Pinochet.docx

(47 KB) Pobierz

Pinochet. Zamknięcie rozdziału.

Stało się. Augusto Pinochet nie żyje. Zmarł w kilka tygodni po swych 91. urodzinach. I tak jak się można było tego spodziewać jego śmierć wzbudziła skrajne reakcje. Od radości i krzyków „Ya cayo!” (nareszcie upadł!), po łzy kilku kilku tysięcy admiratorów, którzy złożyli mu hołd w gmachu Szkoły Wojskowej, gdzie w ostatnich dniach wystawiona była trumna z jego ciałem. Tych ostatnich jest jednak w Chile znacznie mniej. Coraz mniej – chciałoby się powiedzieć. Sondaż przeprowadzony w ostatnich dniach na zlecenie chilijskiej telewizji publicznej wykazał, że tylko (a może aż?) jedna czwarta Chilijczyków, wciąż uważa generała za bohatera, który uchronił ich kraj przed komunizmem. Dla trzech czwartych to dyktator, przestępca i złodziej.

Przewidywana śmierć generała od wielu miesięcy spędzała sen z oczu chilijskim politykom i generałom. Już rząd poprzedniego prezydenta Ricardo Lagosa kilkakrotnie układał scenariusze na dzień śmierci Pinocheta. W dyskusjach uczestniczyli szefowie chilijskiej armii i rodzina dyktatora. Od dawna było oczywiste, że na pochówek z honorami teoretycznie przysługującymi byłemu prezydentowi nie ma co liczyć. Byłby to policzek dla tysięcy tych, którzy stracili podczas jego rządów swych najbliższych, dla dziesiątek tysięcy tych, którzy byli torturowani... I na pewno doszłoby w jego trakcie do gwałtownych manifestacji. W sumie jak najbardziej zrozumiałych. Nikt rozsądny przecież w Polsce nie wyobraża sobie, że gen. Jaruzelski będzie kiedyś pochowany z prezydenckimi honorami. A przecież był pierwszym prezydentem III RP... I to wszystko mimo, że liczba ofiar stanu wojennego w Polsce jest ułamkiem ofiar reżimu Pinocheta.

Sprawa ewentualnych honorów stała się jeszcze bardziej przesądzona, gdy na prezydenta Chile wybrano w tym roku Michelle Bachelet. Jej ojciec został przez pinochetystów zamordowany, a ona wraz z matką, była wówczas torturowana... Ustalono więc, że nieżyjący Pinochet będzie miał tylko honory wojskowe.

Pozostawała sprawa pochówku. Już ponad rok temu pisałem, że praktycznie niemożliwe jest pochowanie Pinocheta w istniejącym grobowcu rodzinnym na Cemeterio General w Santiago. Jego grób na pewno zostałby szybko zbeszczeszczony. Też trudno się dziwić. Są w Chile ludzie, którzy szczerze go nienawidzą. Cierpień było zbyt wiele.

W efekcie ciało generała, po ceremonii pogrzebowej w Santiago przewieziono helikopterem do Concón, miasta położonego ok. 150 km na północ od chilijskiej stolicy. I tam, w lokalnym krematorium, zostało spalone. Rodzina dostała urnę z prochami, która spocznie w Los Boldos, letniej rezydencji Pinochetów. Z dala od ewentualnych manifestantów.

Uwadze chilijskich komentatorów nie umknął oczywiście fakt, że trumna z Pinochetem podróżowała z Santiago do Concón wojskowym helikopterem typu Puma. Takim samym jakiego używała owiana ponurą sławą Karawana Śmierci, która po zamachu stanu zamordowała w całym kraju 75. przeciwników politycznych Pinocheta. I która ich zwłoki najczęsciej zrzucała podczas lotu prosto do morza. Pinocheta jendak nie zrzucono.

Śmierć dyktatora jest na pewno zamknięciem pewnego, znaczącego rozdziału w chilijskiej historii. Osobiście żałuję, że nie zdążył odpowiedzieć przed sądem za ciążące na nim oskarżenia (niewykluczone jednak, że za niektóre przestępstwa odpowiedzieć będzie jednak musiała jego rodzina). Ale mam nadzieję, że jego śmierć pozwoli Chilijczykom śmielej patrzeć w przyszłość a nie nieustannie spoglądać za siebie. „Odszedł ten który symbolizował klimat podziałów, nienawiści i przemocy w naszym kraju” – powiedziała wczoraj prezydent Bachelet. „Zamknęliśmy pewnien rozdział naszej historii, ale nie oznacza to że rozpoczeliśmy dzisiaj nową erę. Ten nowy rozdział piszemy już od 1990 roku, kiedy to odzyskaliśmy demokrację” – dodała.

·         O Pinochecie pisałem w tym blogu już dość sporo. Zainteresowani przeczytać mogą m.in. o jego malwersacjach finansowych, o podejrzeniach o uczestnictwo w handlu narkotykami, lub o jego próbach od wykręcania się od odpowiedzialności.

·         Ciekawego, choć lekko prowokacyjnego porównania między Pinochetem i Jaruzelskim, dopuścił się na swoim blogu dziennikarz Gazety Wyborczej, Wojtek Orliński.

·         Natomiast wszystkim tym, którzy – niewiedzieć czemu – wciąż uważają, że papież Jan Paweł II był wielkim admiratorem generała polecam ten artykuł. Wielu przedstawicieli chilijskiej opozycji od dawna podkreśla, że nasz papież, a zwłaszcza jego pielgrzymka po pinochetowskiego Chile bardzo pomogła im w obaleniu reżimu generała...

Pinochet nic nie wiedział?

Generał Augusto Pinochet, ten sam który przez lata powtarzał że „w Chile żaden liść na drzewie nie zadrży bez mojej wiedzy”, twierdzi nagle że był figurantem. I wszystkie ważne decyzje podejmowali jego podwładni o niczym go nie informując...

Sędzia Alejandro Solis, który prowadzi śledztwo w sprawie przeprowadzonego w 1974 roku w Buenos Aires zamachu na chilijskiego generała Carlosa Pratsa, ujawnił właśnie, że Pinochet podczas tegotygodniowego przesłuchania stwierdził, że o przygotowaniach do zamachu swego byłego szefa nic nie wiedział. Że morderstwo zaplanował, w koordynacji z argentyńskim wywiadem SIDE, jego kolega generał Sergio Arellano Stark. Ten sam, który dowodził owianą ponurą sławą „karawaną śmierci”, czyli oddziałem który tuż po objęciu władzy przez wojskowych podróżował po Chile i mordował opozycjonistów. Co też – przekonuje teraz Pinochet – było własną inicjatywą Arellano. „On zawsze sam sobą dowodził” – powiedział były prezydent sędziemu Solisowi.

Te „rewelacje” raczej nie przysporzą Pinochetowi sympatyków. Nawet jego dawni bliscy współpracownicy coraz częściej publicznie krytykują niechęć generała do brania odpowiedzialnoście za własną politykę i spychanie odpowiedzialności na innych. „Pinochet to tchórz i człowiek bez honoru, nie zasługujący na żaden szacunek” – twierdzi wręcz gen. Manuel Contreras, założyciel i długoletni szef DINA, tajnej politycznej policji pinochetowskiego reżimu.

Rzeczwiście bardzo trudno uwierzyć, że zamach na generała Pratsa planowany mógł być bez wiedzy Pinocheta. W końcu nie był to byle kto, lecz jego długoletni przełożony. W rządzie Salvadora Allende Carlos Prats kumulował funkcje wiceprezydenta Chile, ministra obrony, ministra spraw wewnętrznych i szefa chilijskiej armii. I to właśnie Prats, w chwili gdy 21 sierpnia 1973 roku podawał się pod presją innych generałów do dymisji, zarekomendował Pinocheta jako swego następce na czele armii. „Augusto to profesjonalny, apolityczny wojskowy” – powiedział Prats do Allende. Nie przypuszczał, że niecałe trzy tygodnie później, ten którego tak chwalił przeprowadzi wojskowy przewrót!

Uznawany za człowieka Allende Carlos Prats nie mógł oczywiście pozostać w Chile po 11 września. Był zbyt niewygodny. Rządzący krajem jego dawni podwładni pozwolili mu jednak zabrać całą rodzinę i wyjechać do są sąsiedniej Argentyny. Zapewnili go, że jeśli nie będzie angażował się w politykę to nic złego ani jemu, ani nikomu z jego bliskich się nie stanie. Kłamali. Rok później, 30 września 1974 roku, Carlos Prats i jego żona Sofía Cuthbert zginęli w wybuchu bomby podłożonej pod ich samochodem.

Wiele lat później do jej instalacji i detonacji przyznał się Michael Townley – Amerykanin, były agent CIA w Chile, który po pinochetowskim zamachu zaczął pracować dla DINA. I który obecnie, po odbyciu krótkiej kary więzienia, żyje w Stanach Zjednoczonych korzystając z Federalnego Programu Ochrony Świadków.

 

Miny i kłamstwa Pinocheta

W ostatnich miesiącach nie było chyba tygodnia w którym Chilijczycy nie poznawaliby kolejnych kłamstw byłego dyktatora Augusto Pinocheta. Pamiętam, gdy pierwszy raz – w 2002 roku – odwiedziłem Chile, kraj ten był wyraźnie podzielony na dwa niemal tej samej wielkości obozy: przeciwników i zwolenników generała. Wiele od tego czasu się jednak zmieniło. Tych ostatnich jest teraz znacznie mniej... Nawet najbardziej radykalni prawicowi chilijscy politycy jak ognia obecnie unikają jakichkolwiek odwołań do pinochetowskiego rodowodu. I paradoksalnie nie chodzi tu o wstyd, czy żal wobec zbrodni wojskowego reżimu. Wielu nadal uważa, że było to „zło konieczne” w obliczu zagrożenia lewacka rewolucją w 1973 roku. Trudno jednak znaleźć im wytłumaczenie w jaki sposób ten, którego uważali za narodowego bohatera i który zawsze powtarzał, że poświęcił wiele lat swego życia dla dobra kraju, zgromadził na zagranicznych kontach dziesiątki milionów dolarów. I na dodatek przez lata, wraz z całą swoją rodziną i współpracownikami nie płacił żadnych podatków... Paradoksalny efekt tego jest taki, że Pinochet być może uniknie procesów związanych z ponad 5 tysiącami zabitych i zaginionych podczas jego rządów, ale raczej nie ucieknie przed karą za liczne przestępstwa podatkowo-skarbowe... Jedyne co może go przed nią uratować to śmierć. Stan jego zdrowia jest bowiem taki, że dziadek Augusto może nawet nie doczekać swych 90-tych urodzin, 25 listopada. Znajomy Chilijczyk, gdy świętowaliśmy rozpoczęcie Nowego Roku w Santiago ostrzegał mnie: „Zobaczysz, w najbliższych miesiącach umrze niestety i Papież i Pinochet”. Pierwsza część jego przepowiedni już się sprawdziła. A znajomy wcale nie jest pinochetystą. Jak wielu jego rodaków obawia się jedynie, że śmierć sprawi, że nie będzie miał satysfakcji zobaczenia generała na ławie oskarżonych.

Perspektywa śmierci Pinocheta spędza też sen z oczu aktualnemu rządowi. Bo organizacja jego pogrzebu będzie nie lada problemem. Generał, jako były prezydent i dożywotni senator ma bowiem pełne prawo do honorowego pochówku. Ale jak zorganizować taką ceremonię wiedząc, że dziesiątki tysięcy osób będą na pewno protestować przeciw oddawaniu hołdu byłemu dyktatorowi? I - przede wszystkim - gdzie go pochować? Pinochetowie mają wprawdzie swój okazały, rodzinny grobowiec na Cemeterio General w Santiago, lecz jest raczej mało prawdopodobne aby spoczęło w nim ciało generała. Jest bowiem niemal pewne, że szybko doszłoby do jego zbeszczeszczenia. Nienawiść niektórych ludzi do generała jest bowiem większa od szacunku dla tej pięknej nekropolii, na której spoczywają w dodatku dziesiątki znanych ofiar pinochetowskich rządów. Nawet grób Salvadora Allende – lewicowego prezydenta obalonego przez Pinocheta, znajduje się w bardzo niewielkiej odległości od jego rodzinnego grobowca. A pomnik generała Carlosa Pratsa, byłego głównodowodzącego chilijskiej armii, który sprzeciwił się planowi przewrotu wojskowego i zmuszony został do ucieczki do Argentyny, gdzie i tak później został wraz z żoną zamordowany przez agentów tajnej chilijskiej policji politycznej DINA, jest zaledwie kilkadziesiąt metrów od niego... Oficjalnie wciąż więc nie wiadomo jaki jest pomysł władz na pochowanie Augusto Pinocheta i uniknięcie skandalu ze niechybnym zniszczeniem jego grobu. Postawienie przed nim gwardii raczej nie wchodzi w rachubę, bo przecież odebrane zostałoby jako bezprecedensowy honor i tylko prowokowałoby antypinochetowskich ekstremistów. Swego czasu przebąkiwano o możliwości wybudowanie nowego grobowca na terenie siedziby Fundacji Pinocheta. Plan spalił jednak na panewce, gdyż właściciel terenu nie tylko nie zgodził się na to aby Fundacja go od niego odkupiła, ale wręcz wymówił na początku tego roku umowę o najem. Jak później przyznał nawet taki, czysto handlowy, związek z Pinochetem - a raczej tylko jego imieniem - szkodził mu w interesach... Jak widać definitywnie skończyły się czasy, gdy związki z rodziną generała były w Chile kluczem do sukcesu...

Nieoficjalnie mówi się teraz, że być może generał po prostu pochowany zostanie na terenie jednej ze swych wielu dobrze chronionych posesji... Zobaczymy.

Waracając do kłamstw i kłamstewek Pinocheta. Jednym z ostatnich ujawnionych jest sprawa pól minowych na chilijskich granicach. Generał bowiem nie tylko trzymał w cuglach cały swój kraj, ale też pokłócił się ze wszystkimi jego sąsiadami, udzielając np. logistycznej pomocy Wielkiej Brytanii w wojnie z Argentyną o Falklandy/Malwiny. Pinochet groził też swego czasu wojną Boliwii, z którą Chile z powodu ponad wiekowego konfliktu o dostęp do morza do dziś dzień nie utrzymuje stosunków dyplomatycznych. Do wojny oczywiście nie doszlo, skończyło się na zaminowaniu znacznych obszarów strefy przygranicznej z tym krajem. Reżim Pinocheta nie robił z tego tajemnicy. Oficjalnie widomo było, że na rozkaz generała, głównie wzdłuż drogi łączącej Arica z La Paz, zakopano 22 tysiące 988 min przeciwpiechotnych i przeciwpancernych. Czasy się na szczęście zmieniły i od ubiegłego roku miny te ostrożnie są usuwane. W ubiegłym tygodniu chilijski minister obrony Jaime Ravinet, wraz ze swym boliwijskim odpowiednikiem Gonzalo Mendezem, wspólnie celebrowali zakończenie pierwszego etapu deminażu, czyli zniszczenia 4 tys. 400 odkopanych śmiertelnych pułapek. Uroczystość ta, celebrowana na 25-stopniowym mrozie, który o tej porze roku jest na andyjskim Altipiano czymś zupełnie normalnym na pewno nie była ostatnią w swym rodzaju. Ravinet ujawnił bowiem, że liczby podawane przez Pinocheta nie były prawdziwe. Z dokumentów odnalezionych niedawno w archiwach chilijskiej armii wynika bowiem, że na polach minowych wzdłuż granicy z Boliwią znajduje się co najmniej... 196 tys. 727 ładunków wybuchowych! Chilijscy eksperci szacują, że usuwanie ich trwać będzie przynajmniej 30 najbliższych lat. A inne pola minowe, na szczęście dużo mniejsze, są też w pobliżu niektórych części granicy z Peru i Argentyną. To militarne szaleństwo Pinocheta pociągnęło już niestety za sobą wiele ofiar. Oficjalne statystyki mówią, że na granicznych polach minowych od 1997 roku, kiedy to oficjalnie je pozakładano, zginęły do tej pory 123 osoby – 75 chilijskich żołnierzy i 48 cywilów (27 Chilijczyków, 15 Peruwiańczyków i 6 Boliwijczyków). Ofiary cywilne to głównie mieszkający w strefie przygranicznej pasterze...I pewnie na tym się nie skończy. 30 lat to kupa czasu... 

 

Podatki to rzecz męska !

No i stało się to, co przepowiadałem kilkanaście dni temu. Chilijscy śledczy ostro dobrali się do tyłka rodzinie Pinocheta. Jak na razie żona i jeden z synów trafili za kratki. Oczywiście nie chodzi o odpowiedzialność za tysiące zabitych i zaginionych pod rządami generała, ale o ukryte przez niego przed chilijskim fiskusem miliony dolarów. Ten, który tak lubił powtarzać, że „poświęcił się Narodowi” i żył ze „skromnego generalskiego żołdu”, zgromiadził na kontach zagranicznych banków co najmniej 25 milionów dolarów. Tyle przynajmniej udało się do tej pory odkryć... Niewykluczone jednak, że tajny majątek dziadziusia jest jeszcze większy. Chilijska prokuratura prośbę o współpracę w śledztwie wystosowała ostatnio m.in. do Szwajcarii. Poszukiwanie nie jest jednak łatwe – dumny generał nie wahał się używać wielu paszportów i pseudonimów. Niektóre jego dodatkowe tożsamości były po prostu tasowaniem rzeczywistych imion i nazwisk, bo – jak to na Latynosa przystało – jest rzeczywiście w czym wybierać: Augusto José Ramón Pinochet Ugarte. Ale przybrał też przynajmniej dwa zupełnie wymyślone (i dość banalne!) aliasy: John Long i Daniel Lopez. Chilijscy prokuratorzy podejrzewają zresztą, że te nowe nazwiska i sfałszowane paszporty służyły nie tylko do zakładania kont bankowych, ale także do prywatnych zagranicznych podróży w czasach gdy na generale ciążyły już międzynarodowe listy gończe... Śledztwo póki co skupia się jednak przede wszystkim na generalskiej fortunie, kierujący nim sędzia Sergio Muñoz sprawę wojaży i fałszowania papierów zostawia na później. I choć prokuratura najwyraźniej nie wie jeszcze zbyt precyzyjnie skąd były prezdent ma takie pieniądze, to jednak zgromadzony dotąd materiał jest wystarczający aby postawić wreszcie pinochetowską familię przed sądem!

W Chile oczywiście bycie bogatym nie jest karalne, jednak - jak na całym niemal świecie - bogactwem swym dzielić się należy z fiskusem. Szczególnie, że w ojczyźnie generała nie jest on zbyt pazerny. Ale Pinochet tego nie robił. W swych deklaracjach podatkowych zawsze zgłaszał tylko swe „skromne dochody”. I przez długie lata właśnie tym na pozór niewystawnym, żołnierskim wręcz stylem życia, zyskał sobie sympatię sporej części chilijskiego narodu. Nawet liczne rodzinne rezydencje były tłumaczone względami bezpieczeństwa głowy państwa...

Tym większy był szok jego rodaków, a zwłaszcza politycznych sojuszników i spadkobierców, gdy w ubiegłym roku komisja śledcza amerykańskiego Senatu, zupełnie przypadkiem - przy okazji kompletnie innej sprawy, odkryła pierwsze generalskie konta: 5 milionów dolarów w banku Riggs. Wielu jego chilijskich zwolenników i współpracowników poczuło się wręcz zdradzonych. Inni z początku próbowali negować rzeczywistość: twierdzić że to nieprawda, bądź podliczać z jakich to legalnych źródeł i prezentów mógł generał uzbierać taką sumę. Jednak, gdy podjęte chilijskie i amerykańskie śledztwa zaczęły wywlekać na światło dzienne kolejne pinochetowskie konta i miliony, głosy jego obrońców zaczęły milknąć. Teraz już nawet pinochetowscy adwokaci nie twierdzą, że miliony nie istnieją. Przeciwnie – na początku roku zaproponowali ugodę. Chcieli, w zamian za zakończenie śledztwa, zapłacić 5 milionów dolarów tytułem podatkowych zaległości. Chilijskie państwo propozycję jednak odrzuciło i śledztwo nadal trwa. I wciąż odkrywane są nowe konta. Amerykanie jak dotąd ustalili, że w samych tylko Stanach Zjednoczonych Pinochet posiadał, w ciągu ostatnich 25 lat, co najmniej 128 kont bankowych!

Nikt więc nie powinien się dziwić temu, że w tym tygodniu aresztowano żonę Pinocheta Lucię i jednego z ich synów Marco Antonio. Postawiono im zarzut współpracy w przestępstwach podatkowych generała. I raczej trudno będzie się im tłumaczyć, że o niczym nie wiedzieli, gdyż śledztwo wykazało już, że przez wiele lat, aż do października 2004 roku - kiedy to zagraniczne konta Pinochetów zostały zamrożone - żona, część synów (w tym Marco Antonio) i wnuków generała dostawało od niego każdego miesiąca po kilka tysięcy dolarów „kieszonkowego”... I oni oczywiście też nie deklarowali tych wpływów z zagranicznych banków. Mnie najbardziej rozbawiła jednak próba obrony Lucii Pinochet przez jednego z przyjaciół rodziny i bliskich współpracowników generała – Jorgę Arancibię. Ten senator i były szef chilijskiej armii stwierdził, że: „Normalnie to my, mężczyźni, zajmujemy się sprawami podatków, zezwoleń, zapłat i tym podobnych. W rodzinie jest to właśnie zadanie mężczyzny. Zdaję sobię sprawę, że jest to bardzo „machystowskie”, ale taka jest rzeczywistość społeczna w tym kraju. I musi to być jeszcze bardziej prawdziwe w małżeństwie mającym prawie 80 lat.” Mówiąc krótko, zdaniem senatora nie można żony Pinocheta oskarżać o przestępstwo, które w Chile popełnić może tylko meżczyzna... Może zdenie te podzielili sędziowie Sądu Apelacyjnego w Santiago? 82-letnia Lucia Hiriart Pinochet po zapłaceniu przez rodzinę 2 milionów pesos (blisko 4 tys. dolarów) kaucji odzyskała wolność. Z aresztu pojechała prosto do szpitala wojskowego.

Panowie Wołek, Kamiński i Jurek mogą jednak spać spokojnie – żona ich ukochanego generała, zdaniem bliskich, ma się stosunkowo dobrze – jest tylko trochę zdenerwowana i ma wysokie ciśnienie. Wkrótce powinna wrócić do domu. Marco Antonio, póki co, na świat spoglądać będzie jednak zza krat...

Jak uzdrowiłem Chile

O reformach gospodarczych jakie przeprowadzono w Chile podczas reżimu Pinocheta napisano już bardzo wiele. I nikt rozsądny chyba nie zaprzecza, że rzeczywiście chilijska gospodarka bardzo się w owym czasie rozwinęła. Mówiąc o tym nie można jednak zapominać o towarzyszącym ówczesnym reformom zamordyźmie, o zbrodniach reżimu, a także o przepaści między biednymi i bogatymi, która podczas wojskowej dyktatury bardzo się pogłębiła. Nie powinno się także przesadnie gloryfikować tych gospodarczych osiągnięć, bowiem wiele eksperymentów nie zdało, na dłuższą metę, egzaminu.

Wszystkich tych, których interesuje historia przekształceń gospodarczych w pinochetowskim Chile czeka pasjonująca lektura. Hernán Büchi Buc, minister finasów w końcowym okresie rządów Pinocheta, opublikował właśnie na stronach słynnej konserwatywnej amerykańskiej fundacji Heritage artykuł, który spokojnie mógłby nosić tytuł „Jak uzdrowiłem Chile”. Z Büchi Bucem można się nie zgadzać, zwłaszcza że jego tekst z samej natury nie jest obiektywny, jednak przeczytać go zdecydowanie warto. Nawet tylko po to aby później skrytykować...

Dla tych, którzy w zawiłościach chilijskiej historii nie do końca się orientują dodam, że Hernán Büchi Buc nie należał do słynnych Chicago Boys, którzy w latach 70-tych wcielali w życie w Chile ultraliberalne recepty Miltona Friedmana. On raczej naprawiał szkody przez nich wyrządzone. To on wciągnął Chile z gospodarczej zapaści początku lat 80-tych, uważając że państwo musi mieć jednak pewną kontrolę nad wolnym rynkiem. Ża nie można wszystkiego puścić „na żywioł”, jak uważali jego poprzednicy...

Hernán Büchi Buc był także, w 1989 roku - podczas pierwszych demokratycznych wyborów zamykających dyktaturę Pinocheta, kandydatem centroprawicowej koalicji Renovación Nacional na fotel prezydenta Chile. Otrzymał jednak niespełna 30 proc. głosów, podczas gdy opozycyjnego kandydata Patricio Alywina poparło aż ponad 55 proc. wyborców. W chwili obecnej były minister kieruje jednym z prywatnych uniwersytetów w Santiago, założonym przez siebie i promującym neoliberalizm Instytutem Wolność i Rozwój, oraz zasiada w dyrekcjach i radach nadzorczych kilku dużych, znanych chilijskich firm.

 

 

How Chile Successfully Transformed Its Economy

By Hernán Buc
September 18, 2006

Before Margaret Thatcher became Prime Minister of Great Britain or Ronald Reagan was elected Presi­dent of the United States, Chile implemented unprec­edented privatization and other reforms. From the mid-1980s to the Asian crisis in 1997, the Chilean economy grew at an average annual rate of 7.2 per­cent, followed by an average annual rate of 3.5 per­cent between 1998 and 2005. Such growth is very good compared to other countries. Chile's exceptional economic performance and the resulting welfare improvement have been recognized internationally and are the result of systematic application of sound economic policies.

However, the road was not always smooth. At some critical moments on the way to Chile's economic suc­cess, the process threatened to derail. For instance, Chile's gross domestic product (GDP) dropped 14.1 percent in 1982 during a strong worldwide recession. Simultaneously, the currency was overvalued, making it even more vulnerable to the decelerating interna­tional economy. Capital stopped flowing in, drasti­cally reducing the ability to finance investment. The subsequent Chilean currency devaluation exacer­bated the situation by reducing the real wealth of companies and people. The impact lasted two years, with unemployment increasing to over 23 percent of the labor force and real wages dropping by more than 10 percent.

Although many other countries in the region under­went similar crises, none of them suffered as extreme a one-year decline as Chile. Successful crisis manage­ment stopped the bleeding. Ten years later, figures from the United Nations' Economic Commission for Latin America and the Caribbean (ECLAC) showed that Chile experienced the strongest economic growth of all countries in the region during the 1980s, except for a couple of Caribbean countries that were not affected by the external shocks.

Successful crisis management was critical because the extreme crisis jeopardized the reforms that the Chilean government had implemented beginning in 1974. These reforms included open­ing the economy to the world, privatizing some state companies, and restraining a severe inflation­ary crisis through fiscal discipline and tight mone­tary policy. These pioneering reforms held out the promise of future prosperity for our country.

By putting itself on the road to becoming one of the world's most open economies, Chile was a step ahead of other countries in adjusting to today's glo­balization phenomenon. Before Margaret Thatcher or Ronald Reagan, the Chilean government dared to privatize inefficient state companies. The bal­ance in fiscal and monetary issues, which is now a requirement to join big economic and political blocs like the European Union, was achieved more than a quarter-century earlier by this small country in a southern corner of the world.

Could the recession of the early 1980s possibly throw overboard the efforts of all of those years? This was the question that I asked myself when, in January 1985, President of the Republic General Augusto Pinochet offered me the position of Minis­ter of Finance.

The Chilean Economy, 1974-1984

Before discussing the period when I served as Finance Minister, I would like to say something about the period between 1974 and 1984, when the Pinochet government began a radical transfor­mation of the country's economy.

When the government of Salvador Allende fell in September 1973, Chile's annual inflation rate was 286 percent. Three months later, after the new gov­ernment corrected the most obvious distortions caused by price controls, inflation zoomed to 508 percent. For example, the price of basic goods dou­bled every two months. A family that used to buy five gallons of milk could now afford to buy just one gallon. At one point, these same families could not find milk in the grocery fridges. Milk could be bought only on the black market at a very high price.

Prices for the majority of basic goods were fixed by the government in 1973. Even though Chile was and still is a small economy, the level of protection­ism was high. By the end of 1973, the nominal average tariff for imports was 105 percent, with a maximum of 750 percent. Non-tariff barriers also impeded the import of more than 3,000 out of 5,125 registered goods. Just as economic theory predicts, large queues in front of stores were usual in Santiago and other cities in Chile as a result of the scarcity caused by price controls.

The decline in GDP during 1973 reflected a shrinking productive sector in which the main assets were gradually falling under government control or ownership through expropriations and other government interventions in the economy. As a result, the government's share of total sector pro­duction reached 70 percent in 1973, except for the industrial sector where it was 40 percent.

The fiscal situation was chaotic. The deficit reached 55 percent of expenditures and 20 percent of GDP and was the main cause of inflation because the Central Bank was issuing money to finance the government deficit.

By the end of the Allende government, the gross savings rate was 6 percent and the investment rate was 7.9 percent-the worst figures since the 1960s. This meant that in many industries, no new machines were installed, no new firms were started, and fewer and fewer new jobs were created. There were no capital markets, and the govern­ment-controlled interest rates did not reflect scar­city of funding. The balance of payment (BOP) deficit increased over a period of three years, and the socialist government increased its foreign debt by 23 percent.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin