Ktoś z przyjaciół powiedział mi po lekturze mojego tekstu o sprawie Brauna - Życińskiego w „Rzepie” („Wolność słowa dla słusznych opinii?”, Rz., 24 maja), że pisząc o operacji „unicestwić Brauna”, być może miałem na myśli siebie. Mój przyjaciel czynił aluzję do sytuacji, w jakiej się znalazłem po wydaniu „Ceny przetrwania?”. Czy tak naprawdę było – nie wiem. Być może tak działała moja podświadomość – nie wiem, jak to sprawdzić.
Na poziomie świadomości jednak pisałem niewątpliwie o Grzegorzu Braunie, a miałem na myśli to, że salonowe środowiska opiniotwórcze, w tym głównie „Wyborcza”, postanowiły uczynić z Brauna potwora, zdezawuować go do szczętu po to, żeby nie musieć konfrontować się z jego poglądami. Braun-potwór, ktoś kto tylko i wyłącznie potrafi obrażać, nie zasługuje na dyskusję. Taki to był zamysł i dlatego „Rzeczpospolita” traktując Brauna - mimo wszystkich do niego zastrzeżeń – podmiotowo pomieszała „Wyborczej” szyki .
Teraz taki sam zamysł realizuje się w stosunku do mnie, piórem Aleksandry Klich w „Wyborczej” („Dopaść arcybiskupa”, 25 maja). Mój przyjaciel dziwnym trafem przewidział to, co miało zaraz nastąpić.
Autorka pisze, że prawicowa prasa posługuje się lustracyjnymi insynuacjami w odniesieniu do nieżyjącego już abpa Józefa Życińskiego. W tym kontekście dodaje: „Będzie można postawić >>znak zapytania<< i pisać – jak robi to publicysta Roman Graczyk we wtorkowej >>Rz<< - że Józef Życiński miał >>kłopot lustracyjny<<. Wiadomo, jako to jest w prawicowych mediach – wątpliwości rozstrzyga się zawsze na niekorzyść podejrzanego.” I dalej: „To, co Semka, Graczyk, Braun i inni wyprawiają z arcybiskupem, jest, posługując się definicją prof. Michała Głowińskiego, >>retoryką nienawiści<<. W niej wróg to >>ktoś wyzbyty wszelkich racji, ktoś, kogo w życiu publicznym trzeba wszelkimi dostępnymi środkami zdezawuować, unieszkodliwić czy wręcz zniszczyć<<”.
Pani Klich gruntownie mija się z prawdą. O ile mój pogląd na „kłopot lustracyjny” Arcybiskupa jest – jak sądzę – zbliżony do poglądu Piotra Semki, o tyle stoi on na antypodach tego, co głosi Grzegorz Braun. To, że obaj wzięliśmy w obronę Brauna nie oznacza, że złożyliśmy akces do jego poglądów, lecz tylko tyle, że uznaliśmy jego prawo do wolności wypowiedzi.
Napisałem o problemie lustracyjnym abpa Życińskiego, co następuje: 1) Józef Życiński radykalnie zmienił poglądy na lustrację po zapowiedzi ujawnienia dokumentów t.w. „Filozof”; 2) Józef Życiński był zarejestrowany przez SB jako t.w. „Filozof”; 3) najważniejsze dokumenty tej sprawy zostały zniszczone, dlatego „nie twierdzę zgoła nic w przedmiocie współpracy Życińskiego z SB lub też jej braku”; 4) potrafię sobie wyobrazić, że pomimo rejestracji w charakterze tajnego współpracownika Józef Życiński faktycznie nie współpracował; 5) taka ewentualność jest możliwa, ale nie mamy żadnych dowodów, że tak na pewno było; 6) nie jest żadnym dowodem na brak realnej współpracy długa lista zasług Arcybiskupa; 7) przekonujące dowody braku współpracy mogły się znajdować w aktach t.w. „Filozof”, ale je zniszczono; 8) pozostaje zatem znak zapytania”, a w takim razie „(…)nie jest uprawnione – jak to czyni Braun – nazywanie Życińskiego tajnym współpracownikiem, ale też nie jest uprawnione czynienie aktów strzelistych, że nim na pewno nie był.”; 9) winą za ten stan rzeczy należy obarczać gen. Kiszczaka, który kazał niszczyć dokumenty Departamentu IV oraz tych, którzy temu przedsięwzięciu sprzyjali.
Nic nie cofam nic z tych słów. Część z nich nie wymaga komentarza, inne – owszem.
To, że abp Życiński radykalnie zmienił poglądy na lustrację, jest jasne dla wszystkich, którzy śledzili publiczne jego wypowiedzi na przełomie lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych. Świadectwo Andrzeja Grajewskiego, które przytacza Klich, jest wewnętrznie sprzeczne. Z jednej strony redaktor „Gościa Niedzielnego” powiada, że Życiński nie był przeciwnikiem lustracji, z drugiej pisze: „Różnimy się w podejściu do dokumentów. Arcybiskup kwestionuje ich wiarygodność, ja nie”. Dodałbym, że to kwestionowanie miało u Arcybiskupa od pewnego momentu charakter systematyczny. Jak wobec tego można utrzymywać, że Życiński dalej być zwolennikiem lustracji, pozostaje tajemnicą Grajewskiego. Aleksandra Klich przytacza na dowód prolustracyjnej postawy Arcybiskupa fakt, że był autorem wstępu do ksiązki Grajewskiego „Kompleks Judasza. Kościół zraniony: chrześcijanie w Europie Środkowo-Wschodniej między oporem a kolaboracją” (Wydawnictwo „W Drodze”, Poznań 1999). Autorka skrzętnie pomija datę wydania tej książki, czyli rok 1999. Zauważmy: to jest jeszcze czas, kiedy Arcybiskup gromko domaga się rozliczenia komunistycznej przeszłości. Dopiero parę lat później, co zbiegło się z upublicznieniem sprawy t.w. „Filozof”, zaczął równie gromko przestrzegać przed piekłem teczek SB.
Aleksandra Klich, jak wielu autorów zaczadzonych obsesyjną niechęcią do dokumentów przechowywanych dziś w IPN, zdaje się uważać, że badacze tych dokumentów to w dużej części hieny polujące na ludzką padlinę: każda „teczka” to dla nich szansa, że znajdzie się coś kompromitującego na bliźniego swego. Otóż nie, Droga Pani.
W każdym razie kiedy ja piszę, że jakichś dokumentów nie ma, bo je zniszczono u schyłku PRL-u, nie mam na myśli, że zniszczono dowody czyjegoś upadku moralnego. Mogło tak być, ale mogło też być dokładnie odwrotnie. I bywało zupełnie odwrotnie.
Toczy się właśnie przed Sądem Lustracyjnym proces Macieja Kozłowskiego. Znam tę sprawę, pisałem o niej półtora roku temu w „Tygodniku Powszechnym” („Historia pewnej ucieczki”, TP, 10 stycznia 2010). Szczęściem dla Kozłowskiego materiały dotyczące jego domniemanej współpracy z SB zachowały się – bodaj – w całości. Kozłowski został zarejestrowany jako tajny współpracownik, ale zachowana tzw. teczka pracy niezbicie dowodzi, że późniejszy wiceminister spraw zagranicznych RP przez dłuższy czas zwodził SB. A to nie miał czasu bo sesja egzaminacyjna, a to wyjazd na wspinaczkę, a to nie usłyszał tego co, właściwie powinien był słyszeć … Po dłuższym okresie takiego lawirowania powiedział oficerowi prowadzącemu, że nie chce się już z nim spotykać, współpracę formalnie rozwiązano. Zatem w tym wypadku dokumenty pozwalają stwierdzić – nie mam co do tego cienia wątpliwości – że współpraca istniała tylko na papierze, w rzeczywistości jej po prostu nie było.
Kilkoro bohaterów „Ceny przetrwania?” też de facto nie współpracowało mimo, że byli zarejestrowania w charakterze tajnych współpracowników. Wiemy to – podobnie jak w przypadku Kozłowskiego – z ich teczek pracy. Wyższość dowodowa tych dokumentów nad dzisiejszymi autokomentarzami osób podejrzewanych o współpracę jest oczywista dla każdego, kto choć trochę obraca się w tej materii. Myślę, że nie dla pani Klich, więc wytłumaczę. Jeśli z zapisków SB-eka sprzed 30 czy 40 lat jasno wynika, że człowiek zarejestrowany jako t.w. nie współpracował, to trudno takie świadectwo podważyć. Trudno bowiem przyjąć, że SB-ek odnotowywał jako porażkę, to co byłoby jego operacyjnym sukcesem. Skoro napisał, że poniósł porażkę, to ją poniósł. Natomiast jeśli dzisiaj 20 lat po upadku realnego socjalizmu i jej tarczy (czyli SB) osoba zarejestrowana jako t.w. zapewnia nas, że nim nie była i jest to jedyny dowód na jej obronę, to jest to dowód słaby. A już z całą pewnością słabszy niż dokumenty z epoki poświadczające, że współpracy nie było.
Jak się to ma do przypadku abpa Życińskiego? Dokumenty z teczki pracy zostały zniszczone. Kiedy Aleksandra Klich pisze, że „nie ma śladu żadnych spotkań, relacji, donosów, prezentów” zapomina dodać, że zniszczono dokumenty z teczki pracy t.w. „Filozof”. Niewprawny czytelnik tymczasem rozumie to tak, że z zachowanych dokumentów wynika, że nie było spotkań, relacji etc. Otóż tego właśnie nie wiemy. Gdyby te dokumenty ocalały, wiedzielibyśmy znacznie więcej – choć niekoniecznie to by pogrążało Życińskiego. Dokumenty ze spotkań Kozłowskiego zachowały się i one go nie pogrążają – przeciwnie, są dowodem, że nie współpracował. Czy tak było w przypadku Życińskiego – nie wiemy. Walenie pięścią w stół, że wiemy (bo był zasłużony dla opozycji) nic tu nie zmieni. Podobnie jak odsądzanie od czci i wiary tych, którzy zachowują w tej sprawie myślową dyscyplinę.
***
Pani Klich przezornie nie cytuje tego, co napisałem o sprawie t.w. „Filozof”, a jeśli już omawia, to skrajnie stronniczo, tak, żeby wyszło na to że – w wersji soft - rozstrzygam wątpliwości na niekorzyść Życińskiego oraz – w wersji hard – posługuję się „retoryką nienawiści”. Między tym, co faktycznie napisałem, a jej streszczeniem zieje przepaść. Taka sama przepaść ziała między rzeczywistą treścią Ceny przetrwania?” a jej niektórymi omówieniami. Poczesne miejsce wśród nich zajmują dwa teksty Aleksandry Klich, która zaprezentowała czytelnikom „Wyborczej” książkę radykalnie inną niż ta, którą przeczytała.
Tekst „Dopaść arcybiskupa” roi się od retorycznych sztuczek. Są one (a co najmniej mogą być) o tyle skuteczne, że ogromna większość czytelników „GW” nie bierze do ręki „Rzepy”. Ci uwierzą, że naprawdę rozstrzygam wątpliwości na niekorzyść zmarłego metropolity lubelskiego, oraz że naprawdę uprawiam „retorykę nienawiści”.
Językoznawcy powiadają, że język żyje: znaczenia słów ulegają zmianie. To prawda, niekiedy ulegają zmianie bardzo szybko. To co wczoraj było białe, dziś pod piórem zdolnego manipulatora słowa może być czarne. Czytajcie Aleksandrę Klich.
PierwszaMuza