Cook Robin-Inwazja.pdf

(1446 KB) Pobierz
Cook Robin-Inwazja
ROBIN COOK - INWAZJA
ROBIN COOK
INWAZJA
Invasion
Przełożył: Przemysław Bandel
Wydanie oryginalne: 1997
Wydanie polskie: 1998
Z ręką na pulsie najnowszych osiągnięć w technologiach medycznych Robin Cook z niesamowitym
talentem poluje na nasze najgłębsze obawy. Tym razem, w swym najbardziej prowokacyjnym thrillerze, bada
nagły wybuch epidemii z dziwnymi nowymi objawami, które opierają się diagnozom. Przyczyna pozostaje
nieznana – i niemożliwa do poznania – gdyż jest czymś, czego gatunek ludzki nigdy dotąd nie doświadczył...
Prolog
W lodowatych przestworzach przestrzeni międzygwiezdnej strumień materii-antymaterii, migocząc, wyrwał się
impulsem z próżni z intensywnym błyskiem promieniowania elektromagnetycznego. Na siatkówce ludzkiego oka zjawisko
mogło zostać wychwycone jako nagłe pojawienie się, eksplozja barw pełnego spektrum światła widzialnego. Oczywiście,
ani promienie gamma, ani promienie X, a nawet fale podczerwone i radiowe nie mogły być widoczne dla ograniczonego
ludzkiego postrzegania.
Równocześnie z wybuchem kolorów świadkowie na Ziemi mogliby ujrzeć pojawienie się astronomicznej liczby
atomów w kształcie wirujących, czarnych, dyskopodobnych kamyków. Zjawisko robiło wrażenie puszczonego wstecz
filmu wideo z obiektem wpadającym do krystalicznego płynu, którego falowanie było jak zakrzywienie czasu i przestrzeni.
Jednak lecąca z prędkością bliską prędkości światła niezliczona liczba połączonych atomów wpadła w odległe
krańce Układu Słonecznego, śmigając obok orbit nadętych gazami zewnętrznych planet Neptuna, Urana, Saturna i Jowisza.
Przed osiągnięciem orbity Marsa wirowanie i prędkość masy zmniejszyły się znacząco.
Teraz obiekt można było zobaczyć takim, jaki był: międzygalaktyczny pojazd kosmiczny, którego połyskująca
powierzchnia przypominała doskonale wyszlifowany onyks. Jedyną deformacją kształtu dysku był rząd wybrzuszeń nad
zewnętrzną krawędzią obiektu. Kontury każdego z wybrzuszeń odzwierciedlały masywną sylwetkę statku-matki. Nie było
żadnych innych zniekształceń zewnętrznej powierzchni: żadnych świetlików, luków, wlotów, wylotów albo anten. Nie było
nawet jakichkolwiek konstrukcyjnych łączeń.
Kiedy statek dotarł do zewnętrznych warstw atmosfery ziemskiej, wzrosła temperatura jego powłoki. Pojawił się
płonący ogon rozświetlający za nim nocne niebo, kiedy pobudzone tarciem atomy atmosfery w odruchu protestu zaczęły
wydzielać fotony.
Pojazd nadal zmniejszał prędkość i zwalniał wirowanie. Daleko poniżej pojawiło się migoczące światłami, niczego
się nie spodziewające miasto. Wcześniej zaprogramowany, zignorował światła. Szczęśliwie do upadku doszło w skalistej,
pokrytej otoczakami, wypalonej okolicy. Pomimo względnie małej prędkości było to bardziej zderzenie niż lądowanie. W
powietrze strzelił słup kamieni, piasku i kurzu. Gdy statek kosmiczny w końcu znieruchomiał, był do połowy zagrzebany w
ziemi. Wyrzucone w niebo rumowisko opadło na wypolerowaną powierzchnię.
Kiedy temperatura powierzchni pojazdu spadła poniżej dwustu stopni Celsjusza, nad jego krawędzią otworzyła się
pionowa szczelina. To nie wyglądało na jakieś mechaniczne drzwi. Zdawało się, że molekuły współpracują, aby stworzyć
wejście bez uszkodzenia niczym nie zarysowanej dotąd powierzchni spodka.
Z pęknięcia wydobyła się para, dowodząc, że w jednostce panuje kosmiczny chłód. W środku rzędy komputerów
pracowicie przechodziły przez kolejne sekwencje programów. Do wnętrza wciągnięto próbki ziemskiej atmosfery i gleby i
poddano je analizie. Automatyczne procedury działały zgodnie z planem, włączając w to izolowanie z pyłu organizmów
prokariotycznych (bakterii). Analizy wszystkich próbek, w tym zawartych w nich kodów DNA, dowiodły, że właściwy cel
został osiągnięty. Uruchomione zostały procedury zbrojne. Ze statku wystrzeliła w niebo antena dla przygotowania
transmisji na częstotliwości równej promieniowaniu radiowemu kwazarów. Wszystko, by powiadomić, że Magnum
przybyło.
Rozdział 1
Godzina 22.15
– Hej, cześć! – powiedziała Candee Taylor, klepiąc Jonathana Sellersa w ramię. Jonathan w tej samej chwili objął ją
i pocałował. – Ziemia do Jonathana, odpowiedz! – dodała i zaczęła lekko uderzać przyjaciela po głowie.
Oboje byli siedemnastolatkami i uczniami w Anna C. Scott High School. Jonathan właśnie zdał egzamin na prawo
jazdy i chociaż jeszcze nie dostał zgody na używanie rodzinnego samochodu, udało mu się pożyczyć volkswagena od Tima
Appletona. Pomimo szkolnego przedstawienia zdołali się wymknąć i pojechali na urwisko, z którego roztaczał się widok na
miasto. Oboje z drżeniem wyobrażali sobie to pierwsze spotkanie na ulubionym w szkole „cyplu kochanków”. Dla
wywołania należnego nastroju, jakby rzeczywiście potrzebowali jakiejś pomocy, nastawili radio na KNGA, lokalną
radiostację nadającą non stop przeboje z pierwszej czterdziestki listy.
– Co jest? – zapytał Jonathan, dotykając delikatnie czubka głowy.
Uderzenie Candee było dość mocne, aby zwrócić jego uwagę. Jak na swój wiek chłopak był wysoki i szczupły.
Cały młodzieńczy rozwój poszedł mu we wzrost, ku największej radości szkolnego trenera koszykówki.
– Popatrz na spadającą gwiazdę.
Candee uprawiała gimnastykę, była więc znacznie lepiej rozwinięta fizycznie niż Jonathan. Jej ciało stanowiło
źródło podziwu chłopców i zawiści dziewcząt. Mogła umówić się na randkę z każdym, ale wybrała Jonathana z powodu
kombinacji jego dobrego wyglądu i zainteresowań oraz zdolności komputerowych. Tak się bowiem składało, że komputery
były też jednym z jej zainteresowań.
1 / 103
434858770.002.png
ROBIN COOK - INWAZJA
– No i co jest takiego wyjątkowego w spadającej gwieździe? – jęknął Jonathan. Zerknął w górę na gwiazdę i
natychmiast wrócił spojrzeniem do Candee. Nie był pewny, ale zdawało mu się, że jeden z guzików jej bluzki, który był
zapięty, gdy przyjechali na cypel, teraz w tajemniczy sposób został rozpięty.
– Leciała przez całe niebo – powiedziała Candee. Dla podkreślenia słów wskazującym palcem rysowała
niewidzialną linię na przedniej szybie samochodu. – To było niesamowite!
W półmroku wnętrza wozu Jonathan dostrzegł unoszące się w oddechu i opadające piersi Candee. Uznał to za
znacznie bardziej niesamowite niż jakakolwiek gwiazda. Miał zamiar pochylić się i pocałować ją, kiedy radio wyraźnie
zaczęło się psuć.
Najpierw zawyło tak, że uszy zabolały, i wydało z siebie dziwne piski i trzaski. Potem zaiskrzyło się i pojawił się
dym.
– Kurde! – wrzasnęli oboje jak na komendę, próbując się gwałtownie odsunąć od iskrzącego odbiornika. Wypadli z
samochodu. W bezpiecznej odległości odwrócili się i spojrzeli za siebie, oczekując widoku płomieni. Tymczasem iskrzenie
tak szybko ustało, jak się pojawiło. Wyprostowali się i spojrzeli na siebie ponad dzielącym ich samochodem.
– Do cholery, co ja teraz powiem Timowi? – jęknął Jonathan.
– Popatrz na antenę! – odezwała się Candee.
Nawet w ciemności Jonathan mógł dostrzec, że jej czubek poczerniał.
Candee wyciągnęła rękę i dotknęła jej.
– Au! – krzyknęła. – Gorące!
Słysząc niewyraźne głosy, chłopak i dziewczyna rozejrzeli się dookoła. Inni też wyskoczyli ze swoich aut. Nad nimi
unosił się całun gryzącego dymu. Każde włączone radio, obojętne czy grało rap, rocka czy klasykę, spaliło się.
Przynajmniej wszyscy tak właśnie mówili.
Godzina 22.15
Doktor Sheila Miller mieszkała w jednej z nielicznych miejskich rezydencji zbudowanych na wzniesieniu. Podobał
jej się widok, lubiła wiatr wiejący od pustyni i sąsiedztwo Uniwersyteckiego Centrum Medycznego. Z wszystkiego
najbardziej odpowiadało jej to trzecie.
W wieku trzydziestu pięciu lat czuła się tak, jakby przeżyła dwa życia. Wcześnie, jeszcze w college’u, wyszła za
mąż za chłopaka ze studium przedmedycznego. Mieli ze sobą tyle wspólnego. Oboje uważali, że medycyna jest ich
życiowym celem i powinni razem dzielić marzenia. Niestety, rzeczywistość okazała się brutalnie nieromantyczna z powodu
ich trudnych studiów. Jednak związek mógłby przetrwać, gdyby nie irytujące przekonanie George’a, że jego kariera
chirurga jest ważniejsza niż wybór Sheili, która najpierw specjalizowała się w internie, a później w pierwszej pomocy. W
efekcie cała odpowiedzialność za sprawy domowe spadła na jej barki.
Nie podlegająca dyskusji decyzja George’a o przyjęciu dwuletniego kontraktu w Nowym Jorku stała się kroplą,
która przelała kielich goryczy. Pomysł George’a, żeby towarzyszyła mu w Nowym Jorku, mimo iż właśnie otrzymała
stanowisko szefa oddziału pierwszej pomocy w Uniwersyteckim Centrum Medycznym, uświadomił Sheili, jak bardzo nie
pasują do siebie. Uczucie, które swego czasu pojawiło się między nimi, dawno uleciało, więc po niewielkiej sprzeczce, bez
złości podzielili kolekcję kompaktów, starych numerów czasopism medycznych i zdecydowali się na separację. Jeśli chodzi
o Sheilę, odczuwała jedynie nieco goryczy na myśl o męskim egoizmie.
W ten właśnie wieczór, jak w większość wieczorów, Sheila zajęta była czytaniem niewyczerpanego stosu
medycznych periodyków. Równocześnie nagrywała na wideo stary, klasyczny film z zamiarem obejrzenia go w tygodniu.
Panował zupełny spokój, nie licząc przypadkowego dzwonienia poruszonych wiatrem dzwonków na patio.
Sheila nie widziała spadającej gwiazdy, którą zauważyła Candee, ale w tym samym momencie, kiedy Candee i
Jonathan przerazili się zniszczonym radiem, Sheila była tak samo zszokowana identyczną katastrofą magnetowidu. Nagle
zaczął iskrzyć i warczeć, jakby miał za chwilę wylecieć na orbitę okołoziemską.
Choć wyrwana z głębokiego zamyślenia, Sheila zdołała wyjąć wtyczkę z kontaktu. Niestety nie na wiele się to
zdało. Zanim odłączyła zasilanie, magnetowid nie tylko zamilkł, ale i zaczął dymić. Ostrożnie dotknęła obudowy
urządzenia. Było gorące, choć nie zanosiło się na pożar.
Zaklęła pod nosem i wróciła do czytania. Pomyślała, że nazajutrz weźmie magnetowid do szpitala i pokaże
technikom zajmującym się elektroniką. Może zdołają coś z tym zrobić. Nie będzie miała czasu na zawiezienie wideo do
sklepu, w którym je kupiła.
Godzina 22.15
Pitt Henderson powoli się rozluźniał, przyjął właściwie horyzontalną pozycję. Leżał rozwalony na wytartej kanapie
w pokoju, który zajmował na trzecim piętrze akademika, i wpatrywał się w trzynastocalowy ekran czarno-białego
telewizora. Rodzice podarowali mu go na zeszłoroczne urodziny. Obraz być może był maleńki, ale odbiór był czysty i
wyraźny. Pitt był na ostatnim roku studiów. Studiował pomoc przedmedyczną z programem uzupełniającym z chemii.
Chociaż należał do studentów nieco ponadprzeciętnych, dzięki ciężkiej pracy i zaangażowaniu udało mu się zdobyć dobrą
pozycję w szkole medycznej. Był jedynym chemikiem gotowym do pracy według programu maksymalizacji efektów i od
pierwszego roku studiów sporo czasu poświęcał na ćwiczenia w laboratorium. Aktualnie pracował na zmiany na oddziale
pierwszej pomocy, zajmując się papierkową robotą. Przez lata Pitt zdołał wypracować w sobie umiejętność bycia
przydatnym w każdej pracy szpitalnej, do której go przydzielili.
Potężne ziewnięcie wywołało łzawienie i mecz NBA, który oglądał, zaczął się zamazywać, a umysł uciekał w sen.
Pitt miał dwadzieścia jeden lat. Był krępy, muskularny, jak przystało na gwiazdę futbolu w szkole średniej. Tutaj jednak nie
udało mu się założyć drużyny. Zapomniał o rozczarowaniu i obrócił niepowodzenie w pozytywne doświadczenie przez
skoncentrowanie się na najważniejszym celu – zdobyciu wykształcenia medycznego.
Gdy powieki mu opadły, kineskop jego ukochanego telewizora eksplodował, obsypując odłamkami szkła brzuch i
piersi chłopaka. Stało się to dokładnie w tym samym momencie, w którym zwariowało radio w samochodzie Candee i
Jonathana oraz magnetowid Sheili.
2 / 103
434858770.003.png
ROBIN COOK - INWAZJA
Przez sekundę Pitt nie poruszał się. Był oszołomiony i skonfundowany, niepewny, czy to, co tak gwałtownie
wyrwało go ze snu, pochodziło z zewnątrz czy z wewnątrz, podobnie jak nagłe szarpnięcie, którego czasami doświadczał
przed zaśnięciem. Poprawił okulary na nosie, otworzył oczy i zrozumiał, że spogląda w ciemną czeluść zniszczonego
telewizora. Wiedział już, że to nie był sen.
– Co za gówno! – mruknął pod nosem, wstając z tapczanu, i ostrożnie strzepnął kawałki szkła ze spodni. Usłyszał
trzaskanie wielu drzwi na korytarzu.
Wychylił się z pokoju, rozglądnął w prawo i lewo. Wielu studentów, chłopców i dziewcząt, mniej lub bardziej
odzianych, spoglądało po sobie ze zmieszaniem na twarzach.
– Mój komputer po prostu się stopił – powiedział John Barkly. – Byłem w Internecie. – John wyszedł z pokoju
zaraz po Pitcie.
– Telewizor mi wybuchł – oznajmił kolejny student.
– Zaczął się palić mój budzik-radio! – zawołał inny. – Co się dzieje, do cholery? To jakiś kawał?
Pitt zamknął drzwi i popatrzył na resztki telewizora. Jakiś kawał, zadumał się. Gdyby złapał faceta
odpowiedzialnego za to, wybiłby mu z głowy wszystkie żarty...
Rozdział 2
Godzina 7.30
Na zjeździe z głównej drogi w stronę restauracji „U Costy”, tylne prawe koło czarnej toyoty 4runner prowadzonej
przez Beau Starka uderzyło w krawężnik i samochodem zarzuciło. Cassy Winthrope siedząca obok kierowcy uderzyła
głową w drzwi. Cassy nic się nie stało, ale wstrząs był niespodziewany. Szczęśliwie była zapięta pasem.
– Mój Boże! – krzyknęła Cassy. – Gdzie ty się uczyłeś prowadzić?
– Bardzo zabawne – odparł Beau, wyraźnie zawstydzony. – Zgoda, skręciłem nieco za wcześnie.
– Skoro jesteś czymś zaabsorbowany, powinieneś pozwolić mi prowadzić.
Beau przejechał przez zatłoczony, wysypany żwirem parking i wjechał na puste miejsce przed restauracją.
– Skąd ci przyszło do głowy, że jestem czymś zaabsorbowany? – zapytał. Zaciągnął hamulec i wyłączył silnik.
– Kiedy mieszkasz z kimś, uczysz się odczytywać różne drobne znaki – odpowiedziała Cassy, odpinając pas i
wysiadając z auta. – Szczególnie jeśli jesteś z tym kimś zaręczony.
Beau też wysiadł, ale źle stąpnął i stopa osunęła mu się z jakiegoś kamienia. Dla utrzymania równowagi złapał się
drzwi wozu.
– Postanowione – stwierdziła Cassy, dostrzegając tę kolejną oznakę nieuwagi i chwilowego braku koordynacji u
Beau. – Po śniadaniu ja prowadzę.
– Umiem prowadzić – odparł poirytowany i trzasnął drzwiami. Zamknął auto pilotem. Spotkał się z Cassy z tyłu
samochodu i oboje ruszyli w stronę wejścia do restauracji.
– Jasne, tak samo jak umiesz się golić – skwitowała dziewczyna.
Na twarzy Beau widniało kilka kawałków papieru toaletowego zakrywającego miejsca, w których zaciął się
podczas porannego golenia.
– I nalewać kawę – dodała. Wcześniej Beau wypuścił z ręki dzbanek z kawą i w efekcie rozbił kubek.
– No, może rzeczywiście jestem trochę zamyślony – przyznał niechętnie.
Beau i Cassy mieszkali ze sobą od ośmiu miesięcy. Oboje mieli po dwadzieścia jeden lat i podobnie jak Pitt
kończyli studia. Znali się od pierwszego roku nauki, ale nigdy wcześniej nie umawiali się na randki, bo każde z nich
sądziło, że drugie jest związane z kimś innym. Kiedy w końcu się spotkali, mimowolnie skojarzeni przez wspólnego kolegę
Pitta, który swego czasu sam kilka razy spotkał się z Cassy, spodobali się sobie, zupełnie jakby ich związek zapisany był w
gwiazdach.
Większość ludzi uważała, że są do siebie podobni i mogliby być rodzeństwem. Oboje mieli gęste, ciemne włosy,
gładką, oliwkową cerę i szokująco krystaliczne, błękitne oczy. Oboje też mieli sportowe zainteresowania i często razem
ćwiczyli. Niektórzy żartowali sobie, że chłopak i dziewczyna są ciemnowłosą wersją Kena i Barbie.
– Naprawdę sądzisz, że zadzwonią do ciebie od Nite’a? – Cassy zapytała Beau, który przytrzymał przed nią otwarte
drzwi. – Chodzi mi o to, że Cipher Software jest największą firmą software’ową na świecie. Myślę, że skazałeś się na
długie czekanie.
– Nie ma wątpliwości, że zadzwonią – odpowiedział konfidencjonalnie Beau i wszedł za dziewczyną do restauracji.
– Po informacji, którą wysłałem, zadzwonią w każdej chwili. – Odsłonił połę marynarki od Cerrutiego, żeby włączyć
telefon komórkowy, który miał w wewnętrznej kieszeni.
Elegancki ubiór Beau nie był przypadkowy. Za punkt honoru stawiał sobie, by każdego dnia dobrze wyglądać.
Czuł, że wyglądając na człowieka sukcesu, przyciągnie do siebie sukces. Szczęśliwie dla niego, rodzice byli w stanie i
chcieli wyjść naprzeciw jego wymaganiom. Na swoje szczęście był też pracowitym, pilnym studentem osiągającym
wzorowe wyniki. Pewności siebie bez wątpienia mu nie brakowało.
– Cześć! – zawołał Pitt od stolika pod oknem. – Tutaj!
Cassy pomachała i przecisnęła się przez spory tłum. Restauracja, nazywana czule „chlewikiem”, była popularną
studencką knajpką, szczególnie chętnie odwiedzaną w porze śniadania. Cassy usiadła naprzeciw Pitta. Beau zrobił tak
samo.
– Mieliście wczoraj wieczorem jakieś kłopoty z telewizorem albo z radiem? – zapytał Pitt, zanim jeszcze zdołali
wymienić uściski dłoni. – Mieliście coś włączonego około dziesiątej piętnaście?
Cassy zrobiła przesadnie pogardliwą minę.
– Inaczej niż pozostali wieczory poświęcamy na naukę – z udawaną pychą odparł Beau.
Pitt bezceremonialnie rzucił w czoło Beau kulką z papierowej serwetki, którą bawił się nerwowo, czekając na
przyjaciół.
– Informuję więc was, ignoranci nie mający pojęcia, co się dzieje w prawdziwym świecie, że wczoraj kwadrans po
dziesiątej cały radiowo-telewizyjny bajzel w naszym mieście kompletnie wysiadł. Mój także. Niektórzy sądzą, że to kawał
jakichś gnojków z wydziału fizyki. Powiem wam, jestem wściekły jak diabli.
3 / 103
434858770.004.png
ROBIN COOK - INWAZJA
– Byłoby fajnie, gdyby objęło to cały kraj – wtrącił Beau. – Po tygodniu bez telewizji narodowy iloraz inteligencji
pewnie skoczyłby w górę.
– Sok pomarańczowy dla wszystkich? – zapytała Marjorie, kelnerka, która pojawiła się przy stole.
Zanim zdążyli odpowiedzieć, zaczęła nalewać. To była część normalnego porannego rytuału. Teraz dopiero
Marjorie przyjęła zamówienie i krzyknęła po grecku w stronę dwóch kucharzy za kontuarem.
Kiedy wszyscy raczyli się sokiem, telefon Beau odezwał się dostatecznie głośno, aby można go było usłyszeć spod
marynarki. Sięgając po niego, Beau trącił ręką szklankę i tylko instynktowny odruch Pitta zapobiegł wylaniu soku.
Cassy pokręciła głową, z rezygnacją wyciągnęła kilka chusteczek papierowych i wytarła ze stolika kilka kropli
soku. Spojrzała na Pitta z wdzięcznością i wspomniała, że Beau od rana popisuje się podobnymi wyczynami.
Beau pojaśniał na twarzy, kiedy zorientował się, iż jego nadzieje się spełniły – telefonowano z korporacji
Randy’ego Nite’a. Wymieniono nawet nazwę Cipher w korzystnym dla Beau kontekście.
Cassy powiedziała, że Beau tak się zachowuje, jakby starał się o pracę u samego Pana Boga.
– Z radością przyjdę na rozmowę kwalifikacyjną – odpowiedział Beau z wystudiowanym spokojem. – Będzie mi
naprawdę przyjemnie. Kiedykolwiek pan Nite będzie chciał mnie zobaczyć, natychmiast przylecę na Wschód. Jak
wspomniałem w liście, kończę studia w przyszłym miesiącu, więc pracę będę w stanie rozpocząć... no cóż, w każdej chwili
po tym terminie.
– W każdej chwili! – prychnęła Cassy. Zakrztusiła się sokiem pomarańczowym.
– I kto to mówi? Nie brzmi to jak słowa tego Beau, z którym się zaprzyjaźniłem.
Beau machnął w ich stronę ręką i groźnie spojrzał.
– Właśnie tak – powiedział do słuchawki. – Odpowiadałaby mi posada osobistego asystenta pana Nite’a.
– Posada? – powtórzyła Cassy, powstrzymując się od śmiechu.
– Podoba mi się ten przytłumiony, podrabiany brytyjski akcent – powiedział Pitt. – Może Beau powinien dać sobie
spokój z komputerami i zająć się aktorstwem.
– Jest raczej dobrym aktorem – potwierdziła Cassy, łaskocząc Beau za uchem. – Cały ranek odgrywał ciamajdę.
Beau odsunął rękę dziewczyny.
– Tak. To znakomicie – powiedział do telefonu. – Zrobię wszystko, żeby tam być. Proszę przekazać panu Nite’owi,
że z niecierpliwością oczekuję spotkania z nim.
– Niecierpliwością? – powtórzył Pitt, kładąc sobie równocześnie wskazujący palec na usta.
Beau wyłączył telefon i wsunął go do kieszeni. Popatrzył na Cassy i Pitta.
– Jesteście naprawdę dorosłymi ludźmi. To była pewnie najważniejsza rozmowa w moim życiu, a wy robicie sobie
jaja.
– Dorośli! Tak, teraz bardziej przypomina mi tego Beau, którego znam – odparła Cassy.
– Kim był ten facet, który rozmawiał tak dziwnie przez telefon? – zapytał Pitt, wskazując na Beau.
– To ktoś, kto ma zamiar pracować od czerwca dla Ciphera – odparł Beau. – Zapamiętajcie moje słowa. A potem,
kto wie? Gdy tymczasem wy, moi drodzy, zamierzacie tracić czas na kolejne cztery lata studiów medycznych.
Pitt roześmiał się w głos.
– Tracić cztery lata w szkole medycznej? A to dopiero dziwny i pokręcony punkt widzenia – uznał.
Cassy przysunęła się do Beau i ugryzła go w płatek ucha.
Odepchnął ją.
– Rany, Cassy, tu są profesorowie, których znam, ludzie, którzy pewnie będą mi pisać rekomendację.
– Och, nie bądź taki spięty – odparła. – Drażnimy się tylko z tobą, bo jesteś taki sztywny. Prawdę powiedziawszy,
jestem zaskoczona, że oddzwonili. To prawdziwy sukces. Spodziewam się, że mają sporo podań o pracę.
– Oferta pracy od Randy’ego Nite’a to znacznie więcej niż sukces. Doświadczenie może być wprost oszałamiające.
To praca ze snów. Facet jest wart miliardy.
– Ale to może również wymagać poświęceń – zauważyła zadumana Cassy. – Zapewne dwadzieścia pięć godzin na
dobę, osiem dni w tygodniu, czternaście miesięcy w roku. Nie zostanie wiele czasu dla nas, szczególnie jeśli ja będę tu
pracować.
– To po prostu sposób na rozpoczęcie kariery – powiedział Beau. – Chcę zrobić wszystko co się da, abyśmy mogli
cieszyć się życiem.
Pitt znowu zrobił minę i poprosił przyjaciół, żeby nie odbierali mu apetytu miałkim romantycznym gadaniem.
Kiedy podano zamówione dania, cała trójka zabrała się szybko do jedzenia. Mimowolnie zerkali na swoje
eleganckie zegarki. Nie mieli zbyt dużo wolnego czasu.
– Macie ochotę na kino wieczorem? – zapytała Cassy po wypiciu kawy. – Miałam dzisiaj egzamin i gwałtownie
potrzebuję nieco relaksu.
– Beze mnie, maleńka – odparł Beau. – Dostałem papierkową robotę na kilka dni. – Odwrócił się i próbował dać
znać Marjorie, że czeka na rachunek.
– A ty? – Cassy zwróciła się w stronę Pitta.
– Przykro mi – odpowiedział. – Mam podwójną zmianę w centrum medycznym.
– Może Jennifer? – Cassy nie dawała za wygraną. – Mogłabym do niej zadzwonić.
– To zależy od ciebie. Ale nie powołuj się na mnie. Zrywamy ze sobą.
– Przykro mi – powiedziała z uczuciem Cassy. – Zawsze uważałam was za dobraną parę.
– To tak jak ja – zgodził się Pitt. – Niestety spotkała kogoś, kto bardziej jej pasuje.
Przez moment Cassy i Pitt patrzyli na siebie, by po chwili odwrócić wzrok z uczuciem lekkiego zaambarasowania i
wrażeniem deja vu.
Beau położył rachunek na stole. Chociaż każde z nich miało za sobą kurs matematyki w college’u, obliczenie, ile
kto powinien dołożyć napiwku, zabrało im pięć minut.
– Podwieźć cię do centrum medycznego? – Beau zapytał Pitta, gdy wyszli na zalany słońcem parking.
– Może tak – odpowiedział Pitt niezdecydowanie. Był nieco przybity. Kłopot polegał na tym, że ciągle darzył Cassy
romantycznym uczuciem, chociaż ona go odtrąciła, a Beau był jego najlepszym przyjacielem. Znali się od podstawówki.
4 / 103
434858770.005.png
ROBIN COOK - INWAZJA
Pitt szedł kilka kroków za przyjaciółmi. Zamierzał podejść do samochodu od strony pasażera i otworzyć Cassy
drzwi, ale nie chciał stawiać Beau w złym świetle. Zrezygnował więc i poszedł za Beau, by usiąść z tyłu, gdy nagle jego
przyjaciel zatrzymał się i położył rękę na ramieniu Pitta.
– Co to, u diabła, jest? – zastanowił się Beau.
Pitt podążył za wzrokiem kolegi. Tuż przy drzwiach kierowcy tkwił wbity w ziemię dziwny, okrągły, czarny
przedmiot wielkości mniej więcej srebrnej jednodolarówki. Był symetrycznie kopulasty, gładki i w słońcu połyskiwał tak,
że trudno było stwierdzić, czy wykonano go z metalu, czy kamienia.
– To na tym musiałem stanąć, gdy wysiadałem z wozu – domyślił się Beau. Wgłębienie po bucie wyraźnie
odciśnięte z jednej strony przedmiotu potwierdzało przypuszczenie. – Ciekawe, dlaczego się ześliznąłem.
– Myślisz, że to wyleciało spod samochodu? – zapytał Pitt.
– Dziwnie wygląda – stwierdził Beau. Schylił się i lekko odgarnął piasek z jednej strony zagrzebanego w ziemi
dziwnego przedmiotu. Kiedy to zrobił, dostrzegł osiem maleńkich wypukłości symetrycznie rozłożonych wokół krawędzi
przedmiotu. Był nieco większy, niż początkowo sądził.
– Hej, chodźcie już, chłopcy! – z samochodu dobiegł ich głos Cassy. – Muszę jechać na zajęcia. Właściwie już
jestem spóźniona.
– Sekundę – odpowiedział Beau. Zwrócił się do Pitta: – Masz jakiś pomysł?
– Kompletnie nic. Spróbuj, czy wóz zapali.
– To nie z samochodu, ośle. – Kciukiem i palcem wskazującym prawej ręki Beau spróbował podnieść przedmiot,
ale nie dał rady. – To musi być koniec czegoś długiego.
Obiema rękami odgarnął piasek i żwir i zdziwił się, że tak szybko odsłonił spód tego czegoś. Okazało się, że nie
było długie. Spodnia strona przedmiotu była płaska. Podniósł go. Grubość można było ocenić na mniej więcej centymetr.
– Cholera, ciężkie jak na swój rozmiar – uznał. Podał go Pittowi, który położył przedmiot na dłoni.
Pitt gwizdnął i z zaskoczonym wyrazem twarzy zwrócił przedmiot znalazcy.
– Z czego to jest zrobione? – zapytał.
– Jakby ołów – zgadywał Beau. Spróbował podrapać powierzchnie paznokciem, ale bez rezultatu. – Ale to nie jest
ołów. Psiakrew, założę się, że to jest cięższe niż ołów.
– Przypomina mi jeden z tych czarnych kamieni, który znalazłeś kiedyś na plaży – powiedział Pitt. – No wiesz, te
kamienie wygładzane latami przez przybrzeżne fale.
Beau chwycił przedmiot w dwa palce, jakby zamierzał puścić kaczkę po wodzie, i zamachnął się.
– Z tak gładką powierzchnią skoczyłby pewnie ze dwadzieścia razy.
– Gówno! – wtrącił Pitt. – Z taką wagą zatonąłby po pierwszym, najdalej drugim odbiciu.
– Pięć dolców, że skoczy co najmniej dziesięć razy – zaproponował Beau.
– Wchodzę – Pitt przyjął propozycję.
– Au! – krzyknął nagle Beau i upuścił przedmiot, który znowu zakopał się do połowy w piasku i żwirze. Chłopak
złapał się za prawą dłoń i ścisnął mocno.
– Co się stało? – zapytał przestraszonym głosem Pitt.
– Ta cholera mnie ukłuła – ze złością powiedział Beau. Ściskał dłoń u nasady palca wskazującego, na którym
widniała kropelka krwi.
– O rety! Śmiertelna rana! – zauważył Pitt z sarkazmem.
– Pieprz się, Henderson – odpowiedział Beau, krzywiąc twarz w grymasie bólu. – Boli. Jak po użądleniu jakiejś
cholernej pszczoły. Czuję w całym ramieniu.
– Ach, nagła posocznica – dodał Pitt ciągle tym samym sarkastycznym tonem.
– A co to, u diabła, jest? – Beau był coraz bardziej zdenerwowany.
– Potrzebowałbym za dużo czasu, żeby ci to wyjaśnić, panie Hipochondryku. Poza tym żartowałem.
Beau schylił się, by odzyskać tajemniczy przedmiot. Ostrożnie zbadał jego krawędź, ale nie natrafił na nic, co
mogłoby ukłuć.
– Beau, dalej! – ponagliła zła Cassy. – Muszę jechać. Co wy tam, na miłość boską, robicie?
– Dobra już, dobra – odpowiedział. Spojrzał na Pitta i wzruszył ramionami.
Pitt schylił się i z dna dołka wyżłobionego przez przedmiot podniósł cienki odłamek szkła.
– Czy to mogło być jakoś przyczepione i zraniło cię?
– Pewnie tak – przytaknął Beau. Uważał, że to mało prawdopodobne, ale nie potrafił teraz znaleźć innego
wyjaśnienia. Przekonywał sam siebie, że przecież przedmiot nie był niczemu winny.
– Beauuuuuu! – warknęła Cassy przez zaciśnięte zęby.
Szybko siadł za kierownicą swojego 4x4. Niemal bezwiednie wsunął dziwny, kopulasty dysk do kieszeni
marynarki. Pitt usiadł z tyłu.
– Teraz na pewno będę spóźniona – fuknęła Cassy.
– Kiedy ostatnio szczepiłeś się przeciwko tężcowi? – zapytał Pitt.
Milę od restauracji rodzina Sellersów właśnie kończyła swoje codzienne poranne czynności. Rodzinny minivan
czekał już na podjeździe dzięki Jonathanowi, który siedział wyczekująco za kierownicą. Jego mama, Nancy, stała oparta o
framugę otwartych drzwi. Ubrana była w prosty kostium podkreślający jej pozycję zawodową. Pracowała jako wirusolog w
miejscowych zakładach farmaceutycznych. Była drobną kobietą, miała metr pięćdziesiąt pięć wzrostu, z głową jak
Meduza, pełną gęstych, skręconych blond loków.
– Chodź, kochanie! – Nancy zawołała męża, Eugene’a, który wisiał na telefonie w kuchni i rozmawiał z jednym z
miejscowych dziennikarzy prasowych, którego znał towarzysko. Eugene dał znać, że za minutkę będzie.
Nancy niecierpliwie przestępowała z nogi na nogę i patrzyła na swego męża. Byli razem już dwadzieścia lat.
Wyglądał na tego, kim był: profesora fizyki na uniwersytecie. Nigdy nie udało jej się wyciągnąć go z tych workowatych
sztruksowych spodni i marynarki, niebieskiej batystowej koszuli w kratkę i wydzierganego z wełny krawata. Kupowała mu
eleganckie ubrania, ale wisiały teraz nie wykorzystane w szafie. Ale przecież nie wyszła za Eugene’a dla jego smaku czy
też jego braku w sprawach mody. Spotkali się w szkole średniej i beznadziejnie pokochała go za jego rozum, dowcip i
łagodne, dobre spojrzenie.
5 / 103
434858770.001.png
Zgłoś jeśli naruszono regulamin