Prolog.doc

(42 KB) Pobierz

Prolog

          Dryfowałam. Płynęłam, a wokół mnie unosiła się biała, gęsta mgła. Nie wiedziałam gdzie jestem i jak się tutaj znalazłam. Dlaczego unoszę się nad ziemią? I najważniejsze pytanie; gdzie jest Thomas? Właśnie Thomas! Uzmysłowiłam sobie, że na pewno gdzieś tu jest. Zawsze był przy mnie. Musi być ze mną. Tak bardzo go potrzebuje. Otworzyłam usta, chcąc krzyknąć, zawołać go. Jednakże, gdy tylko to uczyniłam, mgła dostała się do moich ust, zatykając je. Nie mogłam nic z siebie wydusić. Nieubłagalnie przemieszczała się dalej. Prześlizgała się przez moje gardło, przełyk. Pozostawiając po sobie przerażające zimno. Gdy tylko opuściła moje ciało, spróbowałam ponownie go przywołać.     Jednak z moich ust nie wydostał się żaden dźwięk. Zamrugałam szybko, ponawiając próbę. Straciłam głos przez ten cholerny dym! Zamachałam rozpaczliwie rękami, licząc w duchu na to, że może w ten sposób opadnę na stały grunt. Uzyskałam efekt wprost odwrotny do zamierzonego. Poleciałam    wyżej, i ku mojemu zdziwieniu mgła była tutaj bardziej przejrzysta. Zaczęłam szybko obracać głowę, machając nią we wszystkie strony. Moje oczy wędrowały wszędzie, gdzie mogły dosięgnąć. Próbując wyszukać dobrze znaną mi sylwetkę mężczyzny. Może to kolejna jego sztuczka? Głupi żart, który on uznał za zabawny? Cóż mi nie jest do śmiechu, ale Thomas lubi takie rzeczy. Pewnie stoi gdzieś nieopodal i się śmieje z mojej bezradności. Potem wszystko powróci do normy i znów znajdziemy się w naszym parku. Mimo tego, iż dodawałam sobie w myślach otuchy, byłam niewyobrażalnie przerażona. Leciałam coraz wyżej i wyżej. Mój lęk wysokości postanowił przypomnieć o swoim istnieniu. Poczułam się taka bezbronna i słaba.  Nie mogłam nic poradzić na sytuację, w której się znalazłam i to lekko nadszarpnęło moją pewność siebie. Mgła nagle zniknęła, a ja ujrzałam promienie słońca, które mocno ogrzewały moje ciało. Skutecznie wypędzając resztki zimna, pozostawione przez tę okropną mgłę. Automatycznie spojrzałam w dół, chcąc dowiedzieć się jak wysoko zdołałam się unieść. Widok, który ujrzałam sprawił, że zamarłam. Przede mną pojawiła się niebiesko-biała kula o idealnie okrągłym kształcie.  Przecież to Ziemia! Planeta, na której stoi moje mieszkanie, biurowiec, oraz wiele innych rzeczy. Jestem w kosmosie – ta myśl nie dawała mi spokoju. Nagle dotarło do mnie, że tutaj nie ma tlenu. Gdy tylko ta idea pojawiła się w mojej głowie, zabrakło mi powietrza i zaczęłam się dusić. Sprawiło to, że spadałam w dół. Strach rozlał się po moim ciele i z powodzeniem unieruchomił moje kończyny. Opadałam nic nie mogąc na to poradzić. Nie spostrzegłam nawet, że znalazłam się tak blisko ziemi. Przede mną rozciągał się wspaniały krajobraz, lecz nie było mi dane podziwianie go. Miałam za chwilę umrzeć. Szloch wstrząsnął moim ciałem. To nie może być koniec!   Chciałam jeszcze zrobić tak wiele rzeczy. Nawet nie zdążyłam pożegnać się z moimi rodzicami. Nadal ich kochałam pomimo tych wszystkich gorzkich słów, których od nich wysłuchałam.   Zbliżałam się nieubłagalnie do… czegoś, co oznaczało mój koniec. Zamknęłam oczy i pomyślałam o najprzyjemniejszych chwilach w moim życiu. Babcia idąca ze mną za rękę w drugiej trzymając ciasto z truskawkami, które same upiekłyśmy. Byłam w tedy taka dumna z siebie i szczęśliwa, że babcia tak bardzo mnie kocha i znalazła czas, aby nauczyć mnie tej przydatnej czynności. Przypomniał mi się Hector. Maleńkie czarne szczenię., Które wyrosło na pięknego psa. Gdy go tylko zobaczyłam, wiedziałam, że jest mój. Następnym obrazem w mojej głowie była nauka na rowerze. Było to jedne z moich najcenniejszych wspomnień. Był to dzień, w którym rodzice poświęcili mi cały wolny czas. Tylko mojej osobie. Nie żadnym fakturom, umową, czy jakimś klientom. Otworzyłam oczy, zostało mi jakieś pięć metrów. Zacisnęłam powieki i po chwili uderzyłam o ziemię. Zabolało jak diabli. Chciałam się podnieść, ale nie dałam rady. Ponowiłam próbę. Niestety nie poruszyłam nawet najmniejszym palcem. Będę tu tak leżeć, aż odniesione przeze mnie obrażenia doprowadzą do mojej śmierci! „Walcz, Amy! Walcz!”Męski głos szeptał w mojej obolałej głowie. -Nie poddawaj się dziewczyno!- Powtarzał jak mantrę.

        Nagle zorientowałam się, że to Thomas. Podświadomie czułam, że jeśli spełnię jego żądanie, to nigdy więcej go nie zobaczę. Nie chciałam tego. Serce krwawiło mi na samą myśl o tym, że tak może się stać. Mimo to zmusiłam swoje ciało do wysiłku i uchyliłam powieki. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to zielona trawa, która wręcz raziła swoją intensywnością. Zebrałam w sobie resztki pozostałych mi sił i obróciłam się na plecy. Przed sobą miałam mojego, ukochanego, najlepszego przyjaciela. Patrzył na mnie, a jego piwne oczy były pełne przejmującego serce bólu.

- Nie możesz tu zostać!Krzyknął.

Ale dlaczego?”Chciałam zawołać, lecz nie mogłam. Moja krtań nadal nie doszła do siebie po spotkaniu pierwszego stopnia z mgłą.

-To nie jest twoje miejsce! Ty tu nie należysz! To wszystko..-Rozprostował ręce wskazując na otoczenie.-  Jest iluzją. Mnie tu nie ma. Nie możesz tu zostać dla mnie, ponieważ jestem nierealny. Nie istnieje! Kiedy to do ciebie dotrze?

        Próbowałam zrozumieć, o co mu chodziło. Byłam strasznie skołowana tym wszystkim. Tom dawał mi poczucie bezpieczeństwa, a teraz chce bym go zostawiła? Załamie mnie to. W tym właśnie momencie zalały mnie wszystkie wspomnienia i ułożyły się w zgraną całość. Zrozumiałam, o czym mówiła do mnie Gabrielle i cała reszta tych popaprańców do których zmuszona byłam chodzić. Wiedziałam teraz, co mam robić. Chce się stąd wydostać.” – Ledwie zdążyłam by ta myśl zakwitła w mojej głowie, a poczułam prąd, rozchodzący się po mojej klatce piersiowej. Żegnaj Tommy.” – Pomyślałam ze smutkiem, patrząc na mojego przyjaciela.

-Nie żegnaj się ze mną Am. Przecież i tak cały czas będę z tobą.

        Thomas uśmiechnął się chłopięco i pomachał mi na pożegnanie, gdy ponownie spadałam. Patrzyłam na niego przez łzy. Tak trudno było go opuścić, bo bardzo go kochałam. Nikt inny nie znał mnie tak dobrze jak on. Teraz przynajmniej rozumiem dlaczego. Jego twarz zaczęła łagodnieć, a wzrost maleć. Po chwili znowu zobaczyłam młodego chłopczyka, którego spotkałam po raz pierwszy. Jednak ten proces trwał dopóki nie stał się noworodkiem, aż wreszcie zniknął. Ciągle spadałam. Ponownie poczułam prąd przebiegający moje ciało, który ani trochę nie ustępował. Atakował mnie raz za razem. Powietrze uleciało z moich płuc, a serce spowolniło swoją pracę. Nagle cos błysnęło mi prosto w oczy.

- Jest! Mamy ją! – Usłyszałam kogoś obok mnie. Na pewno mężczyznę. Próbowałam podnieść powieki, ale za bardzo mi ciążyły.

- Do szpitala z nią! Szybko! Proszę się odsunąć! - Tym razem jakaś kobieta wydała rozkaz. Z kim? Ze mną? Powinnam nie żyć po upadku z tak dużej wysokości. Przysłuchiwałam się dźwiękom dookoła mnie starając się zrozumieć co się dzieje. Ktoś płakał przeraźliwie. Inna osoba w kółko powtarzała, że to jej wina. Jeszcze inna wbijała coś w moją skórę. Miałam wrażenie, że skądś ich znam. Lecz moja obolała głowa słabo kojarzyła fakty. Zachciało mi się spać. Poddałam się swojemu pragnieniu i odpłynęłam, pozostawiając ten chaos za sobą.

Zgłoś jeśli naruszono regulamin