McBride Mary - Gołąbka.rtf

(199 KB) Pobierz

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Terytorium Nowego Meksyku, 1878

Wygranie w pokera stu dolarów to jedna sprawa, a wygranie kobiety to już całkiem coś innego. Will Curry, gdyby wiedział, że tak się stanie, prędzej spaliłby te cztery .przeklęte króle, a nie wykładał je na stół. Przede wszystkim jednak nigdy by nie pojechał do Las Vegas, całą chwałę i wątpliwą przyjemność eskortowania więźnia przed oblicze władz hrabstwa San Miguel, cedując na swego zastępcę. Niestety, Will osobiś­cie wybrał się na tę wycieczkę, ponieważ zatęsk­nił za porządnym pokerem, a naprawdę ... to chciał wygrać duże pieniądze. Wybrał się. I wy­grał. A niech to szlag ...

- Przestań ciągnąć się tak za mną, słyszysz? Sunąc przez ciemności błotnistą drogą, jeszcze bardziej wydłużył krok. Jednak szelest halek za nim nadal był słyszalny. Przygarbił się i zaczął iść jeszcze szybciej, zaciskając palce na pasie z bronią, żeby stłumić w sobie naturalny odruch. Wyciąg­nąć broń, odwrócić się i wycelować.

- Zostaw mnie w spokoju, kobieto! Po prostu znikaj!

- Nie mogę! - dobiegł z tyłu zadyszany głos istoty przemieszczającej się biegiem. Inaczej prze­cież nie dałaby rady dotrzymać mu kroku. - Ja naprawdę nie mam dokąd iść!

Boże, ulituj się nade mną! Will zgrzytnął zębami i wbił mocno obcasy w błoto. Stanął. I stało się to, co nieuniknione. Rozpędzona kobie­ta wpadła na niego całym impetem. Nie był ułomkiem. Sześć stóp i trzy cale wzrostu, ważył dobre dwieście funtów, dlatego prawie nie poczuł uderzenia. Dla kobiety jednak była to poważna kolizja. Sądząc po wyrazie jej twarzy, w momen­cie zetknięcia się z jego ciałem ujrzała firmament pełen gwiazd.

Powinien był wykorzystać sposobność i umknąć.

Ale on, głupiec, złapał ją za ramiona i pomógł odzyskać równowagę. Co było błędem, bo kiedy poczuł pod palcami nagrzaną ciałem satynę i deli­katne kości, jakby trochę zmiękł. Opamiętał się jednak. Przecież to kobieta lekkich obyczajów, kobieta twarda, żadna krucha istota. Gęstwina czarnych włosów miała za zadanie wabić męż­czyzn, tak samo jak głęboki dekolt przy czer­wonej sukni. A niewinny wyraz szeroko otwar­tych oczu jest skutkiem tego, że dziewczyna porządnie rąbnęła się w głowę. Co na chwilę wybiło jej z głowy wszystko, co złe.

Zdjął ręce z jej ramion i cofnął się o krok.

_ Wracaj, kobieto, do Sharkeya - powiedział surowym głosem. - Tojakaś koszmarna pomyłka. - Przecież pan mnie wygrał!

Nie cofnęła się ani o krok. Skrzyżowała ramio­na na piersiach, zagryzła dolną wargę i wzięła . kilka głębokich oddechów. Bardzo głębokich. Will miał wrażenie, że pewne krągłe, połyskujące części jej ciała za chwilę wyprysną z dekoltu.

- Ma pan w kieszeni mój kontrakt l Spojrzenie Willa oderwało się od biustu natręt­nej istoty i spoczęło na jego własnej piersi, a dokładniej na kieszonce surduta.

- To?!

Wyciągnął złożoną we czworo kartkę i spojrzał na nią ze złością·

_ Byłem pewny, że twój szef dokłada do puli swoje udziały w kopalni srebra, a nie prawa do jakiejś ladacznicy!

Wyprostowała się, nagie, białe ramiona od· rzuciła w tył. Ale i tak wzrost miała raczej :mizerny, jakieś pięć stóp i cztery cale, nie więcej.

_ Tym niemniej wygrałeś mnie, pan - oświad­czyła. - I masz mój kontrakt: Prawdopodobnie wart jest dwieście, może trzysta dolarów.

_ Ochl czyżby? - Will przedarł kartkę i obiema połówkami P9machał jej przed nosem. - A teraz ile jest wart?

_ Do licha! Czy pan zdaje sobie sprawę, to pan robi?

T racę panowanie nad sobą, pomyślał Will. Robił coś, co W jego trzydziestosześcioletnim życiu przydarzyło mu się zaledwie dwa czy trzy razy. W naj trudniej szych sytuacjach potrafił za­chować zimną krew. Szczycił się tym, a teraz to nieduże, namolne stworzenie z dumnie uniesioną brodą, wycelowaną prosto w jego twarz, do­prowadzało go do stanu wrzenia.

 

- Co robię? A proszę sobie popatrzeć ... -wyce­dził i powoli, systematycznie zaczął drzeć obie połówki na ćwiartki, potem ćwiartki na maluśkie kawałeczki. Tak okrutnie potraktowany kon­trakt rzucił w górę i zacierając z zadowolenia ręce, spoglądał ze złośliwym uśmiechem, jak sypie się na nich papierowy śnieżek.

 

- Teraz naprawdę możesz się udać w dowol­nym kierunku - oświadczył, strzepując z rękawa kawałeczek papieru. - Do Sharkeya albo gdzie indziej.

 

U śmiechnął się dobrotliwie i szerokim gestem wskazał na kilkanaście domów, które wyrosły dosłownie w ciągu jednego roku z nadzieją, że całe Atchison, T opeka i Santa Fe zawita do nich następnego lata. W co drugim z tych domów był saloon albo dom gry, połączony z przytulnymi gabinetami dla par.

 

- To prawdziwy raj dla kobiet twojego po­kroju. Jest w czym wybierać. A ode mnie po prostu się odczep!

 

Odwrócił się na pięCIe i w ciągu minuty pokonał odległość dzielącą go od hotelu. Wbiegł po schodach, trzasnął drzwiami do s;vego pokoju

i przezornie zamknął na zasuwę. Spod tych drzwi nie ruszał się przez dobrą chwilę. Przeklinał i pocił się, jak człowiek zaszczuty, a nie ktoś, komu dzisiaj karta szła jak nigdy dotąd. Potem, mam­rocząc gniewnie, podszedł do okna. Odsunął nieco zasłonę i spojrzał w dół, na ulicę.

Zobaczył tylko kawałki papieru, niesione przez wiatr. Kobiety nie było. Poszła sobie. Dokąd? A to naprawdę było mu doskonale obojętne. Krzyżyk na drogę!

 

- Ejże! A ty dokąd, Josie?!

Josie Dove znieruchomiała na środku holu.

 

- Idę na górę. A ty, Ticku Farleyu, nie próbuj mnie zatrzymać. Mam bardzo pilną sprawę!

 

Wzięła się pod boki i wycelowała w młodego recepcjonistę spojrzenie o temperaturze stu stop­ni, które miało sprawić, że recepcjonista zmięk­nie. Nadzieja płonna, bo na twarzy chłopaka pojawił się obleśny uśmieszek.

- Pilną sprawę? Do kogo?

- Na pewno nie do ciebie! A szczerze mówiąc, to nazwiska nie znam. Taki wysoki, postawny mężczyzna, wszedł tu dosłownie przed chwilą. - Will Curry?

 

Curry ... To krótkie nazwisko pasuje do tego mężczyzny, pomyślała Josie. Jest taki silny, zde­cydowany. I nie były to jedyne jego zalety. Will Curry był także schludny, a jego dłonie - szczegół nadzwyczaj istotny - piękne. Palce długie, smuk­łe, paznokcie obcięte i czyste. Doskonale mogła sobie wyobrazić, jak te palce trzymają karty. Delikatnie, niemal pieszczotliwie. Tak samo za­pewne trzymają szklaneczkę whisky. To palce cierpliwego kochanka ...

- Tak. Chodzi mi o niego. Który to pokój? Tick rozciągnął usta w uśmiechu, dosłownie od ucha do ucha.

- T o on ci nie powiedział?

- Za pomniał.

- Aha.

Josie westchnęła. Dotarcie do mężczyzny o na­zwisku Curry i zadbanych dłoniach było dla niej teraz sprawą nadrzędną. Musiała to zrobić w taki czy inny sposób. Jednym ze sposobów mogło być wyrwanie Tickowi z rąk księgi gości, żeby samej poszukać potrzebnej informacji. Zdecydowała się jednak na coś innego, coś, czego nauczyła się, podpatrując dziewczyny od Sharkeya. Polegało to na zrobieniu kilku efektownych kroków połączo­nych z kołysaniem bioder, potem należało na­chylić się nad biurkiem i wyszeptać recepcjoniście kilka słodkich obietnic, których wcale nie zamie­rzało się dotrzymać.

Chłopakowi, zagapionemu w dekolt czerwo­nej sukni, mówienie wyraźnie zaczęło sprawiać pewną trudność.

- Jutro wie ... wieczorem? - wykrztusił.

- Tak, tak. .. - zagruchała.

- Całą noc?

- Aha ...

- Gratis?

- Naturalnie!

Zatrzepotała rzęsami i poruszywszy zachęca­jąco całym torsem, pochyliła się jeszcze bardziej, aby gamoń mógł sobie zerknąć w dołek między piersiami.

- Pokój 208!

- Dziękuję, Tick. Nie pożałujesz tego.

Pomknęła schodami na górę, z ręką uniesioną, przygotowaną już do pukania. Zanim jednąk dotarła do drzwi pomalowanych olejną farbą, wpadła na lepszy pomysł. Zadrapała w nie i za­skomlała, jak zabłąkany piesek. Wypadło to bardzo przekonywująco. Cóż się dżiwić, skoro w pew­nym sensie było to tak bliskie rzeczywistości. ..

Spoza drzwi zaczęły dobiegać pełne niezado­wolenia pomruki, a kiedy Josie nie ustawała w drapaniu i wydawaniu z siebie żałosnych dźwięków, drzwi zostały potrak'towane ciężkim butem. Zaskomlała wtedy głośniej, jeszcze bar­dzie żałośnie. W końcu drzwiami ktoś szarpnął ze złością. Josie natychmiast znalazła się w środ­ku. Dopadła do łóżka i wczepiła się w słupek. Na znak, że jeśli ktoś zapragnie usunąć ją stąd siłą, będzie musiał pozbyć się również łóżka. Co prawda temu rosłemu mężczyźnie nie sprawiło­by to większej trudności. Tym niemniej Josie słupka nie puszczała. Wilr Curry natomiast nie uczynił najmniejszego kroku w jej kierunku. Wyjrzał tylko na ciemny korytarz, potem od­wrócił się, spojrzał na nią z niesmakiem i po­trząsnął głową.

- Boże Wielki! Znowu ty! Powinienem był się tego spodziewać! Przyczepiłaś się do mnie jak mucha do lepu.

- Pan mnie wygrał!

- I co z tego? Zrozumże w końcu, że ja wcale cię nie chcę! Czy do ciebie to nie dociera?

- Chyba nie.

- W takim razie postaraj się zrozumieć, dobrze? Możesz chodzić za mną przez całe następne pięć lat. Pięćdziesiąt. Nawet pięćset. A ja i tak nie będę cię chciał. Teraz rozumiesz?

Chyba w końcu pojęła. Bo wydała z siebie okrzyk pełen rozpaczy i zaczęła lamentować.

- Och, mój Boże! Nikt, nikt nie ma takiego pecha jak ja! Kiedy w końcu natrafiłam na odpowiedniego mężczyznę, okazuje się, że on ...

Głos jej załamał się i przeszedł w żałosny jęk.

Opadła na plecy, chwyciła za poduszkę i zasłoniła nią twarz. Pierze prawie całkowicie stłumiło kolejne jęki. Potem nagle zamilkła.

Udusiła się?!

Boże, dopomóż! Will zrobił jeden krok do przodu.

- Ej, panienko? Jak się czujesz?

Wymamrotała coś niezrozumiale. Nie zrozu­miał z tego ani słowa. Zapalił więc lampę na stoliku nocnym i podkręcił knot, żeby dokładniej obejrzeć nie proszonego gościa. Tak naprawdę nie dojrzał zbyt wiele, tylko czerwoną satynę i mnóst­wo obnażonych kończyn, górnych i dolnych.

Chrząknął.

- Słyszysz mnie?! Pytam się, jak się czujesz!

- Przecież słyszę! I mówię: źle! Wcale się dobrze nie czuję!

Uniosła róg poduszki. Jedno wielkie zielone oko omiotło go od stóp do głów. Potem znów pełen rozpaczy okrzyk.

- Och, Boże!

I lament.

- Ojej ... ojej ... Niechże pan tylko na siebie spojrzy! Proooszę!

Will, nieco zdezorientowany, spojrzał w dół. Był w bieliźnie, ciepłe kalesony plus podkoszulek z długimi rękawami, całość zapinana na guziki. Prana była niezliczoną ilość razy, stąd kolor jasnoróżowy. Dziur kilka, ale przez żadną z nich nie można było dojrzeć tego, co stanowczo po­winno być zakryte. Podkoszulek. z trudnością dopinał się na szerokiej piersi. Ale i tak. ..

- Wyglądam przyzwoicie - stwierdził Will.

- Przyzwoicie?! Pan wygląda wspaniale! Bo taki pan jest! A pana dłonie są po prostu ... wytworne! Takie czyste!

Przycisnęła poduszkę do brzucha i uderzyła w nią ze złością.

- O, ja nieszczęśliwa! Kiedy nareszcie dopisało mi szczęście i znalazłam takiego mężczyznę jak pan, okazuje się, że ...

- Ze co?

- Przecież pan wie, o co mi chodzi!

- Nie, do jasnej cholery! Nie wiem! - Will z wielkim trudem hamował gniew. - Co ja?

-Jest pan mężczyzną, który lubi mężczyzn! - wygłosiła, podnosząc jedną z rąk o bardzo wąskich przegubach. - O wiele bardżiej niż kobiety!

- Na litość boską! Ty myślisz, że ...

Nie dokończył. Nagle zamknął usta, ponieważ do głowy przyszła mu pewna myśl, chyba niezła. Szkoda, że on sam n:a to wcześniej nie wpadł. Przecież to idealny sposób, żeby pozbyć się tej namolnej istoty.

 

Zwiesił głowę, starając się wyglądać na bardzo zawstydzonego. Westchnął.

- No cóż ... Nie pozostaje mi nic innego, jak się przyznać. Przejrzałaś mnie. Proszę, nie mów o tym nikomu.

 

Błagam, dodał w duchu. Wolał już, żeby brali go za złodzieja bydła albo oszusta. Ale nigdy za ... O, nie! Na samą tę myśl czuł, że oblewa się potem ..

 

Dziewczyna znów znikła za poduszką, mam­rocząc coś nie zrozumiale.

 

- Słyszałaś, co powiedziałem? l?roszę, abyś nie dżieliła się z nikim tą wiadomością.

- Ach! A kogóż to raptem ma obchodzić? Nagle usiadła. Prosto jak świeca, przyciskając poduszkę do podołka. Drobna twarz była ściąg­nięta, zielone oczy, pełne łez, lśniły jak dwa szmaragdy w stanie ciekłym. Jedna z łez wydo­stała się na policzek. Dziewczyna otarła ją szybko dłonią·

 

~ Zaraz sobie pójdę. Za chwilkę, tylko wezmę się w garść.

 

Chwilka nieco się przeciągnęła. Na poduszkę spłynęło morze łez, ręce dziewczyny były mokre od ciągłego ocierania twarzy. Ręce, jak zauważył Will, spracowane, zupełnie nie pasujące do reszty· osoby.

- Przestań się mazać! - burknął. I przysiadł obok niej. - Na pewno nie jest tak źle, jak myślisz.

- Jest gorzej niż źle, proszę pana! Przez cały wieczór, kiedy grał pan w karty, nie spuszczałam z pana oka. Przyglądałam się panu. I powiedzia­łam sobie: Josie, jeśli ktokolwiek może ci pomóc, to na pewno tylko on. A potem, kiedy Sharkey dorzucił do puli mój kontrakt, a pan wygrał, pomyślałam sobie, że to dobry znak. Prosto z nieba. I teraz już wszystko będzie dobrze ...

Załzawione oczy przesunęły się w lewo, w pra­wo, w górę i w dół, studiując dokładnie jego twarz.

- Myślałam, że to będzie pan. Ale niestety ...

- Ale dlaczego ja? I do czego miałaby posłużyć moja osoba?

- Do nauki, proszę pana. Chciałam, żeby to pan nauczył mnie wszystkiego, dzięki czemu zostanę najlepszą prostytutką na całym Teryto­rium Nowego Meksyku, a może i na całym Zachodzie. Niestety, terąz wiem, że pan tego nie może zrobić.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin