Prolog.doc

(35 KB) Pobierz

Prolog

 

Wiatr z każdym podmuchem pieścił jego miedziane włosy, a deszczowe chmury przyglądały się niewidzącym oczom.  Nastał zmierzch. Jakaś niewidzialna iskra bólu pojawiła się w jego tęczówkach i ścisnął mocniej marmurową balustradę balkonu. Wyglądało na to, że chciał skoczyć nim zdał sobie sprawę, że jest to bezcelowe. Odwrócił głowę od nieba i zamknął oczy, jakby sam jego widok był dla niego bolesny, a kiedy je znowu otworzył wyglądały na martwe.

Nagle ciszę przerwał mrożący krew w żyłach dźwięk syreny alarmowej.  Mężczyzna w nieludzkim tempie znalazł się przy frontowych drzwiach i chwycił za klamkę. Zawahał się i westchnął, jednak wyszedł na zewnątrz. Rozejrzał się po ulicy. Światło sprawiało, że wszystko wokół wydawało się szare. A może po prostu takie było. Wyniszczone i opuszczone budynki nadawały całej alejce nastrój jak z całkiem dobrego horroru. W oddali słychać było pojedyncze jęki i krzyki, jednak mężczyzna szedł niewzruszony. Znalazł się na alei prowadzącej do kościoła. Wzdrygnął się lekko i popatrzył z nienawiścią na widniejący przed nim zniszczony krzyż. Odwrócił wzrok i podążył inną drogą zaciskając zęby ze złości.

Na ulicach nie było ludzi.

W domach nie było ludzi.

Nie było ludzi także na świecie.

A przynajmniej było ich niewielu.

Co więc tu robił, skoro świat się skończył?

„Musimy przejść bezpiecznie. To się musi udać. A co jeśli… NIE! NIE! Na pewno się uda! Musi się udać! On jest taki chory… Taki chory!” Słyszał czyjeś niespójne myśli, ale nie zdążył zareagować. Gdy szedł po brukowanym chodniku, zza rogu wpadła na niego mizernie wyglądająca kobieta z kilkuletnim dzieckiem u boku. Spojrzała na niego z przerażeniem i  zasłoniła bardzo bladego chłopca własnym ciałem. Wargi jej zadrżały.

-Proszę, proszę, błagam! Zostaw nas, proszę! – Zaczęła jęczeć ściskając swoje brudne i podarte ubranie. – O..on  jest ch…chory. Ba..bardz…dzo chory – Łkała coraz głośniej. – Weź mnie, p…proszę! Został jego, a w…weź mnie! – Krzyczała po chwili z desperacją, rzucając się na kolana. Mężczyzna spojrzał na nią smutnymi oczami. Złapał ją za ramiona i pomógł wstać.

-W tym kościele, jest lekarz – Gdy przemówił, jego głos wydawał się równie martwy, co oczy. Nie było w nim ani odrobiny melodyjności. – Zaprowadź tam małego, ale nie włócz się więcej po nocy. Następnym razem możesz nie mieć takiego szczęścia. – Zakończył wzdychając. Kobieta spojrzała na niego z niedowierzaniem. Otworzyła tylko usta, lecz po chwili złapała małego i pobiegła w ciemną uliczkę, jakby w obawie, że nieznajomy zmieni zdanie.

Mężczyzna szedł dalej, aż w końcu osiągnął cel podróży. Zatrzymał się przed ogromną rezydencją i zmierzył ją wzrokiem. Czy była taka ponura, czy to przez światło?  Z okropnym grymasem na twarzy wspiął się po schodach i wszedł nie pukając przez frontowe drzwi. Wewnątrz było zupełnie pusto, a przynajmniej tak się mu wydawało. Gdy znalazł się przy schodach prowadzących na piętro, ciszę przeszył niski głos.

- Pan Iris czeka w głównej sali. Życzy sobie, by każdego gościa skierować właśnie tam. – Miedziano włosy bez słowa ruszył do bogato zdobionych, drewnianych drzwi. Gdy je otworzył zobaczył przed sobą wiele oślepiająco pięknych osób. Nie zwrócili uwagi na to, że ktoś wszedł do pomieszczenia. Ubrani byli bardzo bogato, rozmawiali, śmiali się i pili szkarłatny napój z kieliszków.

-Ach, kogo my tu mamy – Powiedział spokojnie, choć z grymasem na twarzy białowłosy mężczyzna siedzący na skórzanym fotelu.

- Kajuszu, daj spokój -  Blondyn podniósł rękę, w uciszającym geście. Na jego ustach błądził uśmiech. – Przecież nie przyszliśmy tu, by walczyć między sobą. – zaśmiał się perliście – poza tym, z tego, co pamiętam wszyscy obecni na tej sali są po jednej stronie barykady. Czyż nie? – Dodał ostro. Kilka strojących bliżej osób wzdrygnęło się i pokiwało gorliwie głowami.  Miedziano włosy przemówił.

- Wzywałeś mnie, Evanie? – Blondyn spojrzał na niego zaskoczony, jednak po chwili powiedział.

-Ach, tak, wzywałem. Mam dla Ciebie kilka dokumentów. Zostawiłem je u Sally. Liczyłem jednak, że zostaniesz na kolacji. – Uśmiechnął się serdecznie.

-Niestety, nie dzisiaj. – Odwrócił wzrok.

„Znowu mi odmawia. Co tym razem go napadło? Ach… czyż nie jest to rocznica…”

- Gdzie mam się skierować, Evanie? – Rzekł ostro mężczyzna, by zagłuszyć myśli blondyna.

- Do mojego gabinetu. Sally powinna tam być. – Evan Iris przyglądał mu się badawczo. Miedzianowłosy odszedł bez słowa. Dotarł do holu, a później wszedł na samą górę krętymi schodami. Zapukał kołatką do jedynych drzwi i usłyszał wysoki głos.

-Przedstaw się i podaj cel wizyty. – Mężczyzna westchnął znudzony.

- Evan Iris coś dla mnie zostawił. Nazywam się Edward… Edward Cullen.

...
Zgłoś jeśli naruszono regulamin