Verne Juliusz - Wyprawa do wnetrza Ziemi.rtf

(1448 KB) Pobierz

JULIUSZ VERNE

WYPRAWA DO WNĘTRZA ZIEMI

Voyage au centre de la Terre



Przekład: Ludmiła Duninowska

Data wydania polskiego: 1990

 


Rozdział I

 

W niedzielę 24 maja 1863 roku wuj mój, profesor Lidenbrock, wrócił w wielkim pośpiechu do swego domu pod numerem 19 na Königsstrasse, jednej z najstarszych ulic wiekowej dzielnicy Hamburga.

Służąca Marta była zapewne przekonana, że mocno spóźniła się z obiadem, który zaczynał dopiero perkotać na płycie kuchennej.

„Ładna historia! – pomyślałem sobie. – Jeżeli wujaszek, najbardziej niecierpliwy człowiek, jakiego znam, jest głodny, narobi zaraz wielkiego krzyku!”

– Jak to? – zawołała ze zdziwieniem Marta, uchylając drzwi od jadalnego pokoju. – Pan Lidenbrock już przyszedł?

– Tak, Marto, ale na obiad jeszcze czas; nie ma drugiej, dopiero co wybiła pierwsza trzydzieści u Świętego Michała.

– To dlaczego pan profesor wraca?

– Zapewne zaraz nam to wyjaśni.

– Oto on! Uciekam... Proszę mu tam przemówić do rozsądku, panie Akselu.

I poczciwa Marta powróciła do swego kulinarnego laboratorium.

Zostałem sam. Lecz przemówić do rozsądku temu najbardziej popędliwemu spośród profesorów – nie, na to nie mogłem się zdobyć przy moim trochę niezdecydowanym charakterze. Już-już zamierzałem wycofać się ostrożnie do swego pokoiku na górze, gdy skrzypnęły drzwi frontowe, odgłos zamaszystych kroków rozległ się na drewnianych schodach i pan domu, minąwszy szybko jadalnię, wpadł jak szalony do swego gabinetu. Ale w czasie tej krótkiej chwili cisnął w kąt laskę z ciężką, masywną gałką, na stół – szeroki, włochaty kapelusz, siostrzeńcowi zaś rozkazał donośnym głosem:

– Chodź tu do mnie, Akselu!

Nie zdążyłem ruszyć się z miejsca, a już profesor wołał, wyraźnie zniecierpliwiony:

– No jak, jeszcze cię tu nie ma?! Pośpieszyłem do gabinetu mego groźnego opiekuna.

Czuję się w obowiązku wyjaśnić, że Otto Lidenbrock bynajmniej nie był złym człowiekiem, ale jeżeli nie zajdą jakieś nieprzewidziane zmiany – co jest mało prawdopodobne – wuj mój pozostanie aż do śmierci niebywałym dziwakiem.

Był profesorem tutejszego uniwersytetu, prowadził wykłady z mineralogii i na każdym przynajmniej ze dwa razy wpadał w okropną złość. Nie chodziło mu wcale o to, by słuchacze uczęszczali pilnie na jego wykłady, okazywali wielkie zainteresowanie przedmiotem i osiągali z czasem sukcesy na polu naukowym – nie przejmował się tego rodzaju drobiazgami. Wykładał „podmiotowo”, używając określenia filozofii niemieckiej, dla własnej satysfakcji, a nie z myślą o innych. Był to uczony należący do typu egoistów, studnia wiedzy, której kołowrót skrzypiał, kiedy chciało się coś z niej wydobyć, jednym słowem – skąpiec.

Zdarzają się w Niemczech tacy profesorowie. Na nieszczęście wuj mój miał pewną trudność w wysławianiu się, co nie tyle dawało mu się we znaki w gronie najbliższych, ile wtedy, gdy występował publicznie. Trzeba przyznać, że była to nader przykra wada dla mówcy.

W czasie wywodów w Johanneum profesor częstokroć zacinał się, staczał walkę z jakimś opornym słowem, które stawało mu sztorcem w gardle, jednym z owych słów, które potrafią sprzeciwiać się, pęcznieć i wydostają się wreszcie z ust jako przekleństwo – to znaczy w zgoła nienaukowej formie. I tu właśnie tkwił powód wybuchów złości mego wuja.

W mineralogii istnieje mnóstwo nazw trudnych do wymówienia, surowych terminów, które raziłyby ucho poety. Nie chcę źle się wyrażać o tej gałęzi wiedzy, daleki jestem od tego. Lecz gdy stanie się oko w oko z krystalizacją romboidalną, z wulfenitem, tungstytem wolframowym lub tytanianem cyrkonu, nawet najbardziej wyćwiczony język może sprawić zawód.

Otóż całe miasto wiedziało o tej skądinąd wybaczalnej wadzie wymowy wuja i wykorzystywano to, czyhano na krytyczne momenty jego wykładów, a wówczas wuj wpadał we wściekłość, audytorium natomiast zaśmiewało się, co było doprawdy bardzo niesmaczne i rażące. Jeśli słuchacze napływali tłumnie na wykłady Lidenbrocka, wielu spośród nich uczęszczało na nie pilnie głównie dlatego, aby ubawić się kosztem wybuchów złości profesora.

Tak czy owak, wuja mego zaliczyć należało w poczet prawdziwych uczonych, co raz jeszcze pragnę podkreślić. Chociaż nieraz niszczył okazy manipulując nimi zbyt gwałtownie, obok talentu geologa posiadał też oko mineraloga. Gdy operował młotkiem, stalowym rylcem, namagnesowaną igłą, dmuchawką czy flaszką z kwasem, azotowym, był mistrzem w swoim zawodzie. Po przełamie, wyglądzie, twardości, topliwości, dźwięku, zapachu i smaku danego minerału potrafi określić bez wahania, do jakiej kategorii należy.

Toteż nazwisko Lidenbrock wymawiano ze czcią w zakładach naukowych i krajowych towarzystwach geologicznych. Uczeni tej miary, co Humphry Davy, Humboldt i Sabinę, nie omieszkali złożyć mu swego uszanowania, gdy gościli przejazdem w Hamburgu. Becquerel, Ebelman, Brewster, Dumas, Milne-Edwards chętnie zasięgali jego rady co do najbardziej pasjonujących problemów z dziedziny fizyki i chemii. Ta gałąź wiedzy zawdzięczała mu niejedno doniosłe odkrycie, a w 1853 roku ukazały się w Lipsku „Problemy krystalografii” profesora Ottona Lidenbrocka, wielkie dzieło in folio z rycinami, które jednak przyniosło wydawcy znaczne straty materialne.

Ponadto wuj miał w swojej pieczy, jako kustosz, muzeum mineralogiczne ambasadora rosyjskiego, pana Struve, cenne zbiory, głośne w całej Europie.

Tak wyglądała z grubsza osobistość, która wzywała mnie tak niecierpliwie. Wyobraźcie sobie poza tym mężczyznę cieszącego się żelaznym zdrowiem, wysokiego i szczupłego, z jasną jak u młodzieńca czupryną, co ujmowało mu co najmniej dziesięć lat. Jego wielkie oczy biegały nieustannie za szkłami dużych okularów; nos, długi i cienki, przypominał wyostrzoną klingę; złośliwi twierdzili nawet, że był namagnesowany i przyciągał żelazne opiłki, co było oczywistą potwarzą, przyciągał bowiem jedynie tabakę, prawdę mówiąc – w pokaźnych ilościach.

Jeśli dodam jeszcze, że wuj stawiał sążniste kroki, odmierzone nieomal z matematyczną dokładnością, że idąc zaciskał mocno pięści – nieomylny znak gwałtownego temperamentu – będziecie mieli pełny obraz tego człowieka, niezbyt zachęcający z towarzyskiego punktu widzenia.

Mieszkał we własnym małym domku na Königsstrasse, zbudowanym na poły z cegły, na poły z drzewa, o ząbkowanej ścianie szczytowej; domek stał nad jednym z owych krętych kanałów krzyżujących się w najstarszej dzielnicy Hamburga, która na szczęście ocalała podczas pożaru w 1842 roku.

Wprawdzie stary dom pochylił się nieco i wypinał brzuch na przechodniów, nosił też dach cokolwiek na bakier jak młodzieniec należący do studenckiej korporacji swoją czapkę, a jego pion pozostawiał wiele do życzenia, na ogół jednak trzymał się nieźle dzięki sędziwemu wiązowi, który wkleszczył się w jego fasadę i na wiosnę wciskał w okna swoje kwitnące gałązki.

Wuj mój, jak na niemieckiego profesora, był dość zamożnym człowiekiem. Dom był jego niepodzielną własnością wraz ze wszystkim, co zawierał. Zawierał zaś przede wszystkim chrześniaczkę profesora, młodziutką siedemnastoletnią Gretę rodem z podhamburskiej wsi, służącą Martę oraz mnie. Będąc siostrzeńcem profesora, a w dodatku sierotą, zostałem jego pomocnikiem i laborantem, biorącym udział w jego doświadczeniach.

Przyznam szczerze, że zasmakowałem w naukach geologicznych, zamiłowanie do mineralogii miałem po prostu we krwi i nigdy nie nudziłem się w towarzystwie moich cennych kamieni.

Słowem, można było pędzić szczęśliwy żywot w owym domku przy Königsstrasse, mimo gwałtownego charakteru jego właściciela, który zresztą kochał mnie po swojemu, aczkolwiek miłość ta przejawiała się w sposób dość szorstki. Człowiek ten bowiem nie umiał czekać, stale mu się śpieszyło, i to o wiele bardziej aniżeli przyrodzie. Gdy w kwietniu zasadził w fajansowych donicach w salonie flance rezedy lub powoju, co rano regularnie pociągał je za listki dla przyśpieszenia ich wzrostu.

Skoro się miało do czynienia z takim dziwakiem, nie pozostawało nic innego, jak być mu powolnym. Toteż pośpieszyłem do jego gabinetu.


Rozdział II

 

Gabinet ten był prawdziwym muzeum. Znajdowały się tam wszystkie okazy królestwa minerałów, opatrzone etykietami i poszeregowane z ogromną dokładnością według trzech wielkich działów na minerały rudne, skalne i energetyczne.

Jak dobrze znałem wszystkie te mineralogiczne cacka! Ileż razy, zamiast zbijać bąki z rówieśnikami, wolałem okurzać grafity, antracyty, okazy węgla kamiennego, brunatnego i torfu! Były tam również próbki smoły ziemnej, żywice, sole organiczne, które trzeba było chronić od najmniejszego nawet pyłku. A te metale – począwszy od żelaza, skończywszy na złocie – których względna wartość znikała wobec absolutnej równości wszystkich tych okazów w obliczu nauki! Nie mówię już o wszelkich kamieniach – wystarczyłyby w zupełności na wybudowanie drugiego takiego domu jak nasz, nawet z dodatkowym pokojem, który tak bardzo by mi się przydał!

Lecz wchodząc wtedy do gabinetu, nie miałem czasu myśleć o owych cudach. Całą uwagę skoncentrowałem na osobie wuja. Siedział zagłębiony w swoim przepaścistym, obitym aksamitem fotelu i trzymał w ręku książkę wpatrując się w nią z niekłamanym zachwytem.

– Cóż to za książka! Cóż to za książka! – powtarzał raz po raz.

Okrzyk ten przypomniał mi, że w wolnych od zajęć chwilach profesor Lidenbrock był także zapalonym bibliofilem; ale książka dopiero wtedy nabierała wartości w jego oczach, kiedy była białym krukiem albo – co najmniej – kiedy nikt nie mógł jej odcyfrować.

– No i co? – rzekł do mnie. – Nie widzisz, co tutaj mam? Przecież ta księga to bezcenny skarb! Natrafiłem na nią dzisiaj rano, szperając w kramie Żyda Heveliusa.

– Wspaniała! – odpowiedziałem z wymuszonym entuzjazmem.

W rzeczy samej, po co wszczynać tyle hałasu z powodu starego tomiku in quarto, którego grzbiet i okładka zrobione były ze źle wyprawionej skóry cielęcej, z powodu tej pożółkłej książczyny, przy której wisiała wyblakła zakładka?

Jednakże wykrzykniki profesora, wyrażając najwyższy podziw, nie ustawały ani na chwilę.

– Spójrz – mówił odpowiadając sam sobie na zadawane przez siebie pytania – czyż nie jest piękna? Tak, po prostu cudowna! Cóż za oprawa! Czy ta książka łatwo się otwiera? Tak jest! I pozostaje otwarta w dowolnym miejscu! A czy się dobrze zamyka? Tak, gdyż okładka i stronice tworzą zwartą całość i nigdzie nie rozdzielają się ani nie odstają. A ten grzbiet, który po upływie siedmiuset lat nie ma najmniejszego nawet załamania!

Mówiąc to wuj na przemian otwierał i zamykał starą książczynę. Chcąc nie chcąc musiałem spytać go o jej treść, jakkolwiek mnie to wcale nie interesowało.

– A jakiż jest tytuł tego wspaniałego dzieła? – spytałem z gorliwością zbyt pełną zapału, aby mogła być szczera.

Jest to kronika – odparł wuj z rosnącym ożywieniem – „Heims-Kringla” Snorre Turlesona, słynnego pisarza islandzkiego z XII wieku; zawiera dzieje książąt norweskich, którzy rządzili na Islandii.

– Naprawdę?! – zawołałem z udanym zachwytem. – Zapewne jest to przekład na język niemiecki?

– Cóż za pomysł! – oburzył się profesor. – Przekład?! A co by mi przyszło z przekładu? Po kiego licha mi przekład? To jest dzieło oryginalne, w języku islandzkim, w tym wspaniałym narzeczu, zarazem prostym i bogatym, które pozwala na najprzeróżniejsze kombinacje gramatyczne i liczne odmiany słów!

– Podobnie jak język niemiecki! – zręcznie podsunąłem wujowi.

– Tak jest – potwierdził wzruszając ramionami – z tą różnicą jednak, że chociaż w języku islandzkim istnieją trzy rodzaje, podobnie jak w greckim, imiona własne odmieniają się tak jak w łacinie.

– Ach! – zawołałem, zachwiany nieco w mej obojętności. – A czy czcionki w tej książce są piękne?

– Czcionki?! Co też ci przyszło do głowy, nieszczęsny chłopcze? Czyż tu może być mowa o czcionkach?! Widocznie wyobrażasz sobie, że to druk! Ależ to rękopis, nieuku, i to rękopis runiczny!

– Runiczny?

– Tak. Pewno teraz mnie zapytasz, co oznacza to słowo?

– Nawet mi to na myśl nie przyszło – odpowiedziałem tonem człowieka zranionego w swojej miłości własnej.

Lecz wuj nie poprzestał na tym i zaczął wyjaśniać mi sprawy, które mnie nic a nic nie obchodziły.

– Runy – podjął – to znaki pisarskie używane niegdyś na Islandii, które – jak głosi tradycja – zostały wynalezione przez samego Odyna. Spójrz no, bezbożniku, podziwiaj te znaki powstałe w wyobraźni boga!

Doprawdy, nie umiałem zdobyć się na replikę i gotów już byłem paść na twarz, jako że tego rodzaju odpowiedź winna przypaść do gustu zarówno bogom, jak i królom, ma bowiem tę zaletę, że nie stawia ich nigdy w kłopotliwej sytuacji, gdy nagle pewne niespodziewane wydarzenie skierowało rozmowę na inne tory. W tym bowiem momencie ukazał się na widowni lepki od brudu pergamin, który wyśliznął się z książki i spadł na podłogę.

Wuj rzucił się na ten świstek z pożądliwością łatwą do zrozumienia. Stary dokument, uwięziony być może od niepamiętnych czasów w wiekowej księdze, musiał mieć wielką wartość w jego oczach.

– Co to jest?! – zawołał.

I jednocześnie rozłożył starannie na stole arkusik pergaminu, długi na pięć cali, szeroki na trzy, na którym widniały ustawione w poprzeczne linijki jakieś dziwaczne gryzmoły.

Oto dokładna ich kopia. Zależy mi na tym, by zaznajomić czytelnika z owymi znakami, one bowiem spowodowały, że profesor Lidenbrock i jego siostrzeniec przedsięwzięli najbardziej zdumiewającą wyprawę XIX wieku.

 

 

Profesor przyglądał się dłuższą chwilę kolumnie znaków, po czym orzekł zdejmując okulary:

– To pismo runiczne; te znaki są identyczne z tymi, które figurują w rękopisie Snorre Turlesona! Ale... co one mogą oznaczać?

Ponieważ runy były w moim pojęciu wymysłem uczonych dla wprowadzania w błąd naiwnych ludzi, odczułem pewną satysfakcję widząc, że wuj nic z tego nie rozumie. Przynajmniej tak mi się zdawało, gdy patrzyłem na ruchy jego palców, które drgały w niepokojący sposób.

– A jednak to język staroislandzki! – mamrotał pod nosem.

Profesor Lidenbrock powinien był znać się na tym doskonale, gdyż uchodził za prawdziwego poliglotę. Oczywiście, nie mówił biegle dwoma tysiącami języków i czterema tysiącami narzeczy używanych na kuli ziemskiej, ale w każdym razie znał niezgorszą ich porcję.

Ponieważ stanął w obliczu komplikacji, miał właśnie puścić wodze swojej wrodzonej popędliwości; przewidywałem, że lada chwila nastąpi gwałtowna scena, gdy zegar stojący na kominku wydzwonił godzinę drugą.

W tym momencie poczciwa Marta otworzyła drzwi gabinetu i oznajmiła:

– Zupa na stole.

– Niech licho porwie zupę – zawołał wuj – i tę, co ją zrobiła, i tych, co ją będą jedli!

Marta uciekła, a ja ulotniłem się w ślad za nią: sam nie wiem, kiedy znalazłem się na zwykłym swoim miejscu w jadalni.

Poczekałem chwilę. Profesor się nie zjawiał. Po raz pierwszy za mojej pamięci uchybił obiadowemu ceremoniałowi. A w dodatku cóż to był za obiad! Zupa z pietruszki, omlet z szynką zaprawiony gałką muszkatołową, mostek cielęcy, do tego kompot ze śliwek, na deser zaś krewetki na słodko, a to wszystko zakropione wybornym winkiem mozelskim!

Oto co stracił wujaszek z powodu jednego starego papierzyska! Bowiem, jako oddany mu siostrzeniec, czułem się w obowiązku spożyć wszystko za niego i za siebie. I sumiennie to wykonałem.

– Jeszcze nigdy nic podobnego się nie zdarzyło – wydziwiała Marta podając do stołu. – Pan Lidenbrock nie przyszedł na obiad!

– Po prostu nie do wiary!

– To niechybna zapowiedź jakiegoś ważnego wydarzenia – stwierdziła stara służąca kiwając głową.

W moim pojęciu nie zapowiadało to niczego, chyba tylko straszliwą scenę, gdy wuj się dowie, że z jego obiadu nie pozostało ani odrobiny.

Pochłaniałem właśnie ostatnią krewetkę, kiedy donośny głos oderwał mnie od rozkoszy deseru. Jeden sus – i już byłem w gabinecie.


Rozdział III

 

Bez wątpienia jest to pismo runiczne – mówił profesor marszcząc brwi. – Ale w tym tkwi jakiś sekret i ja go wykryję, w przeciwnym razie...

Koniec zdania zastąpił gwałtownym gestem.

– Siadaj tutaj – dodał wskazując pięścią stół – i pisz.

W mgnieniu oka spełniłem jego rozkaz.

– Podyktuję ci kolejno litery naszego alfabetu odpowiadające znakom islandzkim. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Ale na Boga! Nie wolno ci się pomylić!

Zaczęło się dyktowanie. Starałem się, jak mogłem; wuj podawał mi literę po literze i utworzyły one zestawienie następujących niezrozumiałych słów:

 

mm. rnllsesreuelseecJde

sgtssmfunteiefniearke

kt, samnatrateSSaodrrn

emtnaelnuaectrrilSa

Atvaar.nscrcieaabs

ccdrmieeutulfrantu

dt, iacoseiboKediiY

 

Gdy skończyliśmy naszą pracę, wuj chwycił szybko zapisaną przeze mnie kartkę i oglądał ją długo i uważnie.

– Co to może znaczyć? – powtarzał raz po raz.

Na honor, nie potrafiłbym mu tego wyjaśnić! Zresztą wuj nie pytał mnie o zdanie i w dalszym ciągu mówił sam do siebie:

– Jest to tak zwany kryptogram, którego właściwy sens ukryty jest wśród umyślnie poplątanych liter; jeśli ustawić je odpowiednio, utworzą zrozumiałe zdanie. I pomyśleć tylko, że tkwi w tym może wyjaśnienie lub wskazówka, dotycząca jakiegoś rewelacyjnego odkrycia!

Jeśli o mnie chodzi, byłem zdania, że nie kryje się tu absolutnie nic, ale wolałem przezornie zatrzymać tę opinię dla siebie.

Tymczasem profesor wziął książkę oraz stary pergamin i zaczął porównywać je ze sobą.

– Rękopis i dokument nie zostały napisane tą samą ręką – stwierdził. – Kryptogram jest późniejszy aniżeli książka – mam na to niezbity dowód. Oto pierwsza litera kryptogramu jest podwójnym M, którego próżno by szukać w książce Turlesona, jako że tę literę dodano do alfabetu islandzkiego dopiero w XIV wieku. A więc między powstaniem książki a napisaniem dokumentu upłynęło co najmniej dwieście lat.

Przyznaję, że rozumowanie to wydało mi się dość logiczne. – Naprowadza mnie to na myśl – ciągnął dalej wuj – że tajemnicze znaki nakreślił jeden z właścicieli książki. Ale kto u licha mógł nim być? Czy czasem nie umieścił swojego nazwiska gdzieś na rękopisie?

Wujaszek zdjął okulary, wziął mocną lupę i starannie przejrzał pierwsze stronice książki. Na odwrocie drugiej, poprzedzającej kartę tytułową, dojrzał rodzaj plamy, która na pierwszy rzut oka sprawiała wrażenie kleksa. Jednak po dokładniejszym obejrzeniu można było rozróżnić kilka na pół zatartych znaków. Wuj zorientował się, że tu tkwi sedno sprawy, zabrał się więc z zapałem do badania plamy z atramentu i za pomocą wielkiej lupy rozpoznał w końcu następujące znaki runiczne, które odczytał bez najmniejszego trudu.

 

 

– Arne Saknussemm! – zawołał z triumfem. – Przecież to nazwisko, i w dodatku islandzkie! Nazwisko uczonego z XVI wieku, sławnego alchemika!

Spojrzałem na wuja pełen podziwu.

– Ci alchemicy – podjął – tacy jak Awicenna, Roger Bacon, Lulle, Paracelsus, byli prawdziwymi, byli jedynymi uczonymi swojej epoki. Dokonywali zdumiewających odkryć. Dlaczego Saknussemm nie miałby ukryć w tym niezrozumiałym kryptogramie jakiegoś zaskakującego wynalazku? Musiało tak być. Na pewno tak było.

Ta hipoteza rozpaliła wyobraźnię profesora.

– Zapewne – ośmieliłem się wtrącić – ale dlaczego ten uczony miałby zatajać swoje rewelacyjne odkrycie?

– Dlaczego? Dlaczego? A czy ja wiem? Czyż Galileusz nie postąpił w ten sposób, jeśli chodzi o Saturna? Zresztą zobaczymy! Wydrę sekret tego dokumentu, a zanim go nie odgadnę, nie przyjmę żadnego pożywienia ani nie zażyję snu.

– Och! – westchnąłem.

– I ty także, Akselu – dorzucił.

„Do diabła! – pomyślałem sobie. – Co za szczęście, że zjadłem obiad za dwóch!”

Przede wszystkim – dodał jeszcze wuj – trzeba znaleźć klucz do tego szyfru. To nie powinno nastręczyć wielkich trudności.

Na dźwięk tych słów podniosłem głowę. Wuj ciągnął dalej swój monolog:

– Nic łatwiejszego. W tym dokumencie mamy sto trzydzieści dwie litery, z czego siedemdziesiąt dziewięć spółgłosek i pięćdziesiąt trzy samogłoski. Otóż taki mniej więcej stosunek charakteryzuje budowę słów należących do języków południowych, gdy tymczasem języki północne są o wiele bogatsze w spółgłoski. A zatem w tym wypadku wchodzi w grę język południowy.

Trzeba przyznać, że były to słuszne wnioski.

– Ale o jaki język chodzi?

Tu było pole do popisu dla uczonego, którego los obdarzył głębokim umysłem analityka.

– Ten Saknussemm – ciągnął dalej wuj – był człowiekiem wykształconym. Otóż skoro nie pisał w swoim języku ojczystym, musiał wybrać siłą rzeczy język będący w obiegu wśród ludzi oświeconych XVI wieku, a więc łacinę. Jeśli się mylę, będę mógł przeprowadzić próby w języku hiszpańskim, francuskim, włoskim, greckim i hebrajskim. Jednakże uczeni XVI wieku pisali przeważnie po łacinie. A więc mam prawo twierdzić z góry: to jest łacina.

Podskoczyłem na krześle. Moje wspomnienia dotyczące łaciny buntowały się przeciw twierdzeniu, jakoby szeregi tych dziwacznych słów mogły należeć do melodyjnego języka Wergiliusza.

– Tak, to łacina – zapewniał wuj. – Lecz łacina powikłana. „Na szczęście! – pomyślałem sobie. – Jeśli ją rozwikłasz, dasz dowód wielkiej przebiegłości”.

– Przyjrzyjmy się dobrze – rzekł profesor sięgając po zapisaną przeze mnie kartkę. – Oto seria stu trzydziestu dwóch liter zgrupowanych w pozornym nieładzie. Są tu słowa złożone z samych spółgłosek, jak na przykład pierwsze „mmrnlls”, inne – przeciwnie – obfitują w samogłoski, chociażby piąte „unteief” albo przedostatnie „oseibo”. Oczywiście, ten układ nie jest wynikiem bezmyślnej kombinacji – powstał w sposób „matematyczny”, na skutek nieznanej przyczyny kierującej takim, a nie innym uszeregowaniem liter. Wydaje mi się pewne, że pierwotne zdanie zostało napisane prawidłowo, a potem odwrócone według reguły, którą należy odkryć. Ten, kto posiądzie klucz szyfru, odczyta swobodnie tekst. Akselu, czy znasz ten klucz?

Pytanie to pozostało bez odpowiedzi, a istniały ku temu ważne powody. Wzrok mój zatrzymał się na uroczym portrecie wiszącym na ścianie, na portrecie Grety. Pupilka mego wuja znajdowała się naówczas u swojej krewnej w Altonie, a ja cierpiałem ogromnie z powodu jej nieobecności. Mogę już teraz wyznać, że nadobna wychowanka profesora i jego siostrzeniec kochali się z całym opanowaniem i spokojem cechującym Niemców; zaręczyliśmy się bez wiedzy wuja, zbyt pochłoniętego geologią, by zrozumieć tego rodzaju uczucia. Greta była czarującą dziewczyną o złotych włosach i błękitnych oczach, o nieco zbyt poważnym usposobieniu i statecznym umyśle; jeśli o mnie chodzi, uwielbiałem ją po prostu. Dzięki podobiźnie małej Grety przerzuciłem się w mgnieniu oka ze świata rzeczywistości w krainę rojeń i wspomnień.

Oczyma wyobraźni ujrzałem towarzyszkę moich prac i rozrywek. Codziennie pomagała mi porządkować cenne kamienie wuja, razem ze mną opatrywała je etykietami. Panna Greta bowiem była bardzo mocna w mineralogii i lubiła zgłębiać zawiłe problemy naukowe. Ile miłych godzin spędziliśmy przy wspólnych studiach i jak często patrzyłem zazdrosnym okiem, gdy dotykała nieczułych kamieni swoimi ślicznymi rękoma!

Potem, podczas godzin przeznaczonych na odpoczynek, wychodziliśmy razem, szliśmy we dwoje cienistymi alejami aż do starego młyna ze smołowanego drzewa, który tak malowniczo wygląda nad brzegiem jeziora; po drodze gawędziliśmy trzymając się za ręce, opowiadałem jej różne historyjki, z których śmiała się z całego serca; w ten sposób dochodziliśmy aż do brzegów Elby i gdy przywitaliśmy łabędzie, pływające między wielkimi, białymi liliami wodnymi, wracaliśmy na bulwar stateczkiem parowym. Doszedłem w moich marzeniach do tego właśnie momentu, gdy wuj przywołał mnie gwałtownie do rzeczywistości, uderzywszy pięścią w stół.

– Otóż kiedy się chce poplątać litery w zdaniu, pierwsza myśl, jaka się nasuwa, to napisanie słów pionowo zamiast poziomo.

„A to dopiero!” – pomyślałem sobie.

– Trzeba zobaczyć, jak to wygląda. Akselu, skreśl jakieś zdanie na kartce, ale zamiast uszeregować litery jedna za drugą, umieść je kolejno w pionowych kolumnach, w ten sposób, aby na każdą przypadło pięć czy sześć liter.

Zorientowałem się szybko, o co wujowi chodzi, i niezwłocznie napisałem od góry do dołu:

 

kmamae

ocrolt

cidjak

hęzaGo

abomr

 

– Dobrze – rzekł profesor nie czytając tego, co nakreśliłem. – Teraz uszereguj te słowa w linii poziomej.

Spełniłem jego rozkaz i otrzymałem następujące zdanie: „kmamae ocrot cidjak hęzaGo abomr”.

– Doskonale! – rzekł wuj wyrywając mi kartkę z ręki. – Teraz to już nabrało cech starego dokumentu; samogłoski są pomieszane ze spółgłoskami w takim samym nieładzie, są nawet duże litery w środku słów zupełnie jak na starym pergaminie Saknussemma.

Chcąc nie chcąc musiałem przyznać, że te uwagi są bardzo trafne.

– Otóż – rzekł wuj zwracając się do mnie – ażeby przeczytać zdanie, które przed chwilą napisałeś, a którego treści nie znam, wystarczy odczytać kolejno pierwszą literę każdego słowa, potem drugą, potem trzecią i tak dalej.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin