ZAMEK.doc

(153 KB) Pobierz

To, co zdarzyło się na zamku jeszcze przed powrotem Grava.

 

TEM i TEMA

1.Tem nareszcie wymknął się z sali biesiadnej. Nie mógł uchybić nikomu odmawiając toastu- kielichami przeznaczonymi dla dużych ludzi!

Przedzierał się teraz przez wysokie stopnie i długie korytarze.

Widok chaotycznej kolejki do wychodków zakłuł go boleśnie w środku. „Stajnie”- pomyślał kierując się do północnego dziedzińca.

Podcienia stajni upodobały sobie tulące się pary.

Nareszcie znalazł ukryty kąt i uwolnił gwałtowaną kaskadę.  Tylko na taką przyjemność mógł sobie tutaj pozwolić, choć ta noc zachęcała do swobody. Damy i niewiasty ciekawe były szczegółów budowy karła, jednak uleganie im naraziłoby powagę jego misji wśród wysokich.

Pogrążony w myślach zatrzymał się instynktownie, zanim zrozumiał, na co patrzy. Dziewczyna wyrywała się. Nie były to przekorne piski, lecz surowa walka. Spojrzała na Tema, otworzyła usta- i otrzymała potężny cios w twarz. Tem jednym skokiem znalazł się przy nich.

- Cokolwiek ma to znaczyć, nie pozwolę w mej obecności bić kobiety!- zawołał, sięgając po wyćwiczony przez jego plemię sposób walki z wysokimi- kopniak pod kolano. 

Gdy napastnik zwalił się na ziemię, Tem poznał w nim wielmożę, z którym dopiero co, po długich staraniach, podpisał umowę na osiedlenie swych ludzi, wygnanych z Gór Zielonych.

- No, spróbuj!- wybełkotał ironicznie tamten.

Tem gwizdnął. Za chwilę pojawiło się kilku strażników, nawet w dobrej formie.

- Proszę odprowadzić barona do izby. Wypił za dużo. Zawiadomię jego ludzi- powiedział Tem, odwracając się szybko w stronę niewiasty. Drżała i szlochała, ale dzielnie trzymała się na nogach.

- Wybacz pani, ale musimy zostać przesłuchani. Za chwilę może wybuchnąć wielki skandal- powiedział, starając się mówić spokojnie. 

Skinęła głową, daremnie próbując się opanować.

„Powinna ją przesłuchać jakaś niewiasta. Przełożona służby czy ktoś taki”- myślał. Jednak gdy przechodzili na bardziej oświetlony dziedziniec, rozpoznał w niej właśnie młodą przełożoną służby.

„Księżna. Tylko księżna może tu pomóc”- pomyślał. Odprowadził kobietę do kuchennego holu. Zapalił świecę i poprosił strażnika o dyskretną opiekę.

Księżna była tak dobra, że uwierzyła Temowi w pilność i wagę sprawy i zaraz poszła z nim, biorąc ze sobą kogoś z dostojnych doradców.

- Przechodząc przez północy dziedziniec zobaczyłem szarpaninę. Odniosłem wrażenie, że ta dama chce odejść, lecz jest zatrzymywana siłą. Z całą pewnością została w mej obecności uderzona, na co nie mogłem pozwolić- zaczął.

Księżna zwróciła się do ochmistrzyni. Nie chcąc rozmawiać w obecności mężczyzn weszły do kolejnego pomieszczenia. Słyszał tylko szlochanie i stłumione głosy.

- Tak. Wena została napadnięta bez swojej winy i wbrew swojej woli- podyktowała księżna.

- Czy rozpoznałaś tego mężczyznę?- zapytała oficjalnie.

- To był ktoś z książęcego stołu- przytaknęła.

- A czy ty go rozpoznałeś?- zwróciła się do Tema.

- Po uwolnieniu damy rozpoznałem barona. Wezwałem straż, by pomogła mu wrócić do izby i zatrzymać się tam. Rozumiem, że za dużo wypił- z namysłem odparł Tem.

- Ty też piłeś ?- musiała zapytać księżna.

- Każdy spełnił co najmniej jeden toast. Stoję jednak pewnie na nogach- zademonstrował na deskach kuchni swą równowagę Tem.

- Dobrze. Pójdziemy teraz do barona- poleciła doradcy księżna.

Tem został sam ze szlochającą niewiastą.

Nie mógł jej chyba tak zostawić. Powinien ją jakoś pocieszyć, uspokoić. Gdyby to była jego siostra- co zrobiłby- po zabiciu tego drania? Utulił ją, to pewne. Ale tej kobiety chyba nie mógł teraz dotknąć.

Czy zdoła opowiedzieć historię- w języku dużych ludzi? Potrzebował śpiewnych słów swej mowy. Mógł je jednak przekładać.

- W  świecie dużych ludzi, w pięknym białym dworze nad rzeką- żyli sobie siostra i brat. Mieli wiele przygód, ale zawsze pomagali sobie nawzajem- zaczął.

- Pewnego razu siostrę napadł – wielki cuchnący zwierz. Brat przegonił zwierza, ale strach w sercu siostry pozostał. Płakała i płakała. Nie mogła jeść ani spać, bała się zostać sama i bała się ludzi. Obroń mnie przed strachem ,mój bracie- powiedziała.

Nie mogę- odrzekł jej brat. Strach nie napadł cię z zewnątrz. Jest w twoim sercu. Pozwoliłaś mu tam zostać i karmisz go swymi łzami. Strach zniknie, gdy przestaniesz płakać.

Dziewczynka zamknęła buzię rączkami i zaczęła głęboko oddychać- widział teraz wyraźnie zdeterminowaną buzię swej siostry w ich leśnej kryjówce.

- Na początku potrafiła opanować płacz tylko przez chwilę. Ale każdego dnia płakała coraz mniej. Strach zaczął maleć....

- O czym ty mówisz, panie?- parsknęła śmiechem przez łzy Wena.

- Wybacz. Zwykle mówiłem tak do siostry.

- Masz siostrę?

- Wierzę, że nadal tak- odparł.

- Kiedy zdarzyło się coś, czego baliśmy się lub nie rozumieli, opowiadaliśmy sobie o tym historię- wyjaśnił.

Wena odetchnęła i przeciągnęła się.

- Spędziłeś ze mną tyle czasu. Dziękuję- powiedziała, patrząc na dopalającą się świecę.

Wstał. Przemogła się i powoli podała mu dłoń. Musnął w ukłonie końce jej palców i wyszedł.

 

Nazajutrz rano wezwano go do księcia. Był tam też baron i księżna. Tem wiedział, że kontrakt dla jego ludzi zawisł na cienkim włosku. Książę nie miał na to środków i musiał polegać na niezbyt czystych fortunach baronów. Którzy chcieli oczyścić swe imię. Dość nieudolnie zresztą.  

- Doniesiono mi o jakimś incydencie nocnym, którego obaj uczestnicy byli tak zamroczeni, że ustalenie prawdy nie jest chyba możliwe?-  surowo zapytał książę.

Baron chmurnie opuścił głowę, ale Tem przepraszająco spojrzał na księżną.

- Jeżeli nikt nie poniósł szkody- powiedział pytająco.

- Nikt nie poniósł szkody, o której warto byłoby mówić- podkreśliła księżna. Zrozumiał- dalsze mówienie o tym przyniosłoby niewieście niesławę zamiast rekompensaty. Był więc gotów do przeprosin. Obaj przeprosili się sztywno pod okiem księcia.

 

Sprawę możnaby na tym uważać za zakończoną. Tem zabrał się do organizowania przeniesienia swych ludzi. Trzeba było zorganizować wozy i konie. Na miejscu miano wybudować nowe domy, lecz musiał zakupić dość drewna, i wynająć rzemieślników. Pozwolenia na drogi, wyrąb i korzystanie z lasu, wytyczenie pól, zapasy na pierwszy okres pobytu....sprawy piętrzyły się szybciej niż uładzały.

Niezadługo zaś Tema spotkał dziwny wypadek. Pod murami zamku został napadnięty przez nie wiadomo kogo i brutalnie pobity. 

