szpital nadzieji.txt

(60 KB) Pobierz
Szpital nadziei
Autor: Cornelie

Prolog 

Wszystko potoczy�o si� za szybko. Studia, praca, �ycie - nie zauwa�y�em, kiedy mija�y kolejne lata. Wybra�em zaw�d, jaki uprawia� m�j ojciec. Bycie lekarzem sprawia�o mi przyjemno�� szczeg�lnie, kiedy moje zdolno�ci ratowa�y komu� �ycie. Tego uczucia, kt�re towarzyszy�o mi codziennie na oddziale, nie mo�na by�o przyr�wna� do niczego na tym �wiecie. U�miechni�te twarze pacjent�w, podzi�kowania od rodzin, pochwa�y koleg�w z bran�y � to balsam dla mojej duszy. 
Zosta�em chirurgiem od � przegranych spraw�., Kiedy wszyscy machali r�k�, twierdz�c, �e w tym przypadku nie da si� nic zrobi�, ja wkracza�em do akcji. Robi�em wszystko, co w ludzkiej mocy, aby cz�owiek, kt�ry le�y na moim stole operacyjnym obudzi� si� i nadal cieszy� dotychczasowym �yciem. Takie by�o moje zadanie i przeznaczenie. I kocha�em to. Tak samo, jak kocha�em kobiet�, kt�ra zostawi�a mnie dawno temu, wyje�d�aj�c w nieznane mi miejsce. 
Od tamtego czasu �udzi�em si�, �e zadzwoni, napisze, da jakikolwiek znak, �e o mnie pami�ta. Da�em za wygran� po dw�ch latach milczenia. Mia�em nadziej�, �e prowadzi takie �ycie, o jakim zawsze marzy�a. Jej szcz�cie, od pocz�tku naszej znajomo�ci, by�o dla mnie najwa�niejsze. 
Do dzi� pami�tam, gdzie zobaczy�em j� po raz pierwszy. Sta�a przed szko��. Deszcz niemi�osiernie smaga� j� po twarzy. By�a przemoczona do suchej nitki. U�miechn��em si� do siebie i pomy�la�em, �e nie zaszkodzi porozmawia� z t� nieszcz�sn� istot�. Od pierwszej rozmowy wiedzia�em, �e to mi�o�� od pierwszego wejrzenia. Spos�b, w jaki m�wi�a, gestykulowa�a lub marszczy�a brwi, sprawia�, �e z dnia na dzie� coraz bardziej umacnia�em si� w swoich uczuciach. Zosta�o mi to do dzi�. 
Gdy przypomina�em sobie o jej u�miechni�tych oczach, d�oniach, kt�re nie raz b��dzi�y po moim ciele, badaj�c sk�r� i poca�unkach, kt�rymi obdarza�a mnie przy ka�dej okazji, serce bi�o mi coraz szybciej. 
Do tej pory potrafi� opisa� jej zapach, ka�de spojrzenie i grymas. Na pami�� znam ka�dy centymetr jej cia�a. 
Nie raz zastanawia�em si�, jakby potoczy�o si� nasze �ycie, gdyby w ten feralny dzie� postanowi�a zosta� ze mn�. Oczami wyobra�ni widzia�em j� w naszym wsp�lnym domu, kt�ry na pewno sama by urz�dzi�a. U�miecha�em si� do swoich marze� z lekk� ironi�, wiedz�c, �e to nigdy si� nie wydarzy. 
Moja ukochana odesz�a, a ja nie mog�em nic zrobi�. Dr�czy�em si� tym przez par� lat, p�ki nie doszed�em do wniosku, �e to nie ma sensu. Cierpienie z powodu czego�, co min�o i nie wr�ci, pogr��a�o mnie tylko w niebycie. 
Rozpocz��em wszystko od nowa. Przenios�em si� do Los Angeles, wynaj��em luksusowy apartament i po�wi�ci�em si� innym. Zapomnia�em, czym jest rozrywka, wypady do klub�w. Obecnie liczyli si� tylko pacjenci i ich zdrowie. Praca sprawia�a, �e nie tylko czu�em si� bohaterem, ale i nim by�em dla ludzi le��cych na oddziale. Dzi�ki nim, czu�em, �e robi� co� dobrego, s�usznego. Dzi�ki nim praca nie by�a obowi�zkiem a przyjemno�ci�. Codziennie rano wchodzi�em do szpitala z my�l�, �e dzisiaj uratuj� komu� �ycie. I ratowa�em. 
Zerkn��em na zegarek. Wybi�a p�noc - pora na obch�d. Podnios�em si� z sofy i wyszed�em z gabinetu, rozgl�daj�c si� za Tomem. Sta� przy niskiej brunetce, piel�gniarce, kt�ra pomaga�a nam przy pacjentach. Przywo�a�em go r�k�. 
- Co jest, stary? Wygl�dasz, jakby� dopiero, co z grobu wsta� � powiedzia� ze �miechem, opieraj�c si� o �cian�. 
Lubi�em go. By� to jeden z nielicznych ludzi w szpitalu, kt�rym ufa�em. Zna� mnie na wylot. Tylko jemu mog�em zdradzi�, co kryje si� w mojej duszy. 
- Id� do domu. Marianne na ciebie czeka. Ja zostan� i przypilnuj� wszystkiego � o�wiadczy�em przeczesuj�c w�osy. 
- Jeste� pewien? � Spojrza� na zegarek. 
- Tak, id�. O mnie si� nie martw � za�mia�em si� gorzko 
- Skoro tak m�wisz. Jutro punktualnie o �smej zjawi� si� na sto��wce, panie kapitanie � zakomunikowa�. 
Patrzy�em, jak odchodzi. W dniach, kiedy popada�em w apati�, zazdro�ci�em mu domu. Jego prawdziwego znaczenia. Tego, �e ma, do kogo wraca�, kim si� opiekowa�. Ja wraca�em do pustego mieszkania, w kt�rym czu�em si� jak intruz. 
Obch�d, przypomnia�em sobie, po czym ruszy�em w stron� pierwszych drzwi. Sala numer pi��, m�ody m�czyzna postrzelony w brzuch. Sala numer sze��, m�oda kobieta z rakiem piersi. Jednak dzisiaj chcia�em odwiedzi� sal� numer dziesi��. 
Eliza spa�a spokojnie przykryta po sam� szyj�. Wygl�da�a jak bezbronne dziecko os�aniaj�ce si� przed napastnikiem. Jako pierwsza od bardzo d�ugiego czasu wzbudzi�a we mnie ch�� opieki. Takiej, jak� kiedy� �ywi�em w stosunku do Belli. 
Nie mog�em przej�� obok niej oboj�tnie. Dwudziestodwuletnia, �adna i inteligentna kobieta. Mukowiscydoza. Marne szanse na prze�ycie wi�cej ni� czterdziestu lat. 
Robi�em wszystko, aby jej pom�c. Nie wiem, czy si� uda, czy p�jdzie nie tak. �ywi�em jednak nadziej� na to lepsze rozwi�zanie. 
- Dobry wiecz�r, panie doktorze � u�miechn�a si�, lekko przecieraj�c oczy. � Obch�d? 
-Czy ty wszystko wiesz? � Przysiad�em na jej ��ku. 
- Wszystkiego nie, ale to, co powinnam siedzi gdzie� w tej g��wce � wskaza�a r�k� na czo�o i za�mia�a si� cicho. 
- Spr�buj� wszystkiego� - Uciszy�a mnie r�k�. 
- Edwardzie, ja si� pogodzi�am z losem. Musisz zrobi� to samo. I�� dalej. Nie patrze� wstecz. To nic nie daje. 
Wiedzia�em, �e ma racj�. Nie chcia�em jednak przyj�� tego do wiadomo�ci. 
- Jeste� za m�dra, jak dla mnie. A teraz �pij. Kolorowych, Liza � szepn��em, zamykaj�c za sob� drzwi. 
W jej towarzystwie wszystko wydawa�o si� by� proste, namacalne. Mog�em wyci�gn�� r�k� i to mie�. Wystarczy�o si�gn��. Jednak ten jeden ruch kosztowa�by mnie za wiele, bym m�g� zaryzykowa�. 
Koniec obchodu. Wr�ci�em do gabinetu i spojrza�em na zdj�cie le��ce na biurku. Przez chwil� gapi�em si� w nie, z czci� dotykaj�c ramki. 
Jeste� g�upi, pomy�la�em. 
Od�o�y�em je szybko obrazem do do�u i rzuci�em si� na sof�. Chwila spokojnego snu - to by�o to, czego w tej chwili pragn��em najbardziej. 
Ucieczka od otaczaj�cej rzeczywisto�ci, pr�ba oderwania si� od wszystkiego, co zna�em i znam to kr�tkotrwa�y lek na moje blizny. Dzia�a� nie wi�cej ni� mrugni�cie powiek. 
*** 
Obudzi� mnie krzyk piel�gniarki. Wierzchem d�oni przetar�em oczy i podnios�em si� na r�wne nogi. 
- Doktorze, szybko! Nag�y przypadek � jej g�os doszed� do mnie zza �ciany. B�yskawicznie wybieg�em na korytarz. Na noszach wie�li jak�� kobiet�. 
- Co si� sta�o? � Spyta�em piel�gniarki, kt�ra powiadomi�a mnie o zdarzeniu. 
- Straci�a przytomno��. Przyjaciel zadzwoni� po karetk�. Z tego, co m�wi� jest bardzo chora. Guz m�zgu w bardzo zaawansowanym stadium. Minimalne szanse na prze�ycie. 
Spojrza�em na ni�. 
- W takim razie, trzeba co� z tym zrobi�. Prosz� wjecha� tutaj na sal� � wskaza�em r�k�. 
Sam szybko poszed�em umy� r�ce. Po chwili by�em gotowy. Stan��em przy noszach i znieruchomia�em. Cia�o odm�wi�o mi pos�usze�stwa. Nie wiem czy oddycha�em, czy potrafi�em oddycha� patrz�c w t� twarz. �wiat si� zatrzyma� a ja razem z nim. Spogl�da�em prosto w jej zamkni�te oczy, zastanawiaj�c si� czy wyobra�nia nie p�ata mi figla. Ale nie, tych rys�w, ust, podbr�dka nie mog�em zapomnie�. Pojawia�y si� zbyt cz�sto w moich my�lach, wry�y si� w moj� pami��. Wygl�da�a jakby by�a pogr��ona w g��bokim �nie. Taka krucha, bezbronna niczym dziecko. 
- Bella� - szepn��em do siebie. B�l, kt�ry zrodzi� si� w mojej klatce piersiowej promieniowa�, ogarniaj�c wszystkie kom�rki. 
- Znasz j�? � Spyta�a piel�gniarka, kt�ra sta�a tu� obok. 
Skin��em tylko g�ow�. Czy j� znam? Ja j� kocham od niepami�tnych czas�w. Pech chcia�, �e znalaz�a si� tutaj, na moim stole. Najgorszy koszmar, jaki mog�o mi sprawi� �ycie.

Rozdzia� I 

B�l 
Sko�czy�em. Mia�em ogromn� nadziej�, �e ul�y�em jej w b�lu. Jako lekarz wiedzia�em, �e sprawa jest skazana na pora�k�. Jej organizm podda� si� chorobie, nie walczy� z ni�, wr�cz przeciwnie, pozwala� na opanowanie kolejnych kom�rek. 
Jej ponowne pojawienie si� w moim �yciu wywo�a�o gwa�town� burz� w moim sercu. My�li, uczucia, wszystko podporz�dkowa�o si� jednemu � Belli. 
Nie mog�em si� skupi� na pracy. Ca�y czas analizowa�em jej przypadek. Szuka�em rozwi�zania, metody, czegokolwiek, co mog�oby mi pom�c w odnalezieniu wyj�cia z tej sytuacji. Wiedza ksi��kowa i praktyczna, jak� posiada�em, zdawa�a si� nic nie znaczy�. Nie by�a w stanie da� mi odpowiedzi, nakierowa� na jaki� punkt zaczepienia. Czu�em si� bezsilny. 
To uczucie by�o wsz�dzie. Gdziekolwiek nie spojrza�em, czu�em na sobie wzrok innych. 
Chyba ka�dy w szpitalu ju� wiedzia�, �e wczoraj przywieziono tu kogo�, kto wiele dla mnie znaczy. Ukradkowe spojrzenia, ciche rozmowy, urywane, gdy pojawia�em si� w pobli�u, zak��ca�y m�j spok�j. Zacz��em si� nad tym zastanawia�, kiedy czyja� d�o� spocz�a na moich ramionach. 
- Wiem o wszystkim. � Tom, przyjaciel, przed kt�rym nie mia�em nic do ukrycia. By� mi teraz potrzebny. � Jak mog� ci pom�c? Jest co�, co mo�na zrobi�? 
Ka�de pytanie zadawa�o mi fizyczny b�l. Czy mog� co� zrobi�? A je�li mog�, co to do cholery jest? Powinienem to wiedzie�. Powinienem zna� ka�de mo�liwe opcje. Powinienem wiedzie�, jak jej pom�c. A nie wiedzia�em. 
- Nie. Nie wiem. Mo�e. � Pl�ta�em si� w swoich przypuszczeniach. � Sam nie wiem, Tom. Nigdy nie by�em na takiej pozycji. Zawsze wiedzia�em, co robi�, a teraz� Teraz zosta�a jedna, wielka pustka. � Szepn��em cicho, opieraj�c si� o �cian�. 
Serce �ciska�o mi si� na my�l o niej, le��cej tu� obok. Nadal nie odzyska�a przytomno�ci. Czy w og�le j� odzyska? 
Czy b�d� m�g� us�ysze� jej s�odki g�os? Przekonywa�em sam siebie, �e wszystko jest mo�liwe, a ona mi to udowodni. Poka�e mi cud. Tak jak kiedy� obiecywa�a. 
*** 
Dwoje m�odych ludzi siedzia�o przy ognisku, przytulaj�c si� do siebie. Jedno co chwila szepta�o drugiemu co� na ucho, wybuchaj�c przy tym �miechem. Wygl�dali na szcz�liwych, zakochanych � jak dwie po��wki jednej pomara�czy. 
Ch�opak spojrza� g��boko w oczy swojej lubej. 
- Czy ty mnie kochasz? � Spyta� cicho, przesuwaj�c ustami ...
Zgłoś jeśli naruszono regulamin