Markowska_Wanda-Basnie_z_dalekich_wysp_ladow.pdf
(
1192 KB
)
Pobierz
676353210 UNPDF
O SUŁTANIE DARAI, GAZELI I ŻEBRAKU
(Baśń z Sudanu)
Darai. Kiedy umarła mu żona, wpadł w taką biedę, że nie miał co do ust wło-
żyć. Zebrał po domach i wybierał resztki pożywienia z miejskich śmietników.
Nieraz długo musiał grzebać w nich jak kura, zanim znalazł kawałek placka
jęczmiennego albo ogryzek banana.
Pewnego razu, gdy tak jak co dzień zbierał odpadki na małym placyku
pod murem, nagle coś zabłyszczało wśród sterty śmieci. Darai pochylił się
i oczom własnym nie wierząc podniósł z ziemi srebrnego talara! Długo obracał
go w dłoni, ważył, przyglądał mu się i myślał:
„Zaraz sobie kupię chleba, dużo, dużo chleba. I mięsa. Soczystego, wspa-
niałego, smakowitego mięsiwa. A może starczy i na jaki taki przyodziewek, bo
z tych łachmanów cała skóra mi prześwieca. Ho, ho, ho, cały srebrny talar. Wi-
dać jeszcze szczęście mnie nie opuściło”.
I poszedł raźnym krokiem w stronę bazaru. Wtem patrzy, a tu środkiem ulicy
idzie chłop niosąc w ręku duży kosz spleciony z bambusa i woła na całe gardło:
— Gazela, gazela, piękna, mała gazela!
— Hej, człowieku! — zawołał Darai. — Co masz w tym koszu?
— Gazelę, gazelę, żywą gazelę! — krzyczał głośno chłop.
— Przynieś ją tutaj, chcę ją zobaczyć — powiedział Darai.
Gawiedź zebrana wokół chłopa zaczęła się śmiać.
— Już nie masz nic lepszego do roboty, tylko ludziom zawracać głowę!
— Dlaczego tak z niego pokpiwacie? — zapytał chłop. — Toć gdyby nie
miał pieniędzy, na pewno nie przywołałby mnie do siebie.
— He, he, he! — zaśmiali się ludzie. — Przyjrzyj mu się tylko, on ma tyle
majątku, ile wyskrobie ze śmietnika. Codziennie jak kura grzebie się w tych
brudach.
— Gdyby miał choć grosz przy duszy — zawołał gruby sprzedawca dywa-
nów — toby nie myślał o twojej gazeli, aleby sobie kupił garść prosa, boć prze-
cie zawsze jest głodny! Siebie nie może wyżywić, to jakże będzie mógł wyży-
wić gazelę?
— Ech, głupstwo, głowę tylko zawraca — wtrącił się właściciel straganu
z owocami. — Toć on nie ma nawet na kupno garści ig.
2
D
awno, dawno temu żył w pewnym mieście człowiek imieniem
— Ja tam nic o nim nie wiem. Mam swój towar, jeśli mnie ktoś woła, to idę
— odpowiedział chłop skrobiąc się w głowę.
I skierował się w stronę Daraia. Ludzie szli za nim, ciekawi, co dalej będzie.
— Tak, drodzy państwo — mówił chłop — nieraz mi się zdarza, że wołają
mnie bogacze: „Hej, człowieku, podejdź do nas, sprzedaj nam gazelę”. A póź-
niej, jak ją obejrzą z bliska, kręcą nosem, że za mała, że za droga, i nie kupują
jej. Tak że w handlu nic nie wiadomo.
— No, no, nie wierzysz nam — rzekli przechodnie — ale my ci mówimy
prawdę. Od kiedy żona mu umarła, groszem nie śmierdzi, to nasz miejski że-
brak. Ciekawe, jak się z tego wywinie, gdy się okaże, że chciał cię nabrać. Bę-
dziesz musiał się z nim policzyć, żeby mu się odechciało podobnych żartów.
— Stroić sobie żarty z człowieka dźwigającego ciężary, to już byłoby za
wiele — rzekł chłop stawiając kosz z gazelą przed Daraiem.
Ów wziął ją na ręce, pogłaskał po głowie i rozluźnił sznury, którymi była
spętana. Potem zapytał chłopa:
— Ile chcesz za tę gazelę?
— Jednego talara — odparł sprzedawca.
Ludzie naokoło chichotali, a brodaty kupiec dywanów aż się za boki trzy-
mał ze śmiechu.
— No i co teraz zrobisz? Skąd weźmiesz talara, ty nędzarzu? — mówili.
— Dlaczego się tak ze mnie śmiejecie? — zapytał biedak. — Czy wam
coś złego uczyniłem, czy was obraziłem kiedykolwiek? Dlaczego sądzicie, że
mógłbym okłamać tego człowieka i narazić go na próżny trud?
To mówiąc wyjął z zanadrza srebrnego talara i kupił gazelę.
— A widzicie — powiedział uradowany chłop cmokając z zadowoleniem
i obracając talara w palcach — stoją tacy panowie w jedwabnych turbanach,
w kosztownych szatach, tłuści, brzuchaci, najedzeni i tylko wydziwiają, ale nic
nie kupują, a ten biedak od razu zapłacił za gazelę, ile się należy! Nawet się nie
targował. Jakbym was słuchał, tobym do wieczora mógł stać z moim towarem
na słońcu i wołać: „Dobrzy ludzie, dobrzy ludzie, kto z was kupi gazelę, ślicz-
ną i łagodną, dobrą i pożyteczną, młodziutką gazelę”.
I śmiejąc się poszedł do domu, na wieś.
A Darai wziął gazelę na ramiona i zaniósł ją do swego legowiska w starych
kamieniołomach pod miastem. Tu dał jej pić, wyszukał trochę prosa i nakarmił
głodne zwierzątko. Potem ułożył ją na macie, na której sypiał, a sam wyszedł
z dzbankiem, bo chciał wyżebrać dla niej trochę mleka.
Tak minęło kilka dni. Darai zrywał się o świcie, szedł do śmietnika, wy-
grzebywał garstkę prosa, czasem znajdował nadgniłe banany albo parę ig
3
i dzielił się z gazelą. Nie zawsze udawało mu się zdobyć dla niej mleko, a o tra-
wę było trudno, bo wokół miasta wszystkie łąki wypaliło słońce.
Tak więc nieraz i Darai, i gazela bywali głodni.
Pewnego razu po północy, kiedy Darai spał już od dawna, nagle zbudzi-
ła go gazela, która wstała z maty, zaczęła lizać po twarzy, a potem przemówi-
ła ludzkim głosem:
— Panie mój, wysłuchaj mnie.
— Co słyszę, sen to czy jawa? Pewnie mi się śniło — zerwał się żebrak
przestraszony ze swego legowiska. — Tak, na pewno mi się śniło, przecież ga-
zele nie mówią. Jakiż ze mnie głupiec!
Ale tuż obok niego znów rozległ się głos gazeli:
— Uspokój się, panie, i wysłuchaj mnie uważnie. Od chwili, kiedyś mnie
wykupił za cenę tak wysoką i przyniósł tutaj, mogłam stąd już wiele razy uciec.
Ale nie uczyniłam tego, bo byłeś dla mnie dobry, dla mnie poniosłeś przecież
taki duży wydatek, całego srebrnego talara oddałeś temu chłopu, który mnie
schwytał w lesie i przyniósł na targ. Dzieliłeś się ze mną każdym kęsem stra-
wy, żebrałeś dla mnie o mleko i sam przymierałeś głodem, byle mnie nakar-
mić. Postanowiłam więc, że cię nie opuszczę. Ale musisz na jedno się zgodzić.
— A czego pragniesz? Mów śmiało — rzekł biedak.
— Chciałabym codziennie przed świtem odchodzić stąd, pędzić daleko
w las i step, paść się na soczystych łąkach nad rzeką i jeziorem, a kiedy słońce
zajdzie za góry, wracać do ciebie. W ten sposób i tobie będzie lżej, bo nie bę-
dziesz się musiał troskać o me wyżywienie, i ja zaznam upragnionej swobo-
dy. Tak, tak, panie mój drogi, na twoim wikcie pozostałabym na zawsze ma-
leńka i słaba.
— Rób, jak chcesz — powiedział zatroskany żebrak. — Wierzę, że wo-
lisz zielone lasy niż moją nędzę. Ale smutno będzie bez ciebie, smutno i pusto.
Więc cię tylko proszę, wróć do mnie, nie opuszczaj mnie!
— Ależ na pewno wrócę — ucieszyła się gazela. — To dobrze, że sam po-
zwalasz mi odejść. A więc żegnaj do jutra wieczór!
To mówiąc wstała i szybko pomknęła w dal. Chwilę jeszcze słyszał Darai,
jak biegła, dolatywał go szmer spadających kamieni i szelest traw potrącanych
jej lotnymi nóżkami, a potem wszystko ucichło.
„Ach, moja śliczna gazelo, już ja cię pewnie więcej nie zobaczę” — pomy-
ślał Darai i zwiesiwszy smutnie głowę poszedł grzebać na śmietniku.
Sąsiedzi widząc, że nie ma już gazeli, zaczęli się z niego śmiać i dogadywali:
— Uciekła ci, co, Darai? Nie martw się, kupisz sobie drugą. U ciebie o ta-
lary łatwo. He! He! He!
4
A drudzy mówili:
— Nawet nieme stworzenie i to opuściło takiego niedołęgę, co tylko że-
brać potrai.
Biedak z płaczem uciekł przed nimi i skrył się w swej norze wydrążonej
w skale.
Słońce zaszło, zapadła noc. Darai spać nie może, przewraca się na twardej
macie z boku na bok i wciąż nasłuchuje.
„A nuż gazela wróci? Może mówiła prawdę? — myśli Darai. — Ale nie, to
niemożliwe, po cóż by miała wracać do takiego nędzarza jak ja? Porzucać lasy
i zielone polanki pachnące od ziół!”
Wtem usłyszał szmer osypujących się kamieni, a potem lekki tętent. Za
chwilę gazela stała przy nim i trącała go wilgotnymi. chrapkami.
Darai śmiał się i płakał z radości.
— Więc jednak wróciłaś, gazelo? A ja już myślałem, że cię nie zobaczę więcej.
Gazela powiedziała:
— Więc nie wierzyłeś mym słowom? Przyrzekłam ci, że wrócę, i wróci-
łam. Ja nie opuszczam swych dobroczyńców i wiem, co to wdzięczność.
Tak trwało długi czas. We dnie gazela pasła się na wolności, biegała po gó-
rach i stepach, a na noc wracała do Daraia. Urosła, zmężniała, stała się ści-
gła jak ptak, a śliczna była, że wprost napatrzyć się jej nie było można. Ludzie
wreszcie spostrzegli, że gazela co wieczór wraca do legowiska żebraka, i za-
płonęli ciekawością.
— A może Darai to czarodziej? Może tylko udaje nędzarza? A ta gazela to
jakaś zaczarowana księżniczka? W tym musi coś być! — mówili. — Jak świat
światem jeszcze się nie zdarzyło, by dzika gazela wracała z lasu do człowieka.
Nic, tylko jakieś czary rzucił na nią. Trzeba by ją schwytać, może wtedy do-
wiemy się prawdy.
Wieczorem pytał Darai gazelę:
— Opowiedz mi, droga przyjaciółko, czy pięknie jest tam, skąd wracasz
codziennie? Jak spędzasz swe dnie?
— Ach, mój panie — odpowiadała gazela — tam, skąd przychodzę, jest
pięknie jak nigdzie na świecie, las jest gęsty i ciemny, a na polankach rośnie
zielona, miękka trawa i kwitną kwiaty. Układam się w cieniu paproci, gdy je-
stem zmęczona bieganiem, i odpoczywam. Ptaszki śpiewają w gęstwinie, nie-
daleko płynie strumyk, w którym kąpię się codziennie. Muszę tylko uważać
na myśliwych; pewnego razu któryś z nich strzelił do mnie, ale uskoczyłam
w bok. A raz znów ledwie wydostałam się z paści. O, nie wszyscy ludzie są tak
dobrzy jak ty, mój panie. W moim lesie nie ma żadnych dróg i przesiek, są tyl-
5
ko ścieżki wydeptane przez jelenie i dziki. A za lasem rozciąga się step, gdzie
trawy są tak wysokie, że cała się w nich kryję. Na stepie mieszkają lwy, leopar-
dy i słonie, więc niechętnie tam przebywam. Lubię najbardziej góry, czuję się
bezpiecznie na szczytach kamienistych i wysokich, gdzie rośnie tylko mech
i niskie krzewiny, a niebo jest tuż nad moją głową.
— Ach, jakbym chciał tam z tobą być, gazelo — westchnął biedak. — Cie-
szę się, że jesteś szczęśliwa, ale uważaj na siebie, moja droga, ludzie lubią po-
lować na gazele, bo ich mięso jest smaczne i soczyste.
Pewnego ranka, gdy tylko gazela opuściła mieszkanie Daraia, usłyszała głosy:
— Łapcie ją, chwytajcie na sznur! — krzyczeli jacyś ludzie.
Ale gazela zdwoiła szybkość i niby płowa strzała pomknęła w las pozosta-
wiając daleko za sobą swych prześladowców.
Wróciła późną nocą.
— Przyjacielu mój i panie — powiedziała. — Twoi sąsiedzi chcą mnie
schwytać. Muszę być jeszcze ostrożniejsza. Nie martw się więc, gdy czasem
nie wrócę na noc.
Zresztą nadeszła pora, bym coś dla ciebie uczyniła. Jestem już duża, sil-
na, wytrzymała na trudy, mogę więc wyruszyć w świat po twoje szczęście. Po-
stanowiłam, że cię uczynię możnym, mój panie, i muszę tego dokonać. Zegnaj
więc i czekaj mego powrotu.
Darai pozostał sam, a gazela popędziła ku dalekim górom. O południu zna-
lazła się w wąskiej kotlince porośniętej tamaryszkiem i mimozą.
Dzień był upalny. Gazela znużona długą drogą usnęła pod rozłożystym
krzakiem. Gdy się przebudziła, słońce przetoczyło się już na zachodnią stro-
nę nieba i skwar zelżał. Gazela wstała, rozejrzała się czujnie dokoła, zastrzygła
uszkami, a potem zaczęła grzebać kopytkiem ziemię. Po chwili coś dźwięknę-
ło i olbrzymi diament potoczył się w dół. Jarzył się tak cudnym blaskiem, że
gazela olśniona aż zmrużyła oczy.
— Ależ błyszczy — ucieszyła się — jak gwiazda na niebie. Gdybym po-
darowała go memu panu, nie musiałby więcej szukać dla siebie pożywienia na
śmietnisku.
Skończyłaby się jego bieda. Ale nie zrobię tego. Na pewno by go zabili źli
ludzie. Albo uwięzili myśląc, że skradł ten kamień, bo skądże u biedaka taki
skarb. Jeszcze bym gotowa memu panu nieszczęście przynieść. Przypuśćmy,
że dam mu ten diament. Pan mój pójdzie na bazar go sprzedać, aby dostać
w zamian te srebrne i złote krążki, za które można w świecie ludzi wszystko
otrzymać. Kupcy obejrzą klejnot, zaczną wargami cmokać, bo diamentu takiej
wielkości jeszcze nikt nie widział, i dalejże mego pana pytać:
6
Plik z chomika:
masmika
Inne pliki z tego folderu:
jestem.jpeg
(32 KB)
mikolaj.jpg
(194 KB)
Markowska_Wanda-Basnie_z_dalekich_wysp_ladow.pdf
(1192 KB)
Baśnie z dalekich mórz i oceanow - Wanda Markowska.doc
(142 KB)
Modlitwa Pana Jezusa.gif
(283 KB)
Inne foldery tego chomika:
audiobooki
Bohaterowie Dziejow Apostolskich w mp3
e-booki
filmy
Galeria
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin