” Sullivan został moim nowym partnerem. Za pierwszym razem myślałam, że się przesłyszałam. Niestety, moje marzenia się nie spełniły. W istocie mieliśmy razem pracować. Cullen był nieugięty, ale domyślam się, że to Sully pociągnął za pewne sznurki i dostał to czego chciał. Chyba dobrze pamiętał tamten ból złamanego nadgarstka bo się do mnie nie próbował przysta-wiać. Może chciał uchronić drugi przed poturbowaniem? Nigdy nie pytałam. Angela o mało nie spadła z krzesła gdy jej powiedziałam kogo mi przydzielili. Jej sceptyczne nastawienie pogłębiło tylko niechęć do nowego partnera. Męczę się z nim już drugi miesiąc. Powoli nabiera biegłości w tym czym ja się zajmuje. Może będę niesprawiedliwa mówiąc, że nigdy nie dorówna w tym Seeleyemu. Mam tylko nadzieję, że nie będzie próbował go zastępować na siłę.
Angela i Jack, po dosyć długim okresie narzeczeństwa, wreszcie postanowili wziąć ślub. Nie ukrywam, że bardzo cieszy mnie szczęście przyjaciółki. Nie widzą świata po za sobą. Nie życzę im tylko, aby byli zmuszeni do przejścia tego co ja i Seeley. Nie zasługują na to. Mam nadzieję, że będą potrafili się odnaleźć w tym zwariowanym świecie.
Zgodnie z życzeniem Seeleyego postarałam się o to aby Parker poznał mnie lepiej. Udało mi się z nim zaprzyjaźnić. To naprawdę bystry chłopak, zupełnie jak jego tata. Nawiązałam też jako taki kontakt z jego matką. Czasem gdy braknie jej czasu, podrzuca Parkera do mnie do laboratorium lub do mojego mieszkania. Bawimy się razem wyśmienicie. Kiedyś sądziłam, że nie mam podejścia do dzieci a dzisiaj marzę o własnym. Ale w mojej sytuacji to niebezpieczne. Ciągle jestem na lekach, a chemia mogłabym zaszkodzić dziecku. Cieszę się tym, że mogę trochę czasu spędzać z synem Seeleyego. Parker jest bardzo żywy i zadaje wiele pytań na które nie zawsze umiem odpowiedzieć. Zaczął też interesować się nauką. Mały bardzo polubił Angelę, która pilnie przygotowuje się do tego, że za jakiś czas na świat przyjdzie jej własny dzidziuś. Dwa dni temu mi powiedziała, że jest w czwartym tygodniu ciąży. Cieszę się, że wszyscy wokół są szczęśliwi. Ja nie muszę. Wystarczy mi uśmiech na twarzach przyjaciół.
Czasem zastanawiam się czy on jest gdzieś obok mnie. Nikt nie jest w stanie udzielić mi odpowiedzi. Wspominam go z pogodnym uśmiechem na twarzy i analizuję jego słowa: „Cieszę się, że życie nie jest wieczne, bo wiem, że kiedyś się jeszcze spotkamy. Na tamtym świecie lub w przyszłym wcieleniu.” – to mi daje nadzieję.