Wena zajęła się nim troskliwie.

Podczas najgorszych chwil gorączki i bólu słyszał jej spokojny głos, opowiadający bajkę o mocarzu, który został przysypany przez górę. Jego przyjaciele/ odruchowo wymieniał ich imiona/ odkopywali go kolejno.

Drogimi receptami uratowała mu oko. Gotowała pożywne zupy i karmiła go, aż zęby przestały się chwiać. Surowo pilnowała usługujących mu ludzi, aż zrosły się połamane dłonie. Zawiozła do wioski z gorącymi źródłami aż znowu mógł chodzić. 

Bał się, że stracił tak wiele czasu- ale po powrocie zastał kompletny plan ewakuacji, uzgodniony z kupcami i rzemieślnikami na lepszych niż początkowo warunkach. Kobiety potrafią takie rzeczy!

 

2 lata później

2.Wicher rzucił o ścianę kolejną garścią zamarzającego deszczu, gdy wreszcie usłyszała nadjeżdżającego brata. Kroków jednak było zbyt dużo. Dom ich zbudowano na krasnoludzką modłę- główna izba z piecem i alkowami do spania znajdowała się na dole, pod podłogą sieni i izb do pracy. Wyszła więc na górę, do sieni. Brat- i jeszcze ktoś otrząsali się z deszczu. Szary pies spojrzał na nią i zawarczał pytająco.

- Wybacz. To nowy komendant posterunku przy moście. Król pozwolił mu tu wrócić. Wiem, że nie powinien przekroczyć progu tego domu- ale w taką noc?- brat popatrzył na nią pytająco.

Gość postąpił krok ku światłu i zrzucił okrycie. Czarne, błyszczące oczy z jej koszmarów patrzyły na nią.

Dlaczego się nie bała? Dlaczego jeszcze nie krzyczała, tak jak wiele nocy, budząc wszystkich?

Gość drżał z zimna. Czarne oczy lśniły w twarzy ściągniętej zmęczeniem. Strugi zimnej wody przesiąkały przez koszulę.

- Ogrzeję się tylko trochę- wybąkał, próbując mówić wyraźnie.

- Wszystko masz na dole, suche i ciepłe. Chinina jest w zielonym słoju. Masz mu dać chininę- usłyszała swój własny głos i poczuła, że podjął dobrą decyzję.

- Szary, chodź- otworzyła drzwi do tkalni i weszła tam z psem.

Mężczyźni popatrzyli na siebie niepewnie.

- Chyba możesz zostać? Choć boję się, że ona zaraz zacznie krzyczeć- westchnął Tem.

- Muszę się zagrzać- łagodnie przypomniał Res.

Zeszli na dół. Usiedli przy piecu. Tem dał mu ręcznik i suche ubranie, nalał ciepłego naparu z imbryka i postawił na piecu garnek z zupą.

- Dba o ciebie siostra- stwierdził ze znużeniem Res. Cały dzień jeździł niemal na darmo, próbując zdobyć zaopatrzenie dla swej załogi. Nikt z okolicy nie był zadowolony z powrotu straży na bezpański dotąd most, i to jeszcze pod jego wodzą. Sprzedawano im stęchłe siano, spleśniałe ziarno, mokre  drzewo...

- Chinina. Masz wziąć chininę!- przypomniał sobie Tem. Nawet on niewiele pomógł Resowi. Najpierw to jego wysłano by układał się z wysokimi ludźmi, teraz zaś odtrącano go za kontakty z nimi. Nic nie pomogło, gdy na nowego komendanta mianowano elfa.

Res bohatersko przełknął gorzki proszek, a gdy żołądek uspokoił się, sięgnął po zupę. Ciepło obezwładniło go całkowicie.

 

Ku swojemu zdziwieniu Tena spała dobrze. Nie sprawdzała po kilka razy okien i drzwi, nie nadsłuchiwała wiatru i psów. Jej najgorszy koszmar spełnił się, był w jej domu. W postaci zmęczonego, skłopotanego człowieka. Jej największy wróg- niemal bezsilny stanął u jej stóp. Pokonany przez los. Los był sprawiedliwy. Odpłacił mu za jej krzywdę. Została pomszczona. Mogła go była wygnać w ziąb tego wieczoru- ale wtedy stałby się na zawsze upiorem, i rada była, że nie uległa tej pokusie. Teraz był zwykłym człowiekiem i nie musiała się go więcej bać.

 

Chinina zapobiegła rozwojowi choroby. Res spał długo, mocnym, zdrowym snem. Nie dostał gorączki.

Wstał późnym rankiem. Wyszedł szybko na podwórze a potem zszedł jeszcze do kuchni ogarnąć swój wygląd. Rodzeństwo rozmawiało w sali na górze.

- Wiedziałem, że tamta część ziemi, przy moście, należy do króla i że przyślą tu posterunek. Może i ze względu na nas mianowali kogoś z elfiej krwi, nie dużych ludzi. Nie możemy sprzeciwiać się woli króla, choć możemy wystąpić o jego odwołanie.  Mieliśmy rozmówić się z tobą, choć ciągle nie było czasu. Baszta jest zrujnowana, trudno cokolwiek dostać a on chce powstrzymać niezadowolenie swych ludzi. Umówiłem się z nim od razu, gdy tylko go poznałem, że będzie trzymał się z dala od tego domu...-tłumaczył Tem.

Res wszedł na górę i skłonił się przed Teną.

- Jestem do tej dyspozycji pani. Wprawdzie król pozwolił mi tutaj wrócić, lecz nie tylko o jego osąd powinienem zabiegać- silnie opierał się o stół zniszczonymi pracą, lecz czystymi dłońmi. Był wyczerpany po wczorajszym dniu, ale miał nadzieję, że jego głodny żołądek nie powie tego głośno.

Wskazała mu miejsce i usiadła naprzeciwko.

- Chciałabym na początek przypomnieć sobie wydarzenia tamtej nocy, tak, jak je po kolei pamiętamy.

Skinął głową.

- Przyjechali do nas jacyś zbrojni- ludzie księcia Wrana, wiem to teraz. Miałem 14 lat i rwałem się do walki. Ucieszyłem się, gdy zabrali mnie z dorosłymi. Na miejscu nie mogłem zrozumieć, dlaczego nasza pierwsza wyprawa jest właśnie na sąsiadów. Bawiliśmy się nieraz razem, a tutaj- mamy na was napaść?

Pobiegłem do waszej kryjówki by was ostrzec, bronić- nie wiem. Dach już płonął i wybiegłyście. Mogłem ocalić tylko jedną dziewczynkę, która wpadła na mnie w biegu. Mogłem udawać, że....jestem zdobywcą...upadłem na nią…

Najemnicy księcia myśleli, że naprawdę to robię i wybacz, pochlebiało mi to wtedy! Wzięli na serio moją zabawę....zabawę w zdobywcę.

Dziewczynka krzyczała. Nie wiem, która z was to była- urwał, szanując jej honor.

- Pamiętam pożar i krzyk. Ktoś nas łapał a my uciekałyśmy. Pamiętam, jak się bałam i krzyczałam.

Potem siedzieliśmy w jakiejś leśnej kryjówce i Tem się nami opiekował. Potem zjawili się dorośli i zabrali nas do jakiegoś domu...- po raz pierwszy układała w słowa swój strach.

- Miałaś wtedy gorączkę i nie wiedziałem, co z tobą zrobić. Znalazłem jakieś zioła, coś do jedzenia, ogień- dawałem sobie radę i myślałem, że będzie dobrze.

- W końcu ci się udało, wyzdrowiałam.

- Tak, potem znaleźli nas krewni i mieszkaliśmy w ich domach. A co z tobą się działo?

- Uciekłem. Chciałem wstąpić do wojska, ale nie księcia Wrana- jakby inne wojsko nie było takie samo. Kręciłem się przy wojakach, opiekowali się mną, uczyli, potem byłem w brygadzie. Umiałem czytać i pisać więc mnie awansowali, a ja zacząłem walczyć o to i owo dla swoich ludzi. Różnie było. Często obrywałem, czasem coś mi się udawało.

              W końcu współpracowałem z Afem, no i on polecił mnie na to samodzielne stanowisko, choć mówiłem, co tu się stało, ale objęto amnestią tamten napad, no i jestem. Chciałbym dobrze wykonać to zadanie, ale jakiejkolwiek oczekujesz satysfakcji, jestem do twej dyspozycji- z wysiłku i wyczerpania rozbolała go głowa.

    Kilka razy powstrzymywała gest litości, np. nalania mu ciepłego mleka. Ta sprawa musiała być wyjaśniona bez emocji.

    Jakiej satysfakcji mogła od niego żądać? Ona mieszkała pod opieką brata w odbudowanym domu. Tyle, że strach tamtej nocy nigdy nie pozwolił jej wyjść za mąż. Ale co tu na to pomoże.

On tułał się po świecie. Wrócił teraz pozbawiony majątku, tytułu, dobrego imienia. Dziwna to zaiste- kara czy łaska?

- Niechże już będzie koniec z tą sprawa. Kres tej historii. Nic ty mnie ani ja tobie- zdecydowała.

- Dziękuję- powiedział po chwili Res.

- Spiszemy to?- uświadomił sobie swą urzędową rolę Tem.

- Dobrze, piszcie, a ja przygotuję śniadanie- Tena potrzebowała jeszcze chwili samotności w kuchni na dole, by smakować swą wielką chwilę. Przez tę chwilę tak wiele zależało od niej! I udało jej się podjąć dobrą dla wszystkich decyzję. Teraz spokojnie przeżywała różnorodne doświadczenia swego życia, które jej w tym pomogły.

 

- Zajrzę teraz do moich zuchów, a jutro- chyba od nowa objadę wszystkich, może ktoś jednak zdecyduje się na handel z nami- powiedział później Res, odzyskawszy siły cielesne i duchowe. Uśmiechał się do Teny tymi swoimi sympatycznymi czarnymi oczami. 

- A ty przecież handlowałaś kiedyś z tymi kobietami, które osiedliły się po tamtej stronie góry- przypomniał sobie Tem.

- No tak, te uciekinierki. Wyrabiają tkaniny i prosiły mnie o ozdoby. 

- Może mają jakieś zapasy, które chciałyby sprzedać?- drążył brat.

- Płacę urzędowe ceny, więcej na razie nie mogę- podjął Res.

- Dla nich to i tak byłoby dużo. Mogę zapytać, jak ktoś mnie tam podwiezie- zdecydowała, ale mężczyźni nie dostrzegli zrazu, że nie domaga się ona  wyłącznie eskorty brata...

    

              JOSU

II. Tropiąc dziwne koleje dostaw żywności, której ilość malała i rosła parę razy w drodze od bramy do kuchni, wczesnym rankiem w stajni Wena natknęła się na księcia Josu. Zsiadał właśnie z konia i próbował się wyprostować. Dostrzegła ciemną strugę krwi na jego kurtce. Taka przygoda nie powinna spotkać starszego z książąt, prowadzącego życie z dala od wesołego grona jego braci, wydrwigroszy i bawidamków. Przemknęły jej przez myśl plotki o spisku, z którym nie chciałaby mieć nic wspólnego, lecz wyraz bólu na jego twarzy uruchomił już jej nawyk wprowadzania porządku. 

- Pomóż mi- szepnął. Zdjęła mu z szyi chustkę i przewiązała bark. Potem służbowymi schodami pociągnęła do infirmerii.

- Coś jeszcze?- zapytała kończąc opatrunek.

- Nic poważnego- odparł z wysiłkiem. Był cały obolały, doskonale panował jednak nad sobą. Nalała kilka kropel nalewki do wody i podała mu kubek. Wypił z ulgą.

- Rozumiem, że mogę polegać na twojej, pani, dyskrecji?- powiedział wstając ostrożnie.

- Poranne powroty książąt w stanie awanturniczym nie podlegają niestety mojej jurysdykcji- odparła surowo, uśmiechając się jednak do niego. Oboje wiedzieli, że był aż zbyt trzeźwy. Powinien odpowiednio cuchnąć gospodą nim dotrze do swej komnaty. Trzeba wylać nań butelkę piwa czy coś takiego.

„książę nigdy nie chodzi na takie wyprawy”- dziwiono się potem.

„ to chyba dlatego, jak raz poszedł, od razu dał się tak poturbować”- kpiła Wena- tak ostro, że zaczęto jej wierzyć.

 

Jednakże ostrzeżenie nie pomogło na długo. W kolejnych swych podchodach Wena śledząc złodziejaszków trafiła na kuriera księcia. Josu przekazywał mu listę uwięzionych w lochu  spiskowców. Oficjalnie przebywali na wyprawie przeciw zbójcom, w której mieli „tragicznie” zginąć.

- Zaczekajcie- szepnęła zsuwając się na dół stodoły. Obaj nie krzyknęli. To dobrze.

- Czy to wasi ludzie czekają pod bramą?

- Nie- wciągnął szpadę książę.

- Za dużo ich- zaprzeczyła.

- Właź na górę. Wyjedziesz jako parobek wozami po mleku, powiesz, że ja cię wysłałam- rozkazała kurierowi.

Książę wyjrzał przez szparę.

- Po trzech przy każdym wyjściu, jacyś obcy, nie nasi strażnicy- wyjaśniła.

- Musieli iść za mną. Teraz nie odejdą- mruknął. Usiłował zebrać myśli.

- Został nam skandal- zdecydowała. Potrząsnął głową. Nie mógł uwierzyć. Nie powinien się zgodzić. Nie było innego wyjścia. Pociągnęła go do boksu z sianem.

- I tak szepczą o nas, mogą uwierzyć. Ostatni raz ci pomagam, więcej nie mogę- szeptała, rozpinając jego kurtkę.

- Wybacz. Dziękuję- bąknął. Sięgnął do jej gorsetu.

- Mocno i śmiało, tak, żebym piszczała- uprzedziła go. Jej ciepło uderzyło mu do głowy. Objął ją naprawdę.

Rozpięła mu pas.

- Inaczej nam nie uwierzą- mruknęła.

Potem piszczała głośno i nie był to protest.

Kątem oka dostrzegł przesuwające się światła. Wena ucichła.

- Poszli?- szepnął.

- Tak. Uwierzyli nam- nie odsunęła się jeszcze od niego.

- Przepraszam- mruknął. Nie zdołał opanować swojej reakcji.

- No cóż- to właściwie pochlebia kobiecie- stwierdziła z wahaniem, sięgając za jego ręką w dół.

- Naprawdę?- tym razem on zareagował- naprawdę.

- Dziękuję. Jesteś wspaniałą towarzyszką- powiedział wreszcie.

- Spotkaliśmy się tu przypadkiem czy umówiliśmy się?- zapytała rzeczowo, poprawiając ubranie. I zaraz odpowiedziała sama.

- Jak powiem, że szukałam złodziei, mogą przeszukać całe gospodarstwo.

- A więc umówiliśmy się. Pierwszy raz, czy to już trwa? – zapinał pas Josu.

Cofnęła się o krok i z rozmachem uderzyła go w twarz.

- Zerwałam dziś z tobą- wyjaśniła.

- Żałuję. Naprawdę żałuję- odparł szczerze.

Przytaknęła ze zrozumieniem. Josu unikał dworskich dam. Gdy spotkał nareszcie kobietę, która mogłaby mu być pomocą- nie miał możliwości na dalszą znajomość.

Wrócili do zamku. Czekano już na nich. Książę w zbrojnej eskorcie został natychmiast gdzieś wysłany. Wena opowiedziała o krótkim gorącym romansie, który właśnie zerwała, więc jej burzliwe emocje były całkiem zrozumiałe. Śledzono ją długo, podejrzewając, że przy swej funkcji kontaktuje się ze spiskowcami- lecz Wena nie tropiła już więcej złodziei.

 

IIa/Słysząc za sobą pospieszne kroki Josu odruchowo odskoczył i wykonał zamach. Nieznany mu człowiek upadł obok niego.

- Złodziej, złodziej, trzymaj złodzieja!- dobiegało coraz wyraźniej z tłumu.

- Oddawaj co masz i znikaj!- syknął książę, popierając polecenie kopniakiem. Nie mógł przecież zeznawać przed strażą!

Za chwilę klęczał sam, podtrzymując kolanem odzyskaną sakiewkę i masując obolałe ramię.  

- Uciekł mi, przepraszam- powiedział wstając i kłaniając się nadbiegającym damom.

- Najważniejsze, że sakiewka się znalazła, jest w niej cała zbiórka na ochronkę!- młodsza z dam podała ją starszej i z uwagą spojrzała na księcia.

- Potrzebujesz jakiejś pomocy, panie?- zapytała rzeczowo. Wiedział, że jego wygląd, nieogolona twarz i brak okrycia o tej porze zaczynał rzucać się w oczy. Drugi dzień po swej ucieczce zbrojnemu patrolowi daremnie błądził po mieście, starając się nawiązać kontakt ze spiskowcami, nie zaś ze strażnikami. Na szczęście w mieście panował przedświąteczny tłok.

- Mnie samego okradziono wczoraj, a dopiero wieczorem spotkam się z przyjaciółmi- wyjaśnił.

- A zatem dasz się zaprosić na lekki posiłek- zdecydowała się dociekliwa dama.  Książę podziękował lekkim uśmiechem. Od dość dawna próbował okiełznać coraz silniejszy bunt ciała.

Najpierw odprowadzili starszą damę z sakiewką do bankiera- trzeba było przejść obok strażnika, lecz ten na szczęście patrzył na damy. Potem znów przeszli przez rynek, szukając miejsca w zatłoczonych gospodach. Wreszcie w jednej, widząc lepsze towarzystwo, zrobiono im miejsce.

Kiedy podano herbatę, książę szybko wypił kilka porcji mdłego, lecz ciepłego napoju. Odzyskał jasność myślenia, ale jednocześnie inna potrzeba stanowczo domagała się uwagi. Nie dbając już o konwenanse przeprosił i wyszedł na podwórko. Tutaj aż jęknął z bólu na widok długiej, powolnej kolejki do wychodków. Ileż jeszcze głupich udręk musi znieść, jakby nie dość było, że zagraża mu śmiertelne niebezpieczeństwo!

- Czy ta kolejka w ogóle się posuwa?- zapytał stając za nim wysoki, ciemno ubrany mężczyzna o długich włosach.

- Za wolno!- warknął książę, i poczuł na sobie uważne spojrzenie tamtego.

„Nie zostawiaj śladów swym zachowaniem, głupcze!” upomniał się Josu.

- Ukradziono mi płaszcz, przemarzłem i jestem bez grosza- wyjaśnił.

- No tak, bez grosza nic się tu nie załatwi- przytaknął tamten, sięgając do swej kieszeni i oglądając się na tutejszego parobka.  Ten po chwili uchylił bramę prowadzącą na dalsze podwórza a nieznajomy skinął na księcia.

Nie dbając już o nic Josu wbiegł za bramę.

- Czysta przyjemność- stwierdził po chwili stojący za nim nowy znajomy. I dodał ciszej:

- Różne znam przyjemności...

Książę w mgnieniu oka zrozumiał, z kim ma do czynienia. Ze spokojnym uśmiechem potrząsnął głową.

- Jestem tu z damą i muszę do niej wrócić, ale dziękuję za pomoc- skinął dłonią i wrócił do sali.

Dama zamówiła dlań zupę a teraz pertraktowała ze służącym o miejsce noclegowe. Zawiadujący salą dla mężczyzn weteran zasłaniał się natłokiem gości, jednak na widok księcia szybko ukrył błysk zdumienia na twarzy.

Josu pożegnał się nareszcie dwornie z opiekuńczą damą /”zbyt dwornie, nie zostawiaj śladów, głupcze”/ a weteran zaprowadził go do swej izdebki. Każda taka propozycja pomocy mogła być zasadzką i książę mógł polegać tylko na swej intuicji. Wprawdzie obawiając się rozruchów władze nie szukały go jawnie, ale nie wiadomo, kto był ich szpiegiem...

- Skąd ja cię pamiętam? Z zimowej wyprawy w góry, prawda?- zagadnął teraz. Pamiętał twarz, lecz nie imię.

- Zszedłeś po mnie do szczeliny, panie- przytaknął tamten.

- Pamiętam. Wszyscy się bali, a przecież lawina już zeszła- przytaknął Josu. Naprawdę zszedł tam dlatego, że rozzłościł się na tych głupców....

Wszedł do izdebki i usiadł na posłaniu, walcząc z nerwowymi dreszczami. Był coraz bardziej zmęczony a spotkanie z życzliwą osobą nasilało tę słabość.

- Czego potrzebujesz, panie?- zapytał tamten.

- Widzisz przecież. Straciłem płaszcz, nie spałem, uciekam- warknął zły na siebie książę.

- Przewodnik wrócił bez ciebie- przytaknął tamten, rozsznurowując mu buty. Josu upadł na posłanie owijając się w płachty.

- Miałem wtedy nieproszoną eskortę- wyjaśnił.

- Zamknę drzwi na skobel, ale nie przekręcę zamka. Pod tą deską, tą, jest parę dobrych sztyletów – pokazał tamten wychodząc.

Przez chwilę jeszcze książę dygotał, dając upust powstrzymywanemu od paru dni lękowi. Nie mógł jednak wpaść w gorączkę. Powoli wyciągnął się na posłaniu. Oddychając głęboko napinał i rozluźniał mięśnie, wyobrażając sobie, że ułożył się na drzemkę na leśnej, ciepłej polanie....pachnącej sianem.....

Odprężony obudził się przed północą, tuż przed przyjściem swego opiekuna. Ból w boku stłuczonym podczas ucieczki był teraz bardzo wyraźny.

- Masz łyk wódki?- zapytał. Weteran wydobył manierkę i książę natarł bok palącym płynem. Pomogło. Jego opiekun przyniósł ciepły posiłek i opończę.

- Jakaś broń by mi się przydała- zagadnął Josu. Tamten skinął głową i książę wybrał dwa sztylety.

- Jestem prawie gotów. Zejdę tylko na wszelki wypadek na chwilę na podwórze i- co dalej?

Dalej spiskowcy wszystko zorganizowali. Milczące postacie prowadziły go przez podwórza, zaułki, dziury w płocie i piwnicach, dachy przybudówek i mostki nad rynsztokami. Wprawdzie nie uwierzył w starca, zgrabnie wspinającego się na kruchy mur ani w niewiastę przeprowadzającą go po gałęziach drzew. Niektóre przebrania nie zwiodłyby nikogo.

Nareszcie znalazł się w baszcie, choć nie dotarł tam schodami. Jej okna były zabite deskami a oświetlały ją stojące na posadzce kaganki.

Ze zdumieniem dostrzegł wśród spiskowców dwóch birbantów swego brata. Wprawdzie w czasie uczt najłatwiej wydobyć z ludzi różne informacje, ale samemu też trzeba pić....

Jednak pozostali ręczyli za nich.

Rozłożono więc mapę i zaczęto dyskutować nad planem odbicia skazanych spiskowców.

- Podczas przewożenia będą uważać. Kiedy nic się nie stanie, uspokoją się – i to byłby najlepszy moment.

- Nie, w twierdzy jest za wiele zasadzek. Sam ich wszystkich nie znam. Nie będziemy tam walczyć.

Ciągle jednak było ich za mało. Trzeba wywołać zamieszki, odciągnąć uwagę, odbić skazanych a kolejna grupa musiała zapewnić i utrzymać drogę odwrotu. Na to było ich za mało.

- A ci, którzy mnie tu przyprowadzili? Cienie z gminu?- zapytał książę.

Spiskowcy niechętni byli do współpracy z c...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin