#title=Ludzie bezdomni (fragment) #params=395;2501;3;5 #HTMLInfo=courses\texts\Mt_05009.htm W sieci tej uwikłany miota się na rogu uliczny posłaniec. Skacze i tupie, uderza nogš o nogę, rozciera sobie ręce i biega na małym dystansie tam i z powrotem, tam i z powrotem. Gdy zwrócił się twarzš ku północnej stronie, wicher czyhajšcy za węgłem rzuca się nań jak tygrys, wszczepia w niego pazury i oddech wtłacza do gardła. Wówczas ten mały, zgarbiony człeczyna odwraca się i drepce w miejscu, a wicher bije go w plecy i pcha przed sobš, podwiewajšc szarš sukmanę. Sš chwile, kiedy posłaniec przyczaja się przed wichrem, wtula się w zagłębienie muru i stoi tam bez ruchu, jakby bez życia... Tam dalej idzie szerokimi krokami ogromny Żyd-furman z biczyskiem w ręku. Głowę ma obwišzanš jakim dużym, czerwonym gałganem, na sobie ze trzy opończe, nogi w buciorach z wojłoku. Twarz jego, zaronięta, krwawa, schłostana przez wiatry, góruje wród tłumu, przekrwione oczy patrzš jak wicher spod brwi zsuniętych. Ten człowiek z pola, człowiek należšcy do drogi jak słup wiorstowy albo bariera mostu, przygotowany do obcowania z burzš, ze niegiem i mrozem, zaciekawia do żywego Karolę i Franka. Zapominajš o wiecie i, gdy dorożka daleko już odlazła, widzš go jeszcze i pokazujš sobie nawzajem palcami. Na Srebrnej i Towarowej, gdzie wskutek cisku fur dorożka idzie wolno, noga za nogš, i huta się w wybojach jak łódka, dzieciom aż oczy wyłażš z ciekawoci. Oto wozy frachtowe trzeszczšce pod ciężarem pak z towarem, czarne fury naładowane węglem, inne lodem, cegłš, drzewem. Obok nich idš wonice zadęci niegiem, z osędziałymi brodami na czerwonych twarzach, i wrzeszczšc poganiajš zwierzęta. Spomiędzy brudnych kamienic wyrywajš się tu i ówdzie dzikie kształty murów fabrycznych, nawet wród takiej zamieci nie tracšce swej barwy czarnej, jakby wiecznš niedziš okrytej. Dachy o formie spiczastych schodów , zza których szklš się ciemne, stalowe szyby, nie po to wprawione, żeby przez nie na wiat boży oczy ludzkie patrzały... Wród duszšcych murów uderzajš te szyby blaskiem nie swoim, obcym ich naturze, niby oczy kota pod wiatło widziane. Gdzie indziej wyrywa się w niebo wielki komin z cegły albo czernieje żelazny, przymocowany drutami, i rzuca olbrzymie kłęby burego dymu na mury sšsiednich domów i w okna ich mieszkań. Konwulsyjne ruchy budy spychały jadšcym na brwi kapelusze i zasłaniały oczy. Wiktor siedział bez ruchu. Spod obwisłej linii ronda patrzał na przesuwajšcy się obraz. Kiedy niekiedy z oczu jego wytaczała się łza i przez nikogo nie dostrzeżona biegła po wynędzniałej twarzy.
jama33