Tempe odłożyła długopis na biurko. Dużo czasu poświęciła na rozmyślania o tym co odeszło w przeszłość. Chciała się do końca oczyścić z tamtych wydarzeń. Wreszcie się udało. Praca znów przynosiła jej satysfakcję. Mimo, że jej współpraca z Sullym nie układała się czasem najlepiej starała się dostrzec pozytywne aspekty tego układu. Seeleyego nie było, a przed nią, choć tego nie chciała, otwierały się całkiem nowe drzwi. W tym momencie jednak nie chciała o tym myśleć. Zamknęła notatnik i wstała.
- Hej Słodziutka. – Angela wmaszerowała do gabinetu.
- Hej Angie. Stało się coś?
- Nic oprócz tego, że Jack już szaleje za tym dzieckiem, chociaż jeszcze się nie urodziło.
- Ja mu się nie dziwię. W końcu pierwszy raz zostanie ojcem.
- Już planuje czego go nauczy itp. Wymyślił już dla niego imię, jeśli okaże się, że to chłopiec.
- Jakie?
- Seeley.
Tempe zatrzymała się w pół kroku. Na chwilę zaszkliły się jej oczy.
- Myślę, że Seeley by nie protestował.
- Jack jest tego pewny. O której masz wizytę u kardiologa?
- O piętnastej.
- Jest trzynasta. Wybierasz się dokądś?
- Tak.
- Na cmentarz? – Angela popatrzyła ze współczuciem na przyjaciółkę.
- Po co pytasz skoro wiesz?
- Tempe ja ci się bronię tam chodzić, ale powinnaś wreszcie zacząć żyć. Zakochać się i być szczęśliwą.
- Angie, jeśli się zakocham dowiesz się o tym pierwsza.
- Ale kiedy to będzie?
- Przyjdzie odpowiedni moment. Uwierz mi.
- Wierzę.
- Cieszę się. Idź, przypilnuj Hodginsa, żeby nam z tej radości nie rozniósł Instytut na strzępy.
Tempe wyszła z gabinetu trzymają kluczyki do samochodu w dłoni. Niebo było szare i ponure. Nie wróżyło to nic dobrego. Cmentarz prezentował równie ponuro. Zszarzała trawa pokrywała ziemię. Na niektórych grobach można było spostrzec świeże kwiaty. Bones spotkała po drodze tylko kilka osób. On spoczywał po rozłożystym, dumnym dębem. Tempe w milczeniu przeczytała napis wygrawerowany na płycie nagrobkowej:
„Amor vincit omnia – miłość zwycięża wszystko”
Ilekroć tu przychodziła, zawsze żałowała, że nie było jej tu gdy go chowano. Uniemożliwił jej to stan zdrowia i śpiączka, w której utrzymywali ją lekarze.
W tym momencie zadzwonił jej telefon. Nacisnęła zieloną słuchawkę i przyłożyła aparat do ucha. Po drugiej stronie linii słyszała dziwne trzaski i pocharkiwania. Zignorowałabym to gdyby nie fakt, że takie telefony powtarzały się coraz częściej a ona miała złe przeczucia.

 

Część II

- Powiedzieli mi, że cię tu znajdę – usłyszała znajomy głos. Sully stał jakieś trzy metry z nią.
Zmierzyła go ponurym wzrokiem.
- Jeśli cię to uspokoi nie przychodzę tu, żeby się kłócić.
- Jak miło. A po co przyszedłeś?
- Tęsknisz za nim? – odpowiedział pytaniem.
- Nie twój interes.
- Tylko pytam.
- Owszem, tęsknie. To coś złego?
- Nie. Mnie też go brakuje.
Milczeli przez chwilę.
- Dostaliśmy kolejną sprawę – powiedział bez ogródek.
- Mów.
Tempe zaczęła iść w stronę samochodu.
- Ciało znalazł administrator. Przedtem w tym mieszkaniu odbywały się jakieś całonocne im-prezki i balangi. Nagle cisza. Z dnia na dzień wszystko się uspokoiło. Sąsiedzi myśleli, że to tylko chwilowe i dopiero po jakimś czasie zawiadomili firmę opiekującą się budynkiem, że coś podejrzewają.
- Ile czasu zwlekali?
- Coś około miesiąca.
- Dosyć długo. Przywieź go do Jeffersonian.
- Nie jedziesz ze mną?
- Mam wizytę u lekarza.
* * *
Tempe przesunęła swój identyfikator przez elektroniczny czytnik i weszła na platformę. Hodgins i Cam zawzięcie o czymś dyskutowali. Nie było ani śladu po Angeli.
- Możemy zaczynać?
- Pani pierwszeństwo dr Brennan.
- Temu osobnikowi poodpadały pewne części ciała, a jedną z nich jest…
- Lepiej nie kończ, Jack. – Tempe się uśmiechnęła.
- Okej. Tę wisienkę z tortu zostawię na później.
- Mężczyzna. Od dwudziestu pięciu do trzydziestu lat. Widać uraz głowy. Wątpię aby on był przyczyną śmierci, ale nie zaszkodzi sprawdzić. Sądząc po budowie czaszki i pozostałościach jego twarzy mógł być to przypuszczalnie Latynos. Popatrzcie tutaj. – wskazała na otwory w miejscu gdzie powinny być łokcie. – prawdopodobnie zostały przestrzelone na wylot. Może znajdą się jakieś ślady. Jedno ramię jest trochę poszarpane a na fragmentach skóry jest jakiś wzór.
- Tatuaż? – podsunęła Camille.
- Być może. Angela powinna go poskładać. A właśnie gdzie ona jest?
- Okupuje łazienkę – odparł Jack
- Domyślam się dlaczego.
- Jak tylko go zobaczyła od razu zniknęła.
- Nie martw się. To dopiero początek.
- Możemy wrócić do sprawy? – odezwała się dr Saroyan
- Oczywiście. Na skórze rąk i nóg są spore zasinienia. Możliwe, że został pobity. Same kości powiedzą mi trochę więcej, ale najpierw sekcja.
- Co on ma pod koszulą? – Jack pilnie przyglądał się ciału.
- Chyba klatkę piersiową.
- Nie o to mi chodzi.
- A o co?
- Sama zobacz.
Tempe rozłożyła poły niemal nietkniętej koszuli i aż zamarła. Cała pierś ofiary została rozorana. Między strzępami skóry i tkanki złowieszczo bieliły się kości.
- Co to ma być? – Cam była równie zdziwiona jak Tempe.
- Prawdopodobna przyczyna śmierci. Ostre narzędzie.
- Człowiek może zrobić coś takiego?
- Uwierz mi Jack. Ludzie są zdolni do gorszych rzeczy. – Cam powoli wypuściła powietrze z płuc.
- Wygląda jak ślady pazurów, ale więcej będę mogła powiedzieć dopiero po oczyszczeniu kości.
- Być może sekcja coś wyjaśni.
- Coś mi się wydaje, że sekcja mało co nam powie.
* * *
Jakiś czas później…
- Angie, udało ci się złożyć ten obrazek?
- Brakuje mi niektórych elementów – przyjaciółka wyglądała jak siedem nieszczęść.
- Dobrze się czujesz?
- Powiedzmy. Nie za dobrze znoszę objawy swojego stanu.
- To minie – Tempe położyła dłoń na jej ramieniu. – Co z tym obrazkiem?
- To nie obrazek. To tatuaż.
- Tak jak mówiła Cam.
- Nie ma wszystkich fragmentów, ale to mi się udało z tego złożyć.
Na ekranie komputera widoczny był fragment nakrytej nietypowym hełmem czaszki pochylonej do przodu, niemal cała złowieszczo prezentująca się kosa i pięć czarnych szponów skierowanych ku dołowi. Brakowało centralnego środka tatuażu.
- Kto przy zdrowych zmysłach zrobiłby sobie taki tatuaż? – oczy Angeli rozszerzyły się ze zdumienia.
- Z antropologicznego punktu widzenia robienie sobie tatuażu ma na calu zaznaczenie pozycji społecznej jakiegoś osobnika lub jego przynależności do jakiejś grupy.
- Jakiej grupy? Przestępczej?
- Najczęściej.
- Mamy tu martwego gangstera?
- Nie koniecznie. Wydrukuj to.
W Małej Kościarni czekał na Tempe oczyszczony szkielet. Nagie, białe kości wyglądały posępnie i smutno. Nałożyła lateksowe rękawiczki i zabrała się do pracy.
Swoją uwagę skupiła głównie na torsie i kończynach górnych. Łokcie istotnie były przestrze-lone na wylot. Ślady na nich nie dawały co do tego najmniejszych wątpliwości. Klatka piersiowa pre-zentowała się kilkanaście razy gorzej. Kilka żeber było złamanych. Na większości z nich Tempe znala-zła głębokie nacięcia zrobione za pomocą czegoś ostrego. Ślady nie pasowały jednak do żadnego ze znanych jej przedmiotów, które mogłyby stanowić narzędzie zbrodni. Mostek był w równie opłaka-nym stanie, jeśli nie w gorszym. Równoległe do siebie nacięcia leżały pod kątek czterdziestu pięciu stopni do pionowych boków mostka. Śladów było pięć co potencjalnie pasowałoby do łapy drapież-nego zwierzęcia, jednak Tempe powątpiewała w tą wersję.
Zajęła się czaszką. Kość potyliczna była wgnieciona w jednym miejscu jakby ktoś uderzył ofiarę czymś twardym, ale uderzył tak aby nie zabić. Wewnątrz czaszki, na jej ściankach Tempe znalazła pozostałości po wewnętrznym krwotoku.
- Dr Brennan, możemy panią prosić?
- Oczywiście.
Tempe zdjęła rękawiczki i poszła za Camille.
- Nie mam zbyt dobrych wieści – zaczęła dr Saroyan wchodząc na platformę.
- To znaczy?
- Sekcja nic nam nie dała.
- Jak to nic?
- Po prostu. W jego krwi i tkankach nie było żadnego śladu, który mógłby wskazać nam po-tencjalne okoliczności śmierci.
- A Hodgins coś znalazł?
- Larwy, które delektowały się jego rozkładającym się ciałem. We włosach miał żwir i ziemię.
- Może był ciągnięty.
- Może. Etap rozwoju larw wskazuje, że on leżał tam około trzech tygodni.
Zapiszczał czujnik.
- Może ktoś wyłączyć to cholerstwo? – Sully był lekko zirytowany.
Tempe wykorzystała swój identyfikator żeby wpuścić agenta na platformę. W skrócie powiedziała mu co udało im się ustalić. Przygotowana była na stos pytań, ale nie usłyszała żadnego. Odwróciła się i zobaczyła jak Sully wpatruje się w tatuaż, który udało się poskładać Angeli.
- Stało się coś?
- Czy wy wiecie czyj to znak?
- Może nas oświecisz?
- Ten człowiek był członkiem jednego z największych gangów narkotykowych w Stanach. Przy jego tatuażu brakuje tylko szarfy z napisem „Demony Nocy”, co oznacza, że był nowicujeszem

 

Część III

- Ten człowiek był członkiem jednego z największych gangów narkotykowych w Stanach. Przy jego tatuażu brakuje tylko szarfy z napisem „Demony Nocy”, co oznacza, że był nowicjuszem.
- Gang narkotykowy?
- Dopiero co to powiedziałem. Ale wracając do sprawy. Demony działają od jakiś dziesięciu lat więc są stosunkowo młodym ugrupowaniem. Handlują głównie marihuaną, amfetaminą i kokainą. Ostatnio zaczęli też poszukiwać rynku zbytu na heroinę. To jest ich znak rozpoznawczy. – wskazał na tatuaż – Werbują w swoje szeregi głównie Latynosów i ludzi z biedniejszych dzielnic. Ten tutaj dopiero co został przyjęty do gangu. Najwyraźniej pomyślnie przeszedł próbę ognia.
- Kiedy otrzymałby pełne prawa?
- Jeśli zabiłby członka jednego z wrogich gangów. Adeptem zostaje się po zabiciu przypadkowego człowieka.
- Czyli nasz młody Demon zapłacił swoje wpisowe? – Cam uniosła brew.
- Na to wygląda. Chyba wiem co go zabiło.
- Co?
- Jakieś dwa lata temu wybuchło spięcie między Demonami a jednym z gangów. Poszło o bardzo opłacalny interes. Od tamtej pory tępią się nawzajem.
- Kim są ci drudzy?
- Wilki Cienia.
- Domyślam się, że aby wkupić się w łaski Demonów należy zabić jakiegoś Wilka.
- Owszem.
- Co jest takim dochodowym interesem, że oni eliminują się nawzajem?
- A jak myślisz? Czarny rynek organów.
- Zapachniało mi sprawą sprzed roku – stwierdził Hodgins.
- Nie tylko tobie. – Tempe posmutniała.
- Wilki kilka lat temu zaczęły opanowywać rynek organów we wszystkich północnych stanach. Na południu natomiast agentom obiły się o uszy echa ich działań. Nie mam jednak żadnych dowodów.
- A ci drudzy?
- Jak już mówiłem konflikt trwa już dwa lat. Rok wcześniej Demonom udało się wejść na rynek handlujący organami. Początkowo Wilki jako tako tolerowały ich obecność. Potem zaczęli się rozrastać i drapieżnicy ruszyli do ataku.
- Chcą wypchnąć Demony z rynku?
- Handel organami jest bardzo dochodowy. Bossowie Wilków Cienia czerpią z tego kupę kasy. Nie dziwię im się, że chcą to zachować tylko dla siebie.
- Czy ostatnimi czasy to się nasiliło?
- Owszem. Jest już kilka ofiar po jednej i po drugiej stronie barykady. Jednak ostatnio znacznie się uaktywnili.
- Jakie metody zabijania preferują Demony Nocy?
- Otrucie cyjankiem potasu lub arszenikiem.
- Skąd oni biorą truciznę?
- Mamy uzasadnione podejrzenia, że ich szeregi zasilają również nieźli chemicy.
- Coś jeszcze?
- Ciała pozostawiają nietknięte lub masakrują twarz by był problem z identyfikacją. Oczywi-ście priorytetem jest zniszczenie tatuażu.
- A Wilki?
- Dotkliwe pobicie. Również ślady na torsie. Póki co nie wiemy jak to robią, ale to wygląda tak jakby człowieka zaatakował prawdziwy wilk.
- Masz na myśli wilcze pazury?
- Dokładnie.
- Cóż, mamy niemal pewność, że nasz nieboszczyk padł ofiarą mafijnych porachunków.
- Módlmy się o to, żebyśmy nie weszli w sam środek tej wojny…
* * *
Ciepły kubek skutecznie ogrzewał jej zimne dłonie. Tempe siedziała w swoim gabinecie wpatrując się w ekran komputera. Myślała. Myślała o tajemniczym mężczyźnie i o tym co powiedział im Sully. Nagle odezwał się telefon.
- Halo?
Cisza.
- Halo? – powtórzyła.
Usłyszała skrobanie.
- Odczep się – rzuciła do słuchawki i rozłączyła się.
Do gabinetu weszła Angela.
- Udało mi się ustalić jego tożsamość.
- Opowiadaj.
- Juan Gonzales. Drobny złodziejaszek. Ostatni wyrok odsiadywał dwa lata temu za pobicie. Był na warunkowym. Miał dwadzieścia siedem lat. Latynos. Mieszkał w ubogiej dzielnicy z matką i młodszym o rok bratem.
- Niezbyt opłaciło mu się wchodzić na drogę bezprawia.
Brennan zamilkła.
- Trochę przeraziło mnie to co mówił Sully. – Angie wzdrygnęła się.
- Nie tylko ciebie. Trudno uwierzyć, że są na świecie tacy ludzie.
- I że być może spotykamy ich na ulicy.
- Dokładnie.
Tempe zaczęła się bawić swoim pierścionkiem. Angela zmierzyła ją bacznym wzrokiem.
- Wciąż o nim myślisz?
- Tak.
- Musisz zacząć żyć na nowo.
- Angie gdyby zabrakło Jacka przestałabyś o nim myśleć? Łatwo by ci było zacząć wszystko od początku?
- Wątpię. – artystka dotknęła ręką brzucha.
- Właśnie dla tego o nim myślę. On zawsze będzie żył we mnie. Dosłownie i w przenośni.
- Masz rację Tempe.
- Może kiedyś zacznę myśleć o nim w innych kategoriach.
Angela nic nie powiedziała. W drzwiach pojawił się Sully.
- Zbieraj się.
- Po co?
- Spotkanie z informatorem. To nasza wtyczka w szeregach Demonów. Zaczyna się robić ciekawie i niebezpiecznie.

 

Część IV

Pogrążone w mroku ulice rozświetlał jedynie mdły blask latarni. Sully zatrzymał auto w jed-nym z ciemnych, ślepych zaułków. Uważnie obserwował otoczenie.
- Na co czekamy?
- Informator powinien już tu być.
Nagle zobaczyli lekko przygarbionego mężczyznę z papierosem w dłoni i kapturem naciągniętym na głowę. Przybysz dał umówiony znak zapalając zapalniczkę.
- To on. Idziemy.
Tempe wszyła z samochodu i podążyła za Sullym. Obcy mężczyzna przyglądał jej się z zacie-kawieniem. Miła latynoskie rysy twarzy i trzydzieści parę lat.
- Kim ona jest? – zwrócił się do Sullyego
- Dr Temperance Brennan, współpracujemy razem – przedstawił ją – Agent Specjalny Eduardo Sanches, szerzej znany jako Eduardo Marcone.
- Domyślam się, że to pan jest ową wtyczką – powiedziała zanim ugryzła się w język.
- Nie myli się pani – uścisnął jej dłoń –
- Możemy wracać do sprawy?
- Mam nadzieje, że jest pani równie bystra jak piękna, bo to co powiem jest ważne i ma zo-stać tylko między nami.
- Słuchamy.
- Wśród Demonów zaczyna się robić nieprzyjemnie.
- Co masz na myśli?
- Każdy każdego podejrzewa. Nikt nie jest bezpieczny.
- Znałeś Juana Gonzalesa?
- Tak. To był nowicjusz. Facet nie miał żadnych skrupułów. Udało mu się wkupić w łaski jednej z większych szych.
- On nie żyje.
- O tym również słyszałem. Jego protektor jest wściekły. Nie daruje Wilkom, że zabili jego ulubieńca.
- Skąd wiesz, że to Wilki?
- Wszystkie mniejsze gangi się nas boją, jedynie z nimi prowadzimy cichą wojnę.
- Coś się szykuje? – Sully zmarszczył brwi.
- To pewne. Od jednego z chemików słyszałem, że zwiększyli produkcję cyjanku potasu. Nie objedzie się bez poważnych spięć. Wilki dopadły jednego z pomniejszych bossów. Facet zajmował się przemytem amfetaminy i ostatnio zaczął się babrać z organami.
- Dlatego go zabili?
- Wilki słyną z pazerności. Chodzą pogłoski, że w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy w całych Stanach zniknęło kilku agentów, którzy za bardzo się zajęli śledztwami.
- Czy Demony maczały w tym palce?
- Sztandarową zasadą Demonów Nocy jest to, że starają się unikać styczności z FBI jeśli nie podejdzie na odległość dwóch kroków.
- A co jeśli podejdzie?
- Wtedy łapu-capu i po imprezie.
- Ty siedzisz w samym środku.
- Mnie na szczęście jeszcze nie wykryli.
- Jeszcze?
- W każdej chwili mogą mnie przyłapać.
- Nie wadzi ci takie niebezpieczeństwo?
- Nie. Będziemy w kontakcie – mężczyzna zgasił papierosa i odszedł znikając w ciemności.
Oni zaś wrócili do samochodu.
- Dlaczego on umyśle naraża się na coś takiego? – zapytała Tempe
- Eduardo?
- Mmm.
- Nie ma nic do stracenia. Jest samotnym strzelcem. Nie boi się zdemaskowania
Nie odpowiedziała.
- Z jego słów wynika, że Demony zamieszają wziąć odwet za śmierć Juana. Zanosi się na krwawą jatkę. Wpakowaliśmy się w sam środek wojny gangów.
- Myślisz, że nam też grozi niebezpieczeństwo?
- I to duże.
Milczała.
- Odwiozę cię do domu. Jutro rano zabiorę cię i przesłuchamy matkę Juana.
* * *
Tempe weszła do swojego mieszkania. Nastawiła wodę na herbatę i zajrzała do kalendarza. Następną wizytę u swojej pani kardiolog miała dopiero za dwa tygodnie. Lekarka powiedziała jej, że przeszczepione serce jest w wyśmienitym stanie i nie ma większych zastrzeżeń co do trybu życia pacjentki. Była dopiero szósta godzina a na dworze zapadła już głęboka noc. Tempe wyciągnęła z szafki leki. W tym momencie zadzwonił jej telefon.
- Halo?
- Pochwalony – odparł metaliczny głos.
- Mogę wiedzieć z kim mam przyjemność?
- Nie mieszaj się do tej sprawy bo gorzko tego pożałujesz suko.
Usłyszała sygnał przerwanej rozmowy. Wzruszyła ramionami i odłożyła telefon. Po chwili zadzwonił ponownie. Zirytowała się.
- Masz mi do powiedzenia coś więcej? Czy okażesz się nic nie wartym monotematycznym dupkiem i znów mi powiesz, że jestem suką?
- Pożałujesz.
Cisza.
- Jakiś dzieciak się bawi – mruknęła do siebie i wyłączyła telefon. Usłyszała cichy szelest. Zaj-rzała do przedpokoju i zobaczyła przed drzwiami kopertę. Była biała i wyglądała podejrzanie niewin-nie. Była również za nadto opasła.
Tempe ostrożnie wzięła kopertę z podłogi i usiadła przy stole. Delikatnie rozerwała warstewkę kleju. To co zobaczyła w środku wprawiło ją w osłupienie. Na blat wysypały się zdjęcia. Jej zdjęcia. Z niemym przerażeniem uświadomiła sobie, że z pewnością jej obserwowana. Ostatnie zdjęcie było z dzisiejszego ranka, gdy stała nad grobem Bootha

 

Część V

Poczuła dreszcz przebiegający jej po plecach. Zaczynało robić się niebezpiecznie. Tempe włożyła zdjęcie powrotem do koperty. W odruchu samoobrony sprawdziła drzwi i wszystkie okna. Stanęła na środku salonu i uważnie rozejrzała się dookoła.
- Cholera dlaczego ja nie mam broni? – zapytała sama siebie i natychmiast udzieliła odpowiedzi – Bo Seeley nie chciał żebym wyrządziła krzywdę sobie lub komuś innemu.
W zamyśleniu dotknęła pierścionka.
- Oh, Seeley gdybyś tu był – po jej policzku popłynęła łza.
* * *
- Szefie mam złe wieści.
- Mów.
- Psy zaczynają węszyć.
- Są blisko?
- Nawet bardzo. Prawdopodobnie mają wśród nas informatora.
- Jakim cudem?!
- Federalni włażą wszędzie. Są jak wrzód na dupie.
- Znajdź i zlikwiduj, ale najpierw przyprowadź do mnie.
- Tak jest szefie.
- W razie problemów nie patyczkuj się.
* * *
- Juan mieszkał na przedmieściach wraz z matką i młodszym o rok bratem
- Brat też należy do gangu? – zapytała Tempe
- Nie wiem. Nie był notowany.
- Co z ojcem?
- Nie żyje od kilku lat – Sully zatrzymał samochód – Jesteśmy.
Ulica była w opłakanym stanie. Wszędzie walały się różnego rodzaju śmiecie i papiery. Domy były w równie strasznym stanie. Prawdziwie uboga dzielnica. Zapukali do jednych z wielu drzwi. Otworzyła im lekko puszysta kobieta około pięćdziesiątki.
- W czym mogę państwu pomóc? – miała silny hiszpański akcent.
- Pani Esperanza Gonzales?
- Si.
- Agent Specjalny FBI Timothy Sullivan, dr Temperance Brennan. Chcielibyśmy z panią porozmawiać.
- Zapraszam do środka.
Wnętrze domu okazało się równie niesympatyczne jak całe jego otoczenie. Pani Gonzales zaprosiła ich do małego salonu.
- Co państwa sprowadza do mnie?
- Chcielibyśmy zapytać o pani syna.
- Którego?
- Juana.
- Dios Mio! Co tym razem nabroił?
- Nie popełnił żadnego przestępstwa. Chcemy zadać pani tylko kilka pytań.
- Słucham.
- Kiedy widziała go pani ostatni raz?
- Ostatni raz? Jakieś trzy lub cztery tygodnie temu.
- Nie zaniepokoiło to pani?
- Juan powiedział, że wyjeżdża na kilkanaście dni. Nie mówił na ile dokładnie, więc założyłam, że jeszcze nie wrócił.
- Czy syn miał częste kłopoty z prawem?
- Nie. Tylko raz odsiadywał wyrok, ale niesłuszny.
- Zadawał się z kimś podejrzanym?
- Jego koledzy, z którymi niedawno się zaprzyjaźnił byli nieco inni.
- To znaczy?
- No wie pan. Kolczyki gdzie tylko można, tatuaże z trupimi czaszkami.
- Tatuaże?
- Tak. Mało nie dostałam zawału jak Juan zrobił sobie taki na ramieniu.
- Rozumiem. Czy zachowywał się podejrzanie przed tym wyjazdem?
- Był trochę bardziej nerwowy.
- Tylko tyle?
- Tak.
- Czy słyszała pani kiedykolwiek nazwę Demony Nocy?
- Nie.
Gdzieś blisko trzasnęły drzwi. W progu pojawił się młody chłopak.
- Carlos dobrze, że już jesteś. To mój młodszy syn. Ci państwo są z FBI.
- Psy?
- Carlos, wyrażaj się kulturalnie. Pytali o Juana.
- A co oni do niego mają?
- Chcieli zadać kilka pytań.
- Pytań? Oni znowu chcą go przyskrzynić – powiedział z wyrzutem – A wam radzę nie mieszać się w te sprawy bo możecie pożałować – zwrócił się do Tempe i Sullyego.
- Carlos! – matka się zirytowała.
Chłopak zniknął na schodach.
- Mam nadzieję, że nie poczuli się państwo urażeni.
- Czy pani młodszy syn był zżyty z Juanem?
- Bardzo. Nie mieli przed sobą tajemnic.
- Czy Carlos znał kolegów brata?
- Często razem przesiadywali.
- On też ma tatuaż na ramieniu?
- Nie wiem. Nawet gdyby miał to raczej by się do tego nie przyznał.
- A obiła się pani o uszy nazwa Wilki Cienia?
- Nie. A ma to jakiś związek z moim synem?
- Owszem i to duży. Pani syn należał do wrogiego Wilkom ugrupowania i obawiamy się, że właśnie to przypłacił życiem. Przykro mi, ale znaleźliśmy ciało p...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin