Lunar Eclipse.doc

(441 KB) Pobierz


 Lunar Eclipse

Autor: Kame


ROZDZIAŁ PIERWSZY:
Powrót do Forks
Czyli
dla kogo powrót, dla tego powrót

AIDEN
Euforia. Tak jednym słowem można opisać atmosferę panującą w domu Cullenów. Poniekąd- w moim domu. Wszyscy chodzili z permanentym uśmiechem na twarzy. Ciągle słychać było podniecone szepty. A wszystko zaczęło się, gdy dwa dni temu Carlisle wrócił z pracy i zwołał „naradę rodzinną”. Usiedliśmy przy ogromnym stole w zwyczajowej formacji – innymi słowy wszyscy parami, a ja sam po drugiej stronie stołu. Cóż… nie żeby mi to przeszkadzało.
-Moi drodzy- zaczął z dobrotliwym uśmieszkiem, który doprowadzał mnie do szału- Zdaje się, że czas już najwyższy na to, byśmy się przeprowadzili. –Powiedział rzeczowo, uśmiechając się szerzej. Szczerze mówiąc, liczyłem na coś nieco bardziej pasjonującego niż przeprowadzkę. Kiedy rozejrzałem się po twarzach innych domowników nie uszło mojej uwadze, że większość podziela moje zdanie i tak jak ja zastanawia się, dlaczego Carlisle robi taką głupkowatą minę. Mówiąc większość mam na myśli wszystkich poza Edwardem i Alice. Oni wyglądali na zaskoczonych, ale równie podekscytowanych co ojciec. Co zapewne oznacza, że to jeszcze nie koniec rozmowy i Bóg jeden wie, co Carlisle’owi strzeliło do tego blond łba. Pierwszy zabrał głos Edward.
-Carlisle, jesteś genialny- wyglądał jakby ktoś mu oznajmił, że Gwiazdka przyszła pół roku wcześniej. W jego ślady poszła Alice.
-Tak, zgadzam się absolutnie, to naprawdę świetny pomysł! – Jej wyraz twarzy był jeszcze gorszy od Edwarda. Cholera, jeśli nie przestaną mu mówić jaki jest cudowny, to Carlisle popadnie w samo zachwyt. Jeśli natychmiast nie wyjaśnią nam o co chodzi, to… to… to jeszcze nie wiem co im zrobię, ale coś na pewno.
-Czy moglibyście do ciemnej cholery mi wytłumaczyć o czym gadacie? – zapytałem z miną, która w moim mniemaniu była groźna. Rosalie, Emmet i Jasper także wydawali się być zniecierpliwieni. Alice obróciła twarz w moją stronę i powiedziała podekscytowana
-Aiden, wracamy do Forks!- Patrzyłem na nią zdezorientowany, ponieważ nie miałem pojęcia o czym mówi. Po przeciwnej stronie stołu siedziała Bella. Jej oczy rozszerzyły się w niemym zdumieniu, a po chwili można w nich było dostrzec iskierkę radości. W jednym momencie Esme szeroko się uśmiechnęła patrząc to na Edwarda, to na Bellę, Jasper i Emmet również zdawali się być zadowoleni, nawet kącik ust Rosalie podniósł się nieznacznie. Jasna cholera, wszyscy się naćpali czy co?
- No dobra- zacząłem- Jakbyście zapomnieli, to dołączyłem do waszej rodziny dopiero jakieś pięćdziesiąt lat temu, więc mam prawo nie wiedzieć kilku rzeczy prawda?- Irytacja w moim głosie była ledwo dosłyszalna. Ale była tam, jak zawsze zresztą.
-No tak, masz rację. – Bella odezwała się pierwsza, wzięła głęboki wdech
- Ostatni raz byliśmy wszyscy w Forks około osiemdziesięciu lat temu.- Jej oczy wyglądały jakby sięgała myślami daleko w przeszłość.-Wtedy byłam jeszcze człowiekiem. To tam poznałam Edwarda.- Eh… Wtedy zrozumiałem. Gdyby nie to, że nie jestem romantyczny, pewnie bym się wzruszył. Oczywiście wiedziałem, że Bella spotkała Edwarda, gdy była śmiertelna, ale nie zmieniało to faktu, że zawsze związek wampira i człowieka był dla mnie dość… surrealistyczny.
-Oh… - powiedziałem beznamiętnie –Rozumiem.- Irytacja zmieniła się w obojętność.
-Więc postanowione. Jedziemy do Forks!
Czas mijał w tej entuzjastycznej atmosferze. Potrafiłem poniekąd zrozumieć nastrój Belli i Edwarda- w końcu byli oni romantyczni do granic możliwości, a zobaczenie ponownie miejsca „rozkwitu” ich miłości było zdecydowanie sentymentalnym przeżyciem. Reszta robiła to co zwykle w takich sytuacjach- po prostu się cieszyli. Esme była szczęśliwa bo Bella i Ed byli szczęśliwi, z kolei Carlisle był szczęśliwy, bo Esme była szczęśliwa, Alice była szczęśliwa bo wszyscy byli szczęśliwi et cetera, et cetera. Czym sobie zasłużyłem na mieszkanie z nimi pod jednym dachem? No tak… Gdybym nie wtykał nosa w nie swoje sprawy, teraz bym już pewnie nie żył. I to w dobrym tego słowa znaczeniu. Tak więc jako emocjonalny kaleka utknąłem w domu z ósemką przewrażliwionych wampirów. Świetnie.
Carlisle dowiedział się, że posiadłość w którym mieszkali osiemdziesiąt lat temu jest w idealnym stanie. No tak... nie ma to jak wampirze budownictwo. Starałem się pakować swoje rzeczy w ludzkim tempie, dla zabicia czasu. W dzień wyjazdu ubrałem się w irytująco modne i dobrze dobrane przez Alice ciuchy. Popatrzyłem od niechcenia w lustro. Moje oczy przybrały po wczorajszym polowaniu kolor topazu, a włosy irytująco sterczały na wszystkie strony. Ale nie to było najgorsze. Po raz miliardowy przekląłem swoich biologicznych rodziców za geny które mi przekazali. To, że włosy sterczały było niczym w porównaniu do faktu, że były szare. Cholernie, kłująco srebrne. Mało znam osób, które widziały naturalnie srebrnowłosego człowieka, ba, chociażby wampira! Rzuciłem okiem na swoje odbicie z pełnym pogardy spojrzeniem. Chyba czas wyruszyć.
Podróż ciągnęła się niesamowicie, zważywszy na fakt, że jako wampir i potrafiłem naprawdę długo siedzieć bez ruchu. Oczywiście wpakowali mnie do auta z Bellą i Edwardem. Ich pełne miłości spojrzenia i gesty powodowały u mnie odruchy wymiotne. Żeby oderwać ich od siebie zapytałem
-Czy Reneesme i Jacob też przeprowadzą się do Forks? – Tak naprawdę nie bardzo mnie to ciekawiło, ale nie mogłem już na nich patrzeć.
-Nie, wydaje mi się, że chcieliby pomieszkać trochę sami.- Bella lekko się uśmiechnęła, a twarz Edwarda tylko nieznacznie się napięła. A jeszcze pięćdziesiąt lat temu, kiedy zamieszkałem z Cullenami, Ed coś rozwalał albo warczał za każdym razem, gdy ktoś wspomniał o związku Jacoba z jego córką. Bella natomiast czuła się tym odrobinę zażenowana. Myślałem, że cały problem polega na wilkołactwie Jake’a. Dopiero kilka lat później raczyli mi wyjaśnić, że gdy Bella była człowiekiem, ów wilk był w niej zakochany i walczył o jej uczucia z Edwardem. Po raz kolejny para B&E mnie zaskoczyła. Ci to mieli pod górkę.
-Mhm. Kumam – odpowiedziałem od niechcenia.
4 godziny później

-Jesteśmy na miejscu.- usłyszałem głos Carlisle’a z jeep’a przed nami. Nareszcie. Wyszedłem z auta. Byliśmy w środku lasu, a przed nami stał dom, który przypominał mi ten z Kanady do granic możliwości. Bez zbędnych dupereli zaczęliśmy rozpakowywać swoje rzeczy z bagażników. Pomyślałem, że wybiorę pokój z najmniejszą garderobą, by Alice nie mogła tam upchnąć więcej ciuchów niż potrzeba. „Taa… już to widzę” pomyślałem w duchu. Wszedłem do pokoju i rozejrzałem się. Postanowiłem, że pierwsze co zrobię, to wywalę łóżko . Następnie… COO ? WRÓĆ! Jakie łóżko? Po kiego grzyba tu komuś łóżko? Edward odczytał moje myśli i postanowił na nie łaskawie odpowiedzieć.
- To mój stary pokój. Bella często tu bywała. -uniosłem brwi pytająco
-Musiała gdzieś spać prawda?- Przez myśl przemknęło mi, że nie chce wiedzieć co oni robili w tym łóżku.
-Bardzo śmieszne, Aiden – Edward mruknął, zażenowany.
Związek z wampirem- surrealizm.
Sypianie z wampirem- masochizm.
- Zgadzam się z Tobą w stu procentach- Mruknął po raz kolejny. „Może ty tak”- pomyślałem- „ale Bella najwidoczniej nie.” Tym razem postanowił jednak nie uraczyć mnie swoją odpowiedzią.
Zmusiłem się resztkami optymizmu, do dostrzeżenia kilku pozytywnych stron tego miejsca. Po pierwsze- mieszkaliśmy w środku lasu. Po drugie- zero słońca. Po trzecie – jeszcze coś wymyśle.
Czego nienawidzę w przeprowadzkach? Nowej szkoły. Wkurzające jest ciągłe okazywanie wszystkim, że raczej nie mam ochoty z nimi gadać, nieustanne wyrabianie sobie opinii odludka i odmieńca. Bella i Edward przyszli do szkoły tylko raz, jako moje rodzeństwo. Kiedy już się nawspominali i nawzruszali po prostu poszli do domu. Zastanawiało mnie, dlaczego nie chcą chodzić tu jako uczniowie. Po namyśle stwierdziłem, że chyba objawia się u nich właśnie wampirze lenistwo. Tak więc do szkoły chodziłem z Alice i Jasperem. Lepsze to, niż nic. Szkolne życie, Alice to uwielbiała. Po tygodniu albo dwóch przyklejono nam w końcu etykietkę „tych, co się z nimi nie gada”. Faceci patrzyli na mnie nienawistnym spojrzeniem i obgadywali mnie kiedy tyko się odwróciłem. Normalka. Nie ma to jak osiłki o umysłach pięciolatków. Większość dziewczyn raczej nie grzeszyła inteligencją. Po jakimś czasie tak naprawdę mogłem pogadać tylko z jedną, bez potrzeby późniejszego zmieniania obślinionej koszuli.
Ową dziewczyną była Nikki- czerwono włosa, odrobinę wulgarna i bezpruderyjna, ciągle paląca fajki przed szkołą dziewczyna. Chodziłem z nią na większość lekcji. Na pytania odpowiadała rzeczowo i bez pieprzenia bzdur. Taak, zdecydowanie mogłem się z nią dogadać. Choć instynkt najwidoczniej podpowiadał jej, że nie może ze mną wchodzić w bliższe stosunki. Ale Nikki nie była jak koleżanka. Raczej jak kumpel. Taa… zdecydowanie jak kumpel.
Najgorsze były lekcje wychowania fizycznego. Musiałem do granic możliwości skupiać się, by przypadkiem nie włożyć w jakąś czynność za dużo siły. „Pieprzyć to” dość często pojawiało się w mojej głowie.
Każdy lunch spędzałem z Alice i Jasperem. Jak zwykle udawaliśmy, że jemy. Nieźle. Dzieci w Afryce głodują, a trzy wampiry kupują jedzenie dla „zachowania pozorów” tylko po to, by później wyrzucić je do kosza. Za jakie grzechy?
Leżałem w swoim pokoju na tym pieprzonym łóżku i najzwyczajniej w świecie się opierniczałem. Po pięćdziesięciu latach przerabiania tego samego na lekcjach zwyczajnie możesz nie robić nic, a i tak będziesz wiedział więcej od innych. Więc moje życie składało się z:
Opierdzielania się
Chodzenia do szkoły
Opierdzielania się
Siedzenia w domu
Opierdzielania się
Polowania
O, i żebym nie zapomniał, jeszcze z:
OPIERDZIELANIA SIĘ
Tak właśnie minął pierwszy miesiąc w szkole.
Ba.
Tak właśnie upłynęło całe moje wampirze życie. Ni mniej, ni więcej.

RODZIAŁ II
Spotkanie i niepewność
Czyli
Jak szybko zdemaskować wampira?

AIDEN:
Jestem skończonym idiotą. To oficjalne. Jak ja mogłem niczego nie zauważyć? Jak mogłem nie zrozumieć od razu tych spojrzeń i uśmiechów Esme? Jak mogłem nie natknąć się na pełne nadziei oczy Alice? I wreszcie- o zgrozo- jak oni mogli w ogóle pomyśleć coś TAKIEGO?
Zajęło mi kilka tygodni zrozumienie tego faktu. Rodzina Cullenów oszalała. Zwyczajnie zbzikowali. Dużo czasu zajęło mi zrozumienie, że oni NAPRAWDĘ liczyli na to, że w Forks spotkam swoją miłość. Cholera. Czy ja jestem Edwardem, żeby postępować tak głupio zakochując się w jakiejś kruchej dziewczynce?
Paranoja.
Może gdyby dotarło to do mnie szybciej, mógłbym im coś powiedzieć. Zezłościć się albo chociaż uznać, że są żałośnie śmieszni.
Ale nie. Teraz mogłem tylko się na nich gapić, niedowierzając swojej własnej głupocie.
Do głowy przyszła mi jeszcze gorsza myśl. Zastanawiałem się, czy Carlisle czasem SPECJALNIE nie wybrał tego miejsca do przeprowadzki. Nie tylko po to żeby mogli sobie powspominać. Ale żeby rozmawiali o tym wciąż i wciąż, utwierdzając mnie w przekonaniu, że miłość między wampirem a człowiekiem to coś „pięknego”. Czy im się naprawdę wydawało, że jeśli nie zakochałem się w żadnej wampirzycy, to znaczy, że wolę ludzkie dziewczyny? Czy doprawdy przez te pięćdziesiąt lat nie zdążyli zauważyć, że sama idea miłości mnie odrzuca?
Jakoś nie widziałem siebie w roli Romea stojącego pod jakimś pieprzonym balkonem, pieprząc bzdury o „dozgonnej miłości” do Julii. W moim przypadku nie przyrzekając miłości aż do śmierci, za to na pewno do czasu, aż ktoś nie zechce się przy mnie pobawić zapalniczką.
Po głębszym namyśle już wiedziałem co zrobię. Iście szatański plan.
I najzwyczajniej ich olałem. Tak, to najbardziej szatańska rzecz na jaką mnie stać. Jestem doprawdy żałosny.
Dziś poniedziałek. Czas iść do szkoły. Starałem się nie wdawać w rozmowy z Alice, podczas gdy siedziałem w jej niebieskim BMW. Nie miałem ochoty wysłuchiwać tego, jaką przykrość sprawiam Esme gdy jestem „samotny”. Ktoś chyba tu nie zauważył że mi z tym dobrze.
Pierwsza lekcja – biologia. Dzięki Bogu, nie chodziłem tam razem z Alice.
Usiadłem w drugiej ławce, tam gdzie zwykle. Ciągle była przerwa, wszyscy wokół gadali o jakichś bzdurach typu „jak spędziłem weekend”. Jakaś grupka przygłupawych dziewczyn opowiadała o swoich łóżkowych podbojach. Nikki siedziała w ławce przede mną i robiła to, co lubiła najbardziej – czyli nic.
Odrobinę inteligentniejszy niż inni osiłek imieniem Simon rzucił hasło „Konkurs na najgłupszy konkurs” . Więc banda licealistów zaczęła się nawzajem przekrzykiwać. Pieprzyć to. W końcu pryszczaty chudzielec Ray krzyknął:
-Dobra, to kto powie „penis” najwyższym głosem? – Taak, to zdecydowanie najgłupszy konkurs o jakim słyszałem. Bezapelacyjnie wygrał Ray. Reszta klasy postanowiła wcielić jego plan w życie. Siedziałem więc w klasie, otoczony siedemnastolatkami krzyczącymi sopranem słowo „penis”. No ja się pytam grzecznie, za jakie grzechy?
I wtedy usłyszałem głos dochodzący z wejścia do klasy.
-Może zaczęlibyście się uczyć, zamiast wymachiwać penisami na prawo i lewo, co?
Wszyscy mimowolnie zachichotali. Wtedy nastała cisza. Jakby nie mogli uwierzyć własnym oczom. Kilku osobom wyrwało się zduszone „Casidy”. Chwilę później dziewięćdziesiąt procent klasy, łącznie ze zszokowaną Nikki, biegło w stronę drzwi wejściowych i rzucało się na nowego przybysza. Podniosłem głowę. Stała tam, z lekkim uśmiechem na twarzy. Była zdecydowanie najpiękniejszą dziewczyną jaką widziałem w życiu. W egzystencji. Jej twarz była prawie tak blada jak moja, wargi miały krwistoczerwony kolor, a kruczoczarne włosy splecione w warkocz sięgały sporo za pośladki. Pomyślałem, że nie ma możliwości, by była człowiekiem. Musiała być wampirzycą, albo co najmniej aniołem. Chociaż nie wyglądała mi na anioła. Nie miała skrzydeł i zdecydowanie nie była delikatną dziewczynką. Wskazywała na to jej wysportowana, potwornie chuda sylwetka i kilka ledwo widocznych blizn na dekolcie. W mojej głowie biło się tyko
„Człowiek-Wampir-Anioł, Człowiek-Wampir-Anioł…”
Kiedy się otrząsnąłem zdałem sobie sprawę, że wgapiam się w nią jak idiota. Musiało minąć już sporo czasu, bo właśnie usłyszałem dzwonek. Doprawdy jestem żałosny. Pomyślałem… a raczej zdałem sobie sprawę, że dziewczyna chyba już zdążyła chwilę pogadać z klasą, a teraz zmierza w moją stronę. No tak, tylko w mojej ławce było jeszcze miejsce. Musiałem się dowiedzieć kim jest, dlaczego wszyscy witają ją z takim entuzjazmem i przede wszystkim- czy jest wampirzycą. Wystarczy jedno spojrzenie.
Usiadła koło mnie wciąż odpowiadając na trywialne pytania rzucane przez innych. Profesor Recent wszedł do klasy, spojrzał najpierw na roześmiane twarze innych, a później zobaczył naszego intruza.
-Casidy! Jak miło Cię znowu widzieć!- Cholera, czyli nawet on wie, kim jest ta dziewczyna
-Również się cieszę panie profesorze – odpowiedziała aksamitnym, niskim głosem.
Kiedy w końcu mogłem się skupić zacząłem nasłuchiwać bicia jej serca. Było to bardzo trudne, gdyż jeśli jej serce biło, to najwidoczniej najciszej z całej klasy. Ale było tam, na pewno tam było. Teraz byłem prawie pewien, że jest człowiekiem. Ale… muszę jeszcze się upewnić. Modliłem się w duchu, by na mnie spojrzała. Muszę mieć stuprocentową pewność.
Mieliśmy ćwiczenia praktyczne. Szczerze mówiąc, nie miałem nawet pojęcia co robiliśmy ale… może gdyby udało mi się jej dotknąć, wtedy zauważyłaby zimno mojej skóry i obróciła się? Wahałem się przez dłuższą chwilę, ale podając jej mały krążek musnąłem ją lekko palcami.
Czekało mnie kolejne zaskoczenie. Jej skóra nie była cieplejsza. Mogłem się już przyzwyczaić do tego, że ludzka skóra pali jak ogień. Jej dłoń była taka… wampirza. Tak jak wszystko w niej.
Ale skoro jest tak samo zimna jak ja, to musiała zauważyć, że tylko moja dłoń jej nie parzy. Nie myliłem się. Na sekundę zesztywniała i obróciła się w moją stronę. Teraz mogłem to w końcu zobaczyć. Spojrzała na mnie a kolor jej tęczówek sprawił, że poczułem się zupełnie ogłupiały.
Jej oczy zdecydowanie nie były wampirze. Nie były ani topazowe, ani miodowe ani nawet szkarłatne. Były przeszywająco szare. Jak u wilka. Bardziej szare niż moje włosy. Teraz miałem pewność, że jest człowiekiem ale… to sprawiło, że była dla mnie jeszcze większą zagadką. Byłoby prościej, gdyby okazała się wampirzycą. Zero tajemnic.
Patrzyła na mnie przez chwilę. Nie ze strachem, ani nawet z zaciekawieniem tylko tak jakby…. wiedziała. Jakby wiedziała kim jestem. Czym jestem. Wziąłem głęboki mimowolny wdech. Jej zapach uderzył mnie nieco mocniej niż inne. Prawdopodobnie, gdyby krew krążyła u niej normalnie jak u człowieka, poczułbym to bardziej. Jakie to szczęście, że nigdy nie miałem problemów z kontrolowaniem się.
Poczułem ogień w gardle, ale postanowiłem zwyczajnie go olać. Wyraz jej oczu zmienił się ze wszystkowiedzącego na wyrozumiały. Odwróciła wzrok i wlepiła go w tablicę. Nie poruszała włosami, najwidoczniej po to, by mnie nie prowokować.
„Cholera! Co ja sobie w ogóle myślę! Nie ma możliwości, żeby wiedziała kim jestem!” – skarciłem się w duchu. 
„Jest możliwość?”
CASIDY
Ufff…. Zrobiłam to. Weszłam do tej klasy i do tego przetrwałam spotkanie ze wszystkimi. Znowu grali w swoje głupie gry. Mam nadzieję, że nikt nie zauważył mojej złej kondycji fizycznej. Blizny chyba nie powinny być widoczne dla ludzi. A wystających żeber nie widać na pierwszy rzut oka.
Pierwsza dopadła mnie Nikki. Rozumiałam to. Też się za nią stęskniłam. Cholernie . Chciała mi chyba zadać jakieś pytanie, ale zrezygnowała. Będziemy miały mnóstwo czasu na rozmowy. Starałam się odpowiadać na wszystko, o co mnie pytano. Nie chciałam wyglądać na zmęczoną, czy najzupełniej w świecie wyczerpaną. Dowlokłam się do jedynego wolnego miejsca w klasie i usiadłam nie zwracając na nic uwagi.
Po krótkim przywitaniu z profesorem Recent’em zaczęliśmy wykonywać ćwiczenie. Rozpoznawanie bakterii pod mikroskopem. Nic ciekawego. Zastanawiałam się, czy będę musiała wszystko zrobić za swojego partnera bądź partnerkę. Szczerze mówiąc nie wiedziałam z kim siedzę i miałam to gdzieś.
Mimo wszystko, bez odwracania wzroku od mikroskopu, grzecznie poprosiłam o szkiełko. Dopiero kiedy ułożyłam je na właściwym miejscu, zdałam sobie sprawę, że owa osoba dotknęła mojej skóry. Poczułam się dziwnie, ponieważ nie zauważyłam żeby jej dłoń była ciepła.
To mogło oznaczać tylko jedno, choć to nieprawdopodobne. Cała zesztywniałam i spojrzałam w bok.
Tak, zdecydowanie mój partner był wampirem. Blada, zimna skóra, niespotykane piękno i- dziwne że wcześniej tego nie zauważyłam- brak pulsu. Był zdecydowanie od długiego czasu na „diecie zwierzęcej”. Jego oczy miały miodowo-bursztynowy kolor. Przez myśl przeszło mi, że nawet jako człowiek musiał wzbudzać zainteresowanie. Jego włosy były szare, niewiele ciemniejsze od chmur.
Przez jego twarz przebiegł grymas pragnienia. Pomyślałam, że pewnie za mocno pachnę. Więc postanowiłam odwrócić wzrok i się nie ruszać, ułatwiając mu samokontrolę. „Ciekawe czy on wie, że ja wiem” zastanawiałam się.
„A jeśli nie wie, że ja wiem, to czy powinnam mu powiedzieć, że nie musi się przede mną ukrywać? Może lepiej nie mówić nic, bo jeszcze zacznie się wypytywać skąd wiem.”
AIDEN
„Czy ona naprawdę wie? A jeśli wie, to czy powinienem jej dać znać, że wiem, że ona wie?”
CASIDY& AIDEN
„ Uggggh. Dość już tych myśli w stylu „masła maślanego”
CASIDY
„Taa…Zdecydowanie musimy…”
AIDEN
„…Poczekać na rozwój wypadków”

 

Rozdział III
Sprzeczności
Czyli
Czy wiesz, czym jestem?


AIDEN:
„Chyba pora lunchu. Szare oczy” UGHH. „Ciekawe, co tam u Alice? Czarne włosy” Cholera „Zastanawiam się, jak jej poszedł sprawdzian z matematyki. Czerwone usta”
CHOLERA JASNA!!
I po co staram się zajmować swoje myśli czymś innym skoro i tak mi nie wychodzi?! Mam tego serdecznie dosyć. Minęło już kilka lekcji, a ona ciągle pojawia się w mojej głowie.
Intrygować się nią - OK.
Starać się odkryć jej sekret – w porządku.
Mieć na jej punkcie obsesję – zdecydowanie NIE.
Jestem doprawdy żałosny. Wystarczy że jakaś dziewczyna ma problem z krążeniem krwi i jest wampirzo piękna i od razu głupieje. Tak, to musi być to. Przynajmniej byłaby to jakaś oznaka normalności. Kogo ja oszukuję? Po prostu mnie skręca, żeby dowiedzieć się czy ona wie, a jeśli wie, to skąd.
Przynajmniej jestem odrobinę bliżej prawdy. Kiedy Casidy była na zaawansowanej chemii nie omieszkałem zapytać o nią Nikki.
-Ee… Nikki? – zapytałem prawie nieśmiało jak na mnie. Siedziała w ławce przede mną na trygonometrii.
-Tak? – spojrzała na mnie z uniesionymi brwiami. Przynajmniej nie dostała palpitacji serca na dźwięk mojego głosu. Nienawidziłem tych wszystkich pociągających rzeczy we mnie, które „podarował” mi jad.To ściągało na mnie zbyt dużą uwagę.
- Ta dziewczyna, która weszła dzisiaj do nas na biologię…
-Masz na myśli Casidy? – powiedziała z szerokim uśmiechem na twarzy. Było widać, jak bardzo się cieszy z jej obecności w szkole.
- Taa… - Gdybym nie był wampirem, to zapewne bym się zaczerwienił. Takie pytanie może oznaczać tylko to, że Casidy mi się zwyczajnie podoba. A przecież nie o to chodziło. Na szczęście Nikki nigdy nie zadawała zbędnych pytań i nie szukała głębszego sensu moich słów. By oszczędzić jednak niedomówień szybko dodałem -Zastanawiam się kim jest i dlaczego wszyscy ją znają.
- Hmm… Jakby Ci to… No więc Casidy chodziła tu kiedyś do szkoły. Wszyscy ją uwielbiali. Ma w sobie taki dar, że ma się ochotę być z nią blisko. Później zaczęły się komplikację. Wiesz, Casidy jest sierotą. Trzy lata temu zniknął jej wujek, który ją wychowywał, po jakimś czasie wrócił i powiedziano nam, że doznał wcześniej amnezji od urazu głowy. Mimo, że wszystko sobie przypomniał był ciężko chory. Po roku zmarł i Casidy musiała się wynieść do jakiejś dalekiej rodziny.- Skrzywiła się wtedy, jakby to kryło za sobą coś jeszcze, coś czego nie wiedziała, ale powiedziała tylko - Nie wiem dokładnie gdzie. No a teraz wróciła. – Skończyła swoją wypowiedź, zamknęła oczy i uśmiechnęła się szerzej niż poprzednio. Spojrzała na mnie promiennie.
-Wiesz, może wydawać Ci się to dziwne, ale kiedy zniknęła Casidy, to tak, jakby odebrano radość wielu ludziom. Ona już taka jest, zawsze próbuje naprawiać świat. Pomogła wielu osobom…. Mi też – Jej twarz przeszył grymas bólu, jednak zniknął równie szybko, co się pojawił . W tym momencie zadzwonił dzwonek. Uśmiechnąłem się lekko i wlepiłem wzrok w tablicę
Otrząsnąłem się z zamyślenia i ruszyłem z tacą pełną jedzenia w stronę tak zwanego „stolika Cullenów”. Usiadłem obok Jaspera i co zrobiłem? Tak, właśnie. Nieświadomie szukałem wzrokiem TEJ dziewczyny.
Siedziała z grupką innych nastolatek. Rozmawiały o czymś chichocząc. Niektóre wręcz pękały ze śmiechu. Już rozumiem, co miała na myśli Nikki mówiąc o „odebraniu radości wraz z odejściem Casidy”.
„Skup się!” mówiłem sam do siebie. I oczywiście zamiast skupić się na nie myśleniu o niej, skupiłem się na ich rozmowie.
- No mówię Ci, totalnie! Czy ty wyobrażasz sobie jego minę?? To było absolutnie boskie!
-No, masakra!
-A powiedział coś w ogóle?
-Nie, tylko się gapił, żałosne co nie?– Skrzekliwe głosy przyprawiły mnie o ból głowy. I wtedy został on złagodzony innym - niskim i aksamitnym
- Tak, to musiało być bezcenne. Z tego, co mówicie to sobie zasłużył. Egocentryk – perliście się roześmiała. Nie było w tym śmiechu nic wymuszonego. Mimo wszystko wydawało się jakby była… zmęczona. Widocznie nie tyko ja to zauważyłem. Usłyszałem Nikki
-Casidy, jesteś śpiąca? – w jej głosie było słychać troskę
-Ach, miałam długą podróż. To nic takiego, nie martw się.
– Odpowiedziała z uśmiechem
-Za to ty wyglądasz jakbyś spała bardzo długo. Czyżbyś miała za dużo czasu w nocy od kiedy zaliczyłaś wszystkich chłopaków w tej szkole? – Lekko zachichotała. Wiedziałem, że Nikki preferuję ideę „wolnej miłości”. Wydawało się, że ani trochę nie przeszkadza to Casidy.
-Bardzo śmieszne!- Próbowała udawać zezłoszczoną, ale marnie jej to wychodziło. Na jej twarzy rozkwitł szeroki uśmiech. – Do Twojej wiadomości, nie spałam ze wszystkimi facetami ze szkoły- Jej wzrok na pół sekundy zatrzymał się na mnie. Przeszło mi przez myśl, że jeśli odlicza od listy tylko mnie, to myliła się. Spała ze wszystkimi chłopakami ze szkoły minus jeden srebrnowłosy wampir. - Ale masz rację. Ostatnio dość długo śpię.
-Może zacznij pisać książkę?- rzuciła od niechcenia jakaś blond włosa okularnica
-Taaa, „Oralną biblię” albo „10 dni z życia Clitoris” – Mruknęła Casidy z rozbawieniem. Wywołała śmiech u wszystkich – z Nikki włącznie
-A poza tym Nikki. Jak tam twoja hemofilia? - Odnotować, czerwono włosa ma problem z krzepliwością krwi
-Aa tam, bez zmian. Ciągle muszę zapierniczać do szpitala przy nawet najmniejszym skaleczeniu- powiedziała obojętnym głosem i wzruszyła ramionami.
-Tylko że teraz masz, tak jakby, bardzo ciekawy powód żeby tam chodzić prawda? – Zielonooka dziewczyna uśmiechnęła się szatańsko
-O czym mówicie?- spytała z zaciekawieniem Casidy
-O doktorze Cullenie, oczywiście- O ironio. Nie wiedziałem, że Carlisle ma powodzenie nie tylko u pielęgniarek, ale też u pacjentek.
-Wiesz Loren, to nie ja ślinię się na jego widok – dogryzła jej Nikki- Właściwie, to jestem jedyną dziewczyną, która tego NIE robi.
-Taak, zawsze się zastanawiałam czy wszystko z Tobą OK.
- Więc trójka dzieci doktora chodzi do nas do szkoły, tak? – Zapytała Casidy, po raz kolejny mnie zaskakując. Czyli wiedziała jak mam na imię i że Carlisle, Jasper i Alice to moja rodzina. I wciąż nie mogłem się pozbyć wrażenia, że wie dużo, dużo więcej o mnie. A na pewno dużo więcej niż bym chciał.
- Tiaa… - odpowiedziały chórkiem i spojrzały na mnie z lekko rozmarzonym wzrokiem, po czym zabrały się za gadaniem o moim ojcu. Wyłączyłem się na chwilę i zdążyłem wyłapać tylko małą część rozmowy.
-Mieć lekarza za męża- to nienormalne! Niektórzy przecież nocami wychodzą, a w dzień śpią! Jak… Jak wampiry! – Histeryzowała dziewczyna z długimi blond lokami
-Taaak…- Casidy mruknęła i spojrzała na mnie intensywnie mówiąc- Jak wampiry
CASIDY:
Zmuszałam się do bycia miłą i roześmianą. Do bycia taką, jaką mnie zapamiętali. Przyznam szczerze, że wychodziło mi świetnie. Jedyne, co naprawdę zawracało mi głowę, to fakt, że mój partner z biologii nie był jedyny Cullenem. Już na przerwie odkryłam, że chodzi do szkoły z dwójką rodzeństwa. Trzy wampiry. Teraz okazuje się, że mają ojca. Cztery wampiry. A ojciec ma zapewne żonę. Pięć wampirów. A nie mogłam się wyzbyć wrażenia, że musi być ich jeszcze więcej. Na srebrnowłosego spojrzałam tylko raz i tylko po to, by dać mu do zrozumienia, że wiem. Po jakimś czasie z rozmyślań wyrwało mnie westchnienie Loren
-O Boże, jaki on przystojny – Nie musiałam nawet się zbytnio wysilać by zrozumieć o kogo jej chodzi. Nie byłam pewna, czy chce wysłuchiwać rozterek kilku nastolatek co do urody wampira. Powiedziałam więc tylko
-Zamknij usta skarbie, bo się ślinisz. – Z lekko szyderczym uśmiechem skinęłam na Nikki i wyszłyśmy na dwór. Po prostu szłyśmy. Nie rozmawiałyśmy o przeszłości, ponieważ dla mojej najlepszej przyjaciółki zawsze liczyła się tylko teraźniejszość.
-Sądzisz, że powinnyśmy trzymać się z dala od Aidena? – Zapytała po chwili prosto z mostu. Szczerze mówiąc troszkę mnie zbiła z tropu. Cholera, jak dobrze mnie znała!
-Eee… Nie powinnyście na pewno unikać Cullenów. Wiesz, możecie się z nimi kumplować.- Powiedziałam bardzo wymijająco. Jak mogłam pomyśleć , że to poskutkuje?
-Wiesz, że nie o to mi chodzi. – Uniosła brwi. – Sądzisz, że nie powinnyśmy wchodzić z nimi w bliższe stosunki tak? Mów prawdę! – Nie wiedziałam do końca co miałam jej powiedzieć. Na przykład „Zależy o jakie bliższe kontakty Ci chodzi. Skóra- skóra, usta-usta, szyja-zęby, czy jeszcze coś innego.?” Więc powiedziałam tylko
-…..
A może lepiej brzmiałoby „Nie powinnyście się z nim wdawać w bliższe stosunki – Wyżej wymienione, niepotrzebne skreślić”
-Wiesz, że nigdy nie zadaję zbędnych pytań. – Powiedziała Nikki zapalając papierosa.
-Wiem, że masz przede mną mnóstwo tajemnic, ale nie próbuję ich odkryć. Wielu rzeczy zapewne nie chce wiedzieć. Mnóstwo razy cię nie posłuchałam i nie wyszłam na tym dobrze. Dlatego chcę żebyś mi odpowiedziała.- Zamyśliłam się. Przecież nie muszę mówić jej więcej niż to konieczne.
- Tak- powiedziałam powoli- Żadnych bliższych stosunków z Cullenami
-W porządku, nie wnikam – Spojrzała na mnie z uśmiechem i tak właśnie zrobiła, po prostu odpuściła jak zawsze. Zdałam sobie sprawę, że tylko ta cecha pozwala mi na przyjaźń z nią. Nigdy nie próbowała odkryć prawdy, mimo, że chciała ją znać. Są rzeczy, których nikt nie powinien wiedzieć.
 

Rodział IV
Bez sensu
Czyli
Zdechnę, jeśli nie poznam twojego sekretu

Uff… Nareszcie koniec. Teraz wystarczyło tylko pojechać do domu i przez resztę dnia kamuflować swe myśli przed Edwardem i czasem nie postanawiać nic w związku z Casidy, żeby Alice nie zadawała pytań. Świetnie. Czeka mnie cudowny dzień. Wraz z rodzeństwem wlokłem się w stronę auta. Zdziwiłem się, że Alice jeszcze nie zdążyła zauważyć, kogo dzisiaj cały dzień wypatrywałem. Najwidoczniej wzięła sobie do serca moje olewatorskie zachowanie w stosunku do reszty świata. Cóż…
Szliśmy więc ludzkim tempem, w ogóle nie rozmawiając. Kiedy już sięgałem po kluczyki usłyszałem za sobą ten cholernie aksamitny głos. Odwróciłem się, przede mną stał nie kto inny jak…
-Mmm… Przepraszam. – Powiedziała Casidy tonem, który miał chyba być nieśmiały. Nie wyszło.
-Jestem Casidy Mignonette. Wy musicie być rodzeństwem Cullen- Pokiwaliśmy głową zdziwieni. Tylko Alice uśmiechała się leciutko. Chyba wiedziała co zamierza zrobić nasz gość.
-Więc idziemy z koleżankami na miasto i zastanawiałam się czy nie chciałabyś iść z nami… Alice?- Tak, to zdecydowanie miało brzmieć nieśmiało. I zdecydowanie nie wyszło. Była pewna siebie. Alice z ogromnym uśmiechem pokiwała głową. Czy Casidy jest aby zdrowa na umyśle? Jeśli NIE WIEDZIAŁA, to intuicyjnie powinna trzymać się od nas z daleka, a jeśli WIEDZIAŁA, to TYM BARDZIEJ powinna nas unikać.
-Świetnie- Nawet gdy się uśmiechała robiła to w bardzo wyważony sposób, ukazała rząd równych białych zębów, które nie wyglądały wcale na ostre.

Patrzyliśmy więc z Jasperem zdumieni jak Alice i Casidy odchodzą. Zaiste zabawne. Szurnięta wampirzyca pośród bandy siedemnastolatek.
CASIDY:
To, że będę chronić moje koleżanki od bliższych stosunków z Cullenami wcale nie znaczy, że powinny odrzucać ich na margines społeczeństwa. Postanowiłam zaprosić Alice na nasze zwyczajowe chodzenie po okolicy.
Na początku czuła się trochę nieswojo. Przedstawiłam ją innym. Kiedy ją przyprowadziłam patrzyły na mnie jakby wyrosły mi czułki.
-Słuchajcie dziewczęta, znacie Alice prawda? – pomachała im nieśmiało
-Od dzisiaj będzie się trzymać z nami. Jakieś obiekcje? – Wpatrywałam się w nie intensywnie. Chyba nikt nie miał zamiaru się sprzeciwić, ale wciąż patrzyły na mnie jakbym oszalała. Pierwsza oczywiście odezwała się Nikki.
-Jasne. Witaj w drużynie Alice – Podeszła do niej i najzwyczajniej w świecie ją przytuliła. Jestem pewna, że nie zwróciła uwagi na zimno jej skóry. W końcu- jej temperatura przypominała moją.
Na początku musiała się czuć niepewnie, lecz jakiś czas później śmiała się i rozmawiała z innymi. Miała bzika na punkcie zakupów. Chodziła z dziewczynami od jednego sklepu do drugiego. Przekrzykiwały się nawzajem, nie umiejąc się dogadać co do najmodniejszego ciucha tego sezonu. Zdecydowanie mogłam stwierdzić, że Alice jest miłą osobą. Miłą wampirzycą. W końcu zadałam jej pytanie, pierwsze dzisiaj, na które naprawdę chciałam znać odpowiedź.
- Powiedz mi Alice, jesteście wszyscy adoptowanymi dziećmi państwa Cullenów tak?- Kiwnęła tylko głową
-A ilu was jest tak konkretnie?
-No więc jest Carlisle, Esme, Emmet, Rosalie, Bella, Edward, Jasper, Aiden i ja. Kiedyś byli jeszcze Jacob i Reneesme, ale teraz są w szkole z internatem w Kanadzie.- O Boże… Dziewięć wampirów w jednym, małym Forks. Świetnie.
-Aha, spora z was rodzinka – Powiedziałam niby od niechcenia, uśmiechając się lekko.
Jestem pewna, że minęło kilka godzin. Wkońcu pożegnałyśmy się i wróciłyśmy do swoich domów. Alice zadzwoniła po Aidena, po 10 minutach był już na miejscu. Po raz kolejny spojrzałam w jego topazowe oczy. Tak. Zdecydowanie jego wzrok musi porządnie działać na moje koleżanki.
AIDEN:
Udało mi się. Edward raczej nie odczytał moich myśli. Bynajmniej nie na tyle by pytać o Casidy. Byłem z siebie dumny. Zastanawiałem się, jak tu wyciągnąć coś od Alice, żeby nie zdradzać jej swoich podejrzeń co do Mignonette. Po około dwóch godzinach, usłyszałem telefon- Alice chciała bym po nią przyjechał. Nie miałem wyboru, przynajmniej mogłem na chwilę odpocząć od ukrywania swoich myśli. Casidy znów spojrzała mi w oczy. Jej wzrok przeszywałby moją duszę, gdybym miał pewność, że istnieje. Edward ani razu nie zapytał o dziewczynę pojawiającą się w naszych myślach. Nie wiem, czy Alice ukrywała je przed nim, tak jak ja, czy Ed po prostu nie zwracał na nas uwagi.
CASIDY:
Całą noc sprzątałam dom. Przez rok nikt tam nie mieszkał i było dość… niechlujnie. Innymi słowy panował straszny bajzel. Kolejna bezsenna noc sprawiła, że w jeszcze większym stopniu niż wczoraj przypominałam zombie. Albo bardzo głodnego wampira.
Spędziłam samotnie dwie potwornie nudne lekcje. Technologia informatyczna i geologia. To doprawdy okrutne, żeby uczyć takich bzdur. W końcu przyszedł czas na W-F. Ponieważ jedna z dwóch sal była remontowana, chłopcy i dziewczyny ćwiczyli na zmianę. Tym razem była nasza kolej.
Przebierałam się rozmawiając z Nikki i Alice. Bezmyślnie ściągnęłam bluzkę.
-Boże, co to jest! – Krzyknęła naprawdę głośno Alice. Zaklęłam w duchu. Byłam pewna, że ludzkie oczy nie są w stanie zauważyć wszystkich blizn, zapomniałam natomiast, że wampirze- owszem. Już starałam się wymyślić jakąś wymówkę, która wytłumaczyłaby dodatkowo Nikki, dlaczego tylko Alice widzi jak bardzo zmasakrowane jest moje ciało. W tym momencie Nikki się roześmiała. Zbiło mnie to z tropu
-Nie martw się Alice, ona tak zawsze. To tak jakby jej… ee… kompleks- W tym momencie zrozumiałam, że Alice wcale nie zwróciła uwagi na moje blizny. Patrzyła z szeroko otwartymi oczami na bandaż, którym ciasno owinęłam klatkę piersiową. W pewnym sensie odetchnęłam z ulgą.
-Wiesz, po prostu bez tego mam naprawdę duży biust i strasznie mi przeszkadza – Powiedziałam obojętnie, a ona wciąż się wgapiała w trzymetrowy bandaż. Wydawało się, jakby miała ochotę go ściągnąć i wbić mnie w biustonosz. Nie, nie, nie. Po moim trupie.
- Daj spokój Alice- Powiedziałam odrobinę zażenowana. Już więcej się nie odezwała.
AIDEN:
Tym razem, to dziewczyny miały ćwiczyć, więc usiadłem na trybunach szczęśliwy, że przynajmniej...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin