Wierna Rózia czyli zwycięstwo wiary katolickiej.pdf
(
798 KB
)
Pobierz
Wierna Rózia czyli zwycięstwo wiary katolickiej
WIERNA RíZIA
Czyli
Zwyci
Ę
stwo wiary katolickiej
.
-------------------------------------------------------
I
SZCZĘŚCIE
--------------------------
Nie wszystko, złoto co się święci, tak teŜ i nie jedna twarz, na którą przelotnie
spojrzymy, wydaje nam się piękną, gdy jednak w nią się wpatrzymy,
spostrzegamy Ŝe jest pospolitą, bez wszelkiego powabu. Na upiększenie zaś
twarzy wynalazł przemyślny świat róŜne środki i środeczki, mianowicie w
najnowszych czasach. I tak krótkowidzącym pomagają okulary, bladość twarzy
koloruje się czerwoną farbą, a krzywa figurę wyrównywa krawiec watą. Inne
ułomności pokrywa modny strój, który nie tylko wabi wzrok ,ale i resztę zmysłów;
włosy bowiem i chusteczki skrapiają wonnymi olejkami, które mają przyciągać,
jak za dawnych czasów zioła czarodziejskie. Słyszałem o pewnej dziewczynie,
która ładną twarzyczką nie jednego kawalera oczarowała, a jednak jej krasa była
tylko udaną, pod wykwintnym zaś ubiorem, nikt nie dostrzegł ułomności ciała.
Znałem takŜe pewną dworską dziewczynę, od doju krów, która, zamiast
zapracowane pieniądze zaoszczędzić, kupowała sobie rozmaite pachnidła,
wonne olejki i inne perfumy. Jak dalece i o ile wspomniane dziewczyny
zabezpieczyły sobie doczesne szczęście takimi fortelami, nie mogę wam
powiedzieć, sądzę jednak, Ŝe ani olejki, ani stroje, ani malowane twarze nic nie
pomogły i zostały „staremi pannami”, albo jak mówią – na ocet.
Daremnie szukasz w świecie uwaŜania,
Gdy cię nie zdobi szata powaŜania.
Zupełnie innego rodzaju była Rózia, sierota w miasteczku Zagorzane, górująca
nad rówieśniczkami nie tylko pięknością ciała, ale i ducha. Przy Chrzcie świętym,
odebrała imię Rozalia, lecz ludzie zwali ją zwykle Rózią, albo RóŜą, bo istotnie
była podobną do rozkwitającej róŜy.
– Szkoda – mawiano powszechnie – Ŝe to dziewczę tak ubogie; gdyby miała
pieniądze w kasie oszczędności, nie potrzebowałaby być u kupca, którego – po –
niewaŜ sól sprzedawał – powszechnie nazywano panem „Solnym”. – Nie jest jej
tam źle – twierdzili drudzy – gdyŜ Solni są to ludzie dobrzy, szlachetni, a przytem
poboŜni chrześcijanie, lecz taki kwiatek zasługuje, aby go przesadzono, do
innego ogrodu; znalazłoby się pewnie dosyć młodzieńców, wstrzymuje ich jednak
wstydliwość Rózi i pilne oko sumiennego gospodarza.
Rózia bowiem idąc, nigdy się nie oglądała ciekawie po ulicach, ani się teŜ z
nikim nie wdawała w rozmowę, chyba Ŝe wymagała tego konieczność i pozwoliła
przyzwoitość. Kiedy rozmawiała z męŜczyznami, spuszczała skromnie niebieskie
oczki, pamiętając o tem, pamiętając o tem Ŝe przez oczy wkrada się do serca
złodziej, który wykrada pokój sumienia. Jak ranna lub wieczorna zorza rozciąga
się po całym firmamęcie, tak powabny rumieniec pokrywał jej skromną
twarzyczkę, gdy kto choć z lekka wspomniał o jej urodzie. Gniewała się na
pochlebców, uwaŜając w tem obrazę dla siebie, mawiała: Człowiek podobny jest
glinianemu naczyniu, które choć najpiękniejsze, moŜe się stłuc, i cóŜ potem wa –
- 2 -
rte? – Tylko wtedy sięgnąłby po nie, gdyby było pełne dukatów; wreszcie ubogiej
dziewczynie nie wolno wysoko się wynosić, aby potem tem niŜej nie spadła!
Pan Solny wraz z swą Ŝoną starali się z całą powagą o to, aby Rózia, będąc
ubogą dziewczyną, tem bogatszą była w cnoty. ChociaŜ byli dziatkami obarczeni,
miłowali jednak Rózię dla jej szlachetności jak własne dziecko. Wieczorami nie
wolno było nikomu z domu wychodzić, ani uczęszczać na zabawy. Państwo Solni
sami takŜe na Ŝadne publiczne uciechy nie uczęszczali, natomiast urządzali od
czasu do czasu w domu swoim przyjęcia.
Tak teŜ pewnego dnia zaprosił do siebie pan Solny kilku przyjaciół i krewnych;
starzy gwarzyli o powaŜnych sprawach, młodzieŜ zabawiała się śpiewami, grą na
fortepianie i tańcem. Jak zwykle na takie wieczorki, napiekła Rózia i tym razem
rozmaitego pieczywa. MłodzieŜ śledziła oczami piękną kuchareczkę, lecz na tym
się skończyło, bo nikt się na więcej nie odwaŜył.
U pana Solnego nie pijano wódki, ani Ŝadnych gorących napojów; wiedział on
bowiem dobrze, jak niebezpieczne i szkodliwe jest uŜywanie podobnych napojów;
dlatego taŜ obcował tylko z ludźmi, którzy równieŜ jak on, byli wstrzemięźliwi.
Podczas gdy się w najlepsze bawiono, rozległ się nagle głośny krzyk na ulicy.
Goście pobiegli do okien, aby się dowiedzieć co zaszło, i cóŜ ujrzeli? – Oto wóz
przejechał przez osławionego pijaka, który będąc osobliwym lubownikiem zapust i
rozpust, tak długo bawił się butelką gorzałki, aŜ mu droga stała się wązką.
Właśnie na zakręcie ulicy, tuŜ przy domu pana Solnego, tak nieszczęśliwie się
potoczył, Ŝe wpadł pod koła zaprzęgu, które zgruchotały mu prawą nogę.
Zdarzenie to wywołało w śród gości pana Solnego rozprawę o skutkach
pijaństwa, przyczep opowiadano sobie, róŜne przykłady nędzy ludzkiej, której
przyczyną wyłącznie była gorzałka. W końcu opowiedział jeden z gości ucieszne
prawdziwe zdarzenie, które było nie tylko pouczające, lecz zarazem tak śmiesz –
ne, Ŝe pobudziło ogólną wesołość.
– Pewna wioska – rozpoczął gość opowiadanie – obierała wójta. Niejeden
starając się o tę marną sławę, szukał przyjaciół, aby go wybrali. Zacny kapłan,
dobry mój przyjaciel i największy dobrodziej, powtarzał często przysłowie: „W
beczce wina znajdziesz mnóstwo przyjaciół!” to się teŜ przy wyborze wójta
sprawdziło. W wspomnianej wiosce Ŝył sobie gospodarz, który lekcewaŜąc
pieniądze, puścił w świat niejednego talara, miał jednak wielu przyjaciół i
zazdrosnych sąsiadów. Posiadając w piwnicy kilka sądków wina, pomyślał sobie:
Co mi to zaszkodzi, jeŜeli jedną beczułkę, albo dwie ofiaruję spragnionym
wyborcom, a moŜe obiorą mnie wójtem! – Skoro dostąpię tej godności, nauczę za
pomocą boŜą moich współobywateli szlachetniejszych obyczajów, a
przedewszystkiem mierności i wstrzemięźliwości. Jak pomyślał, tak teŜ zrobił. W
dzień wyborów włoŜył na wóz kilka sądków wina i w towarzystwie sąsiadów
zawiózł takowe przed dom radny. Gardła wysuszone zmiarkowawszy wino,
dostały nań apetytu, co spostrzegłszy ów gospodarz, rzekł z uśmiechem do
wyborców: Kochani sąsiedzi! PoniewaŜ dziś wybieramy wójta, uwaŜam za
słuszne, abyśmy wprzód nieco się pokrzepili do tak waŜnej sprawy! – Co sami
nie wypijemy, rozdamy między ludzi, aby i domownicy podzielili naszą radości!
Pijacy zacierali ręce z radości, wychwalając szczęśliwy pomysł i szczodry dar
dobrodzieja. Wino się lało, kaŜdy pił, ile chciał. Nawet wstrzemięźliwi wypijali po
- 3 -
jednym, a drugi i trzeci sami sobie napełniali. Pogadanki stawały się coraz
Ŝywsze, a takŜe między tymi, którzy w miarę pili; rozumie się, Ŝe wszyscy
oddawali winu pochwałę, a szczodrobliwego dawcy nie potępiali, ani nie ganili.
Przytem nawet nieprzychylni zapomnieli o wszelkiej nienawiści i jednogłośnie
obrali chytrego sąsiada wójtem. Lecz pijakom tego nie dość jeszcze było; posłali
resztę wina swym Ŝonom i dzieciom a sami udali się gromadnie do Ŝyda, aby tam
do reszty się zalać. Popiwszy się, leŜeli następnie w błocie i na Ŝydowskim gnoju,
jak nie przymierzając nierozumne zwierzęta, a nawet gorzej, poniewaŜ zwierzę
Ŝadne się nie upija. Co za hańba i jak wielki to grzech! – Właśnie pastuch pędził
wieprze z pola do domu, kiedy gospodarze tarzali się w błocie, tłukąc opojone
głowy o kamienie przy drodze się znajdujące. Z biegnącego stada zatrzymał się
wieprz przed jednym z pijanych gospodarzy i zaczął ryjakiem przewracać pijanicę,
a podobno własnego gospodarza. Ryjąc i krząkając nad twarzą pijanicy, bawił się
nim dowoli; gospodarz zaś, mniemając, Ŝe ma przed sobą swojego sąsiada,
odzywa się do wieprza: Nie całuj mnie juŜ! – nie całuj! – boś wójtem obrany!
Goście nie mało się naśmiali z tego opowiadania, a pan Solny zauwaŜył, iŜ
wielkiemby to dobrodziejstwem było dla społeczeństwa, aŜeby kto wynalazł
środek przeciw zgubnemu nałogowi pijaństwa! – Okropna szkarado! – Nie bać się
Boga i duszę swą nieśmiertelną tak okropnie poniŜyć, Ŝe człowiek upada głębiej,
aniŜeli nieboskie stworzenie. Oj, Ŝeby nie nasze duchowieństwo nie zaprzesta –
wało walki przeciwko temu grzechowi! – Częste napominanie nawróciłoby tego i
owego na dobra drogę, a gdyby kaznodzieja w miesiąc choć tylko uratował, jak
wielka liczba umiarkowanych i wstrzemięźliwych wzrosłaby przez rok w całym
świecie katolickim.
Goście dłuŜszy czas jeszcze rozmawiali o podobnych jak wyŜej wypadkach,
wreszcie dla nieco późnej godziny rozeszli się do domów.
Pan Solny był nie tylko dobrym ojcem dla swych dzieci, lecz takŜe troskliwym
opiekunem Rózi. PoniewaŜ zaś wstrzemięźliwość nie tyko przed nimi wychwalał,
lecz sam takŜe wzorowym przyświecał przykładem, przeto słowa jego głęboko się
wyryły w młode serca wszystkich znajdujących się w jego domostwie; brzydzono
się teŜ gorzałką, która mnóstwo ludzi prowadzi do doczesnego nieszczęścia i do
wiecznej zguby.
Pani Solna, zacna matrona, pracy się nie wstydziła, i równieŜ córki do niej
przyzwyczajała, mawiając często: Dziewczyna powinna się oprócz grzechu
wszystkiego uczyć, inaczej bowiem, nie wyćwiczywszy się w poŜytecznych
wiadomościach, nie będzie szczęśliwą w małŜeństwie. śadna nie wie, kto jej ręki
serca poŜąda i Ŝadna teŜ przewidzieć nie moŜe, co się w jej późniejszym Ŝyciu z
tego przyda, czego się w młodości nauczyła; nie pracy trzeba się wstydzić, tylko
lenistwa i złych uczynków.
Stosowanie do tych zasad musiały starsze córki pomagać Rózi w kuchni,
podczas gdy Rózia posiadająca zupełne zaufanie swych państwa, często sól w
sklepie sprzedawała, przyczep w wolnych chwilach zatrudniała się szyciem,
robieniem pończoch lub czytaniem dobrych ksiąŜek, nie troszcząc się bynajmniej
o to, co się na ulicy działo. Częstokroć była pracą tak zajęta, Ŝe nawet przycho –
dzących do sklepu nie spostrzegła, aŜ się do niej odezwali.
Było to w dzień św. Filipa i Jakuba, kiedy pod dom pana Solnego zajechał
- 4 -
powóz, a z niego wyskoczył pan młody, aby zapłacić dług za sól. Wstąpiwszy do
Sklepu, stanął jak wryty; nawet zapomniał pozdrowienia. Rózia była w czytaniu
Ŝywoty świętej Filomeny tak zatopioną, Ŝe nie zauwaŜyła gościa, stojącego
nieruchomie w otwartych drzwiach i nie spuszczającego oczu z Rózi.
– A cóŜ to za anioł! – pomyślał sobie przybyły i stał, przypatrując jej się w
niemym zachwycie.
Serce biło mu gwałtownie, tak, Ŝe się lękał, aby bicia jego nie usłyszała
panienka. Gdyby Rózia w tej chwili oczy podniosła, nie byłby zdolne
wypowiedzieć ani słówka. Kto wie, jak długo byłby jeszcze stał nieruchomie,
gdyby wreszcie nie był wszedł do sklepu chłopiec po funt soli, co oderwało Rózię
od czytania. Teraz dopiero ujrzała Rózia obok chłopca obcego pana u drzwi
stojącego, który opamiętawszy się, grzecznie ją pozdrowił. PoniewaŜ Rózia o
niczem innym nie myślała jak tylko o tem, co w ksiąŜce o św. Filomenie czytała,
odpowiedziała zwyczajnym sposobem na pozdrowienie i odwaŜyła spokojnie sól
chłopcu.
Obcy zaś pan, po odejściu chłopca, aby niemym nie pozostać, zapytał
drŜącym głosem: Proszę Mości Dobrodziejki, czy jest pan Solny w domu?
– Jest – odpowiedziała Rózia, – lecz nie jestem Ŝadną dobrodziejką tylko
wychowanką pana Solnego. Pokorna odpowiedź wypowiedziana ci –
chym głosem, jeszcze więcej oczarowała młodzieńca, który się zaczął
wymawiać.
– Przebacz mi panienko i nie gniewaj się na mnie, jeŜeli słówkiem
obraziłem.
– Ja się na nikogo nie gniewam, pan mnie nie obraził.
Przy tych słówkach patrzyła spokojnie na nieznajomego, który grzecznie
się ukłoniwszy, sam słówka nie odpowiedział, poniewaŜ spojrzenie
dziewczyny głęboko się wryło w jego serce.
Gdy obcy pan umilkł, Rózia uprzejmie zapytała czegoby sobie Ŝyczył i czy
ma pana Solnego zawołać
;
poniewaŜ zaś obcy o to prosił zauwaŜyła
;
– Racz, więc łaskawie się zatrzymać, a pójdę poprosić.
W tej jednak chwili pokazał się w progu pan Solny, zaciekawiony,
ktoby powozem przed jego sklep zajechał. Poznawszy w gościu pana
Rudolfa Lipińskiego, który dla swych owiec i bydła rogatego, bardzo wiele
soli od niego pobierał, zawołał radośnie
:
– Przyjechałem do Zagorzań w wesołym usposobieniu – zauwaŜył Li –
piński – lecz obecnie
…
– A cóŜ się stało? – zapytał pan Solny – czy zgubiłeś pan pieniądze?
Chętnie słuŜę kasą!
– Więcej niŜ pieniądze! – Przepadł spokój mój i pewnie
...
– Ej, cóŜ tam pana napadło? – odrzekł pan Solny, domyślając się, Ŝe
przyczyną wzruszeń jest pewnie Rózia. – Chodźmy do Ŝony! – a ują –
wszy Rudolfa pod rękę, poprowadził go do mieszkania.
– A to mi gość! – zawołała radośnie pani Solna. – Witam pana.
– Niestety, pan Lipiński bardzo smutny – zauwaŜył Ŝartobliwie gospo –
darz domu – doznał jakiegoś sercowego zawodu, pewnie jaka posaŜna
panna mu się wymkła.
Plik z chomika:
Janna_
Inne pliki z tego folderu:
quovadis.pdf
(2376 KB)
kazania sejmowe.doc
(608 KB)
Wierna Rózia czyli zwycięstwo wiary katolickiej.pdf
(798 KB)
Inne foldery tego chomika:
chomikowe
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